IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Edmée&Jean


Share | 
 

 Edmée&Jean

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
cywile
PisanieTemat: Edmée&Jean   Czw Lip 20, 2017 10:36 pm

Nić porozumienia łącząca włamywacza i udręczony zamek w drzwiach, fizyczna obecność złodzieja oraz narzędzi jego fachu, współczucie dla rozpracowywanych zaślepek, doświadczenie ukryte, ale bezwzględnie skuteczne, a ponad tym wszystkim produkt ostateczny: ciche klik podane w potrawce z triumfalnego uśmiechu i pobłażliwego spojrzenia.
Lata mijały, a ja wciąż nie potrafiłem zrozumieć, skąd w ludziach tyle wiary dla zwodniczego bezpieczeństwa pospolitych zamków.
Wynurzające się z ciemniejącego nieba pierwsze gwiazdy szeptały, że do brzasku pozostało jeszcze wiele godziny, że żaden patrol nie zechciał zabłądzić w okolicy i że świat na pewno nie runie aż do świtu. Będzie trwał dalej, lekko koślawy, ale niemniej – stabilnie. One, te wszystkie gwiazdy (miliony umierających punkcików na atramentowym spłachetku nieba), tej nocy będą podtrzymywać go na pajęczych nitkach bladego światła i staną się niemym świadkiem rozpasanej swobody, z jaką pchnąłem wyswobodzone z oków rozpracowanego zamka drzwi. Ja – wyjątkowy gość, przysłany z  nieharmonijnych, dyssymetrycznych i pozbawionych logiki obszarów rzeczywistości – miałem pełnić rolę złodziejskiego guru, dla którego wyzwanie stanowi synonim sukcesu, a wszystko to za sprawą szeleszczącego skrawka papeterii i subtelnej woni perfum, bijącej od gładkiej koperty jak promieniujące od żywego organizmu ciepło. Pamiętam doskonale: zdrętwiałe palce, po których ubiegłego wieczoru przespacerowała się mafijna podeszwa, otwierają liścik. Oczom, chłonącym rzeczywistość jak smolista czerń światło słoneczne, ukazuje się interesująca zawartość: skreślone kobiecą dłonią słowa (zamaszyste ogonki zawsze zdradzały damską tęsknotę do szeroko pojmowanej długości), monsiuer, na dobrej jakości papierze adres mieszkania w dwudziestej dzielnicy, plus godzina spotkania, plus delikatna sugestia, by zaprezentować złodziejskie umiejętności, plus zawoalowana obietnica ewentualnej współpracy, plus coś na kształt wyzwania – każda literka postawiona z najlepszą tradycją paryskiej ekstrawagancji, czyli prawie nieczytelnie, ale mimo wszystko wyraziście.
Więc akcja się rozwija – pomyślałem przed dwoma dniami, swobodnie poczynając sobie ze stylistyką i rozpoczynając od spójnika wynikowego. Los jednego dnia wali z impetem po rozmierzwionym łbie, spaceruje po żebrach i rakowacieje w wątrobie, by chwilę później wepchnąć człowiekowi do paszczęki oszołamiająco słodki cukierek: nie bój się cukrzycy, ciumkaj!
Za warstwą zaprawy, cegieł i drewna pozostawiłem demoniczne niebiosa paryskiej wczesnonocy, z echem moich kroków na tle ciemnych budynków, cieniem uśmiechu w ciepłym powietrzu i wonią wiatru wplątaną we włosy wkraczając w cichy azyl domowego miru. Powinienem poczuć się urażony – a przynajmniej mocno niedoceniony – na drodze między sobą a wnętrzem mieszkania napotykając nieuciążliwą przeszkodę przestarzałego mechanizmu. Wiem, że dla laika nie ma żadnej różnicy pomiędzy wszystkimi tymi zamkami, kłódkami i skobelkami – każdy beztrosko myśli, że to jedno i to samo świństwo, budzące w użytkowniku coś na wzór obmierzłej obojętności.  
Spora przysługa dla każdego, nawet przeciętnego włamywacza.
Powracamy zatem do punktu zwrotnego – drzwi ustępują pod lekkim pchnięciem, jest dwudziesta druga, góra dwudziesta trzecia, już ciemno, wciąż ciepło, maj, choć po wiekuistym kwietniu jego dni są policzone; stawiam krok i wpadam wprost w objęcia cichego, pustego mieszkania. Właściwie tak mogłaby zakończyć się ta przygoda: przyłapany na gorącym uczynku przez kogoś, kto miał mnie na nim przyłapać, kłaniający się teatralnie jak gwiazdka desek teatru narodowego, uśmiechnięty grymasem triumfatora w każdej sferze życia prywatnego oraz zawodowego. W podobnym finale zawadza wyłącznie jedno – zjawiłem się dobre dziesięć godzin za wcześnie.
Mieszkanie jedynie z pozoru jest ostoją spokojnego marazmu i cichego bezruchu; godzina dwudziesta druga (trzecia?), majowa noc, światło wyzierające spod szczeliny między drzwiami a podłogą – złota, pozioma smużka zdradza obecność właścicielki, wraz z cichym szumem wody dokonując na mojej twarzy gwałtownej zmiany. Już nie uśmiecham się triumfalnie, płynnie zamieniając repertuar na beztroskie rozbawienie, bo oto moja zapowiedziana, choć gwałtownie przyspieszona wizyta, miała zostać zauważona.
Raczej prędzej niż później.
Kolejny krok w głąb pomieszczenia, drzwi frontowe tym razem – miła odmiana – zamykane od środka i wzrok omiatający mieszkanie spojrzeniem dalekim od aprobaty, lecz jednocześnie niesprawiającym wrażenia rozczarowanego umeblowaniem.
Nie przeczę – na ogół doceniam miejsca, w których kobietom przychodzi zdjąć bieliznę.
Wrodzony, wyćwiczony bądź błogosławiony instynkt potrafi bezbłędnie zaprowadzić złodzieja do mekki cielesnych oraz finansowych rozkoszy, niewyjaśnionymi meandrami logiki kierując ku sypialni – podążam więc za nim bez obaw, w zadowolonym milczeniu rozrysowując w myślach mapę mieszkania. Zakręt, kilka kroków, ciemny zarys łóżka, którego nie sposób pomylić z jakimkolwiek innym meblem; bez banalnego wahania przekraczam niewidzialną barierę przyzwoitości (jak gdyby nie została przekroczona wraz z chwilą szturmowania zamku w wejściowych drzwiach), zanurzając się w sypialnianym półmroku.
I natychmiast ją zauważam.
Uchylona szkatułka jest jak święty Graal, mrugający do mnie filuternie z wysokości toaletki – jak na gorliwego wyznawcę przystało, ruszam w jego stronę, wyzbywając się zdradzieckiego zamiaru zagarnięcia sacrum dla siebie i wciśnięcia go w profanum zawodowo przepastnych kieszeni. Podziw dla skarbu musi ograniczyć się do cichego cmoknięcia aprobaty, z jaką dostrzegam diamentowe łezki, złote łańcuszki oraz zwieńczenie kolekcji: perłową królową biżuterii. Pod ciężarem jej majestatu pokusa okazuje się zbyt silna, grzesznik zbyt słaby, a naszyjnik zbyt kuszący – palce już ujmują go z należytą dozą szacunku, pozwalając, aby blade światło nocy, które niepewnie zaglądało przez okna, skąpało na moment okrągłe perły.
Wszetecznie złodziejska natura dała o sobie znać, kiedy – wciąż przesuwając palcami po długim sznurze – zarzuciłem go na szyję jak niedoszły wisielec, który postanowił opuścić padół łez oraz cierpienia w splendorze elegancji. Wystarczyło jedno, krótkie spojrzenie w lustro, bym uśmiechnął się raz jeszcze: to właśnie w tym uśmiechu, w zmarszczkach, które zebrały się wokół oczu, w blasku źrenic, w ruchu, jakim odwróciłem się na pięcie, rozmyły się wszystkie niewiadome tej nocy.
Było przytulnie, było wygodnie, była taca z owocami – trzy spośród sześciu warunków udanego wieczoru zostały spełnione.
Porwana ze stolika brzoskwinia zawirowała w powietrzu, kiedy – hop! – podrzuciłem ją w dłoni, ledwie moment później padając na miękkie piernaty barbarzyńsko opustoszałego łóżka (perły zderzyły się ze sobą z suchym klekotem, najwyraźniej niezadowolone, że coś równie prozaicznego pozbawiło je uwagi); miękka, delikatnie kująca skórka owocu zawirowała na języku wraz z lepkim sokiem, gdy wgryzłem się w miąższ, wkładając wiele energii w próby niepoplamienia niczego wokół.
Co, biorąc pod uwagę cały tułów wygodnie umoszczony w pościeli, było wymagającym zadaniem – ale takie cenię najbardziej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Edmée&Jean   Pią Lip 28, 2017 3:37 pm

BezKomentarza
| przed misją.


___ Potrzebuje Go tylko przez chwilę — jest tego świadoma wraz ze wschodem słońca, kiedy stalówka starego pióra ozdobionego z rodzinne inicjały sunie niespiesznie po śnieżnobiałej kartce, kiedy ciemny atrament delikatnie wsiąka w aksamit drogiego papieru, dożywotnio okaleczając go słowami, kiedy kobieca dłoń unosi się nad ostatnią kropką postawioną tuż po zapisaniu jakże prostych zdań, których treść pozna tylko mężczyzna wybrany spośród mętów paryskiego półświatka, jaki étoile przenika wkrótce po wybuchu wojny, splatając własną egzystencję z królestwem bezprawia oraz ludzi pozbawionych moralności, jak o nich myśli. Jakby wspinając się kondygnacjami zepsucia nie zatraciła własnej, nawet nie dostrzegła, kiedy roztrzaskała swój kręgosłup, sięgając (upadając) dna. Uparcie wmawia samej sobie, iż było to świadomym wyborem — nigdy koniecznością, ponieważ nie zniosłaby myśli o wymuszonej uległości. Wsuwa list w kopertę, płaci za milczenie niepozornego dziecka niosącego wiadomość i znika pośród zdradliwie spokojnych uliczek spowitych bezkresem milczenia, chociaż wraz z każdym krokiem wyczuwa zachłanne spojrzenia oplatające jej ciało. Okryta ciemnym materiałem płaszcza będącym jedynie przebraniem, pod którym skrywa prawdziwą naturę dalece odbiegającą od zjawy, za jaką uchodzi, wreszcie dociera pod bramę starej kamienicy i pozwala imitacji uśmiechu ozdobić twarz, wiedząc, że każdego człowieka można kupić, o ile pozna się jego wartość. Właśnie tak postępowała z ludźmi, których potrzebowała przez chwilę; przepadającą w nicość sekundę kruchego istnienia. Po wszystkim pozostaje czekać.
___ Dzień. Noc. Dzień.
___ Noc.
___ Wskazówki zegara leniwie przesuwają po tarczy, co sześćdziesiąt minut wybijając pełną godzinę. Ciemność ociężale wtacza się do mieszkania przez przezroczyste tafle okien, sypialnia tonie w półmroku obejmującym kobiecą sylwetkę na skraju łóżka, skąd kilkadziesiąt kroków dzieli od drzwi, które zaraz zamykają się z trzaskiem; paryżanka wreszcie jest sama — beznamiętność wyzierająca ze spojrzenia barwy popiołów ustępuje ludzkiemu zmęczeniu, wkrótce sięga ono całego ciała trawionego ogniem, by zgasnąć wraz z pierwszą ciężką kroplą wody uderzającą o alabastrową skórę. Edmée przez długie minuty nie wykonuje żadnego ruchu, pozwala obmywać się ze wszystkich brudów dzisiejszego dnia, zanim decyduje się oprzeć czoło po chłodne kafelki, którymi wyłożono jedną ze ścian; klatka piersiowa delikatnie unosi się wraz z każdym oddechem, który dostarcza tlenu płucom obolałym po wielogodzinnych treningach, kiedy zaciekle walczyła o gram powietrza, dysząc ciężko z nieludzkiego wysiłku, o jaki była proszona raz za razem. Sekunda goni kolejną, minuta przeciąga się do dwóch, czas — niematerialna istota zazwyczaj gnająca przed siebie, teraz niewypowiedziane słowo zawieszone gdzieś w próżni — przyspiesza wraz ze ściągnięciem łopatek oraz uniesieniem twarzy ku strumieniowi zimnej wody, której kojący dotyk subtelnie pieści kobiece ciało oszpecone mozaiką siniejących śladów, szkarłatnych zadrapań, wyblakłych blizn wyrzeźbionych cztery lata wcześniej ręką męża i chociaż inni dopatrują się w kobiecie piękna, sama przestała dostrzegać w sobie coś więcej. Jedynie pęknięcia, istny labirynt ludzkich niedoskonałości jakich usiłowała się wystrzegać. Widzi je nawet teraz w blasku świec — ślady przeszłości wyryte na płótnie skóry, pod którą głębokie rany nigdy się nie zabliźnią; bolesne wspomnienia zamykające się w historiach, których nikomu nie opowie; wypalone piętna o chropowatych brzegach gładzonych opuszkami palców.
___ Wreszcie odgłos wody ustaje, stopy smakują szorstkości spłowiałego ręcznika niedbale rzuconego na podłogę, zaś smukłe palce étoile sięgają przewiewnego materiału nocnej koszuli, którą to szybko okrywa wciąż mokre ciało, tkanina kończy się tuż nad kolanami; nie kłopocze się osuszeniem skóry ani kruczoczarnych pasm włosów, dlatego krople wody szybko wsiąkają w błękit jedwabiu, który odrobinę ciemnieje zanim kobieta naciska klamkę i uprzednio gasząc wszystkie świeczki, wychodzi na korytarz. Oczy natychmiast oswajają się z półmrokiem pożerającym mieszkanie, kiedy paryżanka kieruje się wprost do kuchni, którą opuszcza w towarzystwie butelki czerwonego wina służącego ostatnimi nocami za lek na bezsenność, jakiej doznaje coraz częściej. Porusza się niemal bezszelestnie, jakby nieustannie stąpała po deskach opery, wystrzegając się najcichszego jęku podłogi służącej za parkiet — jest jak duch zakradający się niespiesznie do codzienności, podpatrujący pierw ludzkich odruchów czy najbardziej pierwotnych zachowań, które pozwolą się wtopić w tłum, jednak nawet wtedy poczucie wyższości nie pozwala żyć, jedynie istnieć. Opuszki palców uchylają drzwi (wyważona siła pozwala pchnąć drewniane wrota), ale tej nocy przekroczono już bramy królestwa spowitego niemal zawsze milczeniem, jakie równoważy się z krzykiem w jej głowie, gdzie każdego dnia toczy się niemająca końca potyczka między tym, co kobieta czuje, a czuć powinna. Wciąga gwałtownie powietrze. Zatrzymuje się w półkroku. Zegar wybija pełną godzinę.
___ Smukłe palce zacieśniają się mocniej na szklanej szyjce butelki, w której niebezpiecznie zakołysał szkarłatny płyn — krew winogron dojrzewających w pełnym słońcu, którego promienie sięgały Côtes du Rhône, skąd pochodził alkohol; rozkosz dla kubków smakowych, które zdołały zapamiętać intensywność, jakiej kobieta posmakowała przed kilkoma laty w Dolinie Rodanu, jednak wspomnienie rozmywa się wraz z zaczerpnięciem płytkiego oddechu. Chłód wyzierający ze spojrzenia barwy popiołu obejmuje męską sylwetkę, sięga ciała bezczelnie bezczeszczącego pościele jej łóżka, chwyta niematerialną dłonią sznur pereł zarzucony na szyję mężczyzny, którego twarz widziała wcześniej tylko raz, wkraczając między mury jego królestwa, o ile ciemnia fotograficzna zasługiwała na takie miano, może bliżej było zasłonie dymnej do ambiwalentnego balastu, ale teraz wszystko to było nieważne; musiała ważyć każde wypowiedziane słowo, wykonany gest czy postawiony krok. Étoile wiedziała, że noc zmienia perspektywę — uwydatnia piękno, którego nie widać za dnia; wybudza ze snu potwory, których lękamy się po zachodzie słońca; obnaża ze słabości, jakie ludzie noszą głęboko w sobie — jednocześnie uwypukla atuty tych, którzy ze swobodą egzystowali pośród cieni i wraz z nadejściem zmroku ożywała ich prawdziwa natura. Poznała cenę człowieka, od którego dzieliło tak niewiele, dlatego strach ani przez chwilę nie zakłócił spokojnego rytmu serca, jednak czuła złość wybudzającą się z letargu. Gdzieś pod kurtyną beznamiętności, okrywającej twarz niczym całun narzucony na dawno zastygłe w bezruchu truchło, wściekłość leniwie prostowała grzbiet, niespiesznie wykrzywiała swe pobladłe oblicze w grymasie niezadowolenia, wreszcie niebezpiecznie obnażyła kły, szarpiąc niespokojnie za ołowiany łańcuch ograniczający ruchy, ale kobieta nie zamierzała spuszczać jej z uwięzi. Jeszcze nie. I wtedy lichy frazes opuścił jej usta; nie pozwoliła głosowi zadrżeć.
___ Monsieur Lémieux.
___ Bez skrępowania, jakie wzbudziłaby obecność obcego mężczyzny w domu każdej porządnej kobiety o tak nieprzyzwoitej godzinie, przespacerowała się przez sypialnię tonącą w półmroku, by opaść — nie bez tanecznego wdzięku oraz mglistego, zdradliwego uśmiechu przywołanego na twarz — na stary, wiklinowy fotel bujany; butelka wina spoczęła bezpiecznie na podłodze, przełamując triumwirat wykreowany Jego myślami, które mogłyby odrobinę rozbawić paryżankę.
___ Milcząca od kilku sekund.
___ Osnuta niedomówieniem.
___ Pochłonięta przez ciemność.
___ Wychudzone ciało skryte jedynie pod cienkim materiałem mokrego jedwabiu (gołym okiem dało się dostrzec zarysowane pod nim żebra); kruczoczarne włosy opadające swobodnie na plecy, wyraźne pod alabastrem skóry obojczyki, muskające pojedynczymi kosmykami ostre kości policzków; okaleczone wieloletnimi treningami stopy, których palce delikatnie opierała o podłogę; nieprzenikniona tafla wejrzenia przysypana popiołem; kąciki ust zastygłe ledwo po nieznacznym drgnięciu ku górze. Niby przemijająca bezgłośnie artystka naznaczona bliznami, o podkrążonych oczach świadczących dobitnie o niespokojnych, bezsennych nocach, pozornie oderwana od okupacyjnej rzeczywistości, przed którą uciekała wprost w ramiona obezwładniającej obsesji, jak powinna była nazywać burzliwą miłość do tańca. Niby wczorajsza, chociaż nigdy nie była bardziej dzisiejsza jak tej nocy, kiedy mimo zmęczenia napina mięśnie; zaczyna słabnąć furia wypełniająca żyły widoczne pod skórą; wybudza się z letargu czujność wynędzniała po całym dniu.
___ — To pokaz umiejętności? Stare drzwi mojego mieszkania? — Edmée uniosła ku górze jedną brew, zaś nuta kpiny (a może rozbawienia?) wkradła się między wypowiadane słowa, które naruszyły przyjemną dla ucha ciszę czterech ścian. Była ostrożna i jednocześnie ciekawa mężczyzny, dlatego jeszcze nie wyrzuciła go za próg, jak postąpiłby niemal każdy człowiek — nie miało to żadnego związku ze swoistym paktem, jaki zawarli przed kilkoma dniami jednym listem; kilkoma zdaniami spisanymi na kartce papieru. — Wina? O ile pijesz w pracy — głos jest na powrót beznamiętny, chociaż przyjemny dla ucha, kiedy kobieta krótkim spojrzeniem obdarza butelkę odstawioną na podłogę. — Chyba dasz radę znaleźć kieliszki.
___ Nieświadomie (czy perfidnie?) rzuca mu pod nogi czarną rękawicę, a może zamierza wykorzystać jego obecność. Nie jest pewna — zresztą nie tylko tego i wie, że dzisiejsza noc może przynieść więcej pytań bez odpowiedzi, niżby sobie tego życzyła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Edmée&Jean
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg :: Ménilmontant, 16/23-
Skocz do: