IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

et la lune descend sur le temple qui fut


Share | 
 

 et la lune descend sur le temple qui fut

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: et la lune descend sur le temple qui fut   Nie Cze 04, 2017 8:47 pm

{ kontynuacja wątku stąd }

***

Rzeczywistość wydawała się pokryta cienką mgiełką surrealizmu, nadającą rozgrywającej się chwili cechy sennego marzenia. Wrażenie było ulotne, niejasne, niedosłowne; ledwie zauważalne szczegóły umykały mu spod palców, gdy próbował je uchwycić; zrozumieć, dlaczego obecność Flavie na parkowej ławce wydawała mu się nie na miejscu, i z jakiego powodu jakaś część jego umysłu – paranoiczna, nadwyrężona – próbowała podać w wątpliwość prawdziwość ich spotkania. Z logicznego punktu widzenia, nie było w tym przecież nic dziwnego; wiedział doskonale, że jego siostra wciąż mieszkała w Paryżu, wciąż poruszała się jego uliczkami, wciąż egzystowała w tej samej czasoprzestrzeni, nawet jeżeli lata rozłąki uczyniły ją niemal zupełnie nieuchwytną. Z drugiej strony – to już nie był ich Paryż; nie potrafił nie dostrzegać, że pod jego nieobecność miasto uległo drastycznemu przeobrażeniu, że ręka okupanta odarła wszystkie jego ukochane miejsca z tego, co czyniło je bliskimi. Mimo że naprawdę chciał, nie widział już znajomego piękna w starych, zabytkowych budynkach; nie napawał zmęczonych oczu wszechobecną zielenią, nie patrzył z zachwytem na mieniącą się w słońcu Sekwanę, nie słyszał finezyjnej muzyki, ukrytej w szumie poruszanych wiatrem liści. Wyglądało na to, że podczas gdy przebywał za granicą, zły czarnoksiężnik rzucił na to wszystko urok; teraz w jego tęczówkach odbijały się jedynie obrazy brzydoty i zniszczenia; wysokie kamienice nie stanowiły urokliwego schronienia, a jedynie kamienne pułapki, tylko czekające, żeby wybuchnąć i zasypać wszystko pyłem i gruzem; rośliny były ułudą, płonącą zbyt łatwo i przenoszącą ogień zbyt prędko; rzeka w jego wyobraźni zalewała się czerwienią, spod zdradliwych fal błyskały fantomowe białka oczu topielców, a wiatr przynosił odgłos słyszanych tylko przez niego wystrzałów.
Poruszał się w tym wszystkim jak we śnie, nie zdając sobie sprawy, że przyczyna przerażającej transformacji wcale nie leżała na zewnątrz, a tkwiła w nim, zaciemniając świat tymi samymi wspomnieniami, które budziły go z płytkiego snu w środku nocy; a może w głębi ducha to rozumiał, ale sama myśl wydawała mi się zbyt straszna, żeby przyjąć ją do wiadomości. Był jak chłopiec z bajki o Królowej Śniegu, z drobinkami zniekształcającego rzeczywistość szkła tkwiącymi w źrenicy i sercu, i najprawdopodobniej dlatego trudno mu było uwierzyć w to, że wreszcie przydarzyło mu się coś dobrego, nawet gdy trzymał Flavie w ramionach, czując pod palcami miękki materiał jej płaszcza i na krótką chwilę chowając twarz w łaskoczących, jasnych kosmykach jej włosów. Bo przecież ona nie należała do tego świata; jej miejsce było w dawnym Paryżu, tym, nad którym rozciągało się nieskończone błękitne niebo i tym, który w południe pachniał świeżo upieczonymi bułeczkami. Obraz jej rozjaśnionych uśmiechem rysów, pielęgnowany przez długie miesiące, wyrył się w jego pamięci zbyt wyraźnie, żeby teraz po prostu się rozmyć, choć wygodne, bezpieczne zaprzeczenie powoli go już opuszczało, gdy przyglądał się jej mądrym oczom, podszytym teraz jakimś nowym rodzajem smutku oraz siły, których definitywnie tam nie było, kiedy widział ją po raz ostatni. Trudno było uwierzyć, że od tamtego popołudnia nie minęły nawet pełne trzy lata; wydawało się, że oboje postarzeli się o co najmniej kilkanaście.
Ociągał się przez ułamki sekund, zanim wypuścił ją z objęć, zupełnie jakby się bał, że rozmyje się w przejrzystym powietrzu zacienionej alejki, tak samo jak rozmywały się duchy przeszłości, które czasami dostrzegał kątem oka. Opuścił jednak ramiona, odsuwając się nieznacznie i ani na moment nie odrywając od niej spojrzenia, wciąż jeszcze dziwiąc się – irracjonalnie, milcząco – jak naturalnie brzmiało na jej ustach jego imię. Odzwyczaił się już od tego, nawykły do dowódców krzyczących do niego po nazwisku i teraz ten dźwięk szarpał za jakieś dawno zapomniane struny wewnątrz jego klatki piersiowej, wpędzając go w stan dziwnego rozedrgania. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio czuł jednocześnie tak wiele; tymczasowo zniknęła gdzieś charakterystyczna apatia i odrętwienie, chociaż wciąż nie pozwalał sobie na zerkanie w przyszłość dalej, niż do końca trwającego dnia.
W tamtym momencie jednak nie musiał; tu i teraz wystarczało mu w zupełności, nawet jeżeli krótkotrwała radość podszyta była niewypowiedzianą jeszcze goryczą, majaczącą gdzieś na krawędzi pola widzenia. Wiedział przecież, że dzieliło ich teraz znacznie więcej niż na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, choć aktualnie naiwnie ten fakt ignorował, oszukując samego siebie z pełną świadomością, że za minuty błogiej ślepoty przyjdzie mu później zapłacić ciężkimi rozczarowaniami. Wolał skupić się na niej i na pytaniu, które zwisło w chłodnym powietrzu. Tylko z pozoru oczywistym; zawahał się nad odpowiedzią, niepewny, czy mówiąc tutaj miała na myśli tę ławkę, aleję, Paryż, Francję, czy może świat żywych w ogóle; nie wiedział też, jak wiele mógł i chciał jej opowiedzieć. Historia o dosyć dramatycznym zakończeniu kariery wojskowej zdawała się zupełnie nieodpowiednia i nie potrafił wyobrazić sobie, by rozbrzmiała w ciszy otaczającego ich parku, tak samo zresztą jak wyznanie o działaniu w ruchu oporu (który to pomysł szybko odrzucił; ufał siostrze bezgranicznie, jednak widok jej drobnej sylwetki uczepionej ramienia umundurowanego Niemca nadal majaczył mu pod powiekami). Ograniczył się więc do ich dwójki – może odrobinę licząc na to, że uda mu się w ten sposób sprawić, że cała reszta zniknie. – Musiałem się z tobą zobaczyć – powiedział cicho. Oczywiście, że musiał; była jedyną rodziną, jaka jeszcze mu pozostała, jedyną osobą, o którą prawdziwie się troszczył, i która potrafiła bez wysiłku przebić się przez otaczający go kokon beznadziejności.
Poruszył się nagle, prostując się odruchowo i patrząc, jak ślady łez znikają z jej policzków. Bał się pytać o przeszłość prawie tak samo, jak niepokoiła go teraźniejszość, ale to niewiedza odbierała mu oddech, wkradając się do myśli w postaci nieprawdziwych, produkowanych przez wyobraźnię scenariuszy. Spojrzał na nią poważniej, odnajdując spojrzeniem jasne tęczówki. – Co się stało, Flavie? – wyrzucił z siebie na jednym wydechu, bezskutecznie próbując wyczytać prawdę z przypadkowych drgnięć policzków i nieświadomych półgestów. Wciągnął do płuc powietrze, otworzył usta, mając zamiar ciągnąć dalej, pytając o ojca, o rodzinny dom, o mężczyznę, który pojawił się u jej boku, ale nie był w stanie; słowa zamarły gdzieś po drodze, rozsypały się na niemożliwe do poskładania elementy i w efekcie po prostu westchnął, marszcząc brwi w wyrazie troski. Chciał jej obiecać, że od teraz wszystko będzie już dobrze – że zaopiekuje się nią, osłoni od jakiegokolwiek niebezpieczeństwa, jakie jej groziło, zwróci skradzioną rzeczywistość – ale sam już w to nie wierzył. Nie mógł, idąc za pierwszym odruchem, porwać jej i ukryć gdzieś przed wzrokiem Niemców, bo nie miał ani gdzie, ani jak; nie zniósłby świadomości, że chowa się gdzieś w zatęchłej, zaciemnionej piwnicy, stłamszona i uwięziona, jak żywy ptaszek w zbyt małej klatce. Milczał więc, jednocześnie nienawidząc samego siebie i modląc się, żeby kilkoma wyrazami rozwiała jego przypuszczenia; zdając sobie sprawę, że najprawdopodobniej tego nie zrobi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: et la lune descend sur le temple qui fut   Czw Cze 08, 2017 1:04 am

Chciała, aby na ten moment świat dookoła po prostu przestał istnieć. Aby nic poza ich dwójką, ławką, na której siedzieli i otaczającym ich chłodnym powietrzem nie miało większego znaczenia. Gdyby tylko mogła, zamieniłaby wszystko, co posiadała, na zatrzymanie ich w tym właśnie momencie, byle by tylko być w stanie uciec od konieczności stawiania czoła temu, co miała przynieść im przyszłość. A, tego Flavie była jak najbardziej pewna, przyszłość nie zapowiadała się zbyt kolorowo.
Nie zamierzała pozwolić swoim myślom na kierowanie się w tą niepożądaną stronę. Błądzenie pośród czarnych wizji, które nie raz przyprawiały ją o nocne koszmary, z pewnością nie należało do czegoś, czym chciała okupować swój umysł podczas tak wyjątkowej chwili. Chwili, na którą czekała, w końcu powoli przestając wierzyć w to, że kiedykolwiek przyjdzie jej ją doświadczyć. Ta chwila jak dotąd istniała jedynie w jej wyobraźni, rozgrywana wielokrotnie na wiele różnych sposób, za każdym razem kończąca się zupełnie inaczej. Żadne wyobrażenie nie było jednak w stanie zwyciężyć z tym, co działo się teraz, chociażby dlatego, że obecny moment wydawał się być jak najbardziej prawdziwy.
Flavie od dawna nie doświadczyła podobnego uczucia. Do momentu, w którym w twarzy chłopaka rozpoznała swojego brata, wszystko zdawało się być jedynie snem, a ona miała wrażenie, iż błądzi po świecie z zamkniętymi oczami, dłońmi próbując wyczuwać przed sobą możliwe do napotkania przeszkody, zupełnie tak, jak gdyby bała się otworzyć oczy, mając poczucie, iż to, co zobaczy, będzie o wiele gorsze. Była zagubiona pośród tego, w co wepchnęło ją życie i czasem nieświadomość wydawała się być o wiele lepszą alternatywą. Mogła udawać, że za jakiś czas, gdy otworzy oczy, wszystko wróci na swoje miejsce, a ona sama obudzi się we własnym łóżku i cała wojna, niemiecka okupacja i niespecjalnie pożądane małżeństwo pozostaną jedynie wspomnieniami, które przez jakiś czas przyprawiać ją będą o gęsią skórkę, jednak wkrótce odejdą, zastąpione przez lepsze i, co ważniejsze, prawdziwe wspomnienia.
Nie była pewna, czy tą chwilę mogła nazwać przebudzeniem. Po części obawiała się, iż była to jedynie część jej snu, bo przecież wojna wciąż trwała, a złota obrączka w dalszym ciągu zdobiła palec jej dłoni, pobłyskując niekiedy w promieniach słabego, zimowego słońca. Nic dookoła nie uległo zmianie, a jednak Mathieu był jak najbardziej prawdziwy. Kobieta wyczuwała miękkość jego skóry, oddech na swojej szyi, gdy obejmował ją w uścisku, którego naprawdę potrzebowała, nie będąc tego nawet świadomą. Był zbudowany z krwi i kości, jego serce uderzało w regularnym rytmie, a oczy, pomimo tego, iż zaszło w nich wiele zmian, wciąż w pewnym sensie odbijały duszę jej brata, tego, którym był kiedyś, zanim ich drogi na chwilę, zdającą się być całą wiecznością, podążyły w zupełnie różnych kierunkach. Mogła dostrzec w nich całą gamę barw oraz cieni, niemalże ujrzeć to, co sam kiedyś dostrzegał. Sceny z ich dzieciństwa, letnie popołudnia spędzane na rodzinnych piknikach, zimowe wieczory z kubkiem kakao w dłoniach, skakanie przez kałuże po jesiennej ulewie. Wszystko to nagle zaczęło wracać do niej z o wiele mocniejszą siłą i przez moment miała wrażenie, iż ogląda film pokazujący jej życie ludzi, którzy nie byli nimi.
Początkowo nie chciała się do tego przyznać, nie przed nim, ale też nie przed samą sobą, jednak gdzieś głęboko w jej głowie odzywał się cichy głosik, mówiący jej, iż im szybciej pogodzi się z prawdą, która wisiała nad ich głowami niczym czarna chmura, z której w każdej chwili mógł spaść ulewny deszcz, tym łatwiej będzie jej ruszyć dalej. Problem polegał w tym, iż Flavie Bernard powoli zaczynała przekonywać samą siebie, że wcale nie zależało jej na ruszaniu w przód. Chciała cofnąć się w tył, przeżyć jeszcze raz to, co przeżywali ludzie z czarno-białych nagrań i pojedynczych fotografii, które z pewnością wciąż znajdowały się w rodzinnych albumach w domu jej ojca. Chciała zostać w tym jednym momencie, z zaciśniętymi powiekami czując wokół siebie ramiona ukochanego brata, mając poczucie, iż wszystko będzie dobrze. Kolejne kłamstwo, kolejna próba ucieczki od prawdy, która miała uderzyć ją prosto w twarz prawdopodobnie o wiele boleśniej, niż kiedykolwiek uczynił to Fabien. Z fizycznym bólem powoli nauczyła się sobie radzić. Fizyczny ból, prędzej czy później, odchodził, niekiedy pozostawiając po sobie fioletowe sińce czy blaknące z czasem zaczerwienienia. Jednak rany a jej duszy, te, które oddziaływały na jej myśli i uczucia, nigdy tak naprawdę się nie goiły. Ich przykrycie wymagało czasu i wysiłku, tylko po to, by w zwielokrotnionym tempie miały znów się pojawić, przynosząc nieprzyjemny, gorzkawy smak kolejnej porażki i kolejnego dnia, w którym musiała przypominać sobie, iż może gdzieś tam jest coś, o co warto jest jeszcze walczyć.
Czy naprawdę było? Szczerze mówiąc, nie była pewna, jednak patrząc na chłopaka siedzącego obok niej na niepozornie wyglądającej ławce na moment odzyskała nadzieję. Gdyby wcześniej się poddała, nie mogłaby doświadczyć tego, co przeżywała teraz i o ile próbowała wmawiać samej sobie, iż nie wierzy w przeznaczenie, to jednak musiał być jakiś znak. Być może gdzieś tam czekała na nią lepsza przyszłość i aby ją zdobyć, musiała najpierw przejść przez sam środek piekła.
- Cieszę się – powiedziała, odrobinę egoistycznie, mając przeczucie, iż dla żadnego z nich to spotkanie, szczególnie w miejscu publicznym, nie należy do najbardziej bezpiecznych. Gdyby jednak była na jego miejscu, gdyby znalazła się znów w mieście, gdzie wszystko się zaczęło, nie mogąc się z nim zobaczyć, nie była pewna, czy byłaby w stanie poprawnie funkcjonować. Powoli na jej wargi wstąpił uśmiech, obejmujący już nie tylko usta, jak czyniła to zazwyczaj ostatnimi czasy, ale i oczy, które nagle rozświetliły się delikatnym płomykiem błogiego szczęścia oraz niedowierzania, jakby wszystko to, co właśnie działo się wokół nich, było zupełnie nieprawdopodobne. Uniosła dłoń, lekko dotykając jego policzka i nieznacznie kręcąc głową, zdając sobie sprawę, że to wszystko było prawdziwe i nawet jeśli w przyszłości nic nie miało wrócić do normy i ich życia nie miały możliwości potoczyć się dobrze, ta chwila była dobra, najlepsza ze wszystkich, których doświadczyła od początku wojny i Flavie chciała móc cieszyć się nią jak najdłużej.
Niestety, jego następne pytanie szybko wyrwało ją z tego stanu chwilowej euforii. Jej dłoń zamarła w ruchu, aby następnie opaść i zacisnąć się na materiale jej płaszcza tak kurczowo, jak gdyby obawiała się upadku z wysokiej krawędzi i potrzebowała czegoś, czego może się chwycić i co uchroniłoby ją od nieszczęśliwego wypadku. Nie chciała mu odpowiedzieć, choć jednocześnie tak wiele słów cisnęło jej się na usta. Kulawe wyjaśnienia, które w jakiś sposób miały uzasadnić miejsce, w którym się znajdowała. Mimo wszystko wiedziała jednak, że żadne słowo czy gest nie byłyby w stanie wymazać tego, co powinna mu przecież powiedzieć, jeśli nie chciała zacząć budowania dalszej części ich relacji na kłamstwie, które prędzej czy później i tak wyszłoby na jaw.
Tak wiele się zmieniło, Mathieu, chciała powiedzieć, jednak coś jej podpowiadało, iż ukochany brat był doskonale świadomy zmian, które zaszły pod jego nieobecność. Jak miała ubrać w słowa lata, które go ominęły? Musiała włożyć wiele wysiłku w to, aby po prostu nie wybuchnąć płaczem, nie schować twarzy w jego szyi, nie objąć go ciasno ramionami i jeszcze na chwilę uciec od rzeczywistości, do której on mógłby się nie wpasować. Czuła, jak łzy cisnęły jej się do oczu, jednak spychała to pragnienie gdzieś na bok, zaciskając zęby i starając się przedłużyć ten moment. Co by pomyślał, gdyby wiedział, z kim żyła pod jednym dachem i z kim dzieliła łóżko? Czy potrafiłby spojrzeć na nią tak samo, gdyby wiedział, jak nisko upadła? Czy zrozumiałby, jak ciężko było jej żyć w ten sposób każdego dnia, wiedząc, że gdy on być może ginął na wojnie za wolność ich ojczyzny i całej Europy, ona stawała na ślubnym kobiercu u boku Niemca?
Na jego słowa pokiwała jedynie nieznacznie głową, uciekając wzrokiem przed jego spojrzeniem, nie do końca wiedząc, co powinna mu odpowiedzieć. Gdzie zacząć? Jak ubrać w słowa wszystko to, czego sama tak naprawdę nie potrafiła jeszcze do końca zrozumieć? Wszystko to wciąż było dla niej nowe i nigdy wcześniej nie musiała się nikomu tłumaczyć. Ludzie mieli tą swoistą tendencję do dopisywania własnych historii do zjawisk, których nie rozumieli i o które bali się pytać i Flavie zdawała się być jednym z nich. Anomalią, na temat której prawdy każdy się obawiał.
- Nie zadawaj pytań, na które wolałbyś nie usłyszeć odpowiedzi, Mathieu – wyszeptała powoli zupełnie tak, jakby znów był dzieckiem a ona dawała mu pouczenie, jednocześnie składając na jego policzku długi pocałunek i zaciskając dłoń na jego dłoni, wciąż jednak nie potrafiąc spojrzeć mu w oczy. Następnie cofnęła się, zrywając z nim jakikolwiek kontakt fizyczny i niemalże czując, jak przejmuje ją swego rodzaju chłód, wdzierający się głęboko pod skórę i mrożący jej każdą komórkę. Kiedyś będzie musiała się wytłumaczyć, kiedyś będzie musiała stanąć twarzą w twarz z prawdą, jednak teraz chyba jeszcze nie była na to do końca gotowa. Opowiedzenie swojej historii na głos, pozwolenie, aby ktokolwiek usłyszał ją dobywającą się z jej własnych ust, uczyniłoby ją o wiele prawdziwszą, a Flavie zdecydowanie bardziej wolała żyć pogrążona w iluzji oraz kłamstwie, wierząc, że któregoś dnia w końcu po prostu się obudzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: et la lune descend sur le temple qui fut   Nie Lip 16, 2017 1:29 am

Dobry przyjaciel powiedział mu kiedyś, że za każdym razem, gdy człowiek cofa się myślami do jakiegoś wspomnienia, jego umysł nieznacznie je przekształca, dodając bądź zmieniając drobne szczegóły. Nie pamiętał, czego dokładnie dotyczyła rozmowa, ani jaki był kontekst wypowiedzi – najprawdopodobniej była to jedno z lekko pijanych, filozoficznych rozważań, ciągnących się do wczesnych godzin porannych, w które czasami wdawał się w dawnych czasach studenckich – ale ten pojedynczy fakt z jakiegoś powodu utkwił mu w głowie wyjątkowo mocno, choć to nie sama idea, a płynące z niej wnioski spędzały mu z powiek i tak rzadko przychodzący sen. To było głupie, naprawdę, zwłaszcza, że Mathieu, zamknięty w bezpiecznym, logicznym świecie przedmiotów ścisłych, nie mógł być nawet pewien, czy zasłyszana teoria miała jakiekolwiek naukowe poparcie; wydawała mu się jednak na tyle wiarygodna i prawdziwa, że postanowił przyjąć ją bez zastanowienia. Czy może – bez podawania w wątpliwość, bo zastanawiał się nad nią długo, gdzieś między jednym, a drugim wypalonym na pusty żołądek papierosem docierając do sedna: skoro odtwarzanie przeszłości zużywało wspomnienia, wycierając je jak metalowe ramię gramofonową płytę, to czy te najgorsze i najlepsze po latach nie stanowiły już jedynie iluzji, nie mającej z rzeczywistością więcej wspólnego, niż propagandowe artykuły w gazetach?
Myślał o tym teraz, podążając za nieuchwytnym, umykającym mu wzrokiem Flavie, nagle wyjątkowo silnie zainteresowanej własnymi dłońmi i czuł, jak jedyny stabilny fragment gruntu ucieka mu spod stóp, a żyły zalewają się lodowatą falą wątpliwości. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo potrzebował tego spotkania, i to nie tylko nie względu na zakorzenioną głęboko troskę o siostrę, której nie byłby w stanie się pozbyć nawet wtedy, gdyby idąc w ślady ojca, zatrzasnęła mu przed nosem drzwi do swojego życia. Chociaż bez zawahania pozwoliłby odebrać sobie wszystko, jeśliby tylko był w stanie kupić za to odrobinę jej utraconego szczęścia, to tamtego dnia jego motywy nie były wcale czysto altruistyczne; nawiązując zerwany przez wojnę kontakt pragnął zaoferować jej oparcie, ale też desperacko szukał go u niej – nieświadomie, odruchowo, na jakimś nienamacalnym, podprogowym poziomie, nie do końca zdając sobie sprawę ze swojej słabości. A był naprawdę słaby; nie fizycznie, choć faktycznie wciąż jeszcze nie odzyskał pełni sprawności (najprawdopodobniej nigdy miał jej nie odzyskać – źle zaleczona rana postrzałowa, która rozerwała jego płuco, pozostawiła po sobie trwały ślad), a mentalnie, ledwie utrzymując w całości poszarpaną psychikę. Nienaruszalne fundamenty, na których budował swój świat, rozprysnęły się jak hartowane szkło, rzeczy, które brał za oczywistość, przestały istnieć; nie miał już matki ani ojca, a większość jego przyjaciół rozproszyła się daleko poza jego zasięg; marzenia o karierze zniknęły, drzwi uczelni zamknęły się bezpowrotnie (nawet gdyby udało im się wygrać wojnę i odzyskać Francję, nie wyobrażał sobie, by kiedykolwiek jeszcze mógł prowadzić normalne życie – porzucił tę mrzonkę dawno temu, walcząc już właściwie tylko dla innych, nie dla siebie, bo świadomość, że któregoś dnia miałby zwyczajnie złożyć broń i ruszyć z życiem dalej przerażała go bardziej niż wizja śmierci od kuli wroga). Jedynym stabilnym elementem, łączącym przeszłość z teraźniejszością, była Flavie; a przynajmniej tak mu się wydawało, dopóki nie odbiła zgrabnie jego pytania, odsuwając się nieznacznie.
Dopiero wtedy uświadomił sobie, że przez cały ten czas czekał rozpaczliwie na zaprzeczenie tego, co w gruncie rzeczy już wiedział.
Wypuścił głośno powietrze z ust, nadal wpatrując się w nią uparcie, mimo że w wyraźny sposób unikała jego spojrzenia. Nie chciał dopuścić do głosu emocji – nie ufał im, nie ufał sobie, zbyt często ostatnimi czasy zdarzało mu się stracić kontrolę nad jednym i drugim – ale i tak poczuł gorące ukłucie złości, ogniskującej gdzieś za mostkiem. Rysy stężały mu lekko, ale zauważalnie, gdy zaciskał mocno szczękę i marszczył jasne brwi, przez kilka sekund milcząc jeszcze, jakby w ten sposób zaklinał siostrę do kontynuowania wypowiedzi. – Chcę wiedzieć – powiedział z uporem, zupełnie naturalnie wchodząc w porzuconą lata temu rolę młodszego brata, obstającego przy swoim nawet wtedy, gdy widział, że nie miał racji. Do pełnego obrazu brakowało mu jedynie wygiętych w podkówkę ust; zamiast tego zacisnął je w cienką linię, aż niemal zniknęły. Rozumiał doskonale, że pytał o kwestie, których Flavie wolałaby nie poruszać; że wyciągał na wierzch tematy zbyt niebezpieczne, by mówić o nich w świetle dnia. Ale żałośnie potrzebował czegoś prawdziwego – bardziej realnego niż zamglone wspomnienia, po które już i tak coraz trudniej było mu sięgać.
Odwrócił się w końcu, odrywając wzrok od jej jasnej twarzy, być może wreszcie wierząc, że nie rozpłynie się w nicości w sekundzie, w której spuści ją z oczu; pochylił się ciężko do przodu, opierając łokcie na kolanach. Przetarł twarz dłońmi, podczas gdy jego spojrzenie przemykało po parkowej alejce, żeby zatrzymać się na odrzuconej przez siostrę książce. Sięgnął po nią odruchowo, ostrożnie unosząc wygiętą okładkę; lewy róg zamoczył się w topniejącym śniegu, wilgoć rozmyła częściowo czerniejący atrament, sprawiając, że układające się we francuskie słowa litery stały się mniej wyraźne. Obrócił tomik w palcach, rozprostowując delikatnie kartki; nie czytał, działając raczej mechanicznie niż z premedytacją, skupiając na książce wzrok, ale nie myśli. – Nie potrafię sobie przypomnieć głosu mamy – powiedział nagle, gorzko, trochę pusto. Nie pamiętał nie tylko tego; szczegóły szczęśliwej młodości umykały jak woda między ściśniętymi palcami, powoli, ale niepowstrzymanie. Nie wiedział, czy talerz z domowym mille-feuille naprawdę pojawiał się na ich stole co niedzielę, czy był to tylko wymysł jego popsutego umysłu; nie był w stanie przywołać dokładnej barwy ścian swojego pokoju, nie miał pojęcia, ile stopni prowadziło na piętro; kłócił się sam ze sobą o wzór na wiszących w kuchni firankach, o strukturę pęknięć na suficie i o to, które drzwi miały w zwyczaju nieznośnie skrzypieć, zdradzając za każdym razem jego późnonocne powroty do domu. Czy rzeczywiście liczył na to, że sama obecność Flavie pomoże mu poskładać to wszystko magicznie w całość? Zdrowy rozsądek twierdził, że nie; tląca się w klatce piersiowej złość na samego siebie opowiadała jednak całkiem inną historię.
Odłożył książkę na brzeg ławki, zamykając w tym geście okruchy ogarniającej go rezygnacji. – Czy powinienem był zostać, Vie? – zapytał, skracając jej imię w ten sam sposób jak wtedy, gdy miał siedem lat i wypadające mleczaki utrudniały mu artykulację słów bardziej skomplikowanych niż te jednosylabowe. Tym razem to on unikał jej spojrzenia, wbijając je w nieokreślony punkt na chodniku, jednocześnie bojąc się zobaczyć w jej oczach odpowiedź twierdzącą, jak i przeczuwając, że tak właśnie brzmiała, irracjonalnie przekonany, że wszystko, co stało się pod jego nieobecność, stało się z jego winy. Złośliwy głos z tyłu głowy powrócił, powtarzając do upadłego mantrę, którą znał już na pamięć; zawiódł, zrobił za mało, nie postarał się wystarczająco.
Zakrył twarz dłonią, mocno przyciskając palcami zamknięte powieki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: et la lune descend sur le temple qui fut   

Powrót do góry Go down
 
et la lune descend sur le temple qui fut
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: poza grą :: Archiwum-
Skocz do: