IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Jesper&Lars


Share | 
 

 Jesper&Lars

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Jesper&Lars   Nie Lip 16, 2017 1:38 am

W majowym skwarze ziemia na podwórzach przybrała barwę spranej krwi, spragnione oleandry w wysokich, wiklinowych doniczkach poszarzały, a skarlałe łodyżki geranium przybrały odcień miedzi. Obserwuje uschnięte patyczki, które tylko czekają na dar śmierci ostatecznej. Uśmiecha się samymi kącikami ust, myśląc, że teraz już nic nie zdoła go skrzywdzić.
Nie miał daru czytania ludziom z wyrazu twarzy, wiedział jednak, że każdy lubi dobre wieści. I że wszystkim rozbłyskują wtedy oczy, jak gdyby pod taflami źrenic do życia budziły się niewielkie, lśniące robaczki świętojańskie. Dlatego brak takiego błysku uznał za zły znak. W spojrzeniu doktora Eckerta nie zapłonął żaden świetlik – pozostały ciemne, pełne namysłu, może też odrobinę zrezygnowane.
Rano doznałem lekkiego skurczu w nodze, mówi, lecz jego głos jest żałośnie cichy; pod nieruchomym spojrzeniem lekarza staje się jeszcze cichszy, jak gdyby dolatywał z odległego, bardzo chłodnego, nieprzyjaznego, obcego miejsca, ale to nic poważnego. To tylko niedobór magnezu.
Pół godziny później pielęgniarka zapytała, czy ktoś go odwiedzie – uspokoił ją, mówiąc, że na dole czeka samochód.
Do mieszkania poszedł jednak sam; to zaledwie trzy ulice, późne popołudnie, paryżanie spieszący do domów na obiad. Nikt go nie poznał, nikt nie odrywał wzroku od szarego bruku, nikt nie miał siły, aby napotykać jeszcze jedną, przygnębioną twarz – zbyt wiele było ich w ciągu całego dnia. Uśmiechało się wyłącznie wiszące nad głowami niebo, czyste, błękitne, tu i ówdzie pociągnięte bielą rozmazanych obłoków; uśmiechało się małe, złote słońce, im bliżej celu wędrówki, tym bardziej pękate; uśmiechał się piękny, wiosenny dzień, który Jesper potrafił docenić, choć przecież wolał zimę.
Kiedy w końcu dotarł do rue Poissonnière, zanurzając w długim cieniu kamienicy, pozbierał się całkowicie. Przecież diagnozę znał od zawsze, jej kolejne potwierdzenie nie powinno być zaskoczeniem, lecz nużącą rutyną. Więc dlaczego – mein Gott – dlaczego zadał lekarzowi tamto pytanie?
Tamto i tuzin kolejnych?
Czyli mogłoby być gorzej?
Owszem.
Rozumiem. I co teraz?
A o co pan pyta?
O możliwości leczenia.
Ach, tak.
Choroba dziedziczona genetycznie - ileż znaczenia zawierało precyzyjne określenie, które samo w sobie od dawna stanowiło wyłącznie nużący frazes.
Wiem, co to znaczy. Na nic więcej nie mogę liczyć?
Prowadzimy próby kliniczne, ale pański przypadek się nie kwalifikuje.
Dlaczego?
Z powodu diagnozy.
Nie uważa pan, że to błędne koło?
Eckert przyznał mu poniekąd rację, a zaraz potem wspomniał, że jego żona śledzi twórczość Jespera i nie mogła się nadziwić, że mąż jej nie zna. Niemal jednym tchem napomknął o programie eksperymentalnym, który jego kolega ma rozpocząć w Kopenhadze.
Mógłby mnie pan tam wprowadzić?
Spróbuję.
Naprawdę się pan postara?
Rokowania – od czterech miesięcy do roku.
Ten konkret go zmroził. Eckert skurczył się w jego oczach, jak gdyby widział go z oddali. Jakby odchodził albo już zniknął.
Czy to pewne?
W moim zawodzie nic nie jest pewne, nigdy nie ma stuprocentowej pewności.
Czyli w grę może wchodzić trzynaście miesięcy?
Może.
A czternaście?
Niewykluczone.
Osiemnaście?
Powtarzam, nic nie jest pewne.
Czyli istnieje jakaś nadzieja?
Zawsze.
Uchwycił się tego słowa jak bezpiecznej poręczy – czas przestał istnieć. Rzeczywistość zewnętrzna straciła jakiekolwiek znaczenie, lądując gdzieś na pograniczu jawy i maligny, i dopiero widok tych drzwi – jednych, konkretnych, wyjątkowych w skali całego Paryża – pozwala zrozumieć, że świat wcale nie zatrzymał się w trwożliwym oczekiwaniu, lecz pędził dalej, doprowadzając go aż tutaj.
Do niego – jak zwykle.
Nie puka (bo knykcie zderzą się z twardym drewnem drzwi, bo znów podbiegną krwią, bo może nadwyrężyć nadgarstek, bo jeśli uderzy zbyt mocno, opuchlizna nie pozwoli zgiąć palców), chwytając za chłodną klamkę i po chwili wahania naciskając ją z determinacją; zawiasy ustępują bez protestu, wpuszczając go do środka, cicho i zapraszająco, jakby witały starego domownika, który – jak syn marnotrawny – powracał do źródła swojego istnienia. Wnętrze mieszkania jest ciche, niepojęte, nie pozostawia po sobie żadnego śladu w receptorach: i tylko kroki Jespera, nagle całkowicie nie na miejscu, niosą się echem po krótkim przedpokoju, w końcu docierając do salonu. Dopiero tam – kiedy cichną nawet one – jest w stanie pomyśleć o tym, jak bardzo egoistycznie postąpił, zjawiając się tu dzisiaj; o tym, jak niesprawiedliwie się poczuł, kiedy Lars – nagle wyłaniający się z kuchni, jak zwykle sprawny, milczący, pełnoprawnie zaskoczony – z bezcielesnego substratu myśli stał się ciałem, zyskując wymiar materialny i materii właściwą wagę.
Kreacja przeobraziła się w życie, istnienie w akt, potencjalność w rzeczywistość – na ustach przyjaciela pojawia się uśmiech, ale Jesper, żałośnie skurczony w sobie, nie umie zdobyć się na to samo.
Nie potrafi.
Şarap? – nie zwraca uwagi na słowo, które wydaje się równie racjonalne, co płonąca żyrafa z obrazu Daliego; Lars był przyzwyczajony do językowych przekładańców, zwłaszcza wieczorami, zwłaszcza w wykonaniu Jespera, zwłaszcza, jeśli dotyczyły alkoholu i występowały w scenerii rzucanej na fotel marynarki, włosów przeczesywanych palcami i głośnego westchnienia. Pozory nonszalancji miały ukryć złą kondycję – niestety, bez skutku. Cienie pod oczami były zbyt wyraźne, a w wygięciu ust tkwiło więcej ze smutku niż ze zmęczenia.
Jeszcze tylko raz pomyśli o tym, co delikatne, co ukryte głęboko w jego ciele, o wszystkich tych niebytach, które powinny wirować w jego krwi, a których nigdy nie będzie mógł otrzymać, zobaczyć na własne oczy ani dotknąć palcem, bo wszystko na tym świecie – a już zwłaszcza osocza – jest dalą.
Nawet Lars z zaskoczonym spojrzeniem, mimowolnym uśmiechem i tą lekką zmarszczką, która ostatnio pojawiła się w pobliżu płatka jego nosa, tuż po prawej stronie. Trzeba się uważnie przyjrzeć, aby ją dostrzec, ale Jesper wie, że – choć dzisiaj niewidoczna – gdzieś tam jest i tylko czeka na okazję, by przypomnieć im o przemijaniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Jesper&Lars
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg :: Bourse, 26/8-
Skocz do: