IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Plac Republiki


Share | 
 

 Plac Republiki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Plac Republiki   Nie Lip 03, 2016 2:52 pm



Plac Republiki

Swoją nazwę plac ten otrzymał po proklamacji III Republiki. Znajduje się u zbiegu dwóch bulwarów – République oraz Voltaire. Zajmuje sporą powierzchnię, wypełnioną po części ogródkami kawiarnianymi i różnymi stoiskami, na których przechodnie mogą zaopatrzyć się w kwiaty, ładną chustę czy lody. Nie brakuje tu również malarzy i niewielkich wystaw ich prac. W centralnym punkcie placu stoi ogromna rzeźba Republiki, przedstawiająca postać Marianny w otoczeniu alegorii Wolności, Równości i Braterstwa – jest to punkt spotkań wielu paryżan.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   Nie Wrz 11, 2016 10:52 am

| chronologicznie po wszystkich poprzednich grach!

Kiedyś się kłaniał, dygał, uśmiechał. Radośnie machał pełną dłonią albo tylko zachęcająco kiwał opuszkami palców. Kiedyś. Później był już na to zbyt leniwy albo zbyt bezczelny, z na wpół przymkniętymi z chronicznego niewyspania oczami, z sinymi kręgami dla bladej toni twarzy i z tym poczuciem wielkiego artysty. Niekwestionowany król ulicznego królestwa; nawet, jeśli jego poddanymi były szczury, szczury-zwierzęta i szczury-ludzie, to musiało wystarczyć. I tak czuł się dumny.
Był niekwestionowanym królem ulicznych szumowin, i dlatego stać go było na tę rozkoszną wygodę niezabiegania o niczyją uwagę. Mógł rozstawić sztalugi tam, gdzie było mu wygodnie, mógł być uroczy lub złośliwy, w zależności od tego, jak było mu wygodnie; z wygody mógł wybierać takie modelki, jakich potrzebował, przebierając w ich tłumach bez większej empatii i sentymentu. Mógł robić wszystko. W końcu był sobą. Władcą kolorowego królestwa opium, wina i kobiet na jedną noc. I dlatego nikt nie odmawiał mu uwagi, nie przechodził obojętnie obok rzuconej jakby przypadkiem uwagi, koło złapanego kątem oka rozbawionego spojrzenia. Jak zahipnotyzowani ludzie wciąż wracali i wracali tuż pod jego sztalugi- czasem po jednym dniu, czasem po dwóch, czasem po miesiącu. Ale wracali. Dlatego nigdy nie martwił się o braki klienteli, bogaty luksusem odsyłania tych, którzy nużyli go i nie wzbudzali zainteresowania.
Największy wybór miał jednak tam, gdzie przebywało najwięcej zgromadzonych tłumnie klientów- i za tą możliwość mógłby (gdyby potrafił) podziękować tej drobnej dziewczynie od skrzypiec.
Nie wiedział, kim była, i nie próbował się tego dowiedzieć. Nie potrzebował tej wiedzy; wystarczyło to, że nauczył się rozpoznawać w tłumie jej długie, krucze włosy i zamyślony wyraz twarzy antycznej wieszczki. Ta wiedza była w porządku. To, jak wyglądała, i to, że zapewniała mu odpowiednią widownię- więcej od niej nie oczekiwał. Przecież i tak nie dawał jej nic w zamian.
I dlatego był tu znów, niespiesznie kreśląc kontur pejzażu, wsłuchany w znajomą już melodię skrzypiec. Za tę muzykę też mógłby (powinien?) jej podziękować- jednak przecież nie potrafił. Jednak przecież nie chciał. Nie lubił być wdzięczny; królowie przecież nie zwykli kłaniać się poddanym, a jego ignorancja zdążyła zaliczyć ją w poczet tego poddaństwa już w momencie, w którym pojawiła się na ulicy po raz pierwszy, przynosząc ze sobą jakiś nostalgiczny, jesienny smutek i tęskny jęk skrzypiec. Nigdy się nim nie zachwycał, nigdy nawet nie zwracał na niego szczególnej uwagi- och, ironio, artysta z wrażliwością stłumioną, zapitą, zabitą. Być może zabił ją sam; a może to tylko Paryż i jego popołudniowa nijakość, popołudniowa wojenna szarzyzna, może to one zabiły w nim coś, co przecież powinno żyć.
Ale tak było przecież łatwiej. Wziąć muzykę za coś, co po prostu mu się należało- należało i już. Nie wnikał w przyczyny. I być może dlatego gdzieś umknął mu koniec skrzypcowego występu i nagle wibrująca w uszach cisza, która towarzyszyła finalnym już szkicom nowego obrazu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   Nie Wrz 11, 2016 2:37 pm

| To chronologicznie jaką mamy datę? ahaha

Minęło tak wiele miesięcy, odkąd zamieszkała w Paryżu, a czuła się tak, jakby to było wczoraj. Pamiętała swój pierwszy dzień, gdy grała na skrzypcach, a ludzie przysłuchiwali jej się z prawdziwym zainteresowaniem. Widziała to w ich tęczówkach, które utkwione w drobnej sylwetce, stawały się bardziej żywe i wypełnione emocjami, jakie chciała wzbudzać. Może i się nie ruszali, nie potrafili drgnąć, ale nie była ślepa, by nie umieć dostrzec, że tego właśnie potrzebują. Dlatego postanowiła codziennie pojawiać się w innej części Paryża, by choć przez moment widzieć ukojenia na twarzach tych wszystkich osób, które tego podświadomie pragnęły, kiedy odszukiwali jej zmęczonym spojrzeniem. Znalazła nowy cel, a tym celem było oddanie resztek samej siebie, bo przecież ona... Nie umiała już być szczęśliwa, pomimo że posiadała w sobie niezliczone pokłady dobra.
Czy zatem jej samej udało się zwrócić uwagę, że ktoś wykorzystywał ją do swoich pobudek? Nie oczekiwała od nikogo tytułów, złota i sławy. Chciała tylko móc przestać pamiętać, że trwa wojna, a w ludziach z każdym kolejnym miesiącem narasta strach, którego nie potrafią wyplewić. Antoinette już dawno przestała odczuwać tak przyziemne uczucia, a to tylko dlatego, że naiwnie wierzyła w rychły koniec i, że w dłoniach tych wszystkich morderców piękniej wyglądałyby kwiaty, które złożyliby na grobach zamordowanych. Zbyt wiele empatii, która się w niej zrodziła już dawno temu, zdawała się być jedną z cnót tych, którzy nie utracili nadziei, ale jak można o niej mówić, skoro nad życiem wszystkich wisiało widmo śmierci? Ginęli za honor i ojczyznę czy z głupoty? Nikogo nie kategoryzowała, ale obawiała się o tych, na których jej zależało, bo przecież wiedziała czym się zajmują i choć to popierała, to serce drżało na myśl, że już ich nie zobaczy.
Dzisiejszy dzień był inny. Różnił się od pozostałych, bo czuła, że nie ma już sił, a mimo to kontynuowała utwór Karola Goldmarka z I koncertu skrzypcowego. Znała go aż za dobrze, bo wciąż powtarzała tę melodię z mamą, gdy miały tylko wolną chwilę. Pamięć bywa najgorszą kochanką, bo nie pozwala zapomnieć o tym, co sprawia ból i wraca do najpiękniejszych wspomnień, których nie da się powtórzyć. Moment, w którym przerwała był decydujący.
Dostrzegła chłopaka w wieku, być może - piętnastu lat, który bezpardonowo podszedł do pokrowca na skrzypce i sięgnął po woreczek z oszczędnościami, które zarobiła. To sprawiło, że musiała zareagować i chciała czym prędzej złapać nadgarstek złodziejaszka, ale był szybszy. Odepchnął ją od siebie na tyle mocno, że cofnęła się o trzy kroki i wylądowała na kimś. W duchu jedynie modliła się, by nie był to żaden mundurowy, ale przecież całkowicie zapomniała o młodym malarzu, który zazwyczaj rozstawiał się tuż przy niej. Nim się zorientowała, już tkwiła na kimś i dzięki temu upadek nie był wcale mocny, ale łamiące się drewno sprawiło, że odwróciła wzrok na skrzypce. Ku jej zaskoczeniu, nie były to one... Spojrzała jeszcze w drugą stronę, a wtedy dostrzegła jak płótno materiału zalane zostało kilkoma farbami równocześnie, co otworzyło swoistego rodzaju awangardowy obraz. Uniosła brew i zsunęła się z pleców nieznajomego, bo przecież - niegrzecznie tak na kimś siedzieć. Było jej przykro, że przez nią doszło do wypadku i, że sztaluga się nieznacznie złamała, a całe dzieło ulicznego artysty zostało zniszczone.
- Ja... ja... - zawiesiła głos i przygryzła policzek od środka, gdy próbowała uratować malunek, o ile w ogóle można było o tym mówić. Ułożyła płótno obite drewnianą ramą na ziemi, a zaraz potem podniosła puszki i spojrzała mimowolnie na mężczyznę. - Przepraszam, naprawdę. Nie zamierzałam narobić tyle szkody... To niechący! - powiedziała zgodnie z prawdą i wbiła w tęczówki w mężczyżnę, a w duchu? W duchu modliła się o to, by szanowny król ulicy jej uwierzył.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   Pon Wrz 12, 2016 8:29 pm

taka, jaka Ci pasuje tak właściwie! <3

A kiedy śnił, przychodziły do niego wszystkie te rzeczy, których nie rozumiał.
I dlatego nie lubił snów. Nie potrafił już spać sam- i stąd te wszystkie mademoiselles, które chrapały mu w ramię, plamiły śliną i szminką (jeszcze) świeżą poszewkę bawełnianej poduszki, i których przecież nawet nie lubił. Ale lubił ich spokój. Lubił sposób, w jaki ich oddech mieszał się z zimnym, marcowym powietrzem, jak unosił rąbek pościeli w górę i w dół, jak tą swoją miarowością odganiał koszmary, wdech-spokój-wydech-spokój. Kołysanka drżących we śnie, rozchylonych ust, które zawsze gięły się w tym rozkosznym uśmiechu dziecka, które odkryło coś absolutnie cudownego. Coś, czego on, Hugo, nie mógł dostrzec. Wtedy wszystkie były piękne, kobiety śpiące na jego poduszce, drzemiące w jego pościeli, w tym mdłym świetle księżyca i resztkach dymu z tlącego się jeszcze papierosa.
Ale kiedy nadchodził ranek (i nadchodziło otwarcie ich ciężkich powiek, i otwarcie ich ust, i żal, i pretensje, i obiecaj, Hugo, obiecaj, proszę), czar pryskał. Czasem wolał już nocne koszmary od tych kobiecych, porannych.
Więc czasem zasypiał sam, zdany na łaskę i niełaskę okrutnego umysłu. I wtedy przychodziły. Koszmary. Czasem były zielone, czasem wpadały w purpurę; oczy Ojczulka, wytrzeszczone, złe, niedobre, i jego uniesiona ręka. Do bicia. Zawsze bolało, nawet, jeśli bił tylko w snach. Usta matki, które śmieją się, które krzywią, a potem pękają jak upuszczone na ziemię połówki arbuza i eksplodują całą masą krwistego miąższu i białymi pestkami zębów. Pistolet, który nie przestaje strzelać, który wypluwa z siebie kule, i te kule rozbijają okna jego mieszkania. Wieża Eiffla, która płonie, i Hitler, który śmieje się pod wąsem. Komm, komm, liebling. Przecież nie może być już gorzej.
Niektóre z tych koszmarów potem malował, i to było dobre. Wtedy mógł je zmienić. Wtedy to on bił Ojczulka, wtedy widział zęby mateczki w jej ustach, nie na bruku ulicy. Wtedy to Hitler płonął, wtedy pod wieżą Eiffla Hugo pił wino i podziwiał zachód słońca. Zawsze w innych kolorach. Zawsze w innych kształtach. Dlatego nikt nigdy tych obrazów nie rozumiał (niestety?), ale i tak kupowali je wszyscy. Pakował im te koszmary z uśmiechem na ustach.
Kończył kolejny z koszmarów (ten należał do poprzedniej nocy; tym razem płonął Paryż, cały fioletowy i zielony, i żółć płomieni, gryzło się, gryzło), kiedy nagle pojawił się zupełnie inny. Koszmar, który na chwilę wytrącił z równowagi i jego, i farby. Który zazgrzytał jak pękające (kości? serca?) sztalugi, i który zabolał jak rozlewający się na łopatkach przyszły siniak.
Koszmar obrazu, który nagle stał się czerwony, pomarańczowy, niebieski, czarny i istotnie koszmarny.
Kobieta. To zawsze były kobiety. Przecież mógł się spodziewać, że jeśli przytrafiło mu się coś złego, stała za tym któraś z nich- i ta skrucha w spojrzeniu, i ta pobladła twarz, i zduszona, urwana muzyka skrzypiec. Wyszarpnął jej z dłoni puszki, nie siląc się na delikatność, i marszcząc brwi w okropnym grymasie bezkresnej złości.
-I co to, Twoim zdaniem, teraz przedstawia?- Cedził przez zęby, ruchem podbródka wskazując na obraz i próbując powstrzymać samego siebie przed ciśnięciem w nią całą resztą farb.- Może Twoją pieprzoną muzykę? Żadnego w tym uroku i żadnej sztuki, więc właściwie całkiem by pasowało.
Spróbował przypomnieć sobie, jak należy oddychać, i odetchnął, raz-dwa-trzy razy. Tyle wystarczyło, żeby mógł się uspokoić i zamienić ogień głosu na lód.
-Filiżanka kawy, paczka papierosów i nowa sztaluga- Ocenił chłodno, unosząc do góry jedną brew.- Tyle ten obraz kosztowałby każdego normalnego obywatela. Specjalnie dla Ciebie podbijam stawkę o bukiet kwiatów i nowe farby.
Pokręcił głową, a głos nieznośnie urwał się gdzieś na końcu zdania. Mały objaw wielkiej rozpaczy za straconym dziełem. Szybko jednak powrócił mu rezon, i zmierzył ją spojrzeniem jeszcze raz. W końcu królowi nie należało odmawiać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   Wto Wrz 13, 2016 11:02 pm

Znała koszmary.
Przychodziły do niej jak demony, które nie pozwalały zapomnieć o przeszłości. I, pomimo że ruszyła do przodu, wciąż czuła, że tkwi w miejscu. Zatapia się we własnym bagnie problemów, które wyniszczają ją od środka, ale zbyt potężna siła, którą w sobie trzyma nie pozwala im zrobić po raz kolejny spustoszenia, które doprowadziłoby do rychłej śmierci.
Złe sny zdarzają się jednak rzadko, bo jak tu spać, gdy za oknem słychać lament nieszczęśliwców?
Nie szukała ukojenia w ramionach mężczyzn, od których wbrew pozorom stroniła. Potrafiła rozmawiać z każdym, a jednak nie wierzyła w miłość i potrzebę posiadania kogoś. Wsparcie? czym ono było w chwilach, kiedy to wojna męczyła najmocniej i serca strudzone lękiem nie przyjmowały do siebie dobrego? Antoinette zapatrywała się więc na życie w sposób subtelny, a zarazem twardo stąpała po ziemi. Oczekiwała na rychły koniec. Na coś co sprawi, że codzienność nabierze wielu barw. Intensywnych i tak niezwykle przyjemnych, które będa rozświetlać drogę, którą należy podążać. Panienka Molière była kiepską malarką, toteż nie była w stanie pomalować świata, ale chciała dążyć do momentu, w którym uśmiech obcych ludzi stanie się na tyle kojący, że nie będzie sięgać już tylko po skrzypce, ale też po zwykłą uprzejmość, którą niekażdy umiał odwzajemnić.
Czym zatem była muzyka Tosi, kiedy to twórczość Hugo przelewała się na płótna? Ona sama przecież tak mocno kochała opowiadać historie. Piękne, smutne, melancholijne i te radosne, ale coraz rzadziej pojawiała się w znajomych miejscach, w których spotykała stałych słuchaczy. Uciekała od ludzi częściej, bo przecież musiała się doskonale kryć ze względu na dokumenty, które nie do końca były zgodne z panującą politykę, ale kto o tym wiedział oprócz Łukasza? Nikt. Nie potrafiła otworzyć się na tyle, by poprosić kogokolwiek o pomoc, choć wiedziała, że musi znaleźć prace i to jak najszybciej. Bez słowa zająknięcia i jakiegokolwiek sprzeciwu.
Dzisiaj jednak coś się zmieniło i przez to miała nadzieję, że kolejny poranek stanie się piękniejszy. Słońce było przyjemne, delikatne, a zarazem sprawiało, że kąciki karminowych ust mimowolnie wyginały się w górę. Nie spodziewała się natomiast kradzieży, a już tym bardziej takiego zamieszania z jakimś obrazem. Może i był dobry i ładny, ale przecież Antoinette nie zamierzała go celowo niszczyć! Spojrzała więc z politowaniem na nieznajomego chłopaka, gdy zaczął używać tego niekulturalnego tonu, a jedna brew powędrowała ku górze. Była spokojna, opanowana i nie chciała ciskać gromami. Kiedy natomiast zabrał jej farby, nie mogła zareagować inaczej. W żyłach buzowała złość i irytacja, która nawarstwiała się stopniowo, chociaż wciąż milczała i wpatrywała się w twarz Hugo z tą swoją typową nonszalancją, kiedy humor diametralnie się zmieniał, a furia wisiała na cieniutkim włosku. Wyrzuty sumienia odeszła w niepamięć, bo nie zasłużył na to. Co mogło zrobić jednak takie małe, niewinne, sto pięćdziesiat trzy centymetry wzrostu?
- Mhm... - przytaknęła mu na wzmiankę o pieprzonej muzyce i przygryzła dolną wargę. Robiła to tak mocno, że czuła jak zaraz cieniutka tkanka pęknie i nie pozostawi po sobie nic, oprócz stróżki krwi. Skąd w nim tyle jadu?
- Bukiet kwiatów i filiżanka kawy, oui? - zapytała bezczelnie, a następnie uśmiechnęła się mimowolnie. Czy mógł się spodziewać tego, co zrobiła chwilę później? Cóż, z racji, że była drobna i dość zwinna, schyliła się po nieduży pędzel, który zanurzyła w farbie i przejechała nim po twarzy gbura i okropnego chama! Raz - dwa - trzy. Trzy - dwa - raz. No i stworzyła perfekcyjne dzieło, gdy ubranie nieznajomego pokryło się innym odcieniem, a na twarzy pojawiło się kilka kresek. - Nie wiem czy w tym stanie gdzieś cię wpuszczą, ale nie martw się... Następnym razem twoje bazgroły przykują wzrok potencjalnego kupca, tylko popracuj nieco nad linią konturu, bo jest nierówny, ale z moją pomocą wygląda dużo lepiej - jak na to mówią mężczyźni? Kosz, tak? I właśnie to zafundowała mu Antoinette, która już miała się odwrócić na pięcie, gdy usłyszała głos jakiegoś przechodnia. Zmarszczyła brwi na prostym noskiem i wbiła ciekawskie spojrzenie w kolejnego "kustosza sztuki".
- Belle image! Magnifique! - nie rozumiała tego zachwytu, ale nim oczywiście Hugo zdążył cokolwiek powiedzieć, stanęła przed nim, jaka mała przekora, która chciała zafundować mu lekcję życia. Z dopiero co okradzioną dziewczyną o wzroście Calineczki - nie powinno się zadzierać.
- Ja go namalowałam! Cieszę się, że jest pan zachwycony! Chciałby monsieur kupić?
I co teraz, Voltaire?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   Sob Wrz 17, 2016 5:23 pm

Nie przywykł do ludzkiej bezczelności.
To on bywał bezczelny. Bezczelny i nieprzyjemny aż do granic, odruchowo, z przyzwyczajenia. Zupełnie tak, jakby ciało reagowało już automatycznie; nie zastanawiał się, nie planował, zachowując się nieprzyjemnie już za każdym razem. To on był tym, który doprowadzał do płaczu, do krzyku, który potem zbierał ciosy zaciśniętych, drżących pięści (nie bolały, zbyt dawno już przywykł do bicia) i wysyczane spomiędzy zębów obelgi (też nie bolały, raczej bawiły- nic nie obrażało go równie mocno, jak on sam). Miał bardzo szeroki zakres tolerancji ludzkiego skurwysyństwa- być może dlatego, że sam już dawno osiągnął w nim szczyt, wszelkie objawy poniżej maksimum nie wydawały mu się niczym szczególnie przykrym. Zupełnie tak, jak obelga na temat granej na skrzypcach muzyki, która plasowała się gdzieś w okolicy drugiego stopnia w dziesięciostopniowej skali, a powagi odejmował jej fakt, że nie była nawet prawdziwa. Nie miał nic przeciwko muzyce tej śmiesznej, małej, eterycznej istoty zwanej kobietą, która coraz częściej pląsała mu przed oczami, grając swoje smutne melodie na swoich smutnych skrzypcach. Miał jednak bardzo dużo przeciwko niszczeniu obrazów, za których miał zarobić krocie, krocie wystarczające na butelki wina, na paczki papierosów, na luksus spania w ciepłym łóżku obok ciepłej kobiety pachnącej Chanel- a teraz ona to zniszczyła. Kobieta pachnąca ulicą, jesienią, smutkiem i jego farbami.
Wszystkie takie były. Katastrofalne. Pechowe. Niepotrzebne.
Nienawidził ich.
Był skurwysynem, jednak szarmanckim, dlatego zawahał się o pół sekundy zbyt długo, zbyt długo, by zdążyć ją popchnąć, przewrócić na ziemię, wdeptać w śliski szary bruk i pozbyć się gorącej podskórnej wściekłości. O pół sekundy zbyt długo- dla niej. Dla tej, która po raz pierwszy od długiego czasu odważyła się być bezczelna możliwie jeszcze bardziej od niego.
Farba smakowała ciężko i gorzko, piekła w język i osiadała na rzęsach jak groteskowe łzy. Płakał po raz pierwszy być może od dawna- na zielono, na niebiesko i pomarańczowo, jak nieudolny (piękny?) obraz. Pół sekundy zmieniło go w Pabla Picasso- wyjątkowo zdeformowanego. I wyjątkowo wściekłego.
Spróbował odetchnąć głęboko, zupełnie tak, jakby zaczerpnięty haust świeżego powietrza miał powstrzymać go przed zabójstwem. Dlatego też puścił mimo ucha jej piskliwe przekomarzanki, próbując przekonać samego siebie, że wcale, wcale nie było tak źle, i musiał tylko oddychać, i trzymać ręce przy sobie, i nie popychać jej, nie wrzucać do Sekwany, nie deptać, nie szarpać za krucze włosy.
Nie był swoim ojcem.
Dlatego zamiast tego przełknął dumę (zemsta lepiej smakowała na chłodno) i wykorzystał okazję- jak zawsze. Był królem ulicy, a korona, zardzewiała i brzydka, nie mogła mu spaść z głowy, o to jedno jeszcze dbał.
Lekkim krokiem pół-podszedł, pół-podbiegł do potencjalnego kupca (z paskudnym zarostem i paskudną wodą kolońską, wszyscy, wszyscy byli tacy sami) i stojącej tuż przed nią dzierlatki- którą odruchowo, czule objął ramieniem, mocno zaciskając palce na talii w niemym ostrzeżeniu. Groza małych gestów- jego twarz pozostawała przecież uśmiechniętą.
-Ach, mon dieu, moja pani bywa taka porywcza- Uraczył klienta tym poufałym, męskim tonem, który od wieków działał na wszystkich mężczyzn w ciszy sprzymierzających się przeciwko okrutnej pladze kobiet. Nie zawiódł się; w nagrodę otrzymał równie poufały uśmiech zrozumienia, dzięki czemu prawie poczuł się odrobinę mniej idiotycznie z całą paletą farb na twarzy. –To ona stworzyła ten obraz na mojej twarzy, to prawda; sam pan wie, monsieur, jak to mówią, dobra kobieta najlepiej zdobi swojego mężczyznę!
Roześmiał się krótko, gorzko, posyłając swojej muzie czułe-nieczułe spojrzenie.
-I to ona, hm, zainspirowała mnie do stworzenia tego dzieła. Chętnie je panu sprzedam, na pewno spodoba się pańskiej żonie- Uśmiechnął się jeszcze raz, nad wyraz zachęcająco, nie zdejmując ręki z talii skrzypaczki. Mógł jedynie mieć milczącą nadzieję, iż wiedziała, że składał jej propozycję zadośćuczynienia bez możliwości odrzucenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   Pon Wrz 19, 2016 5:02 pm

Antoinette była uosobieniem niewinnego, naiwnego aniołka. Różniła się od Hugo na tyle, że nie mogła wyjść z podziwu iż zdobyła się na taką zuchwałość wobec niego. On sam był jednak zbyt bezczelny, wredny i arogancki, zatem pretensje powinien mieć tylko do siebie. Zaatakowana - nie pozostawała dłużna, choć nigdy nikogo nie skrzywdziła. Odpowiedziała z sarkazmem i to tylko dlatego, że ją sprowokował, a przecież ledwie co została okradziona i straciła pieniądze, za które powinna kupić obiad Łukaszowi i małemu Gavro. Myślała o nich nieustannie, a serce wyrywało się do mieszkania, by zobaczyć, że są cali i zdrowi. A ten mężczyzna? Ledwie chłoptaś, który sądzi, że jego sztuka komukolwiek się przydaje? Zniszczył w niej zapał do zagrania kolejnych utworów, a dodatkowo zaprzepaścił szansę na sprzedaż obrazu, który notabene był piękny - jak każdy inny. Kojarzyła w końcu jego twarz, a także pamiętała doskonale dzieła jakie tworzył na płótnach, ale dzisiaj miała żal, że odważył się tak mocno wymierzyć cios w muzykę, którą tworzyła. Nie byli kwita. Jeszcze nie.
Nie rozumiała tej nienawiści, a już tym bardziej nie potrafiła pojąć - dlaczego był tak bardzo przesiąknięty żalem i złością. Widziała to w jego tęczówkach, w które wciąż i wciąż się wgapiała, a to tylko dlatego, by mieć pewność, że przesadziła i powinna się zamknąć. Dbał o swoje luksusowe życie wśród drogich dziwek? Antoinette zapomniała już czym jest kawior i wygodne łóżku. Walczyła o każdy pojedynczy dzień, a on sięgał po to, co tak naprawdę nie powinno należeć do niego. Krzywdził i ranił, ale ona o tym nie wiedziała. Ufała ludziom, że nie są źli, a Hugo? Pod wpływem emocji doprowadził ją do stanu, w którym nienawidziła się znajdować. W drobnym ciele skrzypaczki wrzała irytacja, złość i niechęć, a przecież była radosnym Dzwoneczkiem, który najchętniej umilałby czas każdemu. Bez zobowiązań - tak, po prostu.
Czy przypuszczała, że mają podobną historię, a przynajmniej w jakimś stopniu? Oczywiście, że nie. Panienka Molière zawzięcie wymazywała z pamięci wszelkie wspomnienia związane z tym, co tak naprawdę było dla niej ważne i istotne. Pamiętała jedynie obraz swojej matki, za którą tęskniła ponad wszystko i oddałaby wiele, by znów móc patrzeć w jej piękne oczy i słuchać gry, którą tak często ją raczyła. Przeszłość bywała iście bolesna, a dla kogoś tak młodego często była nie do zniesienia. Co więc jeśli Łucja nigdy nie doszła do siebie, a to co się z nią stało, było jedynie wyplewieniem ze świadomości wszystkiego?
Wzdrygnęła się, gdy poczuła dłoń Hugo na swojej talii i spojrzała na niego z jawną niechęcią i przerażeniem. Dotyk był nieprzyjemny i tylko utwierdził ją w tym, że nigdy nie będzie w stanie oddać się mężczyźni. Za bardzo się ich bała, a tylko i wyłącznie kiedy to ona podejmowała decyzję o zbliżeniu, potrafiła się otworzyć. Była jednak czysta, niewinna i nikt jej nie miał w ten cielesny sposób, toteż kiedy nieznajomy mężczyzna ją dotknął, spięła się i starała się przybrać obojętną minę.
- Szkoda, że nie potrafisz mi okazać takiej czułości, gdy jesteśmy sami, a jedynie krzyczysz i bywasz... - już miała dokończyć - brutalny, ale nim zdążyła otworzyć usta poczuła jak palce mężczyzny wbijają się w jej żebra. Syknęła mimowolnie, ale wyszczerzyła się głupio i sama zsuneła dłoń po jego plecach aż na pośladek. Wbiła wzrok w profil nieznajomego malarza, a zaraz potem uszczypała go na tyle mocno, że wzdrygnięcie było zapewne nieuniknione. - Jakaż szkoda, że nie można powiedzieć o mężczyznach tego samego! - burknęła, ale po chwili obdarzyła po raz kolejny potencjalnego kupca szybkim, dość subtelnym uśmiechem.
- Och, oui! Chętnie kupię ów dzieło, skoro wyszło z pod pędzla zakochanego człowieka! Doprawdy, niesamowite! - powiedział jeszcze obleśny typek, na którego Antoinette spojrzała z prawdziwym politowaniem.
- W naszym związku, to jednak ja dbam o pieniądze. Francois ma problem z dobrym wygospodarowaniem zarobionych monet, toteż gdyby pan mógł to zrozumieć... - zasugerowała mu wprost, że to ona winna dostać zapłatę i szczerze? Nie przejmowała się Hugo.
Był jej winien to i przeprosiny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   Pią Sty 06, 2017 2:53 pm

Wiem, że tu jesteś...
Zęby muskają delikatnie, niemalże pieszczotliwie dolną wargę wprawiając kąciki ust w niemal niezauważalne dla ludzkiego oka drgania. Porusza się niespiesznie, choć w każdym jej kroku, w niemal każdym ruchu zagnieździła się wręcz nieznośna lekkość. Obcasy ledwie muskają ziemię, zaś ich stukot niknie pośród sennych rozmów toczonych przyciszonym głosem. Zdaje się, że nie minie nawet chwila, a mocniejszy podmuch wiatru sprawi, iż na jego skrzydłach w sposób iście taneczny opuści szare ulice Paryża. Albo przynajmniej obróci się na samym czubku jednego z rubinowych pantofelków w wyrazie szczerej, dziecięcej radości na przekór zdziwionym minom przechodniów. Nie robi tego jednak. Nie teraz, nie dziś. Płatki nozdrzy rozszerzają się, chłoną aromat wiosny zmieszany z zapachem kawy oraz terpentyny. Ciemne brwi marszczą się zaraz, bo to nie woń świeżo wypieczonych croissantów, czy ciętych kwiatów nakazuje zebrać pocałowane przez słońce myśli. Nie, nie, nie. Powietrze wciąż nosi w sobie znamiona przemijającej zimy, jednak to nie jego chłodny oddech przyprawia opaloną skórę o dreszcze, a oczekiwanie jakie można w nim wyczuć. Tak, tak, tak. Ciężkie, słodko-gorzkie oczekiwanie podsycane przez trzepocące w głębokim zaniepokojeniu serce, bo jakby nie patrzeć...
Wiem, że tu jesteś...
To nie była gra. Wiedziała o tym, on — jeśli Bóg nie poskąpił mu zdrowych zmysłów — również musiał być tego świadomy. To nie była subtelna zabawa w kotka i myszkę, pełna niedomówień oraz ulotnych spojrzeń, porozumiewawczych uśmiechów zarejestrowanych kątem oka zbyt nierealnych, by można je było wziąć za pewnik. Nie, to było polowanie. Resztkami silnej woli tłumi śmiech, jaki pragnie się za wszelką cenę wymknąć się spomiędzy pełnych warg. Czasem zapomniała, tak po prostu Louise zapominała, że nierozerwalny związek drapieżnika oraz ofiary nie ma miejsca jedynie pośród nadpalonych przez słońce stepów sawanny, może pojawić się on także pośród murów miasta dotkniętego wojną. Jak inaczej mogła tłumaczyć sobie nieruchome, natarczywe spojrzenie umiejscowione między jej łopatkami? Jak inaczej mogła wyjaśnić istnienie posępnej postaci sunącej za nią od kilku dni w milczeniu, sądząc — przynajmniej do niedawna — że wciąż pozostaje niezauważona? I zapewne, gdyby nie lata spędzone na studiowaniu zachowania zwierząt drapieżnych oraz dosyć specyficzne wychowanie otrzymane na czarnym lądzie, dalej ignorowałaby istnienie swojego natręta. A że był jej, nie wątpiła już wcale — szereg prób udowodnił pannie Soyer, iż to ona stała się celem/ofiarą nieznanego z wyglądu osobnika. Niemniej wiedziała, że tu był. On też wiedział, że tu był...znaczy, to dosyć oczywiste, że wiedział, że tu był w końcu był sobą, ale chodzi o to, że wiedział, że ona wie, bo...chwila, znowu coś pomieszała? To tak miało być? Cholera jasna i kolorowe ary! Powinna to zakończyć, dążyć do konfrontacji i przekonać się o co chodzi, nawet jeśli nie chodzi o nic, a jej paranoja uległa tylko powiększeniu. Och, może rzeczywiście powinna posłuchać Ziny i nie czytać Draculi nocą, bo skłonny do snucia nieprawdopodobnych fantazji umysł znowu coś poprzekręcał? I może tylko przesadza? Nie, nie, nie, nie przesadza. Jest w porządku. Znaczy, nie jest. Jest. Nie jest. Grunt, że jest zabawnie. Wciąż chciała się śmiać, gdy nieświadomie zwolniła kroku, niemal tuż przy samym pomniku Marianny i jej trójcy, tym samym drastycznie zmniejszając dystans ich dzielący. Wtem zatrzymała się gwałtownie, by z cichym westchnieniem mogła odwrócić się w stronę...jakkolwiekmutambyniebyło.
- Mówił wam już ktoś, że macie niezwykły krogulczy nos, a kiedy się krzywicie, to przypominacie nieco zniesmaczone kudu w okresie godowym? - zapytał niesforny język, zanim mózg zdołał zareagować i odgryźć go sobie na dobre. Niebieskie oczy dzierżące kilka szarych plam w tęczówkach wyrażały uprzejmie zainteresowanie, podczas gdy kąciki ust drgały, zapowiadając nieuchronne przybycie szerokiego uśmiechu. No dobrze, mogła zacząć to inaczej, mogła nie zaczynać w ogóle. Ale przy odrobinie szczęścia Lou zostanie uznana za niespełna rozumu i może wzbudzi na tyle wystarczająco wiele współczucia, aby jakiś niewielki datek na Zoo wpłacony został. Bo dlaczego nie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   Sob Maj 06, 2017 1:23 am

|tu chyba nikt już nie gra!

Jeśli przymkniesz na chwilę oczy możesz udawać, że wcale nie ma wojny. Na krótką chwilę twój świat otoczy ciemność, a ty pomyślisz, że przecież nie dzieje się nic takiego. Usłyszysz szmer rozmów mijających cię ludzi, ptaki skrzeczące na drzewach gdzieś w oddali, obcasy równomiernie rozbijające się o kostkę brukową. Przez te ułamki sekund twoja noga jest na miejscu, a zastępy Niemców nie wędruj po twojej rodzinnej ziemi z karabinem przewieszonym przez ramię. Otwieram oczy.
Przypominają mi się słowa Camusa, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Miał rację, jestem cholernie patetyczny. Powstrzymuję się od uśmiechu, bo ludzie prawdopodobnie uznali mnie za podejrzanego, ktoś by na mnie doniósł albo nawet jakiś szwab zaczepił. Myślę, że nigdy nie przyzwyczaję się do dziwności czasów, w których przyszło nam żyć. Chociaż gdyby się głębiej zastanowić to przecież wcześniej było podobnie. Łatwo mogłem zarobić podbite oko, jeśli nie zareagowałem odpowiednio a ty co się tak szczerzysz, Egner?; zazwyczaj reagowałem nieodpowiednio.
Odpalam papierosa, bardziej żeby zająć czymś ręce niż z powodu nikotynowego głodu. Sam nie wiem po co tutaj przyszedłem. Skończyłem pracę na dzisiaj, powinienem udać się do domu. Tak jak każdy, uciemiężony Francuz. Łatwo to zauważyć, jak niegdyś tętniący życiem Plac Republiki, co prawda nie opustoszał, wydawał się miejscem pełnym ludzi otoczonych lepką pajęczyną niepewności. Starali się żyć normalnie, nie mieli w końcu wyboru, ale chodzili jak gdyby lekko przygarbieni, trochę rozglądali się niepewnie, mówili jak gdyby ciszej. Oglądanie tego wszystkiego spod rzeźby Republiki nadawało temu wszystkiemu wyjątkowo ironicznego smaku. Chyba dlatego nie poszedłem po prostu do domu. Nie chciałem być jednym z tych przenikających po ulicach cieni, które dławią się lękiem w ciemnych czterech ścianach. Nie chodziło o to, żeby nadskakiwać okupantom i prosić się o mordobicie. Nie planowałem w najbliższym czasie tracić drugiej nogi. Jeśli chciałem działać coś dla kraju to przecież wstąpiłem do Ruchu Oporu. Teraz zwyczajnie potrzebowałem tej świadomości, że nikt nie założył mi kagańca i nie dyktował jak mam żyć. Jeśli chciałem chodzić na smyczy to musiałem sam sobie ją wybrać.
Odpycham się od rzeźby i ruszam wzdłuż alei drzew. Wolne tempo sprzyja ukrywaniu utykania, nie przyciąga ciekawskich spojrzeń. Ale innym widocznie się spieszy. Mężczyzna przecinający drogę niczym taran przyciąga ukradkowe spojrzenia. To chyba nieszczególnie miłe z mojej strony, ale nie mogłem powstrzymać się przed myślą, że musi być Niemcem. Nikt inny nie byłby tak arogancko pewny siebie mknąc przez nieznajomy tłum. Nikt inny nie wpadłby na kobietę z takim niezachwianiem. Dźwięk upadającego w kałużę przedmiotu uświadomił mnie, że ta sytuacja ma miejsce zaledwie kilka kroków przede mną. Z zaskoczeniem zarejestrowałem, że rzecz, która wpadła do wody to książka. Chyba mniej ludzi tak otwarcie czytało na zewnątrz. Bezwiednie pochylam się, aby podnieść książkę, staram się nie zginać nóg, bo wbrew pozorom podźwiganie się z kucek z protezą nie jest najłatwiejsze. Przesuwam palcami po okładce, aby chwycić za grzbiet i wtedy zauważam tytuł.
- Szekspir? W oryginale? - pytam po francusku, z wyraźnym zdziwieniem w głosie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   Nie Maj 07, 2017 10:18 pm

| po Leo (kilka godzin później).



___ Iluzja, tak właśnie myślała o wypaczonym obrazie paryskiej rzeczywistości, w której usiłowała odnaleźć się każdego dnia i chociaż było to niemożliwe, niekiedy podejmowała marne próby zaprzeczenia temu wszystkiemu, co widziały popielate oczy tak piękne i przerażające zarazem, niemal zawsze zasnute nieprzeniknionym atłasem; mgłą, która mogłaby spowijać taflę Sekwany. Ilekroć Edmée delikatnie zaciskała powieki, wyraziste obrazy przeszłości określane mianem wspomnień atakowały z niebywałą gwałtownością godną myśliwskich ogarów, które odważyły się rzucić do gardzieli ofiary zapędzonej w ślepy zaułek, wcześniej rozdrapując dawno zabliźnione rany; ona miała ich dość zarówno na ciele, jak i na okaleczonej duszy.
___ Zbyt wiele, jak na jedno życie?
___ Zawahałaby się z udzieleniem odpowiedzi na to pytanie i wiedziała to już wcześniej - zanim kwietniowego popołudnia zdecydowała się porwać z domowego zacisza jedną ze swoich książek, którą trzymała pod pachą, przemierzając paryskie ulice. Pragnęła ulotnej chwili spokoju oraz ukojenia po całym niemal dniu włóczenia się między dzielnicami i oglądaniem przez ramię, bowiem poranne spotkanie młodego listonosza zrodziło w niej dziwny, niewytłumaczalny wręcz lęk. Pragnęła ucieczki do innego świata, w którym mogłaby wyjątkowo utonąć w pięknych słowach zamiast melodii przenikającej ciało baletnicy i podświadomie skierowała kroki na drugi brzeg miasta, wprost na Plac Republiki pozornie tętniący życiem, lecz w rzeczywistości zniewolony tym samym jarzmem, jakie zarzuciła całemu Paryżowi okupacja. Promienie słońca nieśmiało wyglądały zza poszarzałych, deszczowych chmur, które pozostawiły po sobie wilgotne chodniki oraz niezliczoną ilość kałuż omijanych - bądź też nie - przez przechodniów spieszących się w tylko sobie znanych kierunkach. Podmuch wiatru porwał do żywiołowego tańca kosmyki ciemnych włosów opadające falami na ramiona, które kobieta skryła pod cienkim materiałem jasnego płaszcza. Każdemu kroku towarzyszył głuchy odgłos ledwie dwu-centymetrowych obcasów uderzających o bruk, chociaż Edmée pogrążona w myślach nie potrafiła nawet powiedzieć, dokąd właśnie zmierza, trzymając pod pachą „Makbeta” o lekko zatartej okładce poddającej się upływowi lat. I wtedy poczuła silne uderzenie drugiego ciała o własne.
___ Zachwiała się bardziej z zaskoczenia niżeli utraty równowagi, którą jej ciało - wiedzione wieloletnimi treningami - podświadomie samo odnalazło, pozwalając kobiecie podążyć zdziwionym spojrzeniem za mężczyzną; wystarczyła jedna sekunda rozwiewająca się w powietrzu szybciej niż mrugniecie oka, by popielate tęczówki pociemniały w gniewie, który wściekle drapał pazurami od środka, byle wydostać się na powierzchnię.
___ Nie pozwól mu wypłynąć, podpowiada umysł.
___ Paryżanka odpowiedziała milczeniem, dostrzegając typową dla okupantów pewność siebie emanującą z postawy obcego człowieka, który powoli zanikał w szarym tłumie splecionych ze sobą ciał przemierzających bulwar. Obróciła się powoli wiedziona zamiarem podniesienia książki niefortunnie lądującej w kałuży i cień niepewności zmieszanej z ludzką ciekawością przemknął przez twarz, kiedy zetknęła popielate spojrzeniem z niebieskimi tęczówkami mężczyzny, w którego dłoniach spoczywała znajoma okładka. Na dźwięk jego głosu lekko wymawiającego francuskie słowa drgnęła nieznacznie, zanim zdecydowała się odpowiedzieć. - Uważam, że niektóre książki należy czytać tylko w oryginale, przetłumaczone tracą gdzieś swą duszę i czar, jaki roztaczają - mówi spokojnie, panując nad tonem własnego głosu, byle nie popełnić jakiegokolwiek błędu, byle nie pokazać zbyt wiele. - Chociaż mogę nie być obiektywna - dodaje po krótkiej chwili, nie wspominając słowem o swym zamiłowaniu do angielskiego języka ani sympatii okazywanej brytyjskim pisarzom.
___ - Komu powinnam dziękować za ratunek? - Wskazuje głową na książkę, którą mężczyzna wciąż trzyma, a po którą ona nie decyduje się jeszcze sięgnąć, odrobinę obawiając się reakcji nieznajomego. Wie, że nieliczni odważyliby się obecnie pomóc komuś obcemu, jeszcze mniej trudniłoby się przeczytaniem nazwiska autora, bądź tytułem widniejącym na grzbiecie. Edmée jest zaintrygowana.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   Pią Cze 02, 2017 2:19 pm

Nieba patrzyły na to i ścierpiały
Taką okropność?

Szekspir byłby zawiedziony naszą rzeczywistością. Niebo nic nie robiło sobie z okropności, które działy się pod jego kopułą. Więcej, trwało niewzruszone, teraz stalowoszare, zapewne czekające na kolejną sposobność, aby spuścić na Paryż całun deszczu. Zresztą nie miałem mu tego za złe. Nie wierzyłem w Boga. Nie przez okropności wojny, które dostrzegłem na froncie. Już dawno doszedłem do wniosku, że po prostu nikt nade mną nie czuwa. Może gdybym był bardziej bogobojny, może gdybym się modlił, może…
Nie lubię gdybać. Żyję prostym życiem, jestem nieskomplikowanym człowiekiem. Wydaje mi się, że jedyne, co potrafię robić na nieco wyższym poziomi to pisać. Dawno temu, tak jak dawno jak ona zniknęła z mojego świata, wyzbyłem się idących za tym kompleksów. Zresztą i tak nikomu nie pokazywałem tego, co wychodziło spod mojej ręki. Zapisane czarnym tuszem dzienniki leżą bezpiecznie na dnie jednej z szuflad. To chyba niespecjalnie dobra kryjówka, bo przecież nic w tych czasach nie jest bezpiecznie, nie jest trwałe. Równie dobrze za chwilę mogą przyjść Niemcy i spalić kamienicę, w której mieszka. Bez przyglądania się, czy jej mieszkańcy są w środku czy nie. Może wcale aż tak bardzo mi na nich nie zależy? Może…
Nie są to przecież dzieła sztuki. Nie tak jak to, które obcieka kropelkami brudnej wody, które trzymam w dłoni. Chociaż param się hobbistycznie sztuką poezji to zdecydowanie bliższy czuję się prozie i dramatom. Zwłaszcza tym angielskim. Przyglądam się trzymanej w ręce książce, okładka głosi, że to Makbet. Już nie pamiętam ile czasu minęło, od kiedy czytałem tę tragedię po raz ostatni, a i tak wiem, że gdzieś głęboko w umyśle wyryte mam pewne słowa. Nie wiem, czy spisała je ręka Szekspira, wielu osób podpisujących się jako on, a może ktoś spisywał je od innych. Ktokolwiek to był, stworzył dzieła, które przetrwały wieki i przeżyją pewnie jeszcze więcej. Stworzył słowa, które w jakiś dziwny sposób mogą stać się pomostem między dwojgiem, nieznajomych kompletnie osób. Może to nie przypadek? Może…
Podnoszę w końcu wzrok na kobietę, nie chcę być nachalny, wiele osób sobie tego nie życzy. Zwłaszcza w tych czasach. Ale w takim wypadku nie odpowiedziałaby na moje pytanie w taki sposób. Zapewne wyrwałaby mi książkę z ręki i odeszła bez słowa. Nie zrobiła tego Jest miła, a ja jestem łasy na miłych ludzi. Lubię uczucie, którym mnie otaczają. Może dlatego, że sam nie potrafię im tego oddać? Może…
- Tłumaczenie może być albo piękne, albo wierne, więc mademoiselle ma rację. – Nie widzę na jej palcu pierścionka, zresztą wygląda młodo i nic nie zabrania użycia mi tego słowa. Nie chcę się przypodobać, po prostu jestem kulturalny. Dlatego wyciągam w jej kierunku książkę, z której wciąż skapują pojedyncze kropelki wody. – I zdecydowanie nie ma za co dziękować, nawet książki nie zdołałem uratować. Proszę raczej przyjąć moje przeprosiny. – Mojego głosu nie zabarwiła gorycz, chociaż poczułem jej cień na języku. Bezwiednie ogarnęło mnie wspomnienie frontu. Jednak szybko się go pozbywam, nie miejsce ani nie pora na otaczanie się poczuciem winy. Spoglądam jeszcze raz na nieznajoma, a potem mój wzrok tkwi gdzieś ponad jej ramieniem, przyglądanie się jej cały czas byłoby niegrzeczne.
- Mam nadzieję, że da się go chociaż uratować. – Może chociaż ten Makbet nie skończy marnie. Może.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   Wto Cze 06, 2017 8:33 am

___ Wojna była okrutnym tworem ludzkości pędzącej przed siebie i nieoglądającej się na tych, którzy zostali osamotnieni gdzieś ponad ramionami drgającymi niespokojnie w szaleńczym biegu, niedbającej o konsekwencje własnych działań czy pochopnie podejmowanych decyzji, niekiedy kroków szaleńców dążących we własnych, odrealnionych marzeniach do krwawej rewolucji niosącej wreszcie upragnioną chwałę, bądź wybiórczych jednostek podporządkowanym wzniosłym ideom, które - przeniesione do rzeczywistości - zatracały swą pierwotną sylwetkę, zamiast tego przybierając karykaturalną formę oraz wypaczoną wizję tego, co je zrodziło. Edmée potrafiła spoglądać o wiele głębiej od przeciętnych ludzi, może to za sprawą wrodzonej ciekawości całego świata, którym fascynowała się przez wszystkie lata dzielone między egzystencję tancerki a rzeczywistość dojrzewającej niezwykle szybko dziewczynki, może przez nieludzko intensywną wrażliwość, której wypłynięcie na powierzchnię, wyostrzenie się było kwestią czas od dnia wsunięcia stóp w szmaciane baletki, wreszcie prawdziwe pointy o twardych czubach oraz satynowych wstążkach wiązanych nieco ponad kostką. Jedwabne troczki swą delikatną fakturą uchodziły za kruche, jednak poniekąd to one podtrzymywały całą konstrukcję, którą było ciało tancerki sięgającej dłonią powietrza ponad czubkiem głowy, kiedy okaleczała boleśnie palce stóp. Ona toczyła wojnę ze swymi ograniczeniami, nieustannie brnąc dalej mimo bólu oraz niekończącego się cierpienia nawiedzającego przy każdym treningu i w tym obrazie tanecznego żywotu dostrzegała niekiedy odbicie okupacyjnej zawieruchy targającej Paryżem, i w takich chwilach doskonale wiedziała, jak wiele okrucieństwa niosła ze sobą wszelka batalia naznaczona szkarłatnym śladem poległych - marionetek w cudzych rękach splamionych później krwią po same łokcie, a nawet dalej.
___ Szekspir, który tego dnia był towarzystwem udręczonej własnymi myślami duszy, niespodziewanie sam zmienił się w narzędzie prowadzące do niezaplanowanej konwersacji, nawiązania przypadkowego dialogu z drugim człowiekiem być może równie zaskoczonym swą reakcją, co bezczelnie potrącona męskim barkiem kobieta o spojrzeniu pozornie zbliżonym barwą do nieba poszarzałego ponad głowami paryżan, jednakże tęczówki osnute beznamiętnością, jak Sekwana spowita mlecznobiałymi kłębami przez poranne mgły, skrywały pod powierzchnią o wiele więcej tajemnic niż chmury zwiastujące ponownie deszcz; Makbet wraz z orszakiem trzech wiedźm podległych antycznej bogini czarów byli świadkami skrzyżowanych spojrzeń oraz przeciętych dróg, którymi kroczyli bezimienny mężczyzna o dłoniach zaciśniętych na książce wyszarpniętej z mętnej otchłani kałuży oraz kobieta o twarzy przyozdobionej subtelnym uśmiechem niedającym się nikomu zdefiniować. Nieustannie wymykająca się utartym schematom étoile paryskiej sceny przystaje na placu republiki, który podziwiała przez wszystkie te lata, aż zdołała nauczyć się go na pamięć,  zamiast ucieczki od natrętnych spojrzeń mijanych przechodniów wybierając słowa wypowiedziane w pustkę oddzielającą od nieznajomego wpatrującego się nie bez zaskoczenia w okładkę nadszarpniętą zębem czasu. Jej spierzchnięte wargi ze spokojem pozwalają pierwszym wyrazom wymknąć się ku światu i zdania podparte niesłabnącą wraz z upływem lat pewnością siebie powoli przekraczają granicę jego zamkniętej rzeczywistości, wprawiając być może w zdumienie tym śmiałym gestem, jakim jest odwzajemnienie zainteresowania oraz podchwycenie ulotnej rozmowy, która dopiero po upływie kilku sekund zaczyna nabierać jakiegokolwiek kształtu; kontur dialogu jest coraz wyraźniejszy na tle okupowanego miasta, gdzie wszystko zdaje się być zaszczute.
___ Poza tą jedną chwilą okutą zaintrygowaniem samego losu, który postawił na drodze tancerki mężczyznę przyznającego rację wypowiedzianym treści, nim wyciągnął przed siebie namokłą książkę - teraz już dożywotnio naznaczoną brudnym śladem wody, która chętnie posmakowała kartek. - Nie pan powinien przepraszać - głos kobiety łagodnie spycha milczenie w zacieniony kąt, kiedy dłoń chwyta Makbeta tak okrutnie potraktowanego życiem i smukłe palce obejmują chropowaty grzbiet ozdobiony nazwiskiem autora. Waha się nad kolejnymi słowami, aż w myślach rozbrzmiewa odległe echo ojcowskiego głosu, który usiłował przekonać, iż wszystko można odratować. Ludzi. Książki. Marzenia. Wszystko. - Nie przywykłam do spisywania na straty tych, których sobie cenią lub dorobek artystyczny podziwiam. - Posyła mu uważne spojrzenie spod wachlarzu gęstych, kruczoczarnych rzęs, nie pozwalając sobie na pominięcie żadnego oddechu ani uniesienia oczu ponad jej ramieniem.
___ Wreszcie przekrzywia nieznacznie głowę, wprawiając oswobodzone pasma ciemnych włosów w drganie przesycone gracją przychodzącą Edmée tak naturalnie oraz niewymuszenie, jakby nie stanowiło stałego elementu prowadzonej gry, w której stawką mogło okazać się również jej życie. - Chcę wiedzieć, kim jest mężczyzna, który nie przeszedł obojętnie, jak cały ten tłum? - Chcę?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Plac Republiki   

Powrót do góry Go down
 
Plac Republiki
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Pozostałe dzielnice-
Skocz do: