IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Cmentarz Montparnasse


Share | 
 

 Cmentarz Montparnasse

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Cmentarz Montparnasse   Nie Lip 03, 2016 2:58 pm



Cmentarz Montparnasse

Cmentarze Montparnasse i Père-Lachaise łączy wspólna historia - obydwa wybudowano w XIX wieku poza centrum miasta w obawie przed epidemią. Montparnasse otwarto w 1824 roku, jeszcze pod nazwą Cimetière du Sud, i niemal od razu stał się on miejscem pochówku znanych intelektualistów oraz zasłużonych dla Francji osób.
Cmentarz ten stanowi jednocześnie zabytek architektoniczny. Idąc jedną ze schludnych alejek, natrafić można na wiele przepięknych nagrobków wykonanych przez znanych artystów. Panujący na Montparnasse spokój przyciąga nie tylko tych paryżan, którzy przychodzą tu, by zapalić świeczkę na czyimś grobie, ale i wszystkich, którzy szukają odrobiny ciszy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Wto Paź 04, 2016 8:11 pm

Przez niemalże całe swoje życie Gilbert unikał uwagi ze strony innych ludzi. We własnym domu nie musiał się o to nawet starać – jego matka żyła we własnej bańce, zamknięta w świecie swojej choroby, do której nikt nie miał dostępu, rzadko kiedy przypominając sobie o tym, iż kilka lat wcześniej urodziła syna, o którego wciąż trzeba było się troszczyć. Ojciec zaś, choć miewał momenty, w których wykazywał być może zbyt duże zainteresowanie swoim pierworodnym, przez większość czasu był nieobecny. Jako dziecko więc, nie rozumiejąc do końca, co się dzieje i nie mając pojęcia, iż nie tak powinno wyglądać jego dzieciństwo, szybko nauczył się, że jest nikim i swoją osobą nie przedstawia żadnej wartości. Późniejsze lata wcale nie przyniosły w tym jakiejkolwiek zmiany, w sierocińcu chował się przed spojrzeniami rówieśników i karcącymi dłońmi opiekunek, a gdy w końcu i to miejsce przyszło mu opuścić i gdy wystawiony został na pokaz ludziom, których w ogóle nie znał, chował się w samym sobie, pokazując jedynie to, co zostało w nim wyszkolone.
Samotność nigdy mu nie przeszkadzała. Choć w przeszłości dość często spędzał noce w towarzystwie ludzi, których imion i twarzy nigdy nie mógł zapomnieć bez względu na to, jak bardzo się starał, wszystko to nigdy nie miało znaczenia. To on był tam dla ich przyjemności a nie odwrotnie, dlatego gdy odbierał swoją zapłatę szybkim krokiem, z twarzą schowaną w cieniu paryskich uliczek i wzrokiem utkwionym w czubkach własnych butów oddalał się jak najdalej, do własnego mieszkania, do miejsca, w którym choć na chwilę mógł się poczuć bezpiecznie. W towarzystwie blasku księżyca czy pierwszych promieni słońca, nieśmiało wychylających się zza horyzontu wmawiał sobie, że właśnie tak powinno być. Że nie zasługuje na przyjaźń czy miłość, bo wtedy musiałby kłamać, gdyż prawda o jego życiu odstraszyłaby każdego, kto chociażby przez chwilę mógłby pomyśleć o nawiązaniu z nim jakiejś relacji.
Jak wiele było w tym prawdy? Szczerze mówiąc sam nie miał pojęcia, uwięziony we własnym umyśle i wspomnieniach brzydził się tego, kim był i nigdy nie próbował nawet wyjść ze swojej strefy komfortu, spróbować żyć tak, jakby w ciągu dnia był zupełnie inną osobą, zwyczajnym studentem pracującym w porządnej, choć nisko płatnej pracy, której nie trzeba było się wstydzić. W nocy przybierałby na nową maskę niewinnie wyglądającego chłopaka, która tak przyciągała i wabiła starsze damy i samotnych gentelmanów, wyciągając z ich portfeli grube banknoty, dzięki którym udało mu się przetrwać kolejny miesiąc z w miarę porządnym posiłkiem i świadomością, że za kilka lat to wszystko się skończy.
Niestety, wkrótce wizja przyszłości zupełnie zniknęła i choć teraz na nowo pojawiła się w jego życiu, jako jeszcze blade światełko każące mu brnąć do przodu dobrze wiedział, że niewiele uległo zmianie.
Cień wciąż był jego największym przyjacielem, szept wiatru czasem dodawał mu otuchy, a powiernikiem sekretów stał się nagrobek José Matteo Bonaventure Orfila znajdujący się na cmentarzu Montparnasse.
Otulony w cienki, podniszczony płaszcz z paroma niezbyt atrakcyjnie prezentującymi się pęknięciami, które własnoręcznie, nieudolnie postarał się zszyć, szybkim krokiem przemierzał alejki niemalże pustego cmentarza do miejsca, które zaraz po bibliotece było jednym z tych najbardziej przez niego uczęszczanych. Było mu zimno, ale przez całą tą zimę chyba już zdążył uodpornić się na panujący dookoła chłód, więc marcowe powietrze nie stanowiło jeszcze tak wielkiego problemu. Choć zdarzało mu się wciąż marzyć o gorącym ogniu trzaskającym w kominku, kubku herbaty i ciepłej, zimowej kurtce, która naprawdę chroniłaby go od chłodu, znał swoje priorytety. Ostatnimi czasy wszelkie pieniądze, które zarobił, przeznaczał na opłacenie czesnego a za to, co mu pozostało, kupował świeżą bułkę w piekarni, której smak przypominał mu o okresie dostatku, który z pełną świadomością porzucił. Pocieszał go fakt, iż w jego mieszkaniu w tej starej, zaniedbanej kamienicy, było prawdopodobnie zimniej niż w jakimkolwiek innym miejscu w Paryżu.
Stanął przy nagrobku francuskiego chemika, przez chwilę wpatrując się w wypisane na szarym kamieniu nazwisko i datę śmierci, po czym wymamrotał kilka słów przywitania jakby wierząc, że pochowany głęboko w ziemi mężczyzna może go jeszcze usłyszeć. Nie liczył na odpowiedź, wierzył głęboko w naukę i skoro jeszcze żadne znane mu badanie nie dowiodło istnienia nadprzyrodzonych sił, był pewny, iż te nie istnieją.
Usiadł na twardej, chłodnej ziemi twarzą do nagrobka, wzdrygając się krótko, po czym wyciągnął ze starej, skórzanej torby dość grubą książkę z tym samym nazwiskiem, które znajdowało się na nagrobku. Znalazł ją w starym antykwariacie, wydając wszystkie pieniądze które mu pozostały, ale wcale nie żałował. Czasem lubił myśleć, iż José byłoby miło, gdyby wiedział, ile poświęcił, aby kupić jego dzieło.
Zaczął przelatywać wzrokiem po kolejnych linijkach zaczytując się w rozprawie o toksykologii, od czasu do czasu podnosząc wzrok i komentując to co, udało mu się przeczytać tak, jakby prowadził z mężczyzną prawdziwą dyskusję na temat naukowego zagadnienia. Miał świadomość, że dla przeciętnego przechodnia mógł wydać się dziwny, jednak jak dotąd nikt nigdy go nie przyłapał i miał naprawdę wielką nadzieję, iż tak pozostanie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pią Paź 14, 2016 11:50 pm

Sweter gryzie cię w szyje. To chyba wełna, ale nie jesteś pewien, nigdy się na tym nie znałeś. Dostałeś go jednak od matki, wydziergała go własnoręcznie, co zdecydowanie podnosi rangę tego podarunku. Poza tym jest niezwykle ciepły, więc mimo tej drobnej niedogodności decydujesz się go ubierać stosunkowo często. Może to być też wina faktu, że materiał jest w kolorze czystego błękitu, lazuru wręcz. Nie możesz się oprzeć wrażeniu jak bardzo przypomina ci to wody uderzające o plażę nad którą mieszkałeś tak dawno temu. Może nie jesteś stary, ale przez wojnę wszystko płynie jakoś inaczej, ty czujesz się inaczej. Jakbyś był nagle o wiele starszy, a dzień, w którym pływałeś po raz ostatni był już tylko odległym wspomnieniem. Zabawne jak wiele emocji może budzić jeden, zwykły sweter.
Odciągasz kawałek materiału, ale to nic nie zmienia, więc puszczasz i dalej cię gryzie. Spoglądasz w lustro, błękit pasuje ci do oczu, ale tego nie widzisz. Przypominasz sobie raczej oczy swojej siostry. Tak pełne troski dla twojej osoby, chociaż przecież nie musi się o ciebie martwić. To ty bardziej martwisz się o nią, o to co zmieniło się w jej życiu, o to do czego zmusza ją to wszystko. Pamiętasz doskonale waszą ostatnią rozmowę, film, o którym wspominała. Boisz się o nią i nie wiesz co zrobić. Dlatego idziesz do niego.
Poprawiasz szalik, chociaż doskonale wiesz, że to nie on cię gryzie, ale ten cholerny sweter, który chroni cię przed tym irytującym zimnem. Zacierasz dłonie, ale zmarzniętym dłonią to nie pomaga, więc znowu wciskasz je głęboko w kieszenie płaszcza. Paryż jest chłodniejszy od twojego rodzinnego miasta. Nie ma tu morza, które łagodziłoby ostre ciosy pogody. Mieszkasz tu tyle czasu, a wciąż nie możesz się przyzwyczaić. Nie zwracasz jednak na to uwagi, jesteś całkiem dobry w ignorowaniu pewnych spraw. Doskonale udajesz, że nie widzisz tych wszystkich Niemców dookoła, że nie obchodzą cię ani trochę i że wcale nimi nie gardzisz. Na szczęście im dalej tym jest ich mniej. Widocznie najlepiej czują się w centrum, gdzie mogą bez przeszkód eksponować swoją władzę i geniusz. Wzdychasz pod nosem, tutaj, pod bramą nekropolii, nikomu to nie przeszkadza.
Masz ochotę zdjąć ten sweter, ale nie wypada obnażać się przed zmarłymi. Chociaż nie sądzisz, żeby świętej pamięci mąż twojej siostry wstał nagle z grobu, aby wyrazić swoje oburzenie. Leży spokojnie pod ziemią, albo raczej to co z niego zostało i nie ma już więcej zmartwień. Pokusiłbyś się o stwierdzenie, że zmarli nie mają zmartwień, jednak nie jesteś pochopny w swoich sądach. Być może wynika to z wiary, że chociaż ciało leży pod nagrobną płytą to dusza jest w zupełnie innym miejscu. Nie wiesz więc, czy w ogóle twoje słowa do niego docierają, ale najważniejsze, że możesz wyrazić swoje obawy na głos i nikt cię nie podsłucha. Oczywiście mógłbyś wyżalić się przyjacielowi, tylko jak zwykle jesteś wspaniałomyślny i nie chcesz obarczać go swoimi zmartwieniami. Jakby miał jakieś poza przejmowaniem się skąd wziąć kolejną porcję opium.
Wracasz, trochę lżejszy, chociaż nadal materiał cię gryzie. Mimo to decydujesz się na obranie okrężnej drogi, ot tak, dla uczczenia niepisanej tradycji. Lubisz się przejść i popatrzyć na architektoniczne perełki, a także pomyśleć o ludziach, którzy tutaj spoczęli. Kto wie, czy ktokolwiek inny o nich myśli? Chyba jednak tak, bo niespodziewanie twój wzrok zauważa zakłócenie dobrze znanego krajobrazu. Ktoś składa wizytę chemikowi. Bezwiednie zbliżasz się i dopiero wtedy okazuje się, że znasz tego intruza.
- Fourier - wyrywa ci się pełne zdziwienia. Zatrzymałeś się nawet, sweter jakby mniej gryzie w obliczu nieoczekiwanego spotkania. Nie sądziłeś, że trafisz tu na niego, że w ogóle trafisz na kogokolwiek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sob Paź 15, 2016 2:13 pm

Czasem miał wrażenie, jakby zupełnie nie nadawał się do tego świata. Jakby został wyrwany z zupełnie innej bajki, z innej rzeczywistości. I wcale nie uważał, aby to czyniło go wyjątkowym. Wręcz przeciwnie, czuł się tak, jakby wszystko dookoła pragnęło go zgnieść, stłamsić, sprawić, aby w końcu się poddał i przyznał, że nie potrafi już żyć, sam coraz bardziej brnąć przez to życie, które zdawało się być jedynie iluzją tego, które pragnął posiadać.
Jak często zazdrościł tym, którzy wychowali się w pełnych, kochających rodzinach, którzy wcześniej, w czasach przed wojną nie znali głodu, strachu czy upokorzenia. Którzy wiedzieli, jak to jest kochać i być kochanym, jak to jest mieć kogoś, kto podniesie cię z ziemi po twardym upadku czy otrzepie kurz z ramion, gdy nagle cały świat zacznie walić ci się na głowę. I chociaż starał pocieszać się tym, iż w obliczu wojny na wielu spadło ogromne nieszczęście, a on był tym, który stał w miejscu, dzięki wcześniejszym doświadczeniom wiedząc, jak przetrwać, pośród wrogich spojrzeń, pustych, sklepowych półek czy odartych ubrań, które wcale nie chroniły przed zimnem, nie potrafił już cieszyć się wschodzącym słońcem czy złotem jaśniejących na niebie gwiazd. Żył, ale czasem naprawdę żałował, iż tamtej nocy nad brzegiem rzeki nie udało mu się uciec od przytłaczającego ciężaru, poczucia porażki i istnej beznadziei, która bez względu na to, jak mocno by się starał, nie potrafiła go jednak opuścić.
Pośród ludzi, których imiona znał i których twarze tak dobrze pamiętał, pośród przypadkowych przechodniów, szarawych mundurów i szorstkich, niemieckich głosów, czuł się samotny i zagubiony, zupełnie tak, jakby nagle cały świat rozpłyną się dookoła niego i pozostał sam, w tym wielkim i wrogim mieście, którego ściany zaciskały się wokół niego każdego dnia coraz bardziej dając do zrozumienia, iż nie ma ucieczki od własnego odbicia. Tego, które śledziło go w szybach okien, które podążało za nim skacząc przez rozlane na chodnikach kałuże, obserwowało ze sklepowych witryn i w końcu, powielone wpatrywało się z rozbitego na drobne kawałki lustra, będące zupełnie jak on. Zniszczone, bezużyteczne i przerażające, zniekształcające rzeczywistość w sposób, którego nie potrafił tak przyswoić.
A jednak, nawet gdy czuł się samotny, gdy własne myśli były nie do zniesienia a bolesne wspomnienia zakorzenione w jego głowie, przybierające formę obrazów, dźwięków i zapisanych na brudnych skrawkach papieru słów prześladowały go i wywoływały tępy ból gdzieś w tyle głowy, nie potrafił znaleźć pociechy w towarzystwie ludzi. Najlepiej wciąż czuł się sam, z twarzą ukrytą w książce tak, aby nikt nie mógł dostrzec, jak wiele ukrywa pod spuszczonym spojrzeniem jasnych oczu, za którym krył się strach, lęk ale i wściekłość na to, iż był tak bezsilny wobec własnej natury.
Dlatego uwielbiał ten cmentarz, otoczony przez ciche, spokojne drzewa, gdzie wydające się natarczywymi spojrzenia nie mogły go dosięgnąć, bo nikt nigdy nie zapuszczał się w miejsce oddalone od jego głównej części. Czuł się spokojny otoczony przez groby ludzi, którzy przeżyli już swoje chwile, mieli za sobą wspaniałe i godne zapamiętania momenty, jak i te, które najchętniej upchnęliby głęboko pod dywan, zapominając o nich w ciągu jednej sekundy. Świadomość, że on nie potrafił tak po prostu zapomnieć, nie była najprzyjemniejsza, jednak przebywanie wśród osób, które teraz były jedynie częścią historii sprawiało, że choć przez chwilę nie musiał się wszystkim tak martwić.
Na dźwięk niespodziewanego głosu niemalże podskoczył w miejscu, może zbyt gwałtownie zrywając się z ziemi i stając twarzą w twarz z chłopakiem, którego znał, choć miał wrażenie, że przecież nic o nim nie wiedział. Nicodème Tasse, jego imię zawibrowało w jego umyśle, zawieszając się na krańcu języka gotowe aby wydostać na wolność spośród spierzchniętych warg. Zamiast tego wpatrywał się w przybysza, na chwilę zapominając, iż język służy do tego, aby go używać i formułować kolejne słowa. Czasem, w takich właśnie momentach, czuł się naprawdę głupio.
- Nicodème – powiedział w końcu, po zdecydowanie zbyt długiej, krępującej go ciszy, pośród której starał się skupić wzrok na drzewach gdzieś za jego plecami, aby tylko nie patrzeć mu w oczy i nie okazać, jak dziwnie jest spotkać go gdzieś poza murami biblioteki w otoczeniu ciężkich, opasłych tomisk. Nie był w stanie powiedzieć nic więcej, bojąc się, iż jak w większości przypadków i on niemalże natychmiast podąży w swoją stronę, zostawiając go zażenowanego wraz ze wspomnieniem, które już nigdy nie miało go opuścić.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sro Paź 19, 2016 11:35 pm

Może nie powinno cię tu być?
Zupełnie niepotrzebnie wkroczyłeś w osobistą przestrzeń Gilberta. Nie powinieneś tego robić, nawet przypadkiem. W końcu zdołałeś poznać go już chociaż trochę, nawet jeśli jest do bardzo powierzchowne. Nie każdy jest taki jak ty, jak woda, która mimo oporów zawsze się przecież dopasuje do naczynia w jakim ją umieszczono. Ostatecznie wpasowałeś się w szare ulice smutnego, a teraz okupowanego, Paryża. Ale przecież nie byłeś sam. Nie rzucono cię na pastwę obcego miasta bez odpowiedniego wsparcia. Miałeś pasję, dla której byłeś wstanie zrobić i poświęcić wiele, a może nawet wszystko. Próbowałeś zatrzeć dziwnie gorzkie uczucie tęsknoty mdłym smakiem basenowej wody oraz obolałymi po treningach mięśniami. Mistrz samozaprzeczenia, król wyparcia. Nie bez powodu jesteś bratem fenomenalnej aktorki. Sam mógłbyś uchodzić za jednego z nich. Wyraz twarzy wyrażający idealne nic, które z powodzeniem ukrywało wszystko to, co chciałeś ukryć przed bliskim. O to przecież chodzi, prawda? Żeby ich nie niepokoić, nie obarczać swoimi problemami, są przecież takie błahe, takie bezsensowne. Czy to nie ironia losu? Brzydzisz się kłamstwem, a mimo to jesteś jednym z najlepszych łgarzy.
No i znalazłeś przyjaciela. Dziwne. To słowo jest ci obce, jakby pochodziło z języka, o którym wcześniej nawet nie słyszałeś. Jakiś obcy dialekt, odsunięty od ciebie, widocznie nigdy nie był potrzebny. Zawsze dobrze miałeś się sam. Twoim przyjacielem była woda, która z jednej strony wyciskała z ciebie siódme poty, a z drugiej jak nikt inny powinna koić zszargane mięśnie. Pływając stałeś się w pewien sposób samowystarczalny, przynajmniej tak sobie wmawiałeś. A może nie umiałeś? Może jest z ciebie tak dziwna jednostka, która zwyczajnie nie potrafi żyć z innymi, najlepiej czuje się samemu. Może tak było, ale nadeszła wojna i wszystko się zmieniło. Ciężko ci w to uwierzyć, ale przecież każda rzeka trafia w końcu do jakiegoś ujścia. Zresztą nie miałeś zbytnich oporów przed tą akurat konkretną zmianą. Nie przeszkadzało ci, że masz o jedną (a nawet dwie) osobę więcej do martwienia się. Podobno przyjaźń jest tworem, w którym następuje emocjonalne równouprawnienie, każda ze stron ma prawo, w pewnym sensie nawet i obowiązek, aby obciążyć drugą swoimi problemami czy innym ciążącym jej ładunkiem. To teoria, ale ty przecież wolisz robić wszystko po swojemu. Nic dziwnego, że starasz się jak ognia unikać tematów na swój temat. Tylko nie robisz tego specjalnie, w tej sprawie akurat nie kłamiesz, to po prostu naturalny mechanizm obrony innych. Przed sobą.
Czy próbujesz też chronić Gilberta?
To tłumaczyłoby w pewien sposób to dziwne zmieszanie, które cię ogarnęło. Nie dlatego, że spotkałeś go w, delikatnie mówiąc, nietypowym miejscu. Chodzi o zakłócenie jego spokoju, wejść z butami w teren, jaki nie powinno się pod żadnym pozorem następować bez wyraźnej zgody właściciela. Przecież wiesz to doskonale, sam przyszedłeś tutaj w poszukiwaniu błogiego spokoju. Odcięcia się od tych mniej lub bardziej sympatycznych twarzy. Szukałeś jedynie towarzystwa nieistniejącej mary, udawanej personifikacji, która mogłaby być w razie czego wygodną wymówką. Kto jak nie ty może doskonale wiedzieć, że do wyjścia z domu w czasie okupacji jest potrzebny dokładny cel. Przypomina ci o tym bezustannie przecinająca policzek blizna. Dłoń drga ci w kieszeni, aby ją musnąć, ale pamiętasz jak jest chłodno, więc zostawiasz ją w spokoju. Zamiast tego muskasz językiem wargi smakując cmentarne powietrze wczesnego marca. Nie wiesz za bardzo jak masz się w tej sytuacji zachować. Chyba po raz pierwszy widzie się poza murami bezpiecznej biblioteki, na neutralnym, ale jakby obcym gruncie. Z jednej strony chcesz taktownie uciec, aby nie napastować go swoim towarzystwem, ale z drugiej jesteś ciekaw. Chciałbyś poznać tajemnice jakie skrywa to milczące oblicze. Może nie do końca milczące, bo w końcu wyrywa mu się twoje imię. Może nie jesteś tak do końca nieproszony? Mimo to stoisz w miejscu niczym otaczające cię marmurowe pomniki, bo trochę się boisz, że spłoszysz go nieostrożnym ruchem. Przechylasz leciutko głowę na bok, kiedy tak lustrujesz wzrokiem jego sylwetkę. Dla odmiany Gilbert ucieka od ciebie spojrzeniem, jak gdybyś mógł zamienić go w kamień. Ta myśl sprawia, że wyginasz kąciki ust w malutki uśmieszek. Można by pomyśleć, że zapędziłeś zwierzynę w pułapkę.
- Trochę mniej wygodnie niż w bibliotece - rzucasz niezobowiązująco odrywając od niego ciężar swoich oczu i rozglądając się dookoła, jak gdybyś spodziewał się, że znikąd pojawi się tutaj wygodny fotel. Przeczesujesz palcami włosy, co boleśnie ci przypomina o nieprzyjemnie gryzącym skórę swetrze, więc opuszczasz raptownie dłoń i znów wsuwasz ją do kieszeni. - Chociaż towarzystwo jest tutaj równie wygadane - mówisz z półuśmiechem, chcąc nieco odstresować Fouriera. Nie potrafisz zrozumieć jak można tak bardzo się stresować innymi ludźmi. Tobie przecież łatwo przychodzi kontakt z innymi. Różny kontakt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Czw Paź 20, 2016 8:25 pm

Przez większość czasu Gilbert nigdy nie uważał, aby w swoim życiu potrzebni mu byli ludzie. Do tej pory obecność drugiej osoby przez większość czasu kojarzyła mu się tylko i wyłącznie z bólem, byciem zaniedbanym, z upokorzeniem, z usilnymi próbami wtopienia się w tłum i rozpłynięcia w otaczającym powietrzu. Sam nie miał już pojęcia, jak często w swoim życiu myślał o tym, iż chciałby po prostu móc zniknąć, stać się niewidocznym dla tych wszystkich, wpatrujących się w niego oczu, które wywoływały w nim swego poczucie lęku. Czuł się jak dziwadło, pamiętając, jak jeszcze w sierocińcu krążyły za nim nieprzyjemne szepty, jak przyklejano mu liczne, często obraźliwe, łatki, jak nikt nie interesował się jego uczuciami, bo największą przyjemność sprawiało im patrzenie, jak chowa się w cieniu pomieszczenia, coraz bardziej zamykając się w sobie, albo jak płacze z bólu zwinięty w kłębek na podłodze łazienki, gdy twarde buty uderzały w  niego raz za razem. Czasem ma wrażenie, iż niemalże potrafi odczuć na swojej skórze wszystko to, co czuł tamtego dnia, gdy krew sączyła się z jego ran, gdy czuł się bezsilny, bezradny i zagubiony. Nie jak człowiek, ale jak zwierzę, które nie zasługuje na godne traktowanie, które nie ma głosu i nie jest w stanie obronić się przed bezwzględnością człowieka.
Ludzie  nie byli dla niego dobrzy, mógł na placach jednej ręki wymienić tych, którzy znaczyli dla niego coś więcej, jednak nie znaczyło to, iż potrafił im zaufać na tyle, aby podzielić się największymi sekretami swojej przeszłości. Często dochodził do wniosku, iż gdyby ktokolwiek był wstanie odczytać jego myśli, byłby szczerze przerażony. Było w nich tyle cierpienia i nienawiści do samego siebie, tyle samotności i smutku. Tęsknoty za czymś, czego przecież nigdy nie posiadał i czego już nie uda mu się doświadczyć. Czy więc w ogóle miał prawo tęsknić za rodzinnym ciepłem, za matczynym głosem, który układał go do snu, za własnym łóżkiem, w którym chowałby się podczas najgorszych koszmarów lub za pełnym stołem, przy którym wraz z rodzicami spożywałby wspólne posiłki? Wszystko to było jedynie marnym wyobrażeniem czegoś, czego nigdy nie dostał od losu. Nie mógł powiedzieć, iż stracił rodzinę, ponieważ nigdy jej nie posiadał. To, co miał, to jedynie dwójka ludzi, która sprowadziła go na ten świat i porzuciła niemalże od razu, skazując na wieczną tułaczkę w poszukiwaniu domu. Czegoś, co wciąż wydawało mu się być czymś nad wyraz abstrakcyjnym, iluzją, pięknym snem, którego nigdy nie przyszło mu śnić.
Pojawienie się Nicodèma było dla niego czymś zupełnie nowym. Nie był przyzwyczajony do tego, iż ludzie z własnej woli zaczynali z nim rozmowę. Choć może to wszystko tkwiło jedynie w jego głowie? Może to on nie chciał mieć z nimi kontaktu, budując wokół siebie ochronny mur, który nie pozwalał nikomu zbliżyć się do niego bliżej z obawy przed tym, iż znów ktoś go skrzywdzi. Czy w stosunku do Nicodèma obawiał się tego samego?  
- Tak - odpowiedział po prostu, na krótko spoglądając na chłopaka aby upewnić się w przekonaniu, iż ten go obserwuje. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, jak głupio musi brzmieć i wyglądać oraz iż na tym etapie duża część osób po prostu odwracała się z zamiarem niepodejmowania nigdy więcej próby rozmowy z nim. Czy właśnie tego chciał? Aby Nicodème, zniechęcony jego małomównością, najzwyczajniej w świecie odszedł, zostawiając go z poczuciem winy i wyżerającym w nim dziurę zażenowaniem, które prześladowałoby go przez następne miesiące? Nie miał pojęcia, przez większość czasu sam nie wiedział, czego chciał, czego oczekiwał od innych ludzi i od siebie samego - José Matteo Bonaventure Orfila - wypalił po dłuższej chwili, wskazując na nagrobek za jego plecami w tym samym momencie zdając sobie sprawę, iż chłopak z pewnością potrafił odczytać wygrawerowane na szarym kamieniu nazwisko  - On... On był chemikiem. Nie bardzo znanym, choć jego praca na temat toksykologii ogólnej jest dość popularna. Urodził się w 1787, w Hiszpanii i zmarł w 1853, uważano go za twórcę medycyny sądowej, co może być chyba uznane za dość imponujące… - słowa wylatywały z jego ust z prędkością porównywalną do prędkości światła, zanim zorientował się, co robił. Jego twarz pokryła się lekką czerwienią i na krótką chwile odwrócił głowę, zaciskając powieki i karcąc się w myślach za to, kim był i jak się zachowywał - Przepraszam, to strasznie nudne. Pewnie jesteś zajęty, ja... ja nie chcę cię zatrzymywać - powiedział powoli, a z każdym słowem jego głos zaczynał cichnąć. Ze wzrokiem utkwionym w ziemię myślał o tym, iż tak naprawdę chciał go zatrzymać bo miał świadomość, że następnym razem może sam spędzać te liczne godziny, które przesiadywał w bibliotece, że Nicodème wyminie go, obrzucając krytycznym i pełnym pogardy spojrzeniem tak, jak robiła to większość ludzi, która kiedykolwiek próbowała nawiązać z nim kontakt. Był to tego przyzwyczajony i wiedział, że nie była to ich wina, a tylko i wyłącznie jego. Mimo wszystko, na swój sposób, lubił te godziny, podczas których od czasu do czasu unosił wzrok znad książki, obserwując jak Tasse pochyla się nad swoją lekturą, jak jego wzrok przebiega po wydrukowanych czarny tuszem literach, jak być może nieświadomie przygryza wargę, przeczesuje włosy dłońmi lub delikatnie moczy opuszek palca językiem, aby przewinąć kolejną stronicę. Zauważał te rzeczy, stały się one swego rodzaju rutyną, włącznie z szybkim spuszczaniem wzroku na własna książkę, gdy Nicodème przyłapał go na obserwowaniu go i, wbrew pozorom, obdarzał przyjaznym uśmiechem. Gilbert myślał wtedy, iż może jest on zupełnie inny. Może potrafi spojrzeć poza zasłonę nieśmiałości i milczenia i odnaleźć w nim coś, co warte było zmarnowania chwili jego wolnego czasu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Czw Gru 01, 2016 9:43 pm

Nie wiesz do końca jak wszystko powinno się ułożyć. Dążysz po ścieżce pełnej niewiadomych. Usłaną minami w przenośni i dosłownie. Wojna to nie jest czas wielkich nadziei, snucia planów na przyszłość. Trzeba żyć chwilą, bo minuty jedna po drugiej umykają w historię nie chcąc się ani na chwilę zatrzymać. Boisz się.
Czy gdy rano wstaniesz Anais będzie smacznie spać w swoim łóżku po ostatnim bankiecie? Czy kamienia obok której przechodzisz na uczelnię nie będzie jutro stertą gruzu? Czy kiedykolwiek będziesz mógł wrócić do pływania? Pytania mnożą się niczym przybywając do Paryża żołnierze Rzeszy, a odpowiedzi, niczym Francuzów, ubywa. Chociaż z drugiej strony nie wiesz, czy chciałbyś poznać prawdę. Nie wiesz przecież czy będzie taka, jaką ją sobie wymarzyłeś. W wizji przyszłości brakuje ci poduszki, miękkiego buforu bezpieczeństwa, który mógłby się uchronić przed bolesnym upadkiem. Masz co prawda rodzinę, do tej pory to oni sprawiali, że miałeś do kogo się zwrócić. Przecież to matka chowała cię z miłością, tuląc do piersi drugie, młodsze dziecko, upragnionego syna. Ojciec uratował cię przed powolnym opadaniem na morskie dno i to on wypchnął cię z tej spirali szaleństwa, w którą zaczął się staczać twój młodociany umysł. Był w pewnym sensie autorem wszystkich twoich sukcesów. Jest też ona. Twoja ukochana, starsza siostra. Podobno wiek jest często dla rodzeństwa przepaścią nie do przeskoczenia, ale nie był dla was. Tak naprawdę nic nie było dla was dostateczną barierą. Zawsze dla niej, zawsze blisko. Oglądałeś każdy jej film, chociaż o wiele bardziej wolisz książki. Byłeś przy niej, gdy straciła męża, a ona zajmowała się tobą po feralnej, zimowej nocy. Uzupełniacie się niczym zgrany duet. Jednak przeszłość blednie w obliczu tego, co nadchodzi. Nie wiesz, czy jutro nie będziesz szedł przez ten cmentarz na grób kogoś, kto w twoim życiu pełnił tak ważną rolę. Może czasem wolałabyś, aby żadna z tych osób nie istniałaby dla ciebie? Nie musiałabyś wtedy mierzyć się z bolesnym doświadczeniem straty, ze świadomością, że musi ona nadejść prędzej czy później, bo przecież wszystko musi mieć ten swój cholerny kres. Nie drżałbyś w niepewności i strachu o życie swoich najbliższych. Nie szarpałbyś nerwowo klamki od mieszkania, aby wejść jak najszybciej i zobaczyć, że z Anais jest wszystko w porządku. Nigdy nie było pewności, tego stuprocentowego przekonania, że żegnając się przed wyjściem nie żegnacie się po raz ostatni.
Po co ktoś pokazywał ci raj, żeby go za chwilę spalić?
Twój wciąż jeszcze nie płonął, ale widziałeś jak ktoś bawił się nad nim zapalniczką przez co chodzisz z nerwami napiętymi jak postronki. Może właśnie to jest prawdziwym powodem twojej wizyty tutaj? Jakkolwiek to brzmi, próbujesz się oswoić. Zdać sobie sprawę, że ten koniec to jest tylko nowy początek. Jesteś wierzący, więc twój świat nie kończy się na ziemi, a mimo wszystko ta świadomość nie daje ci absolutnie żadnego komfortu. Nie masz gwarancji, że kogokolwiek spotkasz po drugiej stronie. Że sam trafisz tam, gdzie trafić byś chciał. Tak często kłamiesz, spowiadasz się z tego? Może to właśnie jest ta twoja kara? Może piekło masz przejść już tutaj, a teraz dopiero stanąłeś w przedsionku? A może to twój krzyż? Podobno to Bóg wie dokładnie, ile jesteś w stanie znieść? Widzi z góry twoje wykrzywione od ciężaru barki, ale zna twoją siłę i dokłada jeszcze? Odda Ci na samym końcu. Czy ta świadomość pokrzepia cię chociaż trochę?
Może mógłbyś się wdać z Gilbertem w taką dyskusję o niesionych ciężarach, o posiadaniu i stracie. Tylko nie wiesz, jakie on ma doświadczenia. Nie wiesz jak odmienną stronę reprezentuje. Widzisz tylko to, co pokazał ukrywając się pomiędzy ścianami biblioteki. Niewiele. Informacje, które starannie dobrał dla całego świata. Nie znasz go tak naprawdę, chociaż uważasz go za intrygującego. Już za sam fakt pojawiania się w bibliotece tak samo jak ty. A teraz jest tutaj. Mało sprzyjające przypadkowym spotkaniom miejsce. W dodatku nie wygląda, jakby przychodził odwiedzić tutaj jakiegoś bliskiego zmarłego. Wygląda raczej jak człowiek szukający schronienia przed światem. Jak ty. Chociaż jesteście zupełnie inni. Widzisz to już po tym jak w odpowiedzi na twoje mało śmieszne żarty słyszysz zdawkowe tak. Chłopak chyba odczuwa dyskomfort w twoim towarzystwie. Jednak odzywa się znowu. A ty przechylasz głowę lekko na bok, słuchasz. To nazwisko jest ci obce. Nauka w tej formie jest ci obca. O wiele bliższe są ci dzieje literatury, nie sprawia to jednak, że jesteś ignorantem. Podziwiasz ludzi władających wiedzą, której sam nigdy nie będziesz w stanie pojąć. Tak samo jak ludzie admirują cię tylko przez fakt, że pływasz szybciej od nich. Tylko oni cię nie znają, a tobie dane jest poznać Gilberta. Zobaczyć jego reakcję, jego prawdę i jest to coś niezwykłego. Dlatego nie chcesz, żeby poczuł się jeszcze gorzej. Zwłaszcza, że zaczyna cię bezpodstawnie przepraszać. Obracasz się do niego tyłem i kucasz przodem do nagrobka z tym przydługim nazwiskiem.
- Sądzisz, że zajęty człowiek pokonywałby smutne, cmentarne alejki spacerowym krokiem? – pytasz, po raz kolejny wyciągając rękę z kieszeni i dotykając opuszkami palców chłodnego kamienia. Leży pod nim człowiek, który coś osiągnął. Osoba, która zrobiła tak wiele dla świata, a mimo to jego nazwisko zostało już zapominane przez świat. Czujesz tę irracjonalną falę strachu przetaczającą się przez twój żołądek. Pamiętasz to uczucie, gdy wygrałeś. Wspaniałe złoto olimpijskie, nazwisko Tasse na ustach wszystkich. I kim jesteś teraz? Jednym z wielu paryskich cywili, anonimowa, szara i sparaliżowana strachem twarz. Zaciskasz powieki, w milczeniu słuchasz jedynie cichej gry wiatru, jedynego tworu niebojącego się bawić na cmentarzu.
- Myślę, że Orfil jest całkiem zadowolony, że o nim pamiętasz. Zwłaszcza teraz, w czasach, gdy wygodniej byłoby nic nie pamiętać.I nic nie czuć. Ale to już dopowiadasz w myślach, jakby bojąc się świadomości, która idzie za wypowiedzeniem tych słów na głos. Nie odwracając się dalej do Gilberta i zwracając się bardziej do Jose niż do niego, pytasz: - Często się tu zjawiasz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pią Gru 02, 2016 8:04 pm

Fourier zazdrościł ludziom wielu rzeczy. Zazdrościł im tego, że o niektórych sprawach mogli po prostu zapomnieć, że ich głowa nie była przepełniona bezużytecznymi informacjami czy bolesnymi wspomnieniami, które towarzyszyły mu dzień za dniem, noc za nocą, nawiedzając w snach czy po prostu, od czasu do czasu, wskakując na pierwszy plan w najbardziej nieodpowiednich momentach. Zazdrościł im również tego, że potrafili zrozumieć innych ludzi, nie czuć się w ich towarzystwie jak wystawiona na pokaz małpka, która wbrew oczekiwaniom nie potrafiła wykonywać żadnych sztuczek. Przez większość czasu miał po prostu wrażenie, że ludzie patrzą na niego nawet wtedy, kiedy nie robił nic specjalnego. Zupełnie jakby był otwartą księgą, z której każdy potrafił odczytać uczucia, emocje, ale także przeszłość, najbardziej delikatną prawdę o nim samym, o której sam naprawdę pragnął zapomnieć.
Zazdrościł ludziom życia, jakie prowadzili. Zazdrościł wychowania w pełnej miłości rodzinie, obojga rodziców, nawet rodzeństwa. Rodzinnego ciepła, świąt spędzanych przy płonącym kominku, obdarowywania prezentami, poczucia bezpieczeństwa i dzieciństwa, w którym nie musiałby martwić się o kolejny dzień. Czasem, patrząc we własne odbicie, miał wrażenie, iż był wybrakowany. Że w jakiś sposób los odebrał mu wszystko to, co uczyniłoby go w pełni człowiekiem, pozostawiając jedynie resztki, które nie nadawały mu żadnej wartości. Nie miał pojęcia, jak mógłby to zmienić. W jaki sposób mógłby naprawić samego siebie, skoro wszystko dookoła wydawało się tak przerażające, przytłaczające i zdecydowanie zbyt ciężkie, żeby radzić sobie z tym na własną rękę? Starał się, robił co mógł, walczył z własnymi demonami, próbując pokonać je na wszelkie możliwe sposoby, odepchnąć na bok duchy przeszłości, zamknąć je w szafie i wyrzucić klucz daleko za siebie, jednak one zawsze powracały. W te bezsenne noce, gdy z okna mieszkania wpatrywał się w ciemne niebo nad Paryżem, nierozjaśnione ani jedną gwiazdą. W mgliste wieczory, kiedy wracał z pracy do domu przez opustoszałe, wypełnione głuchym echem jego kroków ulice. W słoneczne popołudnia, gdy promienie zaglądały nieśmiało przez nieliczne okna biblioteki, rzucając jasne światło na umieszczone na półkach książki. Nawet w, wydawałoby się, najpiękniejszych chwilach, jakich mógłby doświadczyć, czuł, że na ramieniu zawisł mu przerażający demon, szepczący do ucha historie z przeszłości, przypominający, iż jest nikim. Jedynie synem swojego ojca, w którym płynie ta sama krew tchórza i pijaka, niepotrafiącego nawet walczyć o własną ojczyznę, a już tym bardziej o własną rodzinę. Kiedyś próbował jeszcze przed tym uciekać i czy w pewnym sensie mu się to nie udało? Koniec końców znalazł się w miejscu daleko od jego domu. Najwyraźniej jednak pech przemieszczał się razem z nim, nie był przywiązany ani do miasta ani do budynku, a do osoby, która nosiła go niczym drugą skórę.
Gilbert nigdy nie wierzył w Boga, jednak czasem dochodził do wniosku, iż może wówczas jego życie byłoby o wiele łatwiejsze. Gdyby mógł po prostu zawierzyć mu całe swoje życie, uznać, że każde niepowodzenie, każda strata, każdy ból, którego doświadczył, wydarzyły się z woli jakiejś misternej, niewidzialnej osoby bądź siły, która sprawowała kontrolę nad całym światem. Nie musiałby wówczas tak bardzo przejmować się tym, że znów brakuje mu pieniędzy na jedzenie, że zimowy płaszcz jest zdecydowanie za cienki i nie potrafi ochronić go już przed zimnem, że czasem myśli o tym, jak bardzo żałuje, że tamtej nocy nie udało mu się umrzeć. Mógłby powiedzieć, że tak po prostu ma być, że jego życie zostało zaplanowane z góry i w obliczu tego planu, będąc jedynie malutką kroplą w oceanie wielu innych, malutkich kropel, nie ma tak naprawdę mocy, aby podważać wszystko, co dzieje się dookoła. Mógłby pochylić głowę w modlitwie, podziękować za rzeczy tak banalne jak kolejny wschód słońca, cztery ściany chłodnego mieszkania czy nawet błąkający się w jego kątach kot i być może nauczyłby doceniać się te drobne rzeczy, które mogłyby sprawiać mu tak wielką przyjemność, gdyby tylko przestał ciągle użalać się nad tym, jak źle czuje się we własnym ciele i jak wiele by oddał, gdyby chociaż na jeden dzień stać się zupełnie kimś innym. Chociażby nawet Nicodèmem.
Nigdy nie uważał, że ma w życiu najgorzej. Podczas jednego z najgorszych okresów swojego życia, gdy stoczył się na samo dno, mając ledwie siłę aby się od niego odbić, poznał wielu ludzi i ich najczarniejsze sekrety. Nie wiedział wiele o człowieczeństwie, nie potrafił zachowywać się w towarzystwie innych ludzi i nie zawsze umiał odpowiednio zareagować, jednak z pewnością był człowiekiem, który o ludzkich problemach wiedział naprawdę dużo. Szczególnie o tym, iż każdy przechodzi w swoim życiu przez coś, co spędza mu sen z powiek, wybudza w środku nocy z krzykiem czy zmusza do robienia rzeczy, o które nigdy wcześniej sam siebie by nie podejrzewał. Nie każdy jednak daje to wszystko po sobie poznać. On w końcu robił dokładnie do samo, chował się przed ludźmi, byle tylko nie wyjawić im chociażby rąbka prawdy, choćby drobnego kawałka tego, kim był, co robił i co czuł.
Nie skłamałby mówiąc, że chciał, aby Nicodeme po prostu odszedł. Jednak kłamstwem byłoby gdyby przyznał, iż nie chciał, aby chłopak z nim został. Obserwował go więc uważnie, wciąż żałując swoich słów i wciąż karcąc się w myślach za to, że czasem nie umiał po prostu znaleźć złotego środka, mówiąc za dużo albo nie mówiąc nic.
Kiedy chłopak odwrócił się do niego plecami, kucając przy nagrobku, Gilbert podążył za nim wzrokiem nie potrafiąc ukryć, iż poczuł się przez to lepiej. Brak uczucia cudzego wzroku na jego osobie z pewnością dodawał mu choć odrobinę pewności siebie, czego teraz naprawdę potrzebował.
- Zajęty nie, ale ceniący sobie samotność może tak – odpowiedział powoli, nabierając wcześniej głębokiego oddechu, wciągając do płuc chłodne, marcowe powietrze i przymykając lekko powieki, nie do końca, tak, iż wciąż spod rzęs mógł obserwować sylwetkę chłopaka, jego dłoń dotykającą delikatnie kamień nagrobka nie aż tak sławnego chemika. Było w nim coś dziwnego, coś tajemniczego, coś, co Gilberta intrygowało, ale jednocześnie onieśmielało na tyle, iż chwilami nie potrafił ubrać słów w logiczne zdania i pozbierać własnych myśli.
- Jego raczej to już nie obchodzi, jest przecież martwy – rzucił, zanim zdążył zastanowić się nad swoimi słowami. Była to jednak prawda, martwi nie czuli, nie wiedzieli, co dzieje się na świecie, który opuścili i Gilbert nawet tego naprawdę potrafił im zazdrościć. Czasem sam chciałby nie wiedzieć – Nawet nie masz pojęcia jak – mruknął cicho, bardziej do siebie niż do Nicodema, dobrze wiedząc, iż nie ma pojęcia, iż Gilbert pragnąłby nie pamiętać prawdopodobnie bardziej niż ktokolwiek inny. Będąc człowiekiem, który pamięta wszystko, oddałby życie, aby choć przez chwilę po prostu zapomnieć.
W odpowiedzi na pytanie Fourier kiwnął głową, po zdecydowanie zbyt długiej sekundzie zdając sobie sprawę, iż chłopak przecież nie mógł tego zobaczyć. Z nerwów zagryzł wnętrze policzka, wpatrując się w jego plecy, zanim udało mu się ułożyć dość elokwentną, jak na jego gust, odpowiedź.
- Czasami, zazwyczaj jest tu dość pusto. Niewiele osób ceni sobie towarzystwo zmarłych – przez chwilę jeszcze przyglądał się swojemu towarzyszowi, szybko dochodząc do wniosku, iż być może wypadałoby odbić piłeczkę i jakoś podtrzymać rozmowę – A ty? Co tutaj robisz? – pytanie wypadło z jego ust szybciej, niż by tego chciał, w tej samej sekundzie znów zaczynając żałować. Miał wrażenie, że za każdym razem ingerował w życie innych ludzi, naruszał pewną granicę, która zaczynała zacierać się coraz bardziej, aby w końcu zniknąć zupełnie, z zupełnie obcych ludzi czyniąc znajomych. Czy właśnie tak zyskiwało się przyjaciół? Przez zadawanie pytań i wpuszczanie ich do swojego życia, aby poznawali jego sekrety i szczegóły obiecując, iż pozostaną tylko i wyłącznie pomiędzy nimi?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pią Gru 02, 2016 11:59 pm

Każdy chce, żeby życie było proste. Żeby nie potykać się na drodze. Tej metaforycznej i tej rzeczywistej. Żeby mieć stabilną pracę i dobry dochód, żeby móc robić to, co się kocha. Nikt nie pragnie wielkich komplikacji, dramatycznych zawieszeń czy pełnych napięcia retardacji. Ty też tego nie chcesz, Nico. Twoim marzeniem jest pływanie. Niby rzecz tak banalna, a jednak wobec wszystkiego teraz wydająca się niemożliwą do zrealizowania. A przecież to tak niewiele. Nie chcesz zbudować mocarstwa, nie chcesz wyciąć w pień jednej nacji, nie chcesz zdobyć najwyższego odznaczenia wojskowego. Nawet medal nie jest do końca konieczny. Po prostu chciałbyś pływać. Miarowym, jednostajnym ruchem przecinać gładką taflę wody i czuć, jak obmywa ona twoje barki. Jej przyjemny chłód łagodzący narastające pieczenie zmęczonych myśli. To właśnie to. Nie potrzebujesz zaglądać innym ludziom do ich życia. Zastanawiać się, czy mają to, czego mógłbyś pragnąć dotknąć. Tak długo, jak nie są tobą nie leżą w twoim kręgu zainteresowań. Nie jesteś typem zazdrośnika, o wiele bliżej ci do egoisty z kompleksem bohatera.
Dlatego nie zadręczasz się tym, że jedyna woda, która obmywa twoją twarz to padający deszcz. Czujesz wewnętrzną pustkę, tęsknotę za rzeczą, którą przecież kochasz, ale nie gorzkniejesz. Nie dajesz uczuciu zawodu zawładnąć nad sobą. Nawet nie wmawiasz sobie, po prostu wiesz, że inni ludzie są ważniejszy, że mają gorzej. Chociaż mógłbyś dać się ponieść emocją to nie pozwalasz im na wyrwanie się. W świecie, który szaleje bez zwracania uwagi na kogokolwiek warto jest zachować kawałek kontroli. Mimo myśli uciekających gdzieś daleko, gdy siedzisz z kubkiem gorącej herbaty, patrząc na drobne fale wywoływane przez łyżeczkę. Ale potem przypominasz sobie, że nie wszyscy mają przy sobie herbatę. Nie wszyscy mają przy sobie ukochaną siostrę i zmartwionych rodziców.
Bezwiednie przed oczyma staje ci Hugo. Jest jedną z takich osób. Pozbawiony od zawsze wsparcia, żyjący na własna rękę, trochę niczym dziki uliczny kot. Czasem się zastanawiasz, czy zaprzyjaźniłeś się z nim tylko z tego powodu. Aby czuć się potrzebnym. Móc dbać o kogoś, zwłaszcza gdy Anais wyślizguje się spomiędzy twoich palców, żyjąc bardziej na swoją rękę. A przecież Hugo, chociaż radzi sobie sam cały czas, to wciąż zachowuje się tak samo jak mały chłopiec, którego ma pod opieką. Nieporadnie brnie przez to bagienko, a ty możesz pomóc mu w tej przeprawie. Tylko doskonale wiesz, że to nie prawda. Nie poznałeś tej historii na początku. Nie przedstawia się drastycznych szczegółów swojego życia na powitanie. Zasnuwa się swoją twarz maską, zależną od tego, co chce się osiągnąć u drugiej osoby. Problemem jest to, że nie wiesz za jaką fasadą kryje się Gilbert. Nie potrafisz go rozczytać, bo to co ci ukazuje jest równie nieczytelne jak to, co ukrywa. Z jednej strony niedostępny, uciekający, opuszczający wzrok i znikający niczym kamień w wodę. A z drugiej rozmawiacie przecież. Może w odrobinę niezręcznej parodii prawdziwego dialogu, ale to i tak dużo. Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz tak ostrożnie dobierałeś słowa. Nie chcesz go spłoszyć. Nie znasz go, ale wydaje ci się, że z każdym słowem uczysz po trochu. Może to ten twój kompleks wychyla swoje żółte ślepia z odmętów, w które na chwilę udało ci się go upchnąć?
Czujesz na sobie spojrzenie jego czujnych oczu, ale nie przeszkadza ci to. Przywykłeś. Lata pływania przed wielką widownią. Tłum ludzi śledzący każdy twój ruch, adrenalina buzująca w żyłach, pęd za wygraną i woda. Kochasz to, prawda? Cały czas, tak bardzo, że aż boli. Ciekawe czy ten zapomniany chemik też tak bardzo kochał to, co robił. Może kiedyś się za niego pomodlisz. Skierujesz ciche słowa, które większość ludzi uważa za niewysłuchane, ale ty przecież znasz prawdę.
- Chyba potrzebuję tyle samo samotności, co towarzystwa innych. – Twój głos pogodnieje, jak gdybyś ujrzał coś w swoim umyśle i uśmiechnął się do tej przyjemnej wizji. Może rzeczywiście tak było? Kogo zobaczyłeś? – A może za życia o tym myślał? Zastanawiał się, jaką spuściznę po sobie zostawi. Czy gdy odejdzie to pamięć o nim również? Czy nazwą jego nazwiskiem ulicę, przy której mieszkał? – Odrywasz dłoń od nagrobka, palce są chłodne od smagającego je wiatru. Rzucasz pytaniami i wkładasz je w milczące usta chemika, ale wypowiadasz przecież właśnie to, co dręczy ciebie samego. Coś, co wpadało ci do głowy, gdy siedziałeś w szatni na niewygodnej ławeczce, ocierając twarz ręcznikiem. Robisz to dla siebie, nie ma co do tego wątpliwości, ale czy ktokolwiek to widzi? Twoją siostrę utrwalono na wielu filmach, jej gwiazda nie zgaśnie szybko, a może będzie palić się wiecznie. A twoja? Czy istnieje jakaś gwarancja wiecznego życia na ziemi? Czy warto się o nią ubiegać.
- Nie chciałbym stracić tego co było, jakiekolwiek było – odpowiadasz cicho, chociaż wiesz, że tamte słowa nie do końca chciały być skomentowane. Pokazały ci jednak wiele o Gilbercie. Przeszłość kształtuje ludzi niczym wytrawny rzeźbiarz i teraz wyraźniej widzisz linie, jakie dłuto zostawiło na jego duszy. Chce od czegoś uciec, nie masz co do tego wątpliwości. Goni go jakieś widmo i bezwiednie czujesz potrzebę wytłumaczenia mu, że to wcale tak nie działa. Nie robisz jednak nic. Nie znasz go na tyle, aby móc jakkolwiek ingerować. Nie masz aż tak wielkiego ego. Zresztą jednego jesteś pewien, zraziłbyś go do siebie permanentnie.
- Ludzie boją się zmarłych, chociaż to akurat żywych powinni. – Podnosisz się z kucek i obracasz bokiem w stronę swojego rozmówcy. Taktownie pamiętasz o jego dyskomforcie, więc twoje spojrzenie wędruje gdzieś w dal, ku odległej linii drzew. Po raz kolejny bezwiednie oblizujesz wargi. – Chyba po prostu chciałem się wyrwać z domu. Od początku… - urywasz na chwilę, jakby szukając lepszego słowa, ale koniec końców nie ma przecież innego. – Od początku wojny cierpię na zbyt dużo wolnego czasu. – Wzruszasz ramionami, jakby to nie było nic wielkiego. Niestety wiesz doskonale, że gdy przychodzi do mówienia o tęsknotach wyolbrzymiają się one nagle do nieprzyjemnych rozmiarów i nagle o wiele trudniej utrzymać je na smyczy. Nie dajesz jednak tego po sobie poznać, jak zwykle emocjonalnością jesteś bardziej zbliżony do marmurowych rzeźb, których wszędzie tu pełno niż do normalnego człowieka. Na pewno Gilbert, chociaż powściągliwy i hamujący swoje reakcje, jest bardziej żywy od ciebie. Niestety nawet na niego nie patrzysz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pon Gru 05, 2016 2:07 am

Gilbert chyba nigdy nie posiadał prawdziwych marzeń, a przynajmniej nie wielkich i pięknych, których spełnienie wymagałoby prawdziwego wysiłku i poświęcenia całego życia dla osiągnięcia tego jednego celu. Marzył jednak o sprawach zupełnie przyziemnych. Zimą pragnął, aby w jego mieszkaniu mógł zapłonąć kominek, przy którym mógłby ogrzać zmarznięte, blade dłonie, o ciepłych kocach i ubraniach, o gorących posiłkach przy dużym stole. Kiedyś marzył też o rodzinie i choć dla większości była ona rzeczą normalną, dla niego było to coś, czego nigdy tak naprawdę nie przyszło mu doświadczyć. Marzył o studiach, które przecież zawsze były gdzieś w jego zasięgu, marzył o przyjaciołach, o życiu takim, jakie wiedli zupełnie obcy mu ludzie, których czasem obserwował z ukrycia na ulicach miasta, zastanawiając się, jakie historie kryją się po wesołymi uśmiechami i radosnymi błyskami w oczach.
Czasem łapał się na tym, iż rozkładał swoje życie na drobne kawałki i zaczynał żałować decyzji, które podjął. Szczególnie jednej z nich, bo czyż w końcu sam nie obrał sobie takiego życia? Uciekając z domu ciotki, od wielkiej sypialni, drogich ubrań, wystawnych przyjęć i bogatych kolacji wydawanych każdego wieczoru wiedział, co zostawia za sobą i co czeka go w tym zupełnie obcym świecie, którego nigdy do końca nie poznał. Wymienił względne bezpieczeństwo i pewny dach nad głową na wolność, niezależność, biedę oraz upokorzenie. Nie potrafił znieść tego, co przez kilka lat działo się za zamkniętymi drzwiami jej sypialni, ale gdy opuścił ten dom z własnej woli pchnął się w ramiona zupełnie obcych mu osób, za niewielką opłatę zrównując się do poziomu pełzającego po ziemi robaka, aby tylko zarobić na świeży bochenek chleba czy nową koszulę. Kiedy zaczynał myśleć o wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch lat, dochodził do wniosku, iż wtedy był prawdziwym głupcem. Zmieniło się otoczenie i towarzystwo, jednak sytuacja wciąż była ta sama.
Teraz jednak nie był już pewien. Nie robił tego co kiedyś, wiódł względnie normalne życie, jeśli w ogóle można było takowe wieść w kraju owładniętym wrogą, niemiecką okupacją, przynależąc jednocześnie do Ruchu Oporu. Był w pełni wolny, robił to, co pragnął robić przez tak wiele lat, a mimo to wciąż wydawało mu się, iż coś w jego życiu znajduje się nie na swoim miejscu. I miał wrażenie, iż tą rzeczą był on sam.
Dość często zastanawiało go, jak ludzie dają radę żyć z samymi sobą, jakim cudem potrafią każdego ranka budzić się we własnym łóżku i patrzeć w swoje odbicie bez ochoty zaciśnięcia powiek i po prostu zniknięcia, wtopienia się ściany mieszkania czy ciepłą kołdrę, aby choć na chwilę oderwać się od codzienności, od konieczności słuchania dzień w dzień własnych myśli, które choć zdawały się powtarzać rutynowo, co dziennie te same, szepczące mu do ucha najróżniejsze kłamstwa, w które tak łatwo było mu uwierzyć, w ciąż miały na niego ten sam wpływ. Być może był zbyt naiwny, zbyt łatwo ufając wszelkim pozorom i wypaczonej wizji świata, którą postrzegał swoimi oczami. Czasami miał wrażenie, iż zdolny jest do tych nielicznych przebłysków świadomości, w których rozróżniał prawdę od fałszu, rzeczywistość od tego, co podpowiada mu jego umysł i prawdziwy obraz od krzywego zwierciadła, które tak często przysłaniało mu widok. Za szybko jednak potrafił na nowo oddać się w ramiona szeptów w jego umyśle, jakby automatycznie nie umiejąc już dostrzec niczego w pozytywnych barwach, bez przewidywania nadchodzącej katastrofy czy dziwnej paranoi, która łapała go w najmniej odpowiednich momentach, zbyt często dotycząc kontaktów z innymi ludźmi i podpowiadając mu, iż nie jest w stanie nawiązać silnej więzi przez to, iż sam jest wybrakowany, iż nie posiada odpowiednich części, które czyniłby z niego kogoś wartego uwagi czy choćby odrobiny uczucia ze strony drugiego człowieka.
Aktualnie więc jedyne, o czym marzył, było uciszenie głosu podświadomości i po prostu życie tak, jakby wszystko dookoła pozbawione było drugiego dnia, bez wczytywania się w nieistniejące znaki i niż nieznaczące symbole, które równie dobrze mogły być dziełem przypadku. Mimo wszystko nie było to takie łatwe, gdy Gilbert każdego dnia czuł spoczywający na jego barkach balast przeszłości i swego rodzaju piętno, którym został naznaczony już przy narodzinach. Wciąż pamiętał wszystkie spojrzenia, którym obdarzali go ludzie gdy jego dom stanął w płomieniach. Jego pobyt w sierocińcu wiązał się głównie z utkwionymi w nim oczami rówieśników i nauczycielek, które wbrew jego pragnieniom czyniły wszystko, aby czuł się zauważony. Z jednej strony od zawsze miał wrażenie, iż wszyscy na niego patrzą, iż czasem wyróżnia się z tłumu i każdy jest w stanie dostrzec nawet najdrobniejszą falę emocji przelewającą się przez jego ciało. Z drugiej jednak czasem czuł się tak, jakby był niewidzialny i nic nieznaczący i nawet on, choć zdecydowanie nie przepadał za byciem w centrum uwagi, czasem pragnął, aby ktoś go po prostu dostrzegł. Jakimś cudem przekopał się przez barierę ochronną, którą zbudował wokół siebie i dojrzał go takim, jakim był. Choć, tak naprawdę, sam nie miał pewności, kim był i kim się stał.
- Może – odpowiedział jedynie, utkwiwszy wzrok w wypisanym na kamieniu nazwisku. Orfila nie był jednak niczym Pasteur czy Lavoisier, jego nazwisko nie było znane nawet w kręgach wykraczających poza dziecinę chemii, nie pisano o nim w podstawowych podręcznikach i nie zawdzięczano mu tak wiele jak innym, znanym na całym świecie naukowcom. Nawet jeśli pragnął być wielkim i zasłynąć w świecie nauki, nigdy nie udało mu się tak naprawdę osiągnąć tego, o czym marzył. Nagle Gilbert zaczął zastanawiać się nad tym, czy kiedy umierał miał świadomość, iż przez większość ludzi zostanie po prostu zapomniany. A może sława nigdy nie była dla niego ważna? Może, tak jak Fourier, robił to, co naprawdę lubił nie dla żadnych większych korzyści a jedynie dla przyjemności, którą czerpał z poświęconych godzin spędzanych w laboratorium, z przeprowadzania badań i eksperymentów, które zupełnie zawładnęły jego całym życiem? Chłopak miał nigdy nie poznać na to odpowiedzi, gdyż te zakopane zostały pod ziemią wraz z ciałem chemika i na zawsze zamarły w jego ustach, które już nigdy miały nie wydać z siebie ani jednego dźwięku.
Ja oddałbym za to życie, odpowiedział w myślach na kolejne słowa chłopaka, nie będąc jednak na tyle odważnym, aby wypowiedzieć je na głos. Chyba po prostu obawiał się pytań. Tego, że ktoś dostrzeże z jak wieloma rzeczami starał się sobie radzić i jak czasem wszystko to przytłaczało go aż za bardzo. Nie był pewien, czy potrafiłby znaleźć na to wszystko logiczną odpowiedź i, tym bardziej, nie wiedział, czy chciałby się nią z kimkolwiek podzielić.
Na chwilę znów nie potrafił wydobyć z siebie ani jednego dźwięku, nie wiedząc, jak reagować na kolejne wypowiadane przez Nicodèma słowa. Zdawał sobie sprawę z tego, iż o wiele łatwiej było mu odpowiadać na zadawane wprost pytania, niż na rzucane w przestrzeń myśli. Obserwował się, jak Tasse podnosi się z ziemi i odwraca się w jego stronę, nie skupiając jednak swojego wzroku na twarzy Gilberta a na jakimś nieznanym mu punkcie w oddali. On sam spuścił oczy na swoje buty, wpatrują się w ziemię pod jego stopami, niewielkie kępki trawy, które ostały się przez zimę i prześwitującą spod niej ciemną glebę. Próbował znaleźć w sobie słowa, jakiekolwiek, które w jego ustach nie brzmiałyby głupio i banalnie.
- Martwi także potrafią być niebezpieczni – odpowiedział w końcu dość cichym głosem, bo choć w zupełności zgadzał się z Nicodèmem, musiał przyznać, iż wspomnienia osób, które odeszły, mogły być równie zdradzieckie i groźne jak przeszywające powietrze niemieckie kule. Ile razy blade wspomnienie ojca i wszystkiego, co sobą reprezentował, zaprowadziło go na skraj samej przepaści i niemalże pchnęło w dół? Zmarli mogli już dawno zniknąć z ziemi, jednak zawsze pozostawiali po sobie coś, co w jakiś sposób wpływało na życie doczesne – Co robiłeś przed wojną? – zapytał nagle, sam nie spodziewając się tego pytania. Uniósł wzrok, studiując uważnie sylwetkę wyższego od niego chłopaka, mając przeczucie, iż za wszystkim tym, co obserwował już od dłuższego czasu, ukrywało się coś znacznie więcej. Jednak czy każda osoba nie miała pewnych sekretów, które starała się trzymać z dala od innych ludzi?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sro Mar 22, 2017 10:55 pm

Jedenastego kwietnia znów zabiły dzwony. Zaśpiewały ich spiżowe, martwe serca - rozbrzmiał ich głęboki, mrożący krew w żyłach pomruk. Gdy światło - dar Pana dla marnego, kruchego człowieka - jęło ustępować pola swojemu odwiecznemu kompanowi i rywalowi zarazem, a złocista łuna na horyzoncie zaczęła z wolna przygasać, niby knot wypalonej świecy nagrobnej, dzwony wezwały lud Paryża na Anioł Pański. Tu jednak nie masz nikogo, kto odpowiedziałby na wezwanie - chociaż powiedziane jest w Piśmie, że powstaną oni tłumnie, gdy anielskie trąby obwieszczą Dzień Sądu. Ich nić życia rozcięła już Nieodwracalna Atropos, Mojra Śmierci - i jako z nami się to stanie, obrócili się oni już w pył, którym byli i z którego powstali. Gąszcz marmurowych, bezosobowych monumentów jest dzisiaj jedynym świadectwem ich bytności na tym łez padole. Skała, w której wyryto ich imiona, milczała - oni milczeli; niechętni, by udzielić żywym jakiejś wskazówki... odpowiedzieć choć na pytanie: jaki jest cel tego wszystkiego? 

Przez muskane łagodnym tchnieniem Eola morze niskiej, wieczornej mgły, z której - na podobieństwo boi, ostrzegających ludzi przed ich największą niedoskonałością: własną śmiertelnością - wyłaniały się ponure kamienne krzyże, sunął ksiądz Léonard Mâron we własnej osobie. Opatuliwszy się szczelniej swym opadającym aż do kostek, kruczoczarnym tabarro, prałat zmierzał niespiesznie w stronę centralnego placu, gdzie wartę sprawował Anioł Wiecznego Snu. Oblicze Mâron było iście grobowe - był to wyraz twarzy istoty, która, będąc panem świata, dopiero zaczyna godzić się z myślą, że istnieją wyższe od niej siły, które nie sposób oszukać czy przekupić doczesnymi dobrami. One, w przeciwieństwie do młodego diakona, nie dadzą się zbyć samymi słowami. Czy to jest ta słynna boska sprawiedliwość? - nienaruszalne prawo tego, który - łamiąc je - Łazarza do grona żywych przywrócił, a ślepym oczy otwierał; a wreszcie sam śmierć przezwyciężył. 

Czy cel nie uświęca środków? Ludzie mają wrodzoną skłonność do złego. To jego obowiązkiem - Mâron - było poprowadzić ich ku światłości i uchronić przed potępieniem, które niewątpliwie czekałoby ich w innym razie. Cóż znaczy jedno istnienie wobec wszystkich przyszłych pokoleń? Dwa? Dziesięć? Tysiąc? Oto jest cena, którą musimy być gotowi zapłacić. Ta wojna przywróci ludzkość na łono Kościoła; zbawi świat, jak i biblijny potop oczyścił trzodę wiernych z niegodnych oglądania Pana. Skoro Bóg na to pozwolił, musi to dziać się z Jego woli. Musimy być Mu posłuszni, jako dzieci względem swego Ojca. 

Przystanąwszy w miejscu, prałat podniósł wzrok na statuę. Przypadkowy rozbłysk oświetlił jej twarz. W jej milczącym spojrzeniu nie dostrzegł jednak miłosierdzia, lecz wyrok. I znów spadł nań ten sam ciężar, który już ongiś wrył się głęboką bruzdą w jego umysł. Ten sam ból i ten sam strach w głębi spaczonej duszy. Co czynił, czynił w imię Kościoła i na chwałę Pana - w taki sposób, jaki uważał za słuszny w coraz bardziej laickim świecie; czynił to, co należało uczynić, a czego inni się lękali. Jak mógł dopuścić do siebie myśl, iż Pan pozwolił mu popełnić błąd? To z pewnością jedynie nikczemne podszepty Złego - nie znajdzie on jednak w nim ni krzty słabości, z której życie by go nie wyleczyło. Jakkolwiek nieprawdopodobnie brzmią te słowa w ustach kapłana: "najlepiej przystosowane gatunki przetrwają". Doskonałe ciało dla doskonałej duszy. A jednak... oto nieubłaganie zbliża się dzień, gdy Bóg podda jego działania najsroższej z prób. Spojrzy mu w oczy oczami śmierci i zapyta: "co uczyniłeś?".

Powiedz, Panie: jak boli Ciebie Twój człowiek?



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Nie Kwi 16, 2017 7:48 pm

Florian w swojej rodzinnej miejscowości często odwiedzał cmentarz. Wraz z ojcem i rodzeństwem dbał o to, by na grobach przodków wiecznie paliły się znicze i leżały świeże kwiaty. W tym miejscu młody Vogel bardzo się wzruszał. Ale nie wtedy, gdy był z rodziną, co to to nie. Nie lubił przed nią zbytnio okazywać uczuć. Również samotnie odwiedzał wiejski cmentarzyk pod lasem. Rozmyślał wtedy nad kruchością ludzkiego życia, miłosierdziem Bożym, zdarzyło mu się uronić kilka łez nad dolą ludzką. Czasami też po prostu medytował. Patrzył przed siebie na pejzaż i nie myślał o niczym. Kamienne, rozpadające się groby, a w tle poruszane wiatrem drzewa. Odnajdywał tam spokój i samotność.
Nic więc dziwnego, że i w Paryżu udawał się do cmentarnej metropolii. Ucieczka od okropności wojny i totalitaryzmu... bardzo kuszące. Przechadzał się mrocznymi alejkami, od czasu do czasu czytał nazwiska spoczywających tam osób. Rzadko się zdarzało, aby spotykał miejscowych wieśniaków, a nawet jak dostrzegał ich gdzieś nieopodal, to widząc jego mundur, oddalali się pośpiesznie w inną stronę.
Ten dzień był mglisty. Florian ubrał się jak zwykle w mundur, na który założył gruby oficerski płaszcz. Tym razem wziął ze sobą aparat. Pora dnia oraz mgła dodawały tajemniczości miejscu, na czym zależało fotografowi. Kilka zdjęć pójdzie do propagandy, ale obiecał też rodzinie kilka kopi.
Uważnie stawiał kroki, powolutku. Nie śpieszył się nigdzie. Oddychał bardzo głęboko, rozkoszował się wilgotnym, cmentarnym powietrzem.
Gwar stolicy stał się przytłumiony. Pobieżnie oglądał groby, robił zdjęcia co ciekawszym. Co by tu jeszcze odwiedzić? Ach tak, centralny plac cmentarza! Skierował się tam, tym razem jednak jego krok był raźny. Ściemniało się, ale oddalony odgłos dzwonów wprawił go w wesoły i zarazem pobożny nastrój. Wyobraził sobie, że o to Mesjasz powtórnie zstąpił na ziemię, wszystkie groby otwierają się z łoskotem, dusze radośnie, tanecznie z nich wylatują do nieba. Na tę wizję zatrzymał się. Podniósł oczy i zaczął się gorliwie modlić pod natchnieniem. Prosił Boga o siłę, o przezwyciężenie depresji i samotności oraz o przeżycie wojny i powrót do rodziny. Twarz zmoczyła mu mżawka. Otrząsnął się i wznowił swoją podróż do jądra cmentarza. Rysował się tam w oddali pomnik Anioła.

Na placu stał tylko jeden człowiek, chyba duchowny, wnioskując po ubiorze. Vogel całkowicie go zignorował, skupiając się raczej na wyszukiwaniu dobrych pozycji do zdjęć. Ustawił aparat na statywie w pewnej odległości od pomnika. Zmęczył się jednak tym błądzeniem w labiryncie grobów, więc usiadł na ławeczce i sięgnął do butelki z wodą, którą miał w torbie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Wto Kwi 18, 2017 2:35 pm

Dwa są rodzaje śmierci: śmierć fizyczna i duchowa. Wystarczyło, by Mâron obrócił głowę, by ujrzał świadectwa pierwszej z nich: rozliczne, ściśnięte obok siebie nagrobki, tworzące ponury krajobraz paryskiej nekropolii. Niejeden z tych, którzy spali tu snem wiecznym, zasnęli z nadzieją, że wiara uchroni ich przed śmiercią duchową, będącą Bożą karą za grzechy popełnione na tym łez padole. Czy było tak w istocie? - żaden z nich nie był w stanie zdradzić tej tajemnicy. Ani też sam anioł, który spoglądał na prałata ze swego kamiennego cokołu, ani myślał ozwać się w jakimkolwiek z języków ludzkich. Jego ustami Bóg milczał. Jak zawsze. Jakiż sens łudzić się, że kiedykolwiek da jakiś znak? Na tym przecież opierał się paradoks wiary: ludzie wychwalali Go, czcili i budowali Mu świątynie, a On sam, na przekór wszystkim, wytrwale udawał, że nie istnieje. Trwał dzień siódmy Dzieła Stworzenia - Bóg odpoczywał.

Pokręciwszy głową, a poprawiwszy swój czarny płaszcz, Mâron jął niespiesznie zmierzać w stronę przeciwległej alejki. Sunąc noga za nogą z nieobecnym wzrokiem, bo oddawszy się rozmyślaniom - wszak w tym celu tu przybył! - byłby minął siedzącego na ławeczce Floriana, gdyby nie rozstawiony przezeń aparat. Któż to, wkroczywszy do królestwa umarłych, pragnął uczynić nieśmiertelnym ten monument ludzkiej śmiertelności? Obrzuciwszy urządzenie krótkim, a krytycznym spojrzeniem, powędrował wzrokiem w stronę jego przyodzianego w mundur właściciela. Pamięć - sprawna, pomimo lat - zaraz podsunęła mu wizerunek młodzieńca w cieniu majora Wermachtu, których miał okazję poznać w czasie jednej z wielu uroczystości, w których uczestniczyć musiał z racji na sprawowany urząd. W żadnym razie nie sądził jednak, że spotka tu - na francuskim cmentarzu - niemieckiego oficera; ostatecznie, może to i dobrze: wszak to tu, gdzie niemal dało się wyczuć odór śmierci; gdzie rozłożyste drzewa sączyły ludzką krew i soki; gdzie ziemia nasączyła się łzami opłakujących... to tu właśnie moc i władza Mâron była największa. Stawał się natenczas panem cieni - skrywanych lęków, pełzających w głębinach świadomości tych, których bliscy zakończyli już swą doczesną wędrówkę. Wszystkich. I mógł to wykorzystać.

- Laudetur Iesus Christus - zbliżywszy się do młodzieńca, słowa pozdrowienia wypowiedział, jako miał w zwyczaju, po łacinie, napawając się pełnym brzmieniem każdej głoski w tej przedziwnej mowie, którą sam Pan sobie upodobał. Ten tylko, który sam wprawił się w posługiwaniu nią, mógł w pełni pojąć piękno kościelnych modlitw i psalmów. Mowa francuska, chociaż piękna, zdawała się słodkim dziewczęcym szczebiotaniem - nie była przeto godna, by wychwalać potęgę Stworzyciela; niemiecki był zaś nazbyt szorstki, by oddawać miłosierdzie i łaskę Zmartwychwstałego Chrystusa - jedynie łacina zawierała w sobie wszelkie niezbędne przymioty, by głosić Słowo Boże. Aspirowała do doskonałości.

A przywoławszy na swe oblicze nikły, ojcowski uśmiech, schylił swe czoło w uprzejmym geście: - Herr Vogel - cóż za przyjemna niespodzianka - a nie czekając ni chwili, uczynił kolejny krok w stronę ławeczki, a zapytawszy tylko z grzeczności: - Za Waszym przyzwoleniem... - zaraz nań opadł. Wbiwszy w lico młodzieńca łagodne, acz przenikliwe spojrzenie swych szarobłękitnych oczu, odczekał krótką chwilę, nim wreszcie ozwał się, wskazując dłonią aparat i statuę nieopodal: - Génie du sommeil éternel - i chociaż Mâron, przemawiając po niemiecku, czynił to z taką wprawą i akcentem, że zdawać by się mogło, że obok Floriana siedzi jego rodak, to jednak wystarczyło słowo po francusku, by rozpoznać w prałacie urodzonego żabojada - Jesteśmy pełni uznania dla Waszego zmysłu estetyki - Montparnasse o tej porze dnia to wyjątkowo piękny widok.

I rzecz należy, tym razem mówił akurat prawdę.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sob Cze 10, 2017 10:52 pm

Czwartego maja, kilkanaście minut przed godziną dwunastą, przez aleje cmentarza Montparnasse napływał strumień żałobników. Gdyby nie rozłożyste konary wiekowych drzew, które posadzono niegdyś wzdłuż ścieżek, zawieszone na niebie słońce z pewnością drażniłoby oczy przybyłych na pogrzeb gości. Mimo to temperatura dawała się we znaki – w powietrzu unosił się zaduch i nie było mowy o nawet najlżejszym powiewie wiatru. Uważne oko dostrzegłoby, że wielu kroczących alejami Niemców z pewną nerwowością poprawiało kołnierze mundurów, nagle zbyt uwierające, a w dłoniach niektórych kobiet pojawiły się chusteczki, choć wcale nie dla otarcia łez.
Nie ulegało jednak wątpliwości, że wszyscy przybyli tu, by szczerze bądź mniej szczerze opłakiwać śmierć Erika Kastnera.
Żałobnicy podążali w stronę kaplicy ulokowanej w centralnej części cmentarza, gdzie równo o godzinie dwunastej miało się rozpocząć krótkie nabożeństwo odprawione przez Léonarda Mârona. Kaplica była niewielkim budynkiem, starym jak sam cmentarz, a wewnątrz spoczywała już – zamknięta i okryta flagą ze swastyką – trumna z ciałem Erika Kastnera. W kaplicy znajdowały się także po trzy rzędy wiekowych ławek, lecz już na pierwszy rzut oka widać było, że żałobnicy nie zmieszczą się w środku, a większości przypadną miejsca poza kaplicą – z dala od jej chłodnego i zacienionego wnętrza. Możliwe jednak, że nie było to wcale aż tak wielkie nieudogodnienie, ponieważ ktokolwiek wszedł do kaplicy, od razu mógł poczuć nieprzyjemny, mdlący i słodkawy zapach, którego nie potrafiły ukryć nawet rozstawione w całym pomieszczeniu kwiaty.
Mimo to część przybyłych zajmowała już ławki, a byli to w dużej mierze wyżsi stopniem funkcjonariusze gestapo, niektórzy wraz z rodziną. Zdecydowana większość znajdowała się jednak przed kaplicą, gdzie u jej progu stała Claudia Kastner. Twarz kobiety zasłaniał cieniutki, czarny woal, który nie potrafił ukryć drżących ust i zapłakanych oczu, jakimi Claudia beznamiętnie śledziła zbierających się przed kaplicą żałobników. Przy wdowie zgromadziła się już cała ich kolejka, a składane cicho kondolencje niosły się szumem wokół kaplicy. Sama Claudia mówiła jednak niewiele, ograniczając się do krótkich podziękowań i sztywnego skinięcia głową.
Poza okupantami w tłumie dało się dostrzec pojedyncze osoby wyglądające na mieszkańców miasta, a gdzieniegdzie dało się słyszeć francuską mowę. Być może paryżanie przybyli na pogrzeb ze zwykłej ciekawości, a może poprzez swoją obecność chcieli zyskać uznanie w oczach okupantów – w każdym razie ktoś spostrzegawczy z pewnością wyłapałby nieco podejrzliwe spojrzenia, jakie posyłali w ich stronę niektórzy Niemcy.


Kwestie techniczne

*mapa*

legenda:

A - kaplica
B, C, D - bramy wejściowe
E - grób Kastnera

1. Od tego momentu macie czas do wtorku (13 czerwca) na napisanie w temacie, rozmowy i wszelką integrację. Post Mistrza Gry pojawi się wieczorem.
2. Na początku posta wypiszcie ekwipunek, jaki ma przy sobie Wasza postać.
3. Nie twórzcie epopei – posty na długość avatara czy nawet krótsze spokojnie wystarczą.
4. Nie możecie zaczynać rozgrywek, które czasowo miałyby miejsce po pogrzebie.
7. Jeżeli wiecie, że nie jesteście w stanie odpisać w ciągu czasu, jaki podał Mistrz Gry, koniecznie poinformujcie go o tym w prywatnej wiadomości. Możecie określić również, co Wasza postać planowała zrobić.

Wszystkie te zasady służą zachowaniu płynności i dynamiki gry oraz poszanowaniu cudzego czasu, dlatego bardzo proszę o przestrzeganie ich – będzie nam się o wiele przyjemniej grało. ;)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Nie Cze 11, 2017 12:18 am

Przy sobie: pistolet, magazynek z 10 nabojami, w pełni skompletowany mundur żołnierza, zapalniczka, paczka papierosów (20 sztuk), chusteczka.

W dniu, w którym odnaleźli ciało Erika Kastnera, morderstwo stało się sprawą osobistą.
Beznamiętnie obserwował własne odbicie w wypolerowanej na błysk karoserii karawanu – czerń odzwierciedlała bladą, napiętą twarz równie udatnie, co tafla renesansowego lustra. Na pozbawionych krwi policzkach nie widniała nawet najlżejsza oznaka żywotności i gdyby ktoś postanowił wsadzić Larsa do trumny, udawałby trupa równie udatnie, co Erik.
Z tą drobną, choć w gruncie rzeczy istotną różnicą, że Kastner nie żył naprawdę, a Reifenstein – przynajmniej w ten czwartomajowy, upalny dzień – trzymał się całkiem nieźle. Wokół niego falował czarny, powoli wzbierający tłum żałobników, ale ich obecność przypominała wypełzające z cmentarnych katakumb zjawy. Wchodząc przez bramy – milczeli. Krocząc alejkami – milczeli. Zbliżając się do kapliczki – milczeli.
Czując smród rozkładającego się ciała, zaczynali szeptać.
Słyszał szelest cichych rozmów, poza murami cmentarza zostawiając lśniący karawan, chłód wiekowych drzew i własną samotność – cień, który pojawił się u boku Larsa, niewiele różnił się od dziesiątek poprzednich, posiadał jednak zdumiewającą umiejętność: milczał. Bez względu na okoliczności, odór, ból czy strach – milczał uparcie, przynajmniej podczas pogrzebowych ceremonii pełniąc rolę niezastąpionego towarzysza.
Wypolerowane na wysoki połysk buty Reifensteina stukały o cmentarną alejkę, podczas gdy obok równie karnie lśniło obuwie Nykänena – kroki mężczyzn odbijały się echem od płyt nagrobnych i głucho rozbrzmiewały w przygnębiającej, upalnej ciszy, a pośpieszny marsz wzbijał w powietrze leniwe drobinki kurzu, które wirowały w snopach złotego, słonecznego światła. Na horyzoncie zamajaczyła wyniosła sylwetka kapliczki – gorące powietrze wprawiło jej obraz w lekkie drgania, które sprawiły, że krok Larsa stał się wolniejszy i w pewnym momencie ustał zupełnie, narzucając tym Finowi paralelną reakcję.
- Janne – mówił cicho, najwyraźniej ulegając atmosferze miejsca, w którym się znaleźli – przez moment obserwował, jak Nykänen traci na impecie i dopiero, kiedy niewzruszone spojrzenie przecięło powietrze, zatrzymując się na twarzy Larsa, Reifenstein powoli przeniósł wzrok na nieliczny półokrąg francuskich szumowin zbierających się przed kapliczką.
Sępy.
- Wspominałem kiedyś, że lubię ludzi, którzy trzymają gębę na kłódkę? – niespiesznie splótł dłonie za plecami, niewzruszenie przyjmując kolejną falę gorąca, która spłynęła na niego z bezchmurnego, błękitnego jak wody Lazurowego Wybrzeża nieba. – Człowiek, który rzadko mówi do swoich przyjaciół, niczego nie powie wrogom.
Ostatnie słowo wciąż tańczyło na jego języku, gdy przenosił spojrzenie na Fina. Zmierzający w stronę kapliczki żałobnicy mijali ich bez słowa, szczędząc nawet ciekawskich spojrzeń – widok munduru nie był dziś niczym nadzwyczajnym, podobnie jak szelest cicho prowadzonych rozmów. Jednak żaden z przechodniów nie wiedział, nie rozumiał, nie domyślał się nawet, jak bardzo satysfakcjonująca w tej chwili była twarz Nykänena – twarz, na której nie drgnął jeden choćby mięsień, twarz, z której nie dało się wyczytać absolutnie nic.
Twarz człowieka, który sprawił, że Lars uśmiechnął się lekko.
Po raz pierwszy od dwóch tygodni. Po raz pierwszy w takich okolicznościach.
A zatem zemsta, Janne.
Bez słowa wznowił wędrówkę w stronę kapliczki, już na miejscu ustawiając się w karnym wężyku wiodącym do wdowy; nie zastanawiał się, co takiego powiedzieć kobiecie, której mąż właśnie spoczywał w trumnie wewnątrz kapliczki. Nie układał pełnych żalu mów, nie pisał przemów na zdobionej swastykami papeterii, nie próbował nadać własnym myślom łagodnego wydźwięku – to, co pragnął powiedzieć Claudii Kastner, zamykało się w pięciu krótkich zdaniach, które miały pozostać niewypowiedziane.
Jednak nie umniejszało to ich wydźwięku.
Nie dbam o koszty.
Postawił krótki krok do przodu, mozolnie przesuwając się w długiej kolejce żałobników.
Przyniosę pani ich głowy.
Janne zniknął na obrzeżach tłumu, taktycznie wycofując się z epicentrum wydarzeń. Idealnie. Dokładnie tak, jak ustalili. Bez wzbudzania podejrzeń, cicho, taktownie.
Każdego mężczyzny, kobiety albo dziecka, którzy byli w to zamieszani.
Uniósł dłoń do kołnierzyka munduru, powielając gesty dziesiątek innych żałobników – żar lał się z nieba bezlitośnie, zagrażając co mniej wytrwałym organizmom.
Zrobię, co będzie konieczne.
Przed nim majaczyły zaledwie dwie sylwetki – lada moment miał stanąć twarzą w twarz z kobietą, którą nakarmi wyświechtaną formułką.
Przyniosę pani ich głowy.
Na szczęście oczy – nieruchome, zdeterminowane oczy kogoś, kto doskonale wiedział, co należy zrobić – mówiły prawdę.
- Proszę przyjąć moje kondolencje, Frau Kastner – wypowiedzieć kilka słów, skłonić sztywno głowę i zanurzyć się w przyjemnym chłodzie kapliczki, wyraźnie zaburzonym przez słodkawy odór – to tyle? Dokładnie tyle warte jest życie?
Zaszczytna funkcja niesienia trumny zapewniła Larsowi miejsce wewnątrz budynku, choć jakaś część jego jaźni pragnęła wyrwać się na zewnątrz, wprost na skwar – otoczony przez chłodne, ciche ściany sam czuł się jak w grobowcu, który na dodatek dzielił ze zbyt liczną grupą pobratymców.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Nie Cze 11, 2017 12:32 am

przy sobie: torebka, fałszywe dokumenty, klucze, broń + naboje, materiałowa chusteczka z inicjałami V.G, paczka papierosów, zapalniczka

Gdyby Madeline wciąż mieszkała w Londynie i gdyby dookoła nie toczyła się wojna, z pewnością miałaby zupełnie inne plany na spędzenie wolnego od pracy poniedziałku. Jej życiowa sytuacja ostatnimi czasy zasługiwała jednak na rangę dość wyjątkowej, dlatego też plany, które snuła kobieta, bywały często dość… niecodzienne. Osobiście jednak panna Irving nie mogła dostrzec nic niecodziennego w tym, iż wybierała się na pogrzeb zastępcy szefa gestapo, który w żadnym wypadku nie był jej bliżej znany. Nie miała też w sobie współczucia ani dla niego (jakkolwiek by nie zmarł, z pewnością na to zasłużył), ani dla jego żony (pewnie pod wieloma względami wcale nie była lepsza od męża), jednak gdy w jej ręce wpadło wydanie gazety informujące o dacie i miejscu, w którym odbędzie się uroczystość, coś podpowiadało jej, iż nie może tego przegapić. Tym czymś, jak podejrzewała, było zapewne stałe pragnienie odczucia jeszcze raz przypływu adrenaliny, które towarzyszyło jej podczas wieczoru w Le Dome, a fakt, że już sama myśl na zbliżenie się chociaż odrobinę do grupy niemieckich funkcjonariuszy, którzy pozornie mieli oddać cześć swojemu zmarłemu koledze, napawała ją swego rodzaju ekscytacją, mówił sam za siebie.
Szczerze mówiąc, nie musiała nawet specjalnie dostosowywać swojego rozkładu dnia ani odwoływać planów, jako że od pobytu w Paryżu zdecydowanie zaniedbała towarzyski aspekt wtapiania się w otoczenie. Na samą myśl o nawiązywaniu nowych znajomości mogła wyobrazić sobie, jak po raz kolejny przynosi zawód swojej matce, która w pewnym stopniu w Paryżu, nawet w czasie wojny, czułaby się jak ryba w wodzie, mogąc doświadczać jego kultury i zasiadywać w kawiarenkach czy restauracjach z nowo nabytymi przyjaciółmi, z którymi dyskutowałaby o muzyce, literaturze czy najświeższych plotkach, które udało jej się podsłuchać w kolejce po kartki. Oczywiście, Madeline, gdyby tylko się postarała i gdyby była do tego zmuszona, umiałaby konwersować na każdy z tych tematów, być może nawet okazując chociażby odrobinę zainteresowania, jednak ostatnimi czasy wolała zdecydowanie inne rozrywki, jak chociażby czarowanie niemieckich oficerów udając pracownicę sławnego One-Two-Two, czy wybieranie się na pogrzeby martwych zastępców szefa gestapo.
Gdyby to, czym się zajmowała, było czymś, o czym mogłaby mówić publicznie, Madeline z pewnością należałaby do jednej z tych niewielu osób, które w obecnych czasach naprawdę lubiły swoją pracę nawet pomimo faktu, iż nie dostawały za nią żadnych pieniędzy. Gdyby była kimś innym powiedziałaby, że spełnianie obywatelskiego obowiązku i przyczynianie się do osłabiania przeciwnika oraz zmierzanie do przechylenia szali zwycięstwa na stronę aliantów było wystarczającą zapłatą w samej sobie, jednak kobieta była bardziej niż świadoma, iż w hierarchii wartości, które ceniła sobie w swoim zawodzie, wyżej niż poczucie czynienia pozornego dobra znajdowało się kilka innych rzeczy, które z pewnością mogłyby przyczynić się do kwestionowania jej moralności przez samo dowództwo. Nie żeby specjalnie zamierzała dzielić się z kimkolwiek swoimi uczuciami, te już dawno nauczyła się zachowywać tylko i wyłącznie dla siebie i nie sądziła, aby jakakolwiek sytuacja czy osoba była w stanie to zmienić. Mimo wszystko czasem, podczas bezsennych nocy, gdy siedziała w fotelu przy oknie wpatrując się w jaśniejące nad Paryżem gwiazdy na niebie, zaczynała dochodzić do wniosku, iż w poddawaniu wątpliwości jej kodeksu moralnego było może trochę słuszności. Nie oznaczało to oczywiście, że zamierzała nagle przejść na przeciwną stronę. Jakby nie patrzeć, z punktu widzenia okupantów to ona była w Paryżu wrogiem, pchłą, którą należało wyeliminować, zanim będzie w stanie pokrzyżować wszelkie plany. I to właśnie podobało jej się najbardziej, świadomość tego, że z pozoru była kimś nieszkodliwym i nikt, lub prawie nikt, nie miał pojęcia o tym, kim jest naprawdę. Praca dla Niemców nie przynosiłaby ani takiej samej satysfakcji ani zagrożenia, które zdawało się ją napędzać niczym najlepsze paliwo.
Na jakiś czas przed godziną 12 Madeline Irving stanęła przed lustrem, wygładzając prostą, czarną sukienkę i poprawiając spływające miękko na ramiona włosa. Uśmiechnęła się do własnego odbicia z wyrazem zadowolenia, starając się ukryć lekkie podekscytowanie, które budowało się w niej od poprzedniego wieczoru i które, gdy zacisnęła usta w wąską linię, przybierając na twarz beznamiętny wyraz, dostrzegalne było jedynie w delikatnym błysku kryjącym się w błękitnych oczach. Rzuciła ostatnie, krótkie spojrzenie na wydanie gazety leżące na stoliku, aby przypomnieć sobie nazwisko nieboszczyka, który w tym wypadku tak naprawdę nie odgrywał zbyt dużej roli, zanim chwyciła torebkę i przy akompaniamencie stukotu obcasów na drewnianej podłodze wyszła na ulicę.
Początek maja objawił się naprawdę upalną pogodą do której, jako rodowita Angielka, Madeline tak naprawdę nie była przyzwyczajona. Duszność oraz padające z nieba promienie słońca aż prosiły się o powiew wiatru, który na chwilę obecną mógł pozostać jedynie tęsknym marzeniem kogoś, kto nie przepadał za przesadnym ciepłem. Znalazłszy się już na cmentarzu kobieta mogła jedynie cieszyć się myślą, iż pomimo czarnego koloru jej sukienka wykonana była z dość cienkiego i przewiewnego materiału. Obserwując tłum zgromadzonych, Madeline zaczęła zastanawiać się ile z tych osób naprawdę ubolewa nad śmiercią Erika Kastnera, ilu przyszło tam z czystego obowiązku, a ilu pojawiło się z ciekawości, braku lepszego zajęcia czy też, jak w jej przypadku, zupełnie innych powodów, które wcale nie przychodziły na myśl jako pierwsze. Nie zamierzając jednak póki co wtapiać się w tłum, który zaczynał gromadzić się wewnątrz kaplicy, kobieta stanęła przy samym wejściu, ponad głowami żałobników obserwując bacznym spojrzeniem ołtarz, ustawioną przy nim trumnę okrytą flagą oraz zgromadzonych wokoło ludzi, wśród których zdecydowanie dominowały niemieckie mundury, od czasu do czasu wachlując twarz dłonią, aby choć odrobinę dodać sobie ochłody. Nie spodziewała się, aby podczas uroczystości miało wydarzyć się coś nadzwyczajnego, chociaż nie pogardziłaby, gdyby los w jakiś sposób zdołał ją jeszcze zaskoczyć.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pon Cze 12, 2017 9:18 am

Torebka: dokumenty, chusteczka, dwie dodatkowe wsuwki do włosów.

Trzecia z kolei czarna sukienka wylądowała na stosie złożonym ze swoich poprzedniczek, który piętrzył się na moim łóżku już od kilkunastu minut. W każdej z nich było coś, co nie do końca mi pasowało: niepraktyczne zapięcie, nieodpowiednia do okazji długość , zagięcie materiału, które optycznie poszerzało moje biodra… Kaprysiłam, gdyż jedyną funkcją, jaką miałam dziś pełnić, było godne i dostojne reprezentowanie całej rodziny na pogrzebie współpracownika ojca. Chociaż miałam z nim do czynienia najmniej ze wszystkich, uznano, że to właśnie ja najlepiej odegram rolę żałobniczki, prezentując autentyczny ból po stracie kogoś, kogo praktycznie nie znałam. Ale liczyły się pozory, prawda?
Te same pozory uniemożliwiły udział w pogrzebie mojemu ojcu, choć w swoim czasie był przecież przełożonym Erika Kastnera; zmizerniały Ludwig von Liebenfels nie był dobrym reprezentantem, nie był wizytówką, której mogłoby pragnąć szefostwo. Szczerze mówiąc, ja także bym jej nie pragnęła, dlatego z pokorą przyjęłam swoje zadanie i bez szemrania rozpoczęłam przygotowania do czwartego maja.
Zależało mi na wzorowym odegraniu swojej roli, dlatego dzień wcześniej ćwiczyłam przy lustrze wszystkie słowa, które mogłabym skierować do Claudii Kastner, mojej drogiej przyjaciółki. Nazywałam ją tak po raz pierwszy, wcześniej będąc po prostu jej znajomą, a jednak umocnienie faktu posiadania z nią jakiejkolwiek relacji czyniło, że czułam się nagle dziwnie ważniejsza w skali całego przedsięwzięcia. Dla przyjaciółki znajdzie się miejsce wewnątrz małej kaplicy, podczas gdy koleżanka zapewne musiałaby stać na zewnątrz i roztapiać się w majowym słońcu.
Wybrałam w końcu najbardziej odpowiedni strój, a więc czarną sukienkę do połowy łydki, wyglądem przypominającą wiosenny płaszcz; zdecydowałam się także na buty na niewielkim obcasie, bo choć podróż żwirową alejką mogła okazać się problematyczna, moje łydki będą wyglądać znacznie smuklej i właśnie to postawiłam na pierwszym miejscu. Włosy związałam w ciasny kok, odsłaniając szyję, a głowę przybrałam czarnym toczkiem z woalką. Srebrne kolczyki błyszczały z daleka i miały zapewnić wszystkich o mojej pozycji. Zrezygnowałam z czerwonej szminki, lecz nie ze spaceru w oparach rozpylonych perfum; były one niemalże moim znakiem rozpoznawczym. Po kilku minutach oglądania się w lustrze zdecydowałam, że jestem gotowa i pożegnawszy się z domownikami wsiadłam do auta, a kierowca ojca szybko zawiózł mnie na cmentarz.
Nigdy wcześniej nie byłam w tym miejscu, dlatego gdy kroczyłam w kierunku kaplicy, subtelnie rozglądałam się na boki i podziwiałam otoczenie, doceniając francuski kunszt wykonywania płyt nagrobnych. Być może w takiej chwili nie powinnam myśleć o zimnych marmurach, jednak rozprawianie o kruchości życia było doprawdy nieprzyjemną alternatywą, na którą się nie zdecydowałam. Nawet wtedy, gdy z daleka zauważyłam Claudię Kastner przyjmującą kondolencje; posłusznie ustawiłam się w kolejce do wdowy, a moja kolej nadeszła szybciej, niż się spodziewałam.
- Kochana, przyjmij proszę kondolencje od całej mojej rodzinywieniec dotarł przede mną, prawda?Możesz na nas liczyć w tym trudnym czasie – upewniając się, że moje słowa były odpowiednio słyszalne, ucałowałam kobietę w policzek i płynnym ruchem odeszłam w bok, by zrobić miejsce na kolejne puste słowa.
Być może nieszczere traktowanie osoby, która zawsze była dla mnie uprzejma nie świadczyło o mnie najlepiej, lecz z żony zastępcy szefa dowódcy Gestapo Claudia stawała się po prostu wdową po nim; jej towarzyska pozycja zblednie, a w końcu zniknie. Póki okazanie solidarności było w dobrym guście, trwałam na posterunku, obecnie odnajdując miejsce w chłodnej kaplicy pomiędzy paryskimi oficjelami i ważnymi nazwiskami. Gdy zainteresowanie opadnie, będę pierwszą, która opuści ten statek litości by nie zatonąć razem z nim.

_________________


oh non, rien de rien
oh non, je ne regrette rien.
wenn ich ihre haut verließ
der Frühling
blutet in Paris
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pon Cze 12, 2017 8:32 pm

Przy sobie: dokumenty, portfel, klucze, kropidło podróżne, kieszonkowe wydanie Mszału Rzymskiego (po łacinie)

Podczas, gdy mniej zamożni Francuzi dopijali swój silnie rozwodniony dzienny przydział substytutu kawy; gdy niemieckie pięknisie próbowały przed lustrem wcisnąć się w zeszłoroczną kreację, wypominając sobie ten jeden kawałek tortu za dużo, a ich owinięci w kołdrę mężowie przewracali się z boku na bok, ksiądz Mâron już spieszył na nekropolię Montparnasse, z skórzaną teczką w dłoni i umysłem pełnym niepewności względem ceremonii, którą miał poprowadzić na życzenie władz Paryża, a o co - ku jego własnemu zdumieniu - poproszono go ledwie dzień przed planowanym dniem pogrzebu.

A jednak, to nie ograniczona ilość czasu okazała się dlań największym problemem, bowiem zdążył już i omówić co bardziej ważkie sprawy z Frau Kastner, poprosić lokalnego proboszcza o przydzielenie mu ministranta, wyszukać odpowiednie fragmenty Ewangelii na homilię, a nawet ułożyć w myślach tekst mowy pożegnalnej i dopełnić wszelkich innych powinności mistrza ceremonii... a tylko sprawy natury politycznej zaprzątały jego myśli. Nie był dość naiwny, by w tym, co było ewidentnie dyplomatycznym afrontem wobec jego uświęconej osoby i majestatu Kościoła, dostrzegać tylko niewinny symbol przyjaźni ,jak zdawali się sugerować przedstawiciele tajnej policji, których niezapowiedziane pojawienie się w nuncjaturze dało siostrze Marie temat do wałkowania przy obiedzie przez następny miesiąc.  

Biurokrata od starego, dobrego Abetza; lekarz, ratujący innym zdrowie czy życie; a nawet bogobojny oficer armii - i cóż za różnica, czy Niemiec, czy Francuz? ... ale jeden z dowódców Gestapo? I to pochowany na francuskiej ziemi, pośród przodków tych samych ludzi, których albo osobiście prześladował, albo był za to pośrednio odpowiedzialny? Na tym pogrzebie sam Mefistofeles winien być celebransem!

Otóż to: im dłużej nad tym rozmyślał, tym bardziej umacniał się w przekonaniu, że celowo postawiono go w tej niezręcznej sytuacji - tym bardziej, że był wszak po równi księdzem, co papieskim dyplomatą, którego zadaniem było stabilizować stosunki w trójkącie Francja-Rzesza-Watykan. Jeśli miał utrzymać się na salonach, musiał dzisiaj tak zgrabnie lawirować, by nie zlinczowali go ani właśni rodacy o najwyraźniej rozbuchanym poczuciu narodowej solidarności, ani też - co gorsza - ich ciemiężcy, z którymi dotąd utrzymywał niemalże braterskie stosunki. Szczęśliwie, życie nauczyło go aktorstwa, bo i nie pierwszy już raz zawarł pakt z diabłem i zgodził się zagrać w jego teatrze, a wykształcona przed latami podwójna moralność skutecznie tłumiła wyrzuty sumienia i jakiekolwiek resztki sentymentu do którejkolwiek z grup. Ostatecznie, wszystko było tylko grą pozorów, a w niej można było albo zwyciężyć, albo zginąć.
Aut vincere, aut mori.

Nim pierwszy z żałobników objawił się u wrót cmentarza, ksiądz już przekroczył próg niewielkiej kaplicy, a odetchnąwszy znanym mu odorem grobowej stęchlizny, omiótł spojrzeniem zmrużonych ślepi przyozdobione kwiatami wnętrze: prosty, nakryty białym obrusem ołtarz, na którym spoczywały już cztery zapalone świece, nad którymi górował przybity do ściany drewniany krucyfiks; ustawione pod boczną ścianą prezbiterium instrumenta liturgiczne; nakrytą hitlerowską flagą trumnę, przy której trwała pogrążona w żałobie Claudia Kastner. Dodawszy jej otuchy kilkoma słowy, skierował się w stronę wciśniętych w kąt drzwi do maleńkiej zakrystii, gdzie krzątał się już przyodziany w komżę młodzieniec – na oko, nie więcej jak siedemnaście lat – który, przedstawiwszy się grzecznie, poinformował go, że włoski asystent prałata pojawił się tu wcześniej, dostarczywszy należyte ornaty. Przyjąwszy to skinieniem głowy, a instruując w międzyczasie ministranta co do szczegółów ceremoniału, przystąpił do zakładania szat liturgicznych. Już sama sutanna i strój codzienny pod nią nie tworzyły zbyt przewiewnego okrycia, a tu rytuał wymagał, by założył nań białą albę i – nałożywszy uprzednio stułę i humerał - uroczystą czarno-złotą kapę. Nie był to w żadnym razie strój ani lekki, ani wygodny w dłuższym okresie czasu, a na dzień tak upalny nadawał się równie dobrze, co zimowe futro. Nic jednak - ani pogoda, ani demony, ani nawet rozsądek człowieczy - nie były w stanie powstrzymać prałata przed wykonaniem przepisów prawa kanonicznego.

Schowawszy do wewnętrznej kieszeni płaszcza podręczne kropidło i zminiaturyzowane, skrócone wydanie księgi obrzędów kościelnych, opadł na pobliskie krzesło, wyczekując zbliżającej się godziny dwunastej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pon Cze 12, 2017 11:13 pm

Przy sobie: pistolet, magazynek z 10 nabojami, w pełni skompletowany mundur żołnierza, mapa Paryża, prawo jazdy (nigdy nie wiadomo!)

Dziś próbowałem wyobrazić sobie smutek Claudii Kastner.
Śnieżnobiała koszula pachniała świeżym praniem i gorącą parą z żelazka, upał za oknem był najsilniejszym, jakiego doznałem w całym dotychczasowym życiu, a moje myśli – jak zbłąkane nad mokradłami świetliki – uparcie powracały do próby odtworzenia uczuć zupełnie obcej kobiety.
Co czuła, kiedy dotarła do niej wieść o śmierci męża?
Jak zareagowała, gdy dowiedziała się, w jaki sposób zginął?
Czy poprosili ją – zupełnie jak mnie przed laty (miałem wrażenie, że od tamtego dnia minęły trzy dekady wiecznej zimy, wiecznych walk i wiecznego bólu) – by zidentyfikowała jego ciało?
W jaki sposób wciąż funkcjonowała?
W czysto klarownej teorii posiadałem możliwość porównania swoich wspomnień z tym, co dzisiejszego dnia mogła przeżywać pani Kastner… jednak śmierć Oksany nie była dla mnie ciosem. Zaskoczeniem – jak najbardziej, ale nie uderzeniem w sam środek piersi, po którym ciężko się podnieść, ciężko oddychać, ciężko rozkleić powieki, ciężko żyć, a nie tylko istnieć. Gdybym miał wybierać pomiędzy smutkiem po zmarłej żonie a smutkiem po zagubionym psie, decyzja byłaby okrutnie banalna – dzień pogrzebu Kseni rozmył się we wspomnieniach, już w trakcie swego trwania nie mając szczególnego znaczenia.
Dzień pierwszego zaginięcia Samiego był jak rolka, na której ktoś uwiecznił koszmar i czasami, wbrew mojej woli, odtwarzał go ze wściekłą dokładnością fanatyka.
Chodzi o twojego psa, powiedziała wtedy Oksana, po krótkiej, pełnej zadowolenia pauzie dodając: uciekł.
Kiedy pies piłuje kraty w oknie salonu, by następnie spuścić się z niego po związanych prześcieradłach, można powiedzieć, że uciekł, ale kiedy spacerujesz z nim po parku bez smyczy i po dwóch kwadransach odkrywasz, że nie ma go już w pobliżu – to mowa o twoim niedopatrzeniu i zrzucanie odpowiedzialności na Samiego nie jest w porządku.
Chciałem powiedzieć Kseni to wszystko, ale – oczywiście – milczałem, dopiero po kilkunastu krokach zdobywając się na dziesięć wypowiedzianych wraz z wydechem słów: ile razy mówiłem, że trzeba mieć go w zasięgu wzroku? Był to, rzecz jasna, błąd, ponieważ sekundę później Oksana stanęła na środku chodnika w postawie żony, która zaczyna robić scenę i rzeczywiście scenę zrobiła – pytała, co dokładnie chcę dać jej do zrozumienia, czy może to, że nie jest dość dobrą niańką dla mojego  śmierdzącego psa, czy też to, że nie wyprowadza go na spacer zgodnie z zasadami Międzynarodowego Stowarzyszenia Wyprowadzaczy Psów; później dodała, że gdybym zamiast pierdolić się z – tu nastała pauza – swoimi Niemcami siedział w domu, mógłbym osobiście wyjść z Samim i nic by się nie wydarzyło.
Mogłem wtedy ponarzekać, jak to wysiaduję tyłek  do późnych godzin, żeby na nas oboje zarobić, ale ponownie wybrałem milczenie.
Zupełnie jak dzisiaj.
Byłem daleki od entuzjazmu, gdy przyszło mi pokonywać urokliwe, zalane słońcem uliczki w ciepłocie przewyższającej sumę wiosenno-letnich temperatur w Finlandii. Ani galowy mundur w kolorze praktycznej dla pogrzebów czerni, ani myśl o tłumie zebranym na cmentarzu, ani tym bardziej widok Larsa nie mógł wpłynąć na wyjątkowo parszywy nastrój, z jakim obnosiłem się od rana. Do ostatnich sekund poważnie rozważałem taktyczny odwrót, lecz Reifenstein – pomimo całej swej nieruchomej pozycji pozornie niezainteresowanego otoczeniem obserwatora – już mnie zauważył.
Nie było ucieczki, był za to on – milczący w sposób wprost proporcjonalnie odwrotny do mojej filozofii ciszy. Nie przepadałem za jego towarzystwem, będąc jednak na nie skazanym od tego feralnego dnia w parku; zwykle źle znosiłem uzależnienie od kogokolwiek, tymczasem Kriminalinspektor gestapo nie tylko mnie do siebie przywiązał, ale z każdą kolejną wizytą, poleceniem (ponieważ to nigdy nie były prośby) i spotkaniem coraz mocniej zaciskał zarzuconą na szyję obrożę.
Dość prędko zrozumiałem, że Lars lubi zwyciężać – trofea, medale, pojedynki spojrzeń. Był przy tym piekielnie inteligentny – zupełnie jak teraz, gdy od niechcenia wydobył z siebie moje imię i dwa zdania, których wysłuchałem w ciszy niepokojonej przez zebrany przed kapliczką tłum – oraz chorobliwie zdeterminowany.
Nie wspominałeś – miałem ochotę skrzywić się na dźwięk własnego głosu – drewnianej karykatury głębokich symfonii tonu Larsa – z niejaką ulgą obserwując, jak Reifenstein podejmuje dalszą wędrówkę. Kriminalinspektor gestapo miał w sobie coś, co jednocześnie zachwycało i przerażało – zupełnie jak pokusa, by pogłaskać lisa.
Jednak pod żadnym pozorem nie był moim przyjacielem.
W całym zestawie negatywnych cech, Lars odnalazł w sobie dość litości, by pozwolić mi pozostać na zewnątrz kapliczki, na samych obrzeżach rozchybotanego tłumu. Żar wciąż lał się z nieba, pani Kastner – której odczuć nie zdołałem w pełni odtworzyć – nadal przyjmowała kondolencje, zaś ja cierpliwie odmierzałem czas do zakończenia ceremonii i powrotu do mieszkania, uparcie ignorując echo słów, którymi Reifenstein przed dwoma dniami wypełnił naturalną ciszę mojego salonu.
Nie ma sprawiedliwości, Nykänen. Jest tylko zemsta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Wto Cze 13, 2017 12:00 am

przy sobie: długie spodnie, koszula, kaszkiet, proteza, kule, sztylet, zapalniczka, rewolwer z magazynkiem (10), ampułka cyjanku wszyta w rękaw koszuli (nie ma przy sobie dokumentów)
 
Panująca na cmentarzu grobowa atmosfera, aberracja od paryskiej codzienności, dekoncentrowała nie mniej skutecznie niż nieprzyjemnie przywierająca do ciała druga skóra - w tak nieznośny ukrop nawet materiał bawełnianej koszuli nie pomagał w walce z siłami natury, toteż Bourreau skapitulował, chowając do kieszeni spodni chusteczkę, którą do tej pory przecierał skrzącą się od potu taflę czoła.
Nasunął kaszkiet niżej - aż po samą linię brwi, a cień od daszka zakrył nazbyt niespokojne, rozbiegane spojrzenie Maurice’a.
Nie znalazł się tutaj przez przypadek, lecz trudno było również doszukiwać się jakiegoś głębszego sensu w jego motywacji do pojawiania się na tym wydarzeniu - miotał się jak zwykle, szamocząc się w opasce na oczach; złośliwi powiedzieliby, że była ona zaciśnięta tak mocno, iż najwidoczniej odcinała dopływ krwi do mózgu, bo czasem wytłumaczenie zasadności podejmowania niektórych jego (a także pozostałych członków oddziału Feniksa) inicjatyw i działań bez wątpienia nie należało do najłatwiejszych zadań.
Słynęli z bezsensownych, desperackich próby zaistnienia; chwytali się każdej możliwej okazji, by nadepnąć szwabom na odcisk - choć w tym szaleństwie próżno odnaleźć jakąkolwiek metodę, Maurice czuł się zaskakująco dobrze w towarzystwie nadgorliwych Feniksów.
Szczególnie tego jednego, przez którego w ogóle znalazł się w tym miejscu.
O kilka sekund za długo zatrzymał wzrok na sylwetce Enza - później wycofał się, by zwiększyć dzielący ich dystans i odnaleźć dla siebie skrawek przestrzeni najdogodniejszy do wypatrywania naczelnych skurwysynów - nie musiał przecież znać ich twarzy ani godności - wystarczyło przeświadczenie o niegodności oraz założenie, iż im więcej symboli i odznaczeń plamiących odświętne mundury, tym większe prawdopodobieństwo, że nosi je ktoś, kto swoim nazwiskiem podpisuje się pod najgorszym.
Takich oficjeli chyba należało się tutaj spodziewać - w końcu to jeden z nich właśnie wędrował tam, gdzie może jeszcze nie dzisiaj, ani nie jutro, ale z pewnością w przyszłości nie aż tak odległej spoczną oni wszyscy.
Niektórym trzeba będzie w tym pomóc (płacąc za to najwyższą cenę?) - lecz co najmniej dwójkę skorych do tego typu pomocy byłabym w stanie wskazać już teraz - kto wie, ilu jeszcze wtapia się w tłum; kto czeka na swoją szansę, by wylewającym krokodyle łzy żałobnikom złożyć mniej lub bardziej subtelne przyrzeczenie, że i na nich przyjdzie pora?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Wto Cze 13, 2017 10:55 pm

Kiedy nadeszła godzina dwunasta, gdzieś w innych częściach Paryża rozległy się dzwony, których słabe echo dotarło również na cmentarz Montparnasse. Wyglądało na to, że ktokolwiek planował dziś pożegnać Erika Kastnera, zjawił się już na miejscu; również kolejka z kondolencjami dla Claudii Kastner w końcu zniknęła. Kobieta, odpowiadając na każde słowa tą samą formułką i nawet nie zwracając uwagi na to, kto tak właściwie je wypowiadał, wreszcie ruszyła się z miejsca, powolnym krokiem zmierzając w głąb kaplicy. Jej prawa dłoń spoczywała delikatnie na brzuchu w bardzo charakterystycznym geście, który nie mógł umknąć wzrokowi innych żałobników.

Claudia Kastner zajęła miejsce nieopodal Lisbeth, a siadając blisko niej, o dziwo rozpoznała dziewczynę, po raz pierwszy zdobywając się na coś więcej niż tylko beznamiętne wpatrywanie się w przestrzeń. Za woalką mignął blady uśmiech Claudii, przeznaczony dla Lisbeth, jakby wdowa z pewnym opóźnieniem odpowiedziała na jej ciepłe – choć może nie aż tak szczere – słowa. Pomijając Claudię Kastner, uwagę panienki von Liebenfels bez wątpienia zaprzątał też przykry zapach, który coraz silniej rozchodził się w całej kaplicy, a którego źródłem musiała być trumna.

Kiedy Lars znalazł się w kaplicy, prawie natychmiast dołączyło do niego trzech Kriminalkomissarów, których mógł kojarzyć z korytarzy siedziby gestapo i którzy również mieli nieść trumnę Erika Kastnera. Powitali Reifensteina krótkim skinięciem głowy i podążyli w stronę drugiego rzędu, gdzie zaraz na skraju na całą czwórkę czekały już miejsca. W dalszym rzędzie siedziało kilka Niemek, a ich ciche szepty – nieustające mimo ciszy, która powoli zapadała w kaplicy – szybko dotarły do uszu Reifensteina. Z ich rozmowy mógł wywnioskować, że bez przesadnej delikatności zastanawiały się, na jaką chorobę zmarł Kastner – widocznie nieświadome, że nie była to wcale choroba.
- Słyszałam tylko, że stracił dużo krwi, chociaż nie wiem jak – mówiła jedna z nich, wachlując się ciężką od pierścionków dłonią.  – Kuzyn mojej przyjaciółki był hemofilikiem. Biedaczek, wykrwawił się na śmierć! Ale gdyby Kastner też nim był, pewnie już dawno by nas opuścił, tacy nigdy nie żyją zbyt długo.
Jej towarzyszki przytaknęły głośno, nadal nie przejmując się tym, że powinny były już umilknąć.

Ze swojego miejsca Madeline mogła czuć zarówno chłód kaplicy oraz smród ciała, jak i promienie słońca, które silnie grzały ją w plecy. Choć na początku kobieta dobrze widziała ołtarz, to jednak wkrótce zbyt wiele osób przesłoniło jej widok. Nabożeństwo zbliżało się wielkimi krokami, a ludzie powoli kończyli przyciszone rozmowy, lecz uwagę Irving – zresztą nie tylko jej – przyciągał dosyć głośny płacz jakiejś kobiety, która stała nieopodal. Skromnie ubrana, ładna, ale z opuchniętą od płaczu twarzą wyglądała zupełnie tak, jakby rzeczywiście przejęła się śmiercią Kastnera. Im dłużej Madeline patrzyła na nią, tym większe mogła odnieść wrażenie, że gdzieś widziała już tę kobietę, a pamięć w niepokojący sposób podsuwała jej twarze Francuzek, które widziała kilka tygodni temu w 'Le Dome'. Czy opłakująca Kastnera Francuzka mogła być jedną z nich – i co gorsza – również pamiętać Madeline, z powodzeniem udającą wówczas jedną z pracownic One Two Two?

Stojąc chwilę w kaplicy, Maurice i Enzo mogli w pewnym momencie poczuć na sobie czyjś natarczywy wzrok, a zaraz później w ich stronę zmierzał już mężczyzna w niemieckim mundurze – tak gęsto obwieszonym odznaczeniami, że skupienie wzroku na tylko jednym z nich graniczyło z cudem. Obydwoje od razu mogli dostrzec pionową kreskę, która pojawiła się na twarzy Niemca, a także zaciśnięte w pięści dłonie. Okupant szybko zatrzymał się tuż przed Mauricem i Enzem, ale jego spojrzenie spoczęło na Bourreau – a konkretnie przesunęło się z kaszkietu na kule. Zwłaszcza na ich widok w stalowoszarych oczach mężczyzny pojawiła się pogarda.
- Zdejmij tę czapkę, kaleko. Jesteś w kaplicy – warknął cicho z silnym niemieckim akcentem, po czym przeniósł spojrzenie na Fenouila, patrząc na niego równie nieprzyjemnie. - A najlepiej obydwoje stąd wyjdźcie. Zajmujecie nam tylko miejsce – zaakcentował słowo „nam”, dając do zrozumienia, że w kaplicy powinni byli się znajdować jedynie Niemcy.
Do nabożeństwa pozostało zaledwie kilka chwil, ale okupant najwyraźniej zamierzał dopilnować, aby Maurice i Enzo potulnie opuścili kaplicę.

Janne, pozostając na obrzeżach tłumu, nie mógł widzieć, co działo się wewnątrz kaplicy, jednak przyjemny cień rzucany przez pobliskie drzewo niewątpliwie stanowił pewną rekompensatę. Wśród otaczających Fina ludzi niewielu było okupantów; większość albo zajęła już swoje miejsca w kaplicy, albo stała tuż przed nią. Nikt też nie zwracał na niego większej uwagi, a już na pewno nie dwoje mężczyzn wyglądających na robotników, którzy w ostatnim momencie zjawili się wśród tłumu, przepychając pomiędzy ludźmi i stając kilka kroków przed Finem. Ich niechlujny ubiór – a tym bardziej papieros wetknięty pomiędzy wargi jednego z nich – już sam w sobie był sygnałem, że mężczyźni nie zamierzali uszanować okoliczności.
- Merde, oby szybko wyżarły go robaki – mruknął jeden z nich, na tyle głośno, aby kilka głów obróciło się ku niemu. Mimo nie najlepszej znajomości francuskiego Janne mógł wychwycić przekleństwo, a już sam ton, w jakim mężczyzna wypowiedział te słowa, nie budził zastrzeżeń co do jego intencji. - Może pocieszę jego żonę?
Te słowa Janne mógł zrozumieć; ku Francuzowi obróciło się kilka kolejnych głów, jednak pozostali okupanci znajdowali się za daleko, by go usłyszeć. Najbliższym z nich był jednak Janne, ale czy zamierzał zareagować?

Zasiadający na krześle Leonard od samego początku mógł obserwować, jak kaplica stopniowo wypełniała się żałobnikami; przez otwarte drzwi dostrzegał także zgromadzony przed budynkiem tłum. Mimo temperatury i smrodu rozkładającego się ciała, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej nieznośny, należało zacząć nabożeństwo i pożegnać Erika Kastnera.
Gdyby tylko żałobnicy wiedzieli, że pogrzeb swoją obecnością zaszczycił jego morderca...


Kolejka: Leonard, pozostali w dowolnej kolejności.
Na odpis macie 72h. Kolejny post Mistrza Gry pojawi się wieczorem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Wto Cze 13, 2017 11:53 pm

Ledwie dzwony paryskich kościołów ucichły, w murach cmentarnej kaplicy rozległ się świergot drobnych dzwoneczków, obwieszczający rozpoczęcie ceremonii pogrzebowej, ucinając wszelkie rozmowy i wzywając żałobników do powstania na czas boskiej posługi. Ksiądz prałat Léonard Mâron – sędziwy człek o ponurym, a teraz i nieprzeniknionym obliczu – przystąpił ze złożonymi do modlitwy dłońmi do starszego od niego o parę stuleci stołu ofiarnego, który miał już okazję być niemym świadkiem tysięcy podobnych uroczystości, a skłoniwszy się przed wiszącym tam też wizerunkiem ukrzyżowanego Zbawiciela, z namaszczeniem ucałował ołtarz. Nadal obrócony plecami do wiernych, przeżegnał się i ozwał zadziwiająco, jak na jego lata, śpiewnym głosem - chociaż z lekką chrypką - w mowie Ojców Kościoła:

-In nómine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti. Amen. Introibo ad altáre Dei.
A wówczas, ministrant odpowiedział donośnie: - Ad Deum qui laetificat juventutem meam.

Gdy zaś prałat zaśpiewał: - Adjutórium nostrum nómine Dómini,
on odrzekł: - Qui fecit caelum et terram.

I tak, odrzucając coraz powszechniejsze skłonności lokalnych proboszczów do celebrowania sakramentów w językach narodowych, jęli przegadywać się w swej tajemnej mowie, wiodąc zgromadzonych przez katorżniczą litanię modlitw, hymnów pochwalnych i spisanych przed tysiącami lat psalmów Dawidowych. Ujawniała się tu zasadność w przyrównywaniu księży do pasterzy, a wiernych do owiec - ci drudzy, niejednokrotnie nie rozumiejąc wypowiadanych przez kapłana słów, a tym bardziej ich zawiłej symboliki, niczym marionetki powtarzali te same, wyuczone w młodości gesty; na komendę, niby pluton regularnego wojska, zgodnym chórem odpowiadali: "Amen" tudzież "Kyrie, eleison". Ich możliwości przeżywania tego wyjątkowego misterium wiary było znacznie ograniczane przez niedoskonałe, splugawione grzechem umysły, a im bliżej było mu samemu do chwili, gdy jego stan fizjologiczny nie będzie się w żaden sposób różnił od tego, który przejawiał teraz nieszczęsny Erik Kastner, tym bardziej był nasz ksiądz dobrodziej pewien, że to nigdy nie ulegnie to zmianie, znacząc granicę między tymi, którzy zasiądą po prawicy Ojca od tych, którym przeznaczone wieczne lub czyśćcowe męki.

I nawet, gdy odwrócił się do zebranych w kaplicy Niemców, by odczytać z podsuniętej mu przez ministranta Biblii fragmenty z Apokalipsy i Ewangelii Św. Jana - w języku łacińskim, rzecz jasna - w których Pan obiecywał życie wieczne tym, którzy w Niego uwierzą, a jego spojrzenie obiegło oblicza tych aspirujących do miana idealnych, wystrojonych w najlepsze kreacje kobiet i mężczyzn, szukając w oczach tych, którzy służyli zbrodniczemu systemowi nazistowskiemu, choćby i śladów religijnego uniesienia... odkrywały się przed nim tylko ich słabości - albo te, o których wiedział, obracając się w ich gronie, albo o które miał powody ich podejrzewać. Obojętnie przyjął świadomość, że w tych czasach, gdy pięść jest potężniejsza od słowa, wiara nie miała być już źródłem inspiracji czy szczerego pocieszenia, lecz wynaturzonym narzędziem w dłoniach przewrotnego i kłamliwego umysłu, który - gwoli ścisłości - z rzadka już tylko oszukiwał się, że możliwym jest powrót do starych, dobrych czasów, gdy polityczna pozycja Kościoła była niemal niezachwiana. Pozostawało jednak zagarnąć dla siebie tyle, ile się tylko da - a przyszłe pokolenia wybaczą mu nawet ten sojusz z diabłem. I z taką myślą prałat przystąpił do wygłaszania homilii nienaganną niemczyzną, a nawet z subtelnym berlińskim akcentem:

Nadszedł czas pożegnania naszego Brata Erika, który zasnął w pokoju z Chrystusem.

Stając przy Ołtarzu Chrystusa, chcemy dziękować za to życie, któremu mogliśmy towarzyszyć; to życie, które splotło się z naszymi drogami; to życie, które było poświęcone dążeniu do dobra nas wszystkich; do spełnienia obietnicy boskiego porządku, któremu - podług świadectwa Pisma Świętego - nie będzie końca.

Kiedy przychodzi czas tego „ostatecznego” w wymiarze ziemskim pożegnania, podejmujemy wielką modlitwę dziękczynienia za dobro, które spotkało nas za sprawą zmarłej osoby i równie wielką modlitwę przepraszania za to wyrządzone przez nas zło, które być może stało się i jej udziałem.

I we wszystkich nas odzywa się niewątpliwie tęsknota za wypełnieniem się słów Apokalipsy: “I otrze Bóg z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie.” Żyjemy w wielkim oczekiwaniu na wypełnienie się tej objawionej w Piśmie obietnicy Boga. Żyjąc na ziemi uczymy się dojrzewać do tej przyszłej rzeczywistości poprzez kroczenie drogą wskazań, jakie nam zostawił Jezus Chrystus:

Pamiętajmy przykazanie miłości; osiem błogosławieństw – osiem recept na osiągnięcie szczęścia... I, jak sami zdajemy sobie sprawę, żadne ze wskazań Jezusa nie jest ponad nasze siły, nie jest czymś graniczącym z cudem, a naszym obowiązkiem jako pokornych dzieci jest zawierzać im z nieustającą pewnością.

Błogosławieni ubodzy w duchu – czyli umiejący się odnaleźć niezależnie od tego co i ile mają... cisi – czyli nie czyniący wokół swojej osoby rozgłosu... ale też i smutni – czyli doświadczający trudności związanych z życiem, jak nasz Brat Erik Kastner: przykładny mąż i oddany przyjaciel, którego Pan wezwał do siebie w sile wieku... Dla nas, jedną z takich trudności jest śmierć człowieka – wydarzenie, które nas tutaj dzisiaj zgromadziło...

I w tym naszym smutku pragnie jednak dziś do nas dotrzeć prawda: Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. W życie każdego stworzenia na świecie wpisana jest śmierć – to nieunikniona droga, która człowieka wiedzie także ku zmartwychwstaniu. Wypatrujmy, Bracia i Siostry, nowego nieba i nowej ziemi – gdzie, jak ufamy, żyje już nasz brat Erik – a my sami posilajmy się ze źródła nadziei, które specjalnie dla nas otwiera Pan, aby ofiarować nam życie wieczne u swego boku.

I choć po ludzku doświadczamy smutku – uczucia, które jest wyrazem naszego przywiązania do zmarłego Brata Erika Kastnera, jakie w ciągu życia zbudowaliśmy poprzez rozmowę, obecność, pełne przyjaźni gesty  – to w ten właśnie smutek pragnie wkraczać Jezus Chrystus, który sam umarł na krzyżu i zmartwychwstał. Dlatego nasza więź, nasza serdeczna relacja, nie musi umierać wraz z doczesnym ciałem Erika Kastnera – teraz możemy ją pielęgnować poprzez zanurzanie się w wieczności dzięki modlitwie, czego nauczył nas Bóg Ojciec; pamiętając o pielęgnowaniu pamięci o naszym drogim Bracie Eriku Kastnerze i jego dziełach..
Amen.


I zachęciwszy zgromadzenie do chwili refleksji w ciszy, sam splótł dłonie na piersi i pochyliwszy głowę, oddał się modlitwie. Następnie zaś przyjął z rąk ministranta kropidło i spryskał trumnę święconą wodą, wypowiadając kolejne frazy w narzeczu okupanta: - Wszechmogący Bóg odrodził cię  z wody i Ducha Świętego na życie wieczne, niech zatem dopełni dzieła, które rozpoczął na chrzcie świętym.

Ująwszy zaś kadzidło, trzykrotnie okadził zamknięte w drewnianej skrzyni doczesne szczątki Erika Kastnera, mówiąc: - Twoje ciało było świątynią Ducha Świętego, niech Bóg przyjmie cię do swojej chwały.

A po tym, ku zrozumiałej uldze i Francuzów, i Niemców, ksiądz zaintonował wreszcie psalm wyjścia - "Libera me, Domine" - będący sygnałem do wyniesienia trumny z kaplicy, w odpowiedzi na co ministrant ujął w dłoń krzyż procesyjny i wraz z prałatem jął z wolna wyprowadzać orszak na zewnątrz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sro Cze 14, 2017 11:39 pm

Madeline z pogrzebami nie miała najlepszych wspomnień. Z pewnością byłoby to dość nietypowe, gdyby utożsamiała ten rodzaj uroczystości z czymś przyjemnym, jednak w jej przypadku pogrzeby przywoływały przykre obrazy z okresu, kiedy wszystko w jej życiu dobiegło ostatecznego końca. Straciła obie najbliższe w życiu osoby, mimo że tylko jedna z nich tamtego dnia leżała zamknięta w drewnianej trumnie, która powoli zsunięta została do głębokiego dołu w ziemi i przysypana czarną glebą. Straciła również rodzinę, i choć przecież nigdy nie czuła, aby tak naprawdę kiedykolwiek do niej należała, część niej przez jakiś czas wciąż jeszcze tęskniła za wszystkim tym, czego nigdy nie posiadała. Za domowym ciepłem, objęciem ramion ojca, dłońmi matki zaplatające jej jasne włosy w długie warkocze.
W dniu pogrzebu swojego dziadka ostatni raz postawiła stopę w rodzinnym domu, przez następne 16 lat ani razu nie zaszczycając go swoją obecnością i, szczerze mówiąc, nie licząc na to, iż kiedykolwiek będzie jeszcze miała okazję to uczyć. Jednak, bez względu na to, jak wiele rzeczy kojarzyło jej się z obrządkami pogrzebowymi, tego dnia nie przyszła na cmentarz walczyć ze swoją przeszłością, ponieważ nie pojawiła się tam jako Madeline Irving. Kobieta, którą była, nigdy nie odrzuciła swojej rodziny, nie zerwała kontaktu z bratem bliźniakiem i nie opłakiwała śmierci dziadka, który był jedyną osobą będącą w stanie ją zrozumieć, pocieszyć i sprawić, że czuła się naprawdę kochana i doceniania.
Mimo wszystko jednak, wraz z upływem czasu, który zdawał się wydłużać coraz bardziej, nie potrafiła odepchnąć od siebie obrazów tego deszczowego popołudnia, gdy stała otulana strugami deszczu, przeprowadzając jedną z ostatnich rozmów, które miała okazję odbyć z Vincentem. Nie chciała żałować tego, co wówczas powiedziała. W jej przekonaniu to o był w większości winien, a jednak czując zapach ciała wypełniający kaplicę i słysząc szmer głosów, gdzie słowa rozpływały się wokół niej, stanowiąc jedynie chaotyczną mieszaninę dźwięków, nie była w stanie odeprzeć przykrego uczucia, iż gdyby tylko otrzymała taką możliwość, zrobiłaby to wszystko inaczej.
Pokręciła nieznacznie głową jakby chciała wyrazić dezaprobatę dla własnych myśli, bo w końcu po części tak właśnie było. Nie zgadzała się z tym, co podsuwał jej umysł i jeszcze bardziej nie podobały jej się szepty, którymi raczyło ją jej serce. Nie tęskniła ani za nim, ani za swoim dawnym życiem, ani za swoją rodziną. Jak miała okazję się przekonać, jej matka radziła sobie doskonale i miała wrażenie, że żadne z nich nawet przez jeden dzień nie pomyślało o tym, jak bardzo żałują, że po prostu dali jej odejść. Dlatego też ona nie zamierzała żałować podjęcia decyzji i wzięcia spraw, oraz własnego życia, w swoje ręce. Być może popełniła kilka błędów, większych i mniejszych, jednak każda porażka, każde niepowodzenie i każda odniesiona rana uczyniły z nią osobę, którą była teraz. I, szczerze mówiąc, patrząc we własne odbicie przez większość czasu była zadowolona z tego, co jawiło się przed jej oczyma.
Teraz jednak potrzebowała czegoś, co skutecznie mogłoby rozproszyć jej uwagę od nieproszonych myśli i wspomnień. Początkowo nieprzyjemny zapach wewnątrz kaplicy sprawiał, iż odrobinę ją mdliło, jednak im dłużej stała w zapełniającym się coraz szybciej wnętrzu, tym bardziej zaczynała się do niego przyzwyczajać i wkrótce przestała go w ogóle odczuwać. Czarna sukienka przyciągała jeszcze bardziej promienie słoneczne, które grzały ją w plecy, jednak Madeline z czasem i na to przestała zwracać uwagę. W końcu kaplica została wypełniona po brzegi i widok na ołtarz oraz trumnę został jej przysłonięty plecami gorliwych żałobników, którzy zdawali naprawdę głęboko zainwestowani w pogrzeb kogoś, kogo większość z nich nawet nie znała i kto z pewnością za życia mocno nimi pogardzał. Szczerze mówiąc, kobieta była pod wrażeniem ilości francuskich głosów, które dobywały się wokoło, zupełnie tak, jakby wierzyli, iż opłakiwanie jednego niemieckiego funkcjonariusza znacznie poprawi ich sytuację życiową.
Gdy w końcu rozmowy zaczęły cichnąć i ponad głowami zgromadzonych rozległ się głos księdza przeprowadzającego obrzędy pogrzebowe, uwaga Madeline została dość skutecznie odwrócona przez stojącą w pobliżu młodą kobietę, której wyjątkowo dobrze wychodziło wczuwanie się w rolę żałobnika. Głośny szloch i zaczerwieniona twarz skupiały na sobie spojrzenia stojących w najbliższym otoczeniu osób i wkrótce słowa księdza były jedynie dochodzącą z oddali zbitką nierozpoznawalnych dźwięków. Przez moment wbijała spojrzenie w sylwetkę dziewczyny, mając dziwne wrażenie, że gdzieś już ją widziała i próbując dopasować twarz do niewyraźnych wspomnień. Mniej więcej w momencie, gdy ksiądz zaczął cytować fragment Apokalipsy, Madeline zrozumiała, dlaczego owa, pogrążona w zatrważającej rozpaczy, kobieta wydawała jej znajoma. Najwyraźniej jakże pamiętny wieczór w Le Dome zamierzał ją prześladować, a ona bynajmniej nie miała nic przeciwko temu. Co więcej, sama dość szybko podjęła decyzję o pokuszeniu odrobinę losu, szczególnie iż na samym pogrzebie nie zależało jej nawet w najmniejszym stopniu.  
Nie wahając się ani chwili kobieta podeszła powoli do płaczącej dziewczyny, wyciągając w jej stronę dłoń trzymającą dobytą z torebki chusteczkę. Widniejące na niej inicjały nie miały najmniejszego znaczenia, nawet jeśli jakimś cudem kobieta również kojarzyłaby ja z piwiarni, Madeline była w stanie na poczekaniu wymyślić kilka ciekawych historii, które mogłyby je uzasadnić.
- Możesz chcieć się trochę uspokoić, przynajmniej na czas uroczystości– szepnęła, pochylając się odrobinę w jej stronę, aby słowa dotarły tylko i wyłącznie do płaczącej dziewczyny – Jeszcze trochę i twój płacz będzie w stanie wyciągnąć samego Kastnera z grobu – na te słowa uśmiechnęła się nieznacznie sama do siebie, niemalże od razu przybierając na twarz poprzedni, beznamiętny wyraz. Już dawno przestała zwracać uwagę na przeprowadzaną wokoło mszę, jednak gdy nagle ludzie wokół niej zaczęli odsuwać się w bok, uczyniła to samo, gdzieś ponad głowami dostrzegając nagły ruch z przodu kaplicy, mogący świadczyć o tym, iż orszak pogrzebowy miał właśnie powoli opuścić jej wnętrze.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Czw Cze 15, 2017 7:19 pm

Słodkawy zapach kwiatów oraz rozkładu zaciekle przypominał, że śmierć zawsze przychodzi niespodziewanie, nawet, gdy powinno się jej oczekiwać. W tej wielkiej niewiadomej tkwił antyczny tragizm, którego sukces już od czasów starożytnej Grecji oscylował wokół pozostawionego bez odpowiedzi pytania.
Co czeka nas później?
Nicość? Pustka? Czarny bezkres kosmosu, w którym nie będzie nawet gwiazd? Ciemność tak rozległa – w obrazie, dźwięku, ruchu, myśli – że to, co po śmierci, okaże się straszniejsze od samego aktu umierania?
Będąc w tym miejscu, szczelnie otoczony duszną, słodkawą wonią rozkładu, Lars nie potrafił myśleć o ludzkim końcu w kategoriach szlachetnego pożegnania z padołem łez i cierpienia. Nie przepadał za pogrzebami ani imprezą im towarzyszącą, szacunek dla zmarłego – o ile denat na niego zasługiwał – odkładając na dzień później, na chwilę, w której cmentarz będzie cichy i pozbawiony sztucznej otoczki żalu. Jak zarazy unikał podobnych uroczystości, ponieważ zawsze trafiał się na nich ktoś, kto z chorą satysfakcją powtarzał pseudo-pocieszające dyrdymały, doprowadzając Reifensteina do białej gorączki: wypełnił się jego czasu na ziemi, tak, to niesamowicie smutne, ale przecież Bóg tak chciał.
Lars z trudem powstrzymywał język, na którego koniuszku wesoło podrygiwały pragnące wyrwać się z ust słowa. Ilekroć wysłuchiwał podobnych banałów, tylekroć miał ochotę odtrącić od siebie ostatnie cugle samokontroli i zawyrokować jak najgłośniej: nie uwierzycie, ale życie jest niesprawiedliwe, nie toczy się według żadnego planu. Ludzie umierają, to jedna z niewielu rzeczy, którą potrafią robić dobrze.
To oczywiste. Wszyscy o tym wiedzą.
Każdy o tym wie, ale nikt tak właściwie w to nie wierzy. Ludzie naiwnie uważają, że w ich przypadku pojawi się jakaś lekcja, górnolotne znaczenie, historia godna opowiedzenia. Że śmierć, kiedy już zjawi się u nich jako groźny uczony, okrutny kat lub wyrozumiały sędzia, będzie niosła ze sobą poczucie spełnienia. Tymczasem śmierć jest znudzonym urzędnikiem, który ma zbyt wiele słupków do rozliczenia i zamówień do zrealizowania. Nie daje nam czasu na kalkulacje ani wzniosłe myśli, podkrada się za to do od tyłu i porywa nas, kiedy sramy.
Wszyscy o tym wiedzą.
Reifenstein zastanawiał się kiedyś – i przeszłość dokonana nie jest tu przypadkiem – czy Edgar również zdawał sobie z tego sprawę. Refleksja nadeszła przy okazji pełnego fanfar i honorów pogrzebu (jeszcze wznioślejszego niż ten dzisiejszy – być może dlatego, że wnętrze kaplicy nie cuchnęło topielcem), podczas którego Lars utwierdził się w przekonaniu, że nienawidził swojego brata. Za to, że był taki głupi. Za to, że był taki słaby. Za to, że zawsze stał mu na drodze.
Kiedy Edgar zginął, Reifenstein potrafił myśleć tylko o tym, w jaki sposób jego życie od tego momentu stanie się trudniejsze. O wszystkich dodatkowych zadaniach i obowiązkach, których ojciec dotychczas mu nie powierzał – i pewnie dlatego (t y l k o dlatego?) zamiast smutku ogarnęło go rozdrażnienie oraz zdziwienie, że nie czuje niczego ponad to. Stał nad otwartą trumną brata, podczas gdy wszyscy żałobnicy czujnie na niego patrzyli, bezwstydnie obserwowali, czekając, co zrobi, żeby móc ocenić, jakim jest człowiekiem. Lars był niemal zażenowany, że śmierć Edgara wywołała w nim tylko takie uczucia. Nie poczucie winy ani smutek, ale chłód. A potem złość.
Coraz większą złość.
Strząsnął z ramion rozmyty obraz bladej, brzydkiej twarzy człowieka, którego nazywał bratem, doskonale wiedząc, że wspomnienia są jak koraliki zerwane ze sznurka. Rozpryskają się po podłodze i pierzchają między deski, i choć trudno wyłapać je wszystkie, od czasu do czasu należy spróbować. Uwagę Larsa pochłonęły zresztą inne, znacznie realniejsze niż przeszłość bodźce – szepty, dalekie od subtelnej i pełnej żalu wymiany zdań, uderzały w niego jak dziesiątki drobnych kamyczków.
Z pozoru nic groźnego, w rzeczywistości – prowadzącego prosto do katastrofy.
- Drogie panie wy głupie kurwy, myśli wspaniale kontrastowały ze spokojem, z jakim nieznacznie obrócił się do tyłu, napotykając spojrzenie kobiety, która jeszcze przed momentem snuła głośną opowieść. – Przykro mi, że pogrzeb pokrzyżował wasze cotygodniowe spotkanie na kawę i ploteczki… - zacisnął palce na kolanie, czując, że jego dłoń na samą wzmiankę o hemofilii zaczyna drżeć niebezpiecznie – zdenerwowanie budził nie sam dźwięk słowa, lecz prosta linia skojarzeń, które budziło.
Niektórzy hemofilicy przeżyją ciebie, droga Frau, jeśli zaraz się nie zamkniesz.
- … ale czy utrzymanie języka za zębami przez godzinę to zbyt wiele?
Lars uśmiechnął się krótko, natychmiast powracając do poprzedniej, nieruchomej pozycji, jak gdyby istnienie siedzących z tyłu kobiet przestało mieć dla niego znaczenie.
Nic bardziej mylnego – zdołał zapamiętać ich twarze.
Kilkanaście sekund później przebieg mszy wkroczył na właściwe tory, tocząc się w takt wypowiadanych przez duchownego formułek – łacina wypełniała wnętrze kaplicy nieco mniej skutecznie od odoru, do którego nie sposób było się przyzwyczaić, co nie przeszkodziło Larsowi w ucieczce myślami poza chłodne mury świątyni. Mechanicznie odpowiadał we właściwych momentach, mechanicznie wykonywał znak krzyża, mechanicznie podążał wzrokiem za księdzem, niecierpliwie oczekując momentu, w którym przyjdzie mu unieść ciężar trumny. Nie potrafił skupić się na mszy, doskonale wiedząc, jak wiele wkrótce zależeć będzie od wdowy po Eriku – Lars czułby się spokojniej, gdyby nieustannie zanosiła się uniemożliwiającym mówienie szlochem, co zminimalizowałoby ryzyko obnażenia cuchnącej prawdy.
Nagły ruch za ołtarzem oraz intonowana przez księdza pieśń przymusiły Reifensteina do poruszenia się; wraz z trzema Kriminalkomissarami, którym przed niespełna godziną odpowiedział oszczędnym skinięciem, zbliżył się do trumny, by uchwycić ją po prawej stronie na wysokości głowy zmarłego. Ostrożne podniesienie, nabranie pewności, że ciężar bezpiecznie spoczywa na ramieniu i powolne ruszenie za duchownym – wszystko trwało niespełna pół minuty, podczas której Lars dwukrotnie pożałował sprawowanej przez siebie funkcji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   

Powrót do góry Go down
 
Cmentarz Montparnasse
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Pozostałe dzielnice-
Skocz do: