IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Cmentarz Montparnasse - Page 2


Share | 
 

 Cmentarz Montparnasse

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Cmentarz Montparnasse   Nie Lip 03, 2016 2:58 pm

First topic message reminder :



Cmentarz Montparnasse

Cmentarze Montparnasse i Père-Lachaise łączy wspólna historia - obydwa wybudowano w XIX wieku poza centrum miasta w obawie przed epidemią. Montparnasse otwarto w 1824 roku, jeszcze pod nazwą Cimetière du Sud, i niemal od razu stał się on miejscem pochówku znanych intelektualistów oraz zasłużonych dla Francji osób.
Cmentarz ten stanowi jednocześnie zabytek architektoniczny. Idąc jedną ze schludnych alejek, natrafić można na wiele przepięknych nagrobków wykonanych przez znanych artystów. Panujący na Montparnasse spokój przyciąga nie tylko tych paryżan, którzy przychodzą tu, by zapalić świeczkę na czyimś grobie, ale i wszystkich, którzy szukają odrobiny ciszy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pią Cze 16, 2017 12:02 am

Francuz wodził spojrzeniem od po zgromadzonych, zamiast unosić się pychą, łypać jeno ze stanowiska parszywym nawykiem, wprowadzał do obiegu łączących go coś na kształt sympatii, bynajmniej przy tym nie zabiegając, by była teatralna, dostrzegalna, na pierwszy rzut oka; kłaść na nią potężny akcent? Równoznaczne z obnoszeniem się z nią, a to nie mieściło się nijak w głowie. Sposób, w jaki postępował, był jego jedyną wizytówką, robionej na zamówienie nie uznawał. Nie obarczał ich niewygodnymi pytaniami, wnikliwymi, ingerującymi w ich wolę, nie mierzył mnóstwem podejrzliwych zerknięć, emitował raczej typowym spokojem, złączonym wyjątkowo, na miarę chwili z jakimś subtelnym zadowoleniem z trwającego wydarzenia.
Nie długo dane mu było spokojnie stać, bo jeden z Niemców z wymalowanym na twarzy zdenerwowaniem zbliżył się w ich stronę w zaskakującej prędkości. Uwadze Enzo nie umknęły jego zaciśnięte w pięści dłonie, ale kto wie, może ostatecznie nawet dałby się ugłaskać – gdyby nie ta buńczuczna uwaga. Wbił znów swe ostre spojrzenie w nieznajomego. Czy byłby gotów rzucić się mu do gardła właśnie teraz, podczas gdy wszyscy zebrali się, by uczcić śmierć Erika Kastnera?
Francuz zacisnął zęby, jednocześnie pozostawiając swój nienaruszony, podpadający pod spokój wyraz twarzy. Chciał nawet Niemcowi coś odpowiedzieć, ale bał się przejęzyczenia – mógłby powiedzieć „spierdalaj” albo „o chuj ci chodzi”. Opanował się co prawda, ale dopiero gdy nieznajomy obrócił głowę w bok, spoglądając na niego, z nie mniejszym obrzydzeniem.
- To otwarte wydarzenie. – patrzył na rozmówcę przez dłuższą chwilę, po czym odwrócił głowę, wpatrując się w dal z jakimś dziwnym zaangażowaniem. Co za paradoks, który powstał w jej życiu. Nie wiedział jak ma z niego wyjść, czy w ogóle da się to zrobić. Z jednej strony pragnął bezpieczeństwa, nietykalności i samotności. Droga ucieczki, kiedykolwiek, gdziekolwiek, jeśli tylko chciałby uciec. Z drugiej jednak strony serce ciągnęło do walki. Tam gdzie zaznał cierpienia w skali wyższej niż sobie to wyobrażał, ale zarazem tylko tam posiadał osoby, które nie pytały dlaczego, nie pytały kiedy, tylko w wyraźny sposób dawały znać o swojej obecności. Nie był i nie chciał być spokojny. Bo czy z nim, tak będąc całkowicie szczerym, kiedykolwiek było w porządku? Bywało może czasem stabilnie, ale stan ten rzadko utrzymywał się na dłużej, bo w końcu szlag go trafiał i najzwyczajniej musiał jakkolwiek tę stateczność naruszyć. Jeśli wziąć tu na celownik jego stan ducha: nieustannie dręczyły go wszak jakieś nienasycone pragnienia, kaprysy pragnącego wolności umysłu, a jeśli nie: za cel ustanowiłby sobie cokolwiek, byleby tylko przypadkiem nie zatracić się w tej całej stabilności. Większość ludzi dążyła do osiągnięcia tak zwanego spokoju ducha – on zaś od niego uciekał, wyrywał się i wierzgał, byleby nie dorwał go ten stan zupełnego, błogiego spokoju. Nazbyt kojarzyło mu się to ze staniem w miejscu, biernym spoglądaniem, jak czas przesypuje się przez palce, a powszechnie wiadomo przecież, że żadna sekunda nie zostanie nigdy wrócona – przetrwanie takiej sekundy, czy chociażby jej ułamka, bez drobiny jakiejś wewnętrznej niespokojności, było to dlań marnotrawstwem, ułamkowo-sekundowym zastojem egzystencji. Może nawet pokusiłby się sam o przyrównanie tego do śmierci duchowej.
- Zakłóca pan przebieg ceremonii. - odezwał się nieco przyciszonym głosem, chwilę przed tym jak Leonard wstał, przystępując do wygłaszania homilii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pią Cze 16, 2017 1:53 pm

Pękate ziarenko klęski zostało zasiane już w chwili, w której odnalazłem niewielki skrawek zbawiennego cienia, nieudolnie ukrywając się przed lejącym z nieba żarem. Byłem jedynym okupantem – słowo nieco nad wyrost w odniesieniu do fińskiego ochotnika – w promieniu kilku metrów i gdyby nie naturalna awersja, jaką budzi widok munduru, mógłbym utonąć pośród zbitego tłumku żałobników pogrążonych w różnym stadium rozpaczy. Bruk nagrzewał się coraz mocniej, wytwarzając ciepło, którego starczyłoby do usmażenia na nim jajecznicy, a ja czułem się jak dorsz uwięziony w abstrakcyjnym, kulistym akwarium; byłem przekonany, że nikt oprócz mnie się nie poci – mężczyźni swobodnie akceptowali upał w swoich najlepszych odświętnych koszulach, kilka kobiet miało na sobie nawet cienkie, czarne woalki, tymczasem ja – ubrany w pełen mundur, Schirmmütze oraz skórzane oficerki – miałem wrażenie, że wszystko na mnie, oprócz czapki, jest zbędne. Do pewnego momentu pociechę stanowił wyłącznie słaby cień rzucany przez drzewo oraz umiarkowany spokój, który zawdzięczałem orbitowaniu na samym brzegu zgromadzonego tłumu. Z tej odległości wydarzenia wewnątrz kaplicy spowite był obłoczkiem tajemnicy (i zapewne kadzideł), jednak nieliczne pogrzeby, w jakich brałem udział, pozwalały domyślać się przebiegu ceremonii.
Ktoś płakał, ktoś niecierpliwie zerkał na zegarek, ktoś liczył ilość cherubinków nad ołtarzem, ktoś być może słuchał kapłana – choć to akurat nie było zbyt pewne.
Ktoś postanowił również zapalić, zastępując tlen dymem papierosowym.
Z narastającym zdziwieniem obserwowałem sylwetki dwóch Francuzów, którzy wyrośli przede mną jak wyjątkowo dorodne okazy zbiegów z kryminału. Nic w ich zachowaniu, ubiorze, ani słowach (zrozumiałem wszystko – chciałem rozpęknąć z dumy aż do momentu zachłyśnięcia się papierosowym dymem) nie wskazywało na pokojowy zamiar uczczenia czci zmarłego Kastnera.
Ani jego wciąż żyjącej żony.
Wciąż mając w pamięci konsekwencje ostatniego razu, podczas którego broniłem czci kobiety, najbezpieczniej byłoby zbagatelizować sytuację i przenieść się w inne, nienarażone na rubaszne komentarze miejsce. Niestety jeden z enfoiré nieświadomie nadepnął na fiński odcisk, uruchamiając we mnie ten bezmyślny proces dbania o szacunek wobec nieświadomych ujmy dam – nim zdołałem pomyśleć nie rób tego Janne i dodać racjonalnie dziś nie ma z tobą Bjørna, który przetłumaczy zdanie z twojego francuskiego na urzędowy francuski, już kładłem dłoń na ramieniu palącego papierosa mężczyzny.
Był to najbardziej spektakularny przypadek, jaki kiedykolwiek znałem, a znałem ich kilka, wpuszczenia Fina w całkowite merde.
Ach, monsieur – wydałem z siebie typowo fińskie sapnięcie oburzenia, jakby kompletnie obcy człowiek podszedł w restauracji do mojego stolika i poczęstował się kieliszkiem dobrze zmrożonej Koskenkorva. – Calmez-vous.
Nie odnalazłem w sobie dość energii, by rozejrzeć się wokoło, ale odniosłem niejasne wrażenie, że najbliżej zebrani zamarli, wyczekując na rozwój sytuacji. Wiem, że do ust miałem przyklejony półuśmiech przypominający trochę marynowane anchois, które czeka tylko, by odpaść i odsłonić wyraz pełen niepewności. Było jednak za późno, aby się wycofać – dlatego brnąłem dalej, zastanawiając się, czy na mój pogrzeb przyjdą podobne tłumy.
Proszę zgasić… - chwila tragicznego zawahania; nie mogłem odnaleźć biernika kończącego zdanie, uparcie zastępując je fińskim tupakka, które – a to zaskoczenie – w niczym nie przypominało niemal globalnego cigarette. – … papierosa.
Właśnie w tym momencie dotarło do mnie, że złamałem podstawową zasadę w życiu. Tak podstawową jak ta o niewchodzeniu do szybu windy bez wcześniejszego sprawdzenia, czy jest tam winda.
Nie rozpoczynaj potyczki w języku, w którym potrafisz zamówić co najwyżej grzanki, bo możesz znaleźć się na prostej drodze do katastrofy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pią Cze 16, 2017 6:24 pm

Religia była dla mnie jednym z wielu narzędzi do narzucania wzorców pewnego zachowania; na straży moralności innych ludzi stali tacy, których czyny pozostawały dalekie od poprawności, a hipokryzja szerzyła się bardziej, niż wśród plotkar na salonach. Nie wychowywałam się wśród osób wierzących, być może dlatego właśnie miałam w sobie ten mały pierwiastek sceptycyzmu, który nie pozwalał mi na ślepe podążanie za wyznaczonymi ścieżkami i jednocześnie motywował do kwestionowania bzdur, jakie zdarzało się wypowiadać kapłanom i osobom szczególnie uduchowionym. Mimo to zamieniałam się w konformistkę, gdy przychodziło co do czego i stawałam w rzędzie pomiędzy katolikami, bez większego namysłu wypowiadając te same formułki i wykonując te same gesty.
Delikatny uśmiech, jakim obdarzyła mnie Claudia wystarczył, by połechtać moje ego; odpowiedziałam jej tym samym, dumnie unosząc głowę do góry i upewniając się, że żałobnicy zebrani dookoła widzą tę demonstrację solidarności. Musiałam świecić przykładem za czworo i właśnie to zamierzałam zrobić.
Wychowanie w domu Ludwiga von Liebenfelsa przyniosło mi kilka cennych zdolności, a jedną z nich była znajomość łaciny, przydatnej również na studiach. Rozumiałam słowa księdza, lecz nie zastanawiałam się nad nimi głębiej. Doceniłam kazanie, zamierzając jego przesłanie przekazać wiernie ojcu, jednak nie zdobyłam się na żadną dygresję. Jednocześnie usiłowałam ukryć swoją obojętność, zakładając na twarz maskę skupionej damy; zdobyłam się nawet na posłanie kilku karcących spojrzeń w odpowiednie strony – kto śmiał szeptać między sobą i smarkać głośno będąc w takim miejscu, w takiej chwili?
Im dłużej jednak siedziałam w miejscu, tym więcej rzeczy rozpraszało także mnie samą. Nie próbowałam nawet skupiać się na treści przekazywanej podczas mszy, być może byłam także jedną z niewielu osób, których nie obchodziło to, na jaką dokładnie chorobę zmarł Erik. Miałam zadanie do spełnienia, jednak czas spędzony w kościele działał na moją niekorzyść, a już zwłaszcza, gdy okazało się, że nieprzyjemny zapach nie jest chwilową rysą na randze wydarzenia. Początkowo trudno mi było zidentyfikować źródło - powiedzmy to sobie szczerze – smrodu, lecz wszelka logika zaczęła wkrótce podpowiadać, że znajduje się on w trumnie zmarłego. Ludzie przybyli z całego Paryża, by oddać Erikowi Kastnerowi ostatnie uszanowanie, a on bezczelnie zaczął się rozkładać. Cóż za nietakt!
Zmarszczyłam nos, nie odwracając głowy. Nie dbałam już o to, czy akurat w tym momencie Claudia odwróci się i mnie dostrzeże. Sama siedziała znacznie bliżej truchła swojego małżonka, musiała czuć ten smród jeszcze wyraźniej. Przypomniałam sobie jej zaokrąglony brzuch i do głowy przyszła mi bardzo głupia myśl – czy poranne mdłości mogą ją jeszcze zaatakować? Wolałam nie wyobrażać sobie tego, co mogłoby się stać, gdyby odpowiedź była twierdząca.
Na całe szczęście z infantylnego stanu wybawił mnie ksiądz dający znać, że czas wyruszyć z trumną; dobrze zbudowani mężczyźni w pięknych mundurach podjęli się tego zadania, a orszak powoli zaczął opuszczać kaplicę. Co było gorsze – smród w chłodnym pomieszczeniu, czy żar lejący się z nieba na świeżym powietrzu? Z wahaniem wybrałam to drugie, powoli podążając za tłumem.

_________________


oh non, rien de rien
oh non, je ne regrette rien.
wenn ich ihre haut verließ
der Frühling
blutet in Paris
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pią Cze 16, 2017 11:30 pm

Całe nabożeństwo przebiegło bez przeszkód i wydawało się, że część żałobników naprawdę wsłuchiwała się w wygłaszane słowa, łącznie z kobietami z przednich rzędów, które – skutecznie uciszone – porzuciły plotki na rzecz zafrapowanych i pobożnych wyrazów twarzy. Ten sam spokój utrzymał się również, kiedy orszak opuszczał kaplicę, choć nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że już niedługo miał zostać naruszony.

Niezależnie od tego, czy Enzo planował podążyć za orszakiem, czy zrezygnować z udziału w pogrzebie, jego plany pokrzyżował Niemiec, który tuż przed początkiem nabożeństwa zwrócił mu uwagę. Na zaczepne słowa Fenouila mężczyzna zareagował jedynie pogardliwym uśmiechem, po czym odwrócił się i zajął miejsce w jednym z rzędów, co już na tym etapie powinno było wzbudzić niepokój Enza. Towarzyszący mu Maurice posłusznie wycofał się z kaplicy, znikając gdzieś w tłumie, a Enzo nie mógł go dostrzec aż do samego końca nabożeństwa. Dopiero wtedy, kiedy orszak zaczął opuszczać kaplicę, Enzo niespodziewanie poczuł z lewej strony szarpnięcie i zaraz ujrzał obok siebie tego samego Niemca, który - chcąc rozprawić się z Enzem - najwidoczniej wolał poczekać, aż wszyscy wyjdą z budynku. Nie dając Fenouilowi czasu na reakcję, okupant jeszcze silniej zacisnął dłoń na jego ramieniu i pchnął Francuza w stronę ściany. Pojedynczy żałobnicy, który przekraczali właśnie próg kaplicy w ślad za orszakiem, rzucili mu tylko przelotne spojrzenie, wyczuwając, że nie było to coś, w co należało się mieszać.
- Dalej sądzisz, że zakłócam przebieg ceremonii? – warknął w ciszy, która zapadła w kaplicy. - Chyba nikt cię nie nauczył szacunku wobec Niemców. Najwyższa pora to zmienić.
Na potwierdzenie swoich słów z całej siły uderzył Enza w twarz, celując w prawy policzek.

Łkająca kobieta spojrzała na Madeline z lekkim zaskoczeniem, ale przyjęła ofiarowaną jej chusteczkę, ledwo zerkając na inicjały. Słowa Irving odniosły zamierzony efekt, bo Francuzka zaczęła przynajmniej płakać bezgłośnie, usilnie starając się otrzeć napływające wciąż do oczu łzy.
- Prze… przepraszam – odezwała się w końcu ochrypłym szeptem, a kiedy Madeline odsunęła się, robiąc miejsce ludziom wychodzącym z kaplicy, kobieta uczyniła to samo. - Po prostu… on mi obiecał, że będziemy razem.
Pociągnęła głośno nosem, wodząc wzrokiem za oddalającą się trumną, po czym przeniosła spojrzenie na Madeline.
- Byłaś… byłaś w tamtej piwiarni. Ale nie widzę cię w pracy – powiedziała, brzmiąc zupełnie tak, jakby wydobycie z siebie każdego słowa wymagało od niej dodatkowego wysiłku. Dalsza rozmowa z Francuzką mogła narazić Madeline na niezręczne pytania, więc być może należało rozważyć ucieczkę w tłum.

Francuz, którego upomniał Janne, bez przesadnego lęku zmierzył Fina od stóp do głów, natychmiast strząsając z ramienia jego dłoń. Towarzysz mężczyzny najwidoczniej miał więcej zdrowego rozsądku, bo uniósł minimalnie brew i nie odezwał się ani słowem, podczas gdy tamten ostentacyjnie dmuchnął Finowi dymem prosto w twarz.
- Już zgaszam... – prześmiewczo powtórzył pauzę, jaką zrobił Janne. - ...papierosa.
To mówiąc, ostatni raz zaciągnął się dymem, po czym rzucił papierosa na ziemię i zgasił go czubkiem buta. Cała ta scena nie umknęła uwadze zgromadzonych wokół ludzi, którzy w pewnym momencie wydawali się być nawet bardziej zainteresowani Finem i dwojgiem robotników niż kończącym się nabożeństwem. Wreszcie jednak Francuz dał za wygraną i skinąwszy na swojego towarzysza, szybko zagłębił się w tłumie, w którym zapanowało lekkie poruszenie – orszak pogrzebowy właśnie opuszczał kaplicę. Na jego czele Janne mógł dostrzec księdza wraz z ministrantem, a zaraz za nimi delegację z gestapo dźwigającą trumnę.

Orszak miał do pokonania prostą, lecz stosunkowo długą drogę, która wiodła przez obsadzoną drzewami aleję. Mimo że rzucały one cień na żałobników, żar lał się z nieba, a temperatura z każdą chwilą zdawała się wzrastać. Z przodu podążali głównie okupanci; z tyłu dość mozolnie wlekli się zwykli paryżanie, którzy chyba zaczynali żałować, że nie wybrali sobie innej rozrywki na ten dzień. Pewna ospałość wkradła się w krok żałobników, a czerwone i wilgotne od potu twarze wyrażały więcej niezadowolenia niż powagi, jakiej w zamierzeniu wymagał pogrzeb.
Ale wystarczyło jeszcze tylko kilka kroków, aby po ospałości pozostało jedynie wspomnienie.
Orszak znajdował się właśnie na wysokości rzeźby znanej na cmentarzu Montparnasse jako 'Cénotaphe de Baudelaire', a ci nieco bardziej spostrzegawczy mogli dostrzec pierwszy niepokojący szczegół – u stóp rzeźby ktoś przeczepił prostokątną, niedużą kartkę, na której widniał aż zbyt wymowny symbol - gwiazda Dawida. Zaledwie kilka metrów dalej, gdzie znajdował się grób Kastnera, na pobliskich nagrobkach umieszczono jeszcze więcej podobnych kartek, jednak był to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Znajdujący się na przedzie Léonard i Lars jako jedni z pierwszych mogli zobaczyć, że na całej szerokości masywnego nagrobka Kastnera czyjaś ręka wymalowała żółtą farbą jeszcze większą gwiazdę Dawida, a zaraz niżej słowa układające się w hasło 'La liberté pour les Juifs'. Już na pierwszy rzut oka widać było, że stało się to niedawno – farba ściekała po nagrobku, a gdyby ktoś jej dotknął, z pewnością odkryłby, iż była świeża.
Pierwszą, która zareagowała na ten widok, była Claudia Kastner, dotąd krocząca w milczeniu niedaleko Lisbeth, a jednocześnie blisko trumny swojego męża. Kobieta wydała z siebie głośny, pełen bólu i zdumienia okrzyk, po czym zachwiała się, jakby za moment miała upaść - a nie ulegało przy tym wątpliwości, że upadek ciężarnej kobiety mógł się okazać niebezpieczny. Najbliżej niej znajdował się Lars, lecz gdyby spróbował uchwycić Claudię przed upadkiem, najpierw musiałby puścić trumnę.
Zamieszanie było zresztą już na wyciągnięcie ręki.


Brak kolejki.
Na odpis macie 72h. Kolejny post Mistrza Gry pojawi się wieczorem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sob Cze 17, 2017 8:51 pm

Być może nie rozumiał smutku Claudii Kastner. Nie rozumiał jej łez, jej żałoby, jej szczerej (a jakże) melancholii po stracie ukochanego. Sam zakochał się w życiu tylko raz (głupi), lecz to wystarczyło by jego uczucia i nerwy runęły, układając się już do trumny i czekając na przybycie Kostuchy. Były czasy w których potrafił wypisać na kartce plany na przyszłość, koszty mieszkania, koszty wesela, wszystko, naprawdę wszystko. A potem tak zwyczajnie, z dnia na dzień był w stanie jednym gestem to skreślić, zmazać. I kiedy podchodził obok niej blisko, brał w jedną rękę jej włosy, które kiedyś tak kochał, choć potem nie czuł nic na ich temat. Był spokojny spokojem, że tak to można określić, pracownika rzeźni, pracownika uboju drobiu. I gdy na nią patrzył, to wiedział, iż jego miłość była z gruntu niesłuszna (że każda miłość była z gruntu niesłuszna). Stąd nie tyle z zainteresowaniem, co zażenowaniem przyglądał się łzom żony Erika. Ta irytacja i zniesmaczenie przysłaniały mu całkowicie poczucie winy, które winien był przecież czuć, choćby w jakiś szczątkowych ilościach.
Maurice opuścił kaplicę, Niemiec usiadł (to już śmierdziało oszustwem na kilometr), a Enzo poprawił koszulę i wyprostował się, przenosząc wzrok na Leonarda. Mógłby zacząć wymyślać najróżniejsze sposoby, w jakie potoczy się dalsza część tego wydarzenia, lecz jakaś zdrowa część jego umysłu ograniczyła obawy do zwykłej czujności. Z nerwu jego ciała na nerw przeskakiwała iskra, zawsze z tym samym ukazem, jednakim komunikatem, czego on sam chciał tak naprawdę i czego miał się zapewne dopuścić prędzej czy później.
Teraz jednak uśmiechnął się pod nosem w sposób zgoła odpychający, jeżeli ktoś nie przywykł do takich reakcji. Odrzuciłby całym sobą, sklął, postrzępił, a tymczasem stał tylko w miejscu, w ciemnym stroju, beznamiętnie przyglądając się ceremonii. Leonard nawet na niego nie spojrzał. Rzec by wręcz można, że serce Enza tknął palec rozczarowania. Ceremonia dobiegała końca, trumna została wyniesiona z kaplicy, większość zgromadzonych w środku ludzi zniknęła za drzwiami, a młody Francuz skrzywił się nieznacznie. Zależnie od humoru, poniekąd także akurat obowiązującego do odłamu zachowań, miał rozmaite sposoby wyrażania komunikatów (naturalnie najwięcej problemów było z "tak, chcę", do którego jego zdziecinniałe ja jeszcze nie dotarło).
I wtedy, z tego niezbyt błogiego zamyślenia, wyrwało go szarpnięcie, na które nie zdążył nawet zareagować, bo napastnik zaraz pociągnął mocniej i rzucił nim w stronę ściany. Ostatni biorący udział w pogrzebie ledwie zdążyli zniknąć za drzwiami, kiedy Enzo poczuł krótki, palący ból po prawej stronie twarzy.
Cios w policzek sprawił, że Francuz odchylił głowę na bok, spoglądając przez chwilę na podłogę, zdezorientowany. Niemiec go zaskoczył. Kiedy zaś zdziwienie nieco przestygło, zamieniło się w szczerą złość. Adrenalina puściła się już pędem jego żyłami; najukochańsza kompanka. Zamykając oczy i wydając z siebie niepowstrzymywane wcale westchnienie, przez moment chyba w całym tym uniesieniu zapomniał się całkowicie.
Prędko zebrał jednak siły na opanowanie wytrąconego z równowagi ja, zaciśnięcie szczęk, gwałtowny ruch, wpierw głową, jakby kusiło go, żeby wierzgnięciem odtrącić Niemca od siebie. Odruch absurdalny, ale własny. Ciemne oczy wpatrywały się w napastnika, postura, wszelkie zachowanie wyrażało jeno agresję, jakby nie chciał zdobyć się na nic więcej, nic bardziej rozważnego. Cóż począć w obliczu wroga jak nie uderzyć? Tak, Enzo, wkurw się w końcu. Pokaż, że nie jesteś taki cherlawy i ulotny, że masz więcej niż słowa. Przecież nie jesteś zwierzęciem, przy życiu nie trzyma cię tylko krążąca krew, a wyższe idee. Słyszysz? Pokaż, że nie jesteś na korbkę albo na monety.
Nie nosił ze sobą w duszy żadnych wyższych uczuć - jedynym, co jego zmysły teraz brały za dobrą kartę, była wściekłość (jakże ślepa). Prosiła, by jej zaufać, tylko ten jeden raz, dla wyciszenia się, więc był wierny dogmatom. Nazwać to siłą? Nie wiadomo.
Dla zaspokojenia swojej zawiści zamachnął się jednak ręką, celując w nos Niemca. Był zły. Chciał zabrać nadwyrężony, rozciągnięty do granic możliwości wór emocji, upchać gdzieś, nie wystawiać na widok, co to - to nie. Zdecydowanie nie. Emocje sprawa prywatna, intymna, nie da potencjalnych rywali, również nie przeznaczona dla oczu sojuszników, w których może kryć się ziarno zdrady. Zaciągnął się powietrzem, które w jego założeniu miało być świeże i zdziałać cuda, ale zważywszy na miejsce, w którym się znajdowali... nie było. Zakrztusił się więc tylko, zirytował bardziej, patrząc surowym wzrokiem na napastnika.
- Va te faire mettre. - fuknął, próbując prawą ręką odepchnąć Niemca do tyłu i odsunąć się od ściany, w stronę wyjścia z kaplicy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
maddie
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pon Cze 19, 2017 12:10 pm

Jak na człowieka, który dawno temu obiecał sobie, iż przestanie wracać wspomnieniami do własnej przeszłości, Madeline z pewnością poświęcała zdecydowanie zbyt dużo czasu na rozpamiętywanie wszystkiego, co się wydarzyło. Za każdym razem, gdy starała się żyć swoim wymyślonym życiem, które zbudowane zostało wokół niej zaledwie w ciągu kilku tygodni i które było przecież kurtyną, ukrywającą za sobą całą prawdę, coś wyrywało ją z tego sielskiego snu i kazało spojrzeć w lustro, gdzie w odbiciu własnych oczu mogła dostrzec wszystko to, co zostawiła za sobą.
Chciałaby powiedzieć, że nigdy nie prosiła o takie życie, jednak dobrze wiedziała, że byłaby to nieprawda. W końcu sama je wybrała, mogła w końcu pozostać przy swojej rodzinie, nie zrywać z nimi kontaktu. Co więcej, mogła nawet grać posłuszną córkę, uśmiechać się wtedy, gdy tego od niej wymagano, w rzeczywistości każdego dnia umierając odrobinę bardziej. Jak zdążyła się już przekonać, granie kogoś zupełnie innego wychodziło jej póki co nadzwyczaj dobrze. Jednak, gdyby wówczas wiedziała, że posiada takową umiejętność, czy zdecydowałaby się na podporządkowanie się woli rodziców? I co by z tego miała? Czy uniknęłaby wszystkich przykrości, z którymi musiała się samodzielnie zmagać, nie mając tak naprawdę nikogo, z kim mogłaby podzielić się własnym bólem? Oczywiście, po drodze pojawiały się pojedyncze osoby, z którymi nawiązywała bliższą lub nie więź, w pewnym sensie postrzegając ich jako swoich przyjaciół, jednak prędzej czy później każdy z nich ruszał dalej i, na dłuższą metę, Madeline wciąż pozostawała sama. Z czasem udało jej się przyzwyczaić do samotności, nigdy tak naprawdę w pełni nie otwierając się przed ani jedną osobą. Czasami dochodziła do wniosku, że każdy, kto został w jej życiu na dłużej, znał jedynie pojedyncze fragmenty, nigdy jednak nie będąc w stanie ujrzeć całego obrazu. Samej było jej jednak o wiele łatwiej, nie musiała przejmować się tym, że jej czyny odbiją się na osobach, na których jej zależy, albo którym zależy na niej. Wszystko, co robiła, robiła tylko i wyłącznie dla siebie. Zniknięcie z Londynu i wyjazd do Paryża byłby o wiele trudniejszy, gdyby musiała każdego dnia budzić się z myślą, że gdzieś tam czeka na nią drugie życie i ludzie, którzy liczą, że kiedyś wróci do domu.
Sama tak naprawdę nigdy nie myślała o powrocie ani o tym, co stanie się z nią po wojnie, tak naprawdę niespecjalnie wierząc w to, że doczeka jej końca. Nauczyła się żyć tu i teraz, nie snując żadnych dalekosiężnych planów, mając tą świadomość, że następny dzień może okazać się jej ostatnim, nigdy tak naprawdę nie mając pewności, jak potoczy się jej życie. W rzeczywistości polubiła taki właśnie stan rzeczy, nieprzejmowanie się na zapas tym, co będzie za kilka miesięcy czy lat. W pewnym sensie mogła bardziej docenić to, co miała, choć przecież nie było tego wiele.
Dla niektórych z pewnością byłoby to dość niecodzienne, biorąc pod uwagę niebezpieczeństwo wiszące nad jej głową niczym ciężka, czarna chmura, z której w każdej chwili mogły uderzyć w nią pioruny. Nawet teraz, stojąc pośród ubranych na czarno żałobników i zaczynając rozmowę z dziewczyną, która przecież mogła ją rozpoznać i sprowadzić na nią spore problemy, czuła się jak we własnym żywiole. Mimo wszystko nie mogła się powstrzymać gdy pragnienie zaspokojenia ciekawości i podjęcie nawet pozornie niewielkiego ryzyka wydawały się zbyt kuszące.
Na jej słowa zmarszczyła lekko brwi, zaciskając wargi aby powstrzymać z pewnością niestosowny wybuch płaczu. Dziewczyna musiała być naprawdę naiwna, jeśli wierzyła, że Erik Kastner związałby się z głupiutką Francuzką, na dodatek pracownicą miejsca takiego jak One-Two-Two.
- Zawsze obiecują – powiedziała, klepiąc ją krótko w ramię, jakby chciała ją pocieszyć, choć tak naprawdę nie czuła do niej ani odrobiny współczucia. Na całe szczęście przestała już głośno płakać, od czasu do czasu pociągając jedynie nosem – Piwiarni? – zapytała prawdziwie zdziwionym głosem, przybierając na twarz idealny wyraz zaskoczenia i niezrozumienia, po czym uśmiechnęła się z delikatnym politowaniem w swoim wyrazie. W rzeczywistości nie była specjalnie zdziwiona tym, że dziewczyna ją rozpoznała, jednak biorąc pod uwagę fakt, jak łatwo uwierzyła w obietnice Kastnera Madeline nie przypuszczała, aby było specjalnie trudno wmówić jej, iż nigdy się nie widziały – Przepraszam, ale musiałaś mnie z kimś pomylić, ponieważ nie mam pojęcia, o czym mówisz – dodała wciąż z tym samym uśmiechem, jednocześnie odwracając wzrok w stronę wychodzącego tłumu – Muszę już iść, nie chcę przegapić reszty pogrzebu– rzuciła jeszcze, po czym odwróciła się plecami w stronę dziewczyny, próbując wmieszać się w opuszczającą kaplicę grupę ludzi.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pon Cze 19, 2017 5:52 pm

Płyń z prądem, a już nigdy nie trafisz w to samo szambo.
Nie lubiłem czuć się jak dziecko, które nagle zgubiło drogę w obcym mieście; dziecko, które cały czas kurczowo trzymało dłoń swojej matki, byleby tylko nie wpaść do wypełnionych zabawkami i watą cukrową wilczych dołów.
Aż tu ciach.
Nieracjonalne uczucie zagubienia w tłumie nabrało metafizycznego wymiaru, kiedy cicho przełknąłem ślinę (a raczej jakąś kwaskową, żrącą gulę, która przetoczyła się przez ściśnięte gardło, by w końcu rozgruchotać się w żołądku), cierpliwie znosząc papierosowy obłoczek obelgi. Wiedziałem, że w razie konfrontacji nikt zbyt prędko nie zareaguje. Wiedziałem, że nikt nikogo nie zawoła, że nie zadziała żaden mechanizm zbiorowej odpowiedzialności, że żałobnicy, którzy nieświadomie przeobrazili się w gapiów, będą jedynie szturchać się łokciami, gdy dwóch robotników postanowi obedrzeć mnie z resztek skóry i nakarmić podeszwami butów.
Właśnie wtedy coś we mnie – coś, z czego istnienia nie zdajemy sobie sprawy podczas przeciętnych, pozbawionych nieprzyjemnych konfrontacji dni – podjęło decyzję. Retoryczne pytania i apatyczne odpowiedzi szczekały na siebie zajadle pod rozpaloną od upału głową, kiedy śledziłem wzrokiem wędrówkę dopalanego papierosa. Czy zawsze muszę konstruować wokół siebie taki teatr zdarzeń? Chyba nie. Czy jeśli teraz złamię komuś nos, przebieg ceremonii zostanie zakłócony? Raczej tak. Czy to dlatego, że jest dziś tak piekielnie gorąco i w każdym odzywa się zły, pozbawiony empatii brak bliźniak, który poszukuje okazji do wbicia komuś szpilki?
Bez wątpienia.
Perkele. Nie jestem niemiłym człowiekiem, ale może – tylko może, bo wciąż nie podjąłem ostatecznej decyzji – może będę. Otworzę w sobie tunel potrzeb, wyślę do poskręcanych zwojów mózgowych serię próśb, wybłagam, by w moim paryskim życiu stało się coś, co naprawdę zapamiętam, i aby było to realne, empiryczne, z całą gamą zmysłów.
Wystarczy przecież tylko jedno, porządne tąpnięcie, by nawet najspokojniejszy Fin stracił zimną krew i pozwolił, aby histerycznie wysoka temperatura zagotowała ją w żyłach jak zupę pomidorową.
Merci beaucoup – powiedziałem w końcu cicho, ale dobitnie, nieświadomie stawiając rozmazany stempel poddenerwowania na każdej samogłosce. Pomyślałem nawet byłoby dobrze, gdybyście stąd poszli, ale pięć kolejnych słów – zwłaszcza po francusku – mogłoby wyczerpać to, co ostrożnie nazywałem rezerwami cierpliwości. Robotnicy posiadali najwyraźniej dar odczytywania ludzkich myśli (twarzy, spojrzeń, grymasów ust – nieistotne), bo chwilę później rzeczywiście zniknęli w tłumie. W końcu zostałem sam.
W tłumie żałobników, którzy stracili zainteresowanie sytuacją – ale w jakiś sposób nadal sam.
Stateczny ruch na alejce utwierdził mnie w przekonaniu, że straciłem kilka ostatnich minut nabożeństwa, mogąc w tej chwili jedynie obserwować, jak kapliczkę opuszcza orszak pogrzebowy. Wzbierająca, czarna masa mundurów, sukienek i woalek nad którą górowała trumna: trudno wyobrazić sobie bardziej ponury widok podczas równie słonecznego dnia.
Niechętnie (i nadal orbitując na brzegu maszerujących żałobników) ruszyłem w kondukcie, nadal nieświadomy tego, co lada moment miało zajść z samego przodu. Obserwowałem ten sam zestaw statystów rozsiany po każdym mieście na zasadzie planowego rozdzielenia ludności; śmierć rzeczywiście nie znała podziałów, ponieważ dziś ramię w ramię kroczyli esesmani, gestapowcy, panie wątpliwych obyczajów, Niemcy, Francuzi, być może Włosi, chłopcy i dziewczęta, a nawet jeden Fin, a wszystko to oblewał żar z nieba i rychła zapowiedź katastrofy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pon Cze 19, 2017 6:25 pm

Powolnym krokiem podążałam za tłumem, starając się wpisać w obrazek pogrążonych w smutku żałobników, chociaż tak naprawdę w kość bardziej dawał mi spacer na obcasach po nierównej alejce, niż żal po stracie naszego brata Erika. Spuszczony wzrok i usta wygięte w podkówkę miały zamydlić wszystkim oczy, miały mówić każdemu, kto na mnie spojrzy, że jestem przejęta i przybita, a jednocześnie staram się nie dać tego po sobie poznać. Pozowałam na wzorową reprezentantkę swojej rodziny, ojciec i bracia będą dumni.
Nie odwracałam się za siebie, bez sentymentu zostawiając w tle kaplicę i wszystkie mijane rzeźby; nie robiły one na mnie większego wrażenia, a przynajmniej do czasu, kiedy nie zaczęły się na nich pojawiać te okropne, żydowskie symbole. Podniosłam głowę zszokowana, gdy mijaliśmy pierwszy zbezczeszczony nagrobek; najbliżej stojącym ludziom posłałam pełne oburzenia spojrzenie, a mój wzrok powędrował w kierunku Claudii, ponieważ odruchowo pragnęłam się dowiedzieć, czy zauważyła z jakimi nieprzyjemnościami mieliśmy do czynienia po drodze.
Zauważyła, a ja wyczułam jej ból jeszcze chwilę przed tym, niż zdążyła ująć go w okrzyku, słyszalnym chyba na całym cmentarzu, jeśli nie w Paryżu. Podążyłam za jej wzrokiem i oniemiałam - La liberté pour les Juifs i wielka, świeżo wymalowana Gwiazda Dawida zdobiły nagrobek Kastnera, na który spoglądały teraz dziesiątki ludzi. Na moment zabrakło mi powietrza, bo wyobraziłam sobie, że to miejsce spoczynku moich bliskich zostaje potraktowane w ten sposób; gdzieś z tyłu głowy usłyszałam głos papy, piętnującego ludność żydowską. Jego argumenty już wtedy padły na podatny grunt, a gdy teraz zauważyłam, do czego zdolni są ci podludzie, zapałałam do nich jeszcze większą nienawiścią.
Poczułam palącą wręcz potrzebę odnalezienia winowajcy i wymierzenia mu, lub im, słusznej, sprawiedliwej i okrutnej kary. Chciałam działać, rzucić się w tłum i go przeszukać, lecz wiedziałam, że nie są to moje zadania; po raz pierwszy od dawna bezsilność sprawiała mi dyskomfort.
Nie mogłam jednak stać bezczynnie i patrzeć, jak Claudia chwieje się na nogach, w jej stanie omdlenia i upadki mogły doprowadzić do tragedii. Przepchnęłam się więc przez tłum, nie bojąc się użyć łokci, pragnąc znaleźć się przy kobiecie jak najszybciej i pomóc jej utrzymać się na nogach. Starając się nie potrącić mężczyzn trzymających trumnę, wyciągnęłam rękę w kierunku brunetki, chcąc przyciągnąć ją w moją stronę i pozwolić jej oprzeć się na mnie przez jakiś czas. A gdyby jej żal miał przemienić się we wściekłość, chciałam być tego naocznym świadkiem.

_________________


oh non, rien de rien
oh non, je ne regrette rien.
wenn ich ihre haut verließ
der Frühling
blutet in Paris
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pon Cze 19, 2017 10:21 pm

Dawno już minęły lata, gdy Mâron - jeśli tylko wychynął zza watykańskich murów, których to podówczas więźniem był Leon XIII  - hasał beztrosko - jakkolwiek przerażająca to wizja - po Piazza del Popolo czy Campo de' Fiori, rozkoszując się promieniami południowego słońca. Dzisiaj, gdy po jego okrytych nazbyt wieloma warstwami liturgicznego odzienia plecach lały się strugi potu, a każdemu kolejnemu stąpnięciu towarzyszyło tłumione, głębokie zaczerpnięcie powietrza, które gdzieś w połowie drogi zdało się mu już nieomal drżeć, jakby przemierzał pozbawione życia piaszczyste pustkowia Afryki, miast częściowo zacienionej brukowanej alejki na cmentarzu Montparnasse w centrum Paryża.

A i zapewne nie tylko sędziwy prałat odnosił wrażenie, że lada moment dotknie go palec Boży i albo już teraz padnie rażony udarem wprost pod niesioną za nim trumnę, albo - ku uciesze tłumu - dopiero przy otwartym grobie, ze skutkiem wiadomym. A przecież, każdy chyba przyzna, że umrzeć na czyimś pogrzebie - tym bardziej, jeśli przewodniczy się ceremonii - jest równie niestosowne, jak dostać zawału podczas udawania trupa na deskach teatru - egoistycznie psując innym zabawę!

Krocząc w cieniu zieleniących się drzew - starszych od tych, których życiodajne soki sączyły, żywiąc się rozkładającą się tu do woli materią organiczną - nie mógł przypuszczać, że lada moment sam w głębi ducha pozazdrości Claudii Kastner, która – skoro już niebawem postanowi odejść do krainy nieświadomości – nie będzie musiała już przejmować się problemem, który objawił się, skoro tylko orszak pogrzebowy zbliżył się do planowanego miejsca ostatniego spoczynku gestapowca. To, co zszokowało żałobników, dla samego Léonarda musiało być  odpowiednikiem gromu z jasnego nieba, bo i wryty w ziemię w niewielkiej odległości od zbezczeszczonego nagrobka, z posągowo ponurym wyrazem twarzy wpatrywał się w nakreślone jaskrawą farbą litery.

Nawet ten, któremu po ideach honoru czy sprawiedliwości społecznej pozostało najwyżej mgliste wspomnienie z odległej młodości, poczuł się osobiście dotknięty tym najgorszym z możliwych przejawów wandalizmu: profanacji. Ktokolwiek, kto był dość zdeprawowany lub zdesperowany, by dopuścić się tego aktu nieuzasadnionego barbarzyństwa, naruszył jedną z najstarszych, podyktowanych i uświęconych dwoma tysiącami lat chrześcijańskiej kultury, zasad w cywilizowanym społeczeństwie europejskim: nienaruszalnej neutralności takich miejsc kultu, jak cmentarze, klasztory czy kościoły, które nawet dzisiaj - w czasach wojny - milionom chrześcijan jawiły się jako bezpieczne azyle, sanktuaria pokoju. Rzecz była tym bardziej bulwersująca, że nawet Niemcy - tak często oskarżani o odrzucenie sumienia i moralności - nie ośmieliliby się - zdaniem prałata, w każdym razie - zakłócić przebiegu obrzędów pogrzebowych. W nawet najgorszym razie, poczekaliby do zakończenia, a dopiero potem postawili kogo trzeba pod murem.

Był to czyn ze wszech miar godny potępienia – i było wysoce prawdopodobne, że nawet Kościół, który przecież, niezależnie od reprezentowanych przez Mârona poglądów, jako instytucja działał na rzecz ochrony gnębionych przez system nazistowski mniejszości narodowych, teraz z ambony głośno wyrazi swój sprzeciw wobec podobnych chuligańskich, a może i zbrodniczych działań. Nie wskaże winnych, ani też nikogo imiennie nie potępi, ale naród sam prawdy dociecze. Okupanci jednak nie pozwolą sobie na taką łagodność. Jeśli nie zdarzy się cud, już niebawem ulice Paryża spłyną posoką boga ducha winnych przedstawicieli narodu żydowskiego.

Ale... czy ci ludzie naprawdę wierzyli, że te żałosne, godzące nie tylko w ich potężnego germańskiego nieprzyjaciela, ale i sprzyjające buntownikom środowiska, akcje sabotażu przyniosą im wolność? Za jaką cenę?

A nie dobywszy z siebie ani jednego słowa, a jedynie zacisnąwszy swe chude palce na ramieniu skonfundowanego ministranta, dając mu znak, by podążył za nim, prałat zbliżył się do kamiennej płyty nagrobka. Schyliwszy swój pokryty godną siwizną czerep, wykonał znak krzyża, a następnie przystąpił do odpinania spinającej kapę klamry. Gdyby nie powaga sytuacji, zażartowałby może, że oto, do czego przydać się może ten ciężki, toporny płaszcz wielkości namiotu. Bo i chociaż większość podążających na przedzie niemieckich oficjeli dojrzała już zapewne efekt działalności paryskich bandytów, a do francuskiej części żałobników wieści dotrą lada moment, obowiązkiem Léonarda jako duchownego i mistrza ceremonii było położyć kres dalszemu ośmieszaniu tego uświęconego miejsca - w takim stopniu, w jakim to było możliwe, zważywszy na okoliczności. Zsunąwszy więc ze swoich ramion wspominany płaszcz, spróbował - korzystając z pomocy ministranta (który to na tę chwilę oparł niesiony przez siebie krzyż procesyjny o pobliski pomnik), jeśli okazało się to konieczne - narzucić go na nagrobek; tak, by zakryć nabazgrany na jego powierzchni symbol i napis.

Tak czy inaczej, sprawy nie mogły mieć się już gorzej, prawda?


Ostatnio zmieniony przez Léonard Mâron dnia Wto Cze 20, 2017 8:18 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Wto Cze 20, 2017 12:06 am

Niemiec nie spodziewał się tak gwałtownej reakcji Enza, dlatego cios wymierzony przez Fenouila dosięgnął celu – nos mężczyzny chrupnął nieprzyjemnie, a na jego twarzy momentalnie pojawiła się krew. W oczach Niemca błysnęło zaskoczenie, które dało Francuzowi kolejne kilka sekund przewagi, lecz zaraz później oblicze Niemca wykrzywiło się w furii, a ten odzyskał kontrolę nad sytuacją. Kiedy Enzo spróbował go odepchnąć i znaleźć się bliżej drzwi, okupant wyszarpnął z kabury pistolet, mierząc w stronę Fenouila.
- Halt! – wrzasnął, spluwając krwią. Jego palec drgnął na spuście.
Około metr od Enza znajdowały się wciąż otwarte drzwi kaplicy. Z tej odległości Fenouil nie potrafił ocenić, czy plac przed budynkiem był pusty, lecz nie mógł też usłyszeć żadnych głosów dobiegających z zewnątrz – całkiem możliwe, że kondukt znajdował się już daleko.


Enzo – masz dwa wyjścia. Możesz się poddać, spróbować negocjacji z Niemcem i czekać na dalszy rozwój wypadków, ale możesz też podjąć próbę ucieczki. Jeśli zdecydujesz się na drugą opcję, rzucasz kością k6:

1, 2, 3 – wypadając z kaplicy, słyszysz za sobą odgłos wystrzału; czujesz również, że kula muska Twój lewy bok i rozrywa lekko ubranie, jednak nie wyrządza Ci większej szkody.
4, 5, 6 – niestety, niewiele dzieli Cię od wydostania się z kaplicy, lecz będąc już w jej drzwiach, słyszysz za sobą odgłos wystrzału, a ułamek sekundy później piekący ból przeszywa Twój lewy bok.


Kiedy kondukt zatrzymał się gwałtownie nieopodal grobu Kastnera, odczuli to również ludzie idący na jego tyle. Choć niewiele mogli zobaczyć ponad głowami innych żałobników, stało się jasne, że na przedzie wydarzyło się coś niezaplanowanego. W tłumie momentalnie zabrzmiały pełne napięcia szepty, a pytania „co się dzieje?” padały niemal z każdej strony. Tymczasem z przodu chwilowy paraliż zaczynał ustępować, a z ust wielu okupantów posypały się przekleństwa – najwyraźniej nie dbali już oni o to, że trwał pogrzeb.

Kiedy Lars polecił pozostałym gestapowcom trzymać trumnę, ci posłuchali go, jednak Claudia Kastner była już bliska upadku. Gdyby nie reakcja Lisbeth, kobieta niechybnie uderzyłaby o chodnik, ale dziewczyna w porę zdołała przepchnąć się przez tłum – nieszczególnie chętny, by jej ustąpić – i podtrzymać Claudię. Ciężar kobiety był jednak zbyt duży i sama Lisbeth już po krótkiej chwili zaczęła mieć problem z utrzymaniem jej. Przekrzywiony woal ukazał śmiertelnie bladą twarz wdowy, przymknięte powieki i spierzchnięte usta, na których drżały niewyraźne słowa. Początkowo nikt też nie zwracał na obydwie kobiety uwagi, bo oczy większości zwróciły się na księdza.

Żaden z okupantów nie przeszkodził Léonardowi, gdy ten znalazł się przy nagrobku Kastnera i narzucił na niego płaszcz – być może od razu zrozumiano, że był to jedyny sposób, by uchronić kontrowersyjny symbol oraz hasło przed wzrokiem pozostałych żałobników, którzy z pewnością mogliby dostrzec przejaw oporu wobec władz. Problemem nadal pozostawały co prawda kartki widniejące na innych mogiłach, ale płaszcz Léonarda przynajmniej skutecznie przykrył nagrobek Kastnera.
Ze swojego miejsca Léonard jako jedyny mógł dostrzec jeszcze jeden szczegół – nieco w głębi, kilka metrów na prawo od grobu Kastnera, znajdował się imponujący nagrobek Maupassanta. Zaraz za nim, przyciśnięta plecami do płyty nagrobnej, kuliła się młodziutka dziewczyna. Jej twarz – niewątpliwie zdradzająca żydowskie pochodzenie – zwrócona była w stronę Léonarda. Dziewczyna rozpaczliwie kręciła głową, wbijając błagalny wzrok w księdza, a jej umazany w żółtej farbie palec przytknięty był do ust w geście nakazującym milczenie.

Chwilę po tym, jak Leonard zarzucił płaszcz na nagrobek Kastnera, jeden z okupantów o stopniu Kriminaldirektora gestapo najwidoczniej postanowił przejąć inicjatywę. Był to rosły mężczyzna o byczym karku i małych oczach, który wystąpił z tłumu, natychmiast przyciągając uwagę.
- Zatrzymać te francuskie szumowiny – oznajmił donośnym głosem, zwracając się do najbliższych mu okupantów. - Niech ustawią się w dwuszeregu po obydwu stronach alei. Każdy ma zostać przeszukany. Kto stawi opór, ten kulka w łeb.
W tłumie zakotłowało się; niemiecka część żałobników została wyraźnie odseparowana od znajdujących się z tyłu Francuzów, których zaczęto brutalnie ustawiać wzdłuż alei.

Madeline, popchnięta przez dwóch Niemców, nagle mogła spostrzec, że znalazła się tuż przed tą samą kobietą, która płakała przed kaplicą. Francuzka była jednak tak sparaliżowana strachem, że zdawała się nie dostrzegać Irving - ani niczego innego. Madeline mogła wyraźnie usłyszeć jej chrapliwy oddech, ale z pewnością miała teraz o wiele poważniejszy problem – schowana w torebce broń była co najmniej obciążająca, a pozbycie się jej stanowiło kłopot; wszędzie krążyli okupanci. Jednak gdyby Madeline przyjrzała się stojącej przed nią Francuzce, dostrzegłaby uwieszoną na jej ramieniu torebkę – rozchyloną w taki sposób, że dyskretne podrzucenie do niej pistoletu było mniej kłopotliwe, również ze względu na niewielki dystans, jaki dzielił obydwie kobiety. Nie ulegało jednak wątpliwości, że ewentualna decyzja podjęta przez Irving mogła mieć katastrofalne skutki dla niewinnej Francuzki.

Znajdujący się gdzieś na tyle Janne nie od razu mógł zorientować się, do czego doszło na przedzie konduktu, ale już po kilku chwilach obraz okupantów ustawiających ludzi mógł mu się wydać dość jasny. W pewnym momencie w jego oczy rzucił się także jakiś młody Niemiec, który wyraźnie zmierzał w jego stronę, wpatrując się w Fina niecierpliwym wzrokiem.
- Nykänen! - zaczął, najwidoczniej skądś znając jego nazwisko. - Przydaj się do czegoś i zacznij ich przeszukiwać. Zastrzel, jeśli będą się stawiać - machnął dłonią w stronę ustawionych w dwuszeregach ludzi, po czym zamilkł na moment, widocznie nie chcąc zdradzać zbyt wiele w obecności Francuzów. - Przy grobie Kastnera pojawiły się problemy - dodał jeszcze, po czym sam zajął się przeszukiwaniem paryżan.
Nieoczekiwanie najbliższą dwójką Francuzów byli ci sami robotnicy, z którymi Janne miał wątpliwą przyjemność rozmawiać przed kaplicą. Teraz z ich twarzy - a zwłaszcza z twarzy mężczyzny, który palił papierosa - zniknęła pewność. Pozostał jedynie czysty strach, z jakim wpatrywali się w Jannego.


Na odpis macie 72h. Kolejny post Mistrza Gry pojawi się wieczorem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sro Cze 21, 2017 7:21 pm

W ostatniej chwili udało mi się dotrzeć do Claudii; tłum nie ułatwiał przedarcia się do przodu, bardziej zainteresowany cichą obserwacją całego przedstawienia. A to z każdą chwilą nabierało coraz więcej kolorów.
Chwyciłam kobietę za łokieć, by po chwili zrównać się z nią i przytrzymać mocno. Uniknęła upadku, lecz jej mina mówiła, że chyba jednak wolałaby się znaleźć na ziemi. Ja na całe szczęście nie zamierzałam oglądać jej krwi na chodniku, dlatego wciąż trwałam wiernie przy jej boku, sprawnie wchodząc w nową rolę, którą sobie wybrałam.
I choć oczy wszystkich skupiły się przez chwilę tylko na mnie, bohaterski czyn przeszedł bez echa, stłumiony przez gest księdza, który jednym ruchem peleryny zakrył nagrobek i szpecący go napis. Wykrzywiłam usta w lekkim grymasie, lecz nie miałam zamiaru przyglądać się kaznodziei – Claudia absorbowała mnie całą swoją ciężką osobą, a jej śmiertelnie blada twarz nie wróżyła niczego dobrego. Podejrzewając, że niebawem obie możemy wylądować na ziemi, postanowiłam zrobić coś, do czego przywykłam już dawno temu: wydawanie rozkazów szło mi jak z płatka!
- Proszę mi pomóc ją przytrzymać – odwróciłam głowę, spoglądając po kolei na dwóch stojących najbliżej mężczyzn; mój donośny głos nie mógł przejść bez echa i mimo iż nie znałam ich nazwisk, wywołałam ich do odpowiedzialności dość stanowczo.
W tym samym czasie ktoś inny, o wiele bardziej przyzwyczajony do ustawiania wszystkich po kątach, postanowił przejąć inicjatywę w tłumie. I choć szepty zamarły w jednej sekundzie, a przerażenie na twarzach cywili sprawiło mi pewną satysfakcję, musiałam pamiętać o większym dobru.
- Herr Kriminaldirektor, nie tutaj – zasugerowałam wymownie, ustawiając się tak, że mężczyzna po prostu musiał zauważyć stojącą u mojego boku wdowę.
Czy ten widok wzbudził w nim litość? Miałam nadzieję, że tak, bowiem w tej chwili był moją główną kartą przetargową.
– Zaprowadźcie ich wszystkich do kaplicy lub przemaszerujcie przez całe miasto, jeśli chcecie, ale pozwólcie nam w spokoju dokończyć ceremonię – nie interesował mnie Erik, gnijący już w swojej trumnie, chciałam jedynie dokończyć tę farsę i jednocześnie zostać gwiazdą tego dnia.
Byłam przecież tylko kobietą, niewiastą, żałobnicą… córką swojego ojca. Co mogła zmienić moja prośba?
Papa już dawno postawiłby ich pod murem i rozstrzelał.
Myśl ta towarzyszyła mi, gdy wzrokiem przesuwałam po twarzach cywili, ustawianych w dwuszeregu. Nie żałowałam winowajców, nie szkoda mi było wszystkich tych, którzy najedzą się strachu przy przeszukaniu. Zawinił ten, kto namalował gwiazdy Dawida na ulotkach i nagrobku Kastnera. Oby kara okazała się być współmierna do czynu. Ścisnęłam dłoń Claudii w niemym zapewnieniu, iż dopilnuję wymierzanej sprawiedliwości.

_________________


oh non, rien de rien
oh non, je ne regrette rien.
wenn ich ihre haut verließ
der Frühling
blutet in Paris
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
maddie
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sro Cze 21, 2017 9:27 pm

Madeline chwilowo odetchnęła z ulgą, gdy w spokoju udało jej się opuścić kaplicę. Najwyraźniej dziewczyna, na jej szczęście, była zbyt skupiona na własnych emocjach i ogarniającym ją żalu po śmierci mężczyzny, który obiecał jej coś, czego nigdy nie miała otrzymać, by zawracać sobie dalej głowę drążeniem tematu i doszukiwaniu się prawdy odnośnie tego, czy w rzeczywistości miała okazję spotkać ją wcześniej w piwiarni. Przez jakiś czas podążała na samym tyle tłumu niespecjalnie przejmując się tym, co dzieje się dookoła. Jej myśli wybiegały daleko poza granice paryskiego cmentarza, a sam temat pogrzebu Erika Kastnera zepchnięty został na bok, chociaż po części uwaga Irving była rozdzielona również na przyczynę śmierci mężczyzny. Nie żeby specjalnie ją to obchodziło, dla kobiety był to jedynie jeden Niemiec z głowy, jeden z wielu, których należało wyeliminować, aby wojna zakończyła się zwycięstwem strony alianckiej.
Musiała przyznać, iż cmentarz o tej porze roku wyglądał niesamowicie. Obrastające aleję drzewa, których korony obsypane były zielonymi liśćmi, zwiastującymi wiosnę panującą we Francji już w pełnym rozkwicie, rzucały odrobinę cienia na aleję, którą poruszała się grupa żałobników, jednocześnie zapewniają osłonę przed słońcem, które jeszcze przed chwilą grzało ją w plecy. Nigdy nie należała do miłośników słoneczniej pogody, jednak w rzucanych na ziemię promieniach i rozciągającym się nad miastem błękitnym niebie zawsze było coś, co napawało jej dobrym nastrojem i mimowolnie wpychało na jej usta lekko powściągliwy uśmiech zadowolenia. Tym razem starała się powstrzymywać od wyciągania szyi w górę, przymykania oczu i uśmiechania się, pamiętając, gdzie się znajdowała, kim była oraz kto otaczał ją zewsząd wokoło, z pewnością stanowiąc pewne zagrożenie. Musiała więc zachować pełne skupienie, aby w odpowiedniej chwili mogła zareagować.
W pewnym momencie tłum się gwałtownie zatrzymał, a kobieta niemalże wpadła na plecy idącej przed nią osoby. Stanęła na palcach, próbując dostrzec, co stało się przyczyną nagłej zmiany atmosfery, która zapanowała na cmentarzu, gdy ludzie zaczęli szeptać między sobą, z zaciekawieniem, podobnie jak ona, zerkając wprzód. Mimo wszystko ponad głowami tłumu nie mogła ujrzeć ani nagrobka ani trumny, dlatego też przez większość czasu pozostawała w niewiedzy, jednak docierające do niej podenerwowane głosy Niemców świadczyły o tym, iż wydarzyło się coś niespodziewanego, co w pewnym sensie musiało pokrzyżować im plany odnośnie spokojnego pochowania zmarłego kolegi. Madeline westchnęła ciężko, rozglądając się dookoła zniecierpliwiona, kiedy dotarł do niej wydawany po niemiecku rozkaz. Przez moment poczuła, jak żołądek ściska jej się boleśnie, dobrze wiedząc, że jeśli ktokolwiek ją przeszuka, a przeszuka na pewno, znajdzie się w sporych kłopotach. Nie zdążyła jednak porządnie się nad tym zastanowić, gdy została popchnięta do przodu przez dwóch Niemców, nagle znajdując się przed kobietą, którą wcześniej w kaplicy spróbowała uciszyć. Irving zaczęła zastanawiać się gorączkowo nad tym, jak uniknąć niefortunnej sytuacji, w której nagle się znalazła, jednocześnie próbując zachować zimną krew wmawiając sobie, że przecież nie był to koniec.
Gdy kobieta uważnie przebiegała wzorkiem otoczenie, w oczy rzuciła jej się otwarta torebka kobiety przed nią, która teraz, zamiast płaczu z żalu nad zmarłym ukochanym, była sparaliżowana strachem i zdawała się nie mieć najmniejszego kontaktu z otoczeniem. Pomysł nasunął się Madeline niemalże od razu i, szczerze mówiąc, Irving nie zamierzała poddawać go dłuższym rozmyślaniom. Dobrze wiedziała, że jeśli uda jej się wsunąć własną broń do torebki dziewczyny, przeszukanie nie skończy się dla niej pomyślnie, jednak życie jednej pracownicy One-Two-Two nie zdawało się być wysoką ceną za wszystko to, co dalej sama mogła osiągnąć w Paryżu, jeśli uda jej się wyjść cało z całego przedsięwzięcia. Ktoś z pewnością pomyślałby, iż w tamtej chwili jej moralność wystawiona została na próbę, w końcu przybyła tam w celu niesienia pomocy Paryżanom, jednak osiągnięcie zamierzonych celów było długim procesem, który wymagał ofiar oraz poświęcenia. Jej chwila na poświęcenie własnego życia jeszcze nie nadeszła, nie teraz, kiedy dopiero zaczynała się rozkręcać i naprawdę wciągać w przypisaną jej rolę. Poza tym, już dawno doszła do wniosku, iż nie posiada kodeksu moralnego. Dlatego też, nie chcąc ryzykować ani chwili dłużej, postanowiła skorzystać z nadarzającej się okazji. Ostrożnie, rozglądając się dookoła czujnym wzrokiem, wyciągnęła z torebki własny pistolet i szybkim ruchem wsunęła go do torebki kobiety. Kiedy pogrzeb dobiegnie końca, będzie musiała pomyśleć o zdobyciu nowej broni oraz naboi, jednak w tej chwili nie zamierzała się tym przejmować. Po raz kolejny, była to niewielka cena za własne życie, tak samo jak pewna nauczka na przyszłość, którą właśnie ponosiła.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sro Cze 21, 2017 11:18 pm

Poczuł satysfakcję. Bez chwili namysłu uznał ja za chorą - i było mu z tym dobrze. Zaraz jednak z całego serca zaczynał nienawidzić tego dnia. Chociaż nie, przecież już dawno zdążył go znienawidzić. Wraz z Niemcem musieli wyglądać nieco dziwnie – obydwoje zastygli w miejscu, ledwo na siebie patrząc i przeciągając ciszę o kolejne sekundy, z których każda zdawała się być gorsza od poprzedniej. Tyle jednak wystarczyło, by wszelkie oznaki skruchy zdążyły się z ciała Francuza ulotnić szybciej niż kamfora.
Przyjemny szum otaczał ścisłym kokonem jego umysł. Wszelkie dźwięki, poza jednym, wyselekcjonowanym, ginęły bezpowrotnie, stając się niczym więcej poza zapisem, który pozostał niezarejestrowany przez Francuza. Nienawidził się za myśl, którą formował jego umysł, jasno dając do zrozumienia, że żadna niezgodna nie jest wpisywana w cenę. Walcząc, wierzgając czy wyrzucając w niebo wulgarne wyrazy jedynie przeciągał ostateczność. Chciał się sprzeciwić, bo miała ku temu prawo, jednak wszystkie mądre słowa ginęły jeszcze przed dotarciem na język. Nierozsądnie dobierał  przeciwników, idiotycznie wierząc, że ma jakiekolwiek szanse przeciwko uzbrojonemu mężczyźnie. Instynktu nie zmienisz. Instynkt zawsze znajdzie obejście w twojej defensywie.
Niemiec przerwał ten kilkusekundowy spokój – jego twarz wykrzywiła się we wściekłym grymasie, a sam mężczyzna spiorunował Francuza wzrokiem. I tutaj Enzo powinien był się zatrzymać. Powinien stanąć, uspokoić się, zapytać spokojnie, spróbować negocjacji. Ale on jeszcze tego nie wiedział, bo obycie z ludźmi posiadał w zasobach swych empiryzmów raczej nikłe, aczkolwiek nie dość, iż prawdopodobnie urodził się temperamentny jak sam namiestnik piekła, a rozwijał to w trakcie stymulującego wszelkie anomalie dzieciństwa, to jeszcze pozostawał pod silnym wrażeniem ostatniej misji, wraz z jej rezultatami.
Zawahał się. A Niemiec przecież wyraził się jasno. Biedny Francuz; słuchać - nie słyszeć. Masz ci los! Młody i głuchy? A może jeno młody i nieuważny, co było minimalnie usprawiedliwiane wiekiem niebogatym w lata? Wszystko, byle wziąć tę chwilę w nawias przyszłości. Za nie więcej jak parę minut niechybnie zrodzi się na nowo, wypierze sumienie, z czerni do bieli, ale przedtem trzeba odejść i nie wracać. W każdym razie nie za szybko. Odtrącił swoje bezpieczeństwo ze zbyt lekkim sercem. A potem, nie mając już innego wyboru, a tym bardziej żadnego manewru, już przyciśnięty, zareagował, a jakże, choć może inaczej, niźli próbowało to na nim wymusić żywe otoczenie w postaci Niemca. Samobójca - tym razem potraktuje to jako swą zaletę. Więc pobiegł.
Oj, żołnierzyku.


Ostatnio zmieniony przez Enzo Fenouil dnia Sro Cze 21, 2017 11:18 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sro Cze 21, 2017 11:18 pm

The member 'Enzo Fenouil' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Czw Cze 22, 2017 1:25 pm

Zdumiewające, jak w przeciągu chwili rozpalona od słońca, rozdygotana, lecz w gruncie spokojna rzeczywistość może przeobrazić się w zgiełkliwą, rozmazaną plamę, bolesny kleks, zlepek okrzyków i wściekłości.
Wystarczy kilka (-naście, -dziesiąt, -set) niewielkich karteczek przylepionych do nagrobków. Wystarczy prędkie machnięcie pędzla na świeżej płycie grobu, w którym miał spocząć zastępca dowódcy paryskiego gestapo. Wystarczy kilka smug wściekle żółtej, wciąż wilgotnej farby.
Wystarczy.
Rodząca się pod skórą wściekłość jest jak delikatne drgnięcia płyt tektonicznych – z początku to jedynie niegroźne ruchy rodzące się głęboko w piersi, ostrożne i niepozorne, stłumione prędko przez zdrowy rozsądek i kilka głębszych wdechów, podczas których wdowa po Eriku została uratowana przed upadkiem przez młodą dziewczynę – dojrzałą kobietę – pewną swej wartości Dame – córkę von Liebenfelsa – nieistotne. Kilka wdechów, podczas których duchowny ukrył przed oczami żałobników spływającą żółtą farbą obelgę. Kilka wdechów, które umożliwiły Larsowi na gardłowe wyrzucenie z siebie trzymać trumnę, jak gdyby kilka zbitych ze sobą desek miało wartość o wiele większą od zdrowia Frau Kastner, pacyfikacji francuskiej części zebranych, prób zatarcia śladów jawnego buntu brudnych, żydowskich ścierw.
Bo miało.
Scheiße, i to jak miało.
Nie wiedział, jak długo zdoła utrzymać zimną maskę obojętności na twarzy. Kącik ust drgnął nerwowo raz, później kolejny, aż Lars przygryzł boleśnie wewnętrzną stronę policzka, wiedząc, że wściekłość  – ta pierwotna, nieokrzesana, niecywilizowana wściekłość człowieka, który właśnie rozpoczął prywatną wojnę – w końcu weźmie górę.
Reifenstein posłał krótkie spojrzenie Claudii Kastner, która wyglądała tak, jakby przed momentem objawił się jej zmarły mąż – zza woalu przezierała blada, napięta twarz oraz usta próbujące uformować coś – przekleństwo? Skargę? Błaganie? – co zaniepokoiło Larsa mocniej od niechybnego upadku, który groził zarówno wdowie, jak i jej wybawczyni.
Nie waż się mówić nic, czego kazałbym ci pożałować.
Wsparta na ramieniu trumna nagle zaczęła ciążyć nieznośnie, popychając Reinfensteina do prędkiego rachunku strat i zysków: odstawić ją? Wrzucić do dołu bez ceremoniału? Odnieść do kaplicy?
Czy – zgodnie ze słowami Kriminaldirektora – rozstrzelać wszystkich świadków i zakopać trupy, nim ktokolwiek zacznie zadawać pytania?
Jego Świątobliwość słyszał Fräulein von Liebenfels – miał wrażenie, że każde słowo, które pada z jego ust, to mozolnie rozgryziony kamień – niemal słyszał głuche trzaśnięcia między zębami, chwilo marząc wyłącznie o tym, by zatopić je w gardłach winnych dzisiejszej obelgi. – Ceremonia musi trwać.
Nie dlatego, że tak mocno chcą godnie pochować brata w wierze – o jakiej godności może być zresztą teraz mowa? – lecz po to, by ten sam brat spoczął pod grubą warstwą ziemi na dobre, zabierając ze sobą sekret własnej śmierci. Jeśli przy tej okazji kilku Francuzów straci życie, w paryżanach zagotuje się camembert, który płynął w ich żyłach zamiast krwi: ale czy w tym momencie przyszłość miała jakiekolwiek znaczenie?
Jak mogłaby mieć, skoro teraźniejszość to sekwencja wykrzykiwanych rozkazów, bladych twarzy, rozbieganych spojrzeń, niepewności i nieracjonalnego strachu?
Czyżby zebrani na cmentarzu Niemcy z powodu kilku (-nastu, -dzisięciu, -setek) karteczek i jednego napisu zapomnieli, kto posiada to miasto na wyłączność?
I kto wyciągnie odpowiednie konsekwencje?
Ściągać kartki z nagrobków. Bezczeszczą pamięć wszystkich tu spoczywającychi tego jednego, wciąż pozbawionego pochówku. Słowa Reifensteina, skierowane do nielicznych okupantów, którzy nie zajęli się przeszukiwaniem Francuzów, połączone zostały z ostrożnym krokiem w stronę duchownego – trudno o bardziej czytelny znak, wedle którego trumna jak najszybciej miałaby spocząć w zbawiennym chłodzie ziemi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Czw Cze 22, 2017 6:48 pm

Świat opuścił eliptyczną orbitę. Od żaru skapującego z nieba wykrzywił się oraz wypaczył, zatracił punkt centralny i właśnie zmierzał do zderzenia się z księżycem. Wiedziałem o tym wyłącznie ja i w dodatku nikomu nie mogłem (nie chciałem i nie zamierzałem) pisnąć ani słówka. Kroczyłem więc cmentarną alejką w absolutnej ciszy, ignorując obolały kark. Gdyby nie te bolesne, paraliżujące igiełki i ohydny smak pragnienia na języku, mógłbym wyobrazić sobie, że pogrzeb to tylko zły sen, że Larsa i wszystkich tych ludzi nigdy tutaj nie było. Wystarczyło odrobinę samozaparcia, a rozpłynęliby się w drżącym od upału powietrzu jak dym i zniknęli bez śladu.
Jeszcze dziesięć minut temu sądziłem, że moim największym problemem będzie podjęcie decyzji (i nawet ona była trudna), co zjem na kolację, kiedy już wyjdę cało z cmentarnego ukropu. Jednak nowy zestaw opcji stanowczo przerastał mój udręczony upałem umysł, a myśli snuły się jeszcze opieszalej niż w zwykłym żółwim tempie, do czego walnie przyczyniła się konsumpcja butelki rosé do śniadania. Jak zwykle po wypiciu odpowiedniej ilości wina bywa, jeszcze rano przez moment poważnie rozważałem wykonanie telefonu do siedziby SS – cóż, właściwie nie tyle do siedziby samej w sobie, ale jej konkretnego pracownika. Rozmowa (słowo nieco nad wyrost) z kimś po tysiąckroć bardziej ułożonym ode mnie (z czego ten ktoś oczywiście zdawał sobie sprawę, ale posiadał dość taktu, by tego nie wypominać) mogłaby odegnać smętną wizję zbliżającego się pogrzebu. Krótko mówiąc: wiedziałem, że dzięki Bjørnowi z miejsca poczułbym się lepiej.
Teraz mogłem wyłącznie żałować, że zamiast zadzwonić, zagadnąć (zagadnąć!) o obiad i niewerbalnie przekazać czuję, że na pogrzebie wydarzy się coś złego, rzeczywiście obserwowałem, jak dzieje się coś złego. Pierwszą oznaką był nagle zatrzymujący się kondukt, przez co niemal nie wpadłem na sunącą przede mną kobietę – ledwie moment później wzrok, dotychczas skupiony na falującym morzu głów, zmaterializował na nagrobkach niewielkie karteczki z wymownym symbolem gwiazdy dawidowej.
Właśnie wtedy zrozumiałem, że nikt z zebranych nie będzie mógł narzekać na nudę.
Nie było widać krwi, nie było słychać krzyków, a mimo to wiedziałem, że właśnie w tym momencie, w momencie, w którym zaczęto ustawiać Francuzów wzdłuż cmentarnej alejki, niszczono ludzi równie skutecznie, jak na froncie, i to wielokrotnie mniejszym nakładem sił. W pierwszym, całkowicie bezwarunkowym odruchu pragnąłem wycofać się między naznaczone niewielkimi karteczkami nagrobki, lecz wtedy ktoś wypowiedział moje nazwisko.
Prawdę mówiąc, poczułbym się mniej zaskoczony na widok Hitlera.
Młody, wyraźnie zmierzający w moim kierunku Niemiec działał na zasadzie mojżeszowej laski, rozstępując przed sobą morze żałobników – o ile na początku łudziłem się, że może (dlaczego nie, w końcu w Paryżu możliwe jest wszystko) wzywać innego Nykänena, o tyle jego kolejne słowa oraz fakt, iż przystanął na moment, całkowicie pozbawiły mnie złudnych nadziei. Co miałem powiedzieć? Powinienem wydusić z siebie cokolwiek czy ograniczyć się do skinięcia głową, które i tak wypadło dość blado w obliczu rozstawianych po bokach Francuzów? Zbyt wiele słów cedzonych przez młodego Niemca słów, zbyt wiele słów niewypowiedzianych przeze mnie – katastrofa była na wyciągnięcie ręki.
Skoro rzeczywiście miałem się do czegoś przydać, musiałem przystąpić do wykonywania poleceń, co – prawdę mówiąc – jako jedna z niewielu rzeczy udawało mi się w życiu. Jedno zerknięcie na ustawiony po boku alejki tłum wystarczyło, bym dostrzegł znajome twarze jeszcze sprzed kaplicy.
Byłem daleki od wywierania zemsty na ludziach, których chwilowo największym przewinieniem był brak kultury i obecność nieodpowiednim miejscu o nie mniej nieodpowiednim czasie – a jednak to właśnie do tej dwójki podszedłem, zdobywając się w końcu na wyrzucenie z siebie jednej, dość oczywistej sylaby.
Ręce.
Chodziło, rzecz jasna, o uniesienie ich w górę – tak, jak czynili to wszyscy przeszukiwani przy alejce. Pierwszą ofiarą przeszukiwania (dotknięcie drugiego człowieka, przełamanie bariery nietykalności, poczucie pod palcami obcego ciepła – po sekundzie przetrzepywania kieszeni miałem dość) padł ten sam robotnik, który jeszcze przed kilkunastoma (wydawało się, że minęło znacznie więcej czasu) minutami z pasją wydmuchiwał dym prosto w fińską twarz.
Teraz to fińska twarz patrzyła na niego nie mniej fińskim spojrzeniem, w którym tkwiła odrobina współczucia. Mniej więcej tyle, ile mógłby okazać jeden kamień drugiemu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Czw Cze 22, 2017 10:51 pm

Bóg mi wybaczy. To jego fach.
Powtórzywszy tak w myślach za mości Heinrichem Heinem, prałat - nie wykonawszy żadnego gestu - oderwał wzrok od żydowskiej dziewczyny, która najpewniej winna była zbrodni przeciwko prawom i boskim, i ludzkim. Bóg nakazywał wybaczać; nie zaś: zapominać. On sam wszak ustanowił, że grzesznicy odłączeni zostaną pewnego dnia od gromady prawych i strąceni w otchłanie piekielne, gdzie czekać ich będzie jeno płacz i zgrzytanie zębów. Nie musiał namyślić się, by dojrzeć, jaki to czyn służyłby najlepiej całemu społeczeństwu: i jego własnym stosunkom z Niemcami, i rodakom, wobec których tamci najwyraźniej postanowili skierować swój gniew, i całej społeczności żydowskiej, której przyjdzie zapłacić za czyny jednostki. Słuszniej będzie, jeśli okupanci już teraz tą jedną śmiercią zaspokoją swoją prymitywną, zwierzęcą - ale i zrozumiałą, zważywszy na okoliczności - żądzę krwi, niż żywotami tuzinów później. Bo i jako człowiek rozumny, nie miał wątpliwości, ze byli pośród nich tacy zapaleńcy, którzy nie spoczną, póki winni tego bluźnierczego występku nie zostaną należycie ukarani. Wystarczyło przesunąć wzrokiem po zgromadzonych - którzy, nota bene, przypominali teraz beczkę prochu, gotową wybuchnąć bez zapowiedzi - by bez większego trudu wymienić kilkanaście takich nazwisk.

Być może do takiego grona zaliczał się - a może po prostu zależało mu na podkreśleniu swojej pozycji - nieznany mu z imienia jaśnie wielmożny Herr Kriminaldirektor który najwyraźniej nawet tę w zamyśle pokojową uroczystość, która miała, poprzez obecność tako i Niemców, i Francuzów, służyć medialnemu ociepleniu wizerunku tych pierwszych, postanowił obrócić w spektakl grozy, wzbudzając w Bogu ducha winnych paryżanach przekonanie, że uczestnictwo nawet w tak, zdawałoby się, spokojnym wydarzeniu, jak pogrzeb, gdzie w najgorszym razie można by zasnąć w ławce podczas kazania, skończyć się może postawieniem pod murem i widmem pistoletu przystawionego do czoła. Kimże jednak był on, Léonard Mâron, by otwarcie krytykować poczynania władzy? Zwłaszcza, gdy tę władzę świerzbił trzymany na cynglu palec.

Na to przyjdzie jeszcze czas, gdy następnym razem będzie w gościnie u kochanego, dobrego wujka Abetza, który z pewnością będzie zainteresowany relacją z pierwszej ręki. Kto wie, być może ta sytuacja, w której jeszcze przed chwilą upatrywał celową próbę zachwiania jego pozycją, okaże się jednak dlań korzystna politycznie? - i to nie tylko w kontekście niemieckiego ambasadora-frankofila, do którego i tak już przyssał się niczym pijawka.

Chwała Bogu, był jeszcze względnie trzeźwo myślący Reifenstein.
Przedstawienie musi trwać. - to miał na myśli. Bo i czym więcej był ten pogrzeb, jak tylko swoją własną, niezbyt udaną parodią, w której czarny humor niewysokich lotów grał główną rolę? I jakże to teraz miało się potoczyć? Miał bez słowa, obojętny na trwające w tle przeszukania i towarzyszący im chaos, przystąpić do dalszej części uświęconej ceremonii? A przecież, tego od niego oczekiwali i gestapowcy, i reszta żałobników, w tym także i rzesza przerażonych Francuzów: niechaj ta farsa wreszcie się skończy, byśmy mogli rozejść się do domów i upić do nieprzytomności, byle tylko zapomnieć, że ten dzień kiedykolwiek miał miejsce. Czy miał jakiś wybór?

- Kontynuujcie, panowie. - tak też zwięźle skwitował wypowiedź Kriminalinspektora, poświęciwszy mu ledwie kilka sekund na nawiązanie kontaktu wzrokowego - spodziewając się zapewne, że dalsze instrukcje nie są konieczne. Nie mógł przecież zapomnieć o nieszczęsnej Claudii Kastner, której wyraz twarzy zdawał się sugerować, że gotowa jest w każdej chwili wyzionąć ducha. Przy niej, na podobieństwo anioła stróża - tu akurat przyodzianego w czerń - trwała młoda kobieta, której pochodzenia nie byłby świadom, gdyby nie pomocny komentarz Reifensteina. Owszem, zdawało mu się, że mieli kiedyś sposobność zamienić ze sobą kilka słów, ale też... czy różniła się czymś od tych wszystkich szlachetnie urodzonych modniś: równie szczebiotliwych, co próżnych?

- Fräulein von Liebenfels, sądzę, że najlepiej będzie, jeśli Frau Kastner odpocznie w zaciszu tutejszej kaplicy - zbliżywszy się doń obu, pozwolił, by na jego dotąd skute lodem oblicze wkradł się słaby uśmiech, który miał najpewniej dodać wdowie otuchy - Gdy tylko ceremonia dobiegnie końca, my sami dołączymy do niej.

Nie spodziewając się zapewne jakichkolwiek słów sprzeciwu z ust przyjaciółki Frau Kastner, ksiądz pospieszył jeszcze, by dokonać ostatniej formalności, a na której - zważywszy, że wygląd mości Herr Kriminaldirektora sugerował, że woli on rozkazywać, niźli słuchać kogokolwiek - spełnienie niespecjalnie się cieszył. Przystąpiwszy do gestapowca, zacisnął swoje wątłe palce na jego ramieniu - z nadzieją, że jego reakcja nie będzie nazbyt gwałtowna - by nachylić się w jego stronę i wyszeptać tak prędko, jak się dało:

- Kilka metrów na prawo od grobu Kastnera, w głębi, kryje się młoda Żydówka - zrobiwszy sekundową pauzę, by pozwolić oficerowi przyswoić tę myśl, dodał jeszcze: - Sugerowałbym zachować ostrożność, by jej nie spłoszyć... i posłać kogoś do bram - na wypadek, gdyby było ich więcej. Subtelnie, jeśli łaska.

Po tych słowach, cofnął rękę i złożywszy dłonie do modlitwy, skierował swój wzrok w stronę grobu, oczekując, aż trumna Kastnera zostanie tam umieszczona, by mógł udzielić mu ostatniego błogosławieństwa. Czym prędzej, tym lepiej.


Ostatnio zmieniony przez Léonard Mâron dnia Pią Cze 23, 2017 8:38 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Pią Cze 23, 2017 1:09 am

Plac przed kaplicą, na którym znalazł się Enzo, był pusty, choć w ułamku sekundy Fenouil mógł dostrzec, że w oddali, tuż naprzeciw niego, Niemcy ustawiali w dwuszeregach uczestników pogrzebu. Nie mogło to wróżyć niczego dobrego – tym bardziej, że Niemiec, któremu Enzo złamał nos, nie miał zamiaru odpuścić.
Należało więc szybko podjąć decyzję. Ucieczka w stronę bramy znajdującej się w północno-zachodniej części cmentarza mogła być ryzykowna ze względu na bliskość konduktu pogrzebowego i okupantów, ale pozostawała jeszcze brama w północno-wschodniej i południowej części. Gdziekolwiek miał udać się Enzo, musiał się śpieszyć, bo Niemiec już za moment mógł ruszyć za nim w pogoń lub – co gorsza – wezwać wsparcie.


Enzo, zaznacz na początku kolejnego posta, którą bramę wybierasz: B, D (lub C, jeśli zamierzasz mimo wszystko ryzykować). Uciekając, rzucasz kością k6.

1, 2 – biegnąc pomiędzy nagrobkami, w pewnym momencie niefortunnie potykasz się o korzeń jakiegoś drzewa, który wystaje z ziemi. Upadek jest dość bolesny i zdziera Ci skórę z dłoni, ale szybko okazuje się, że mimo wszystko masz sporo szczęścia – pobliską alejką właśnie przechodzi grupa Niemców, a okupanci nie dostrzegają Cię tylko dlatego, że leżysz pomiędzy nagrobkami.
3, 4 – zewsząd otacza się niemal nienaturalna cisza i spokój, ale nagle spomiędzy nagrobków wypada jakaś postać, która zderza się z Tobą w biegu. Możesz wyłapać jedynie, że jest to młody mężczyzna, którego twarz wyraża napięcie. Starając się złapać równowagę, chwyta Cię za ramiona, pozostawiając na nich wyraźne smugi żółtej farby, a zaraz później pędzi już w zupełnie inną alejkę, znikając Ci z oczu.
5, 6 – wydaje Ci się, że z daleka widzisz już bramę, lecz w tym samym momencie gdzieś po lewej stronie słyszysz niemieckie głosy. Możesz spróbować wycofać się do innej alejki, licząc na to, że Niemcy nie pójdą Twoim tropem, lub ukryć za sporych rozmiarów rzeźbą anioła z rozpostartymi skrzydłami.


Stanowczy ton Lisbeth wywołał oczekiwany efekt, bo chwilę później dwóch mężczyzn wezwanych przez panienkę von Liebenfels pośpieszyło w jej stronę, szybko przejmując od Lisbeth omdlałą Claudię. Ich dość nietęgie miny świadczyły o tym, że woleli zająć się przeszukiwaniem Francuzów, ale nie odezwali się na ten temat ani słowem.
Tymczasem Kriminaldirektor przysłuchiwał się wymianie zdań ze ściągniętymi brwiami, a drobna, bladoniebieska żyła na jego skroni zdawała się powoli pulsować. Wciąż zerkał w stronę Francuzów, którzy znajdowali się kilka metrów dalej, odgrodzeni od przodu konduktu grupą pozostałych okupantów, a jednocześnie zdawał się ważyć usłyszane słowa.
- Fräulein von Liebenfels dopilnuje, żeby ci dwaj bezpiecznie przenieśli Claudię Kastner do kaplicy. I zostanie z nią, dopóki nie skończymy ceremonii – zwrócił się do Lisbeth, jakby wydawał jej rozkaz. Jednocześnie rzucił ostre spojrzenie dwóm mężczyznom podtrzymującym Claudię, którzy na jego widok ostrożnie unieśli kobietę, gotowi do drogi.

Moment później, zaczepiony przez Léonarda, obrócił ku niemu głowę, obdarzając księdza bacznym spojrzeniem. Usłyszawszy jego słowa, natychmiast pojął, że nie było czasu na zbędne pytania i że jeśli ten mówił prawdę, należało działać szybko. Skinąwszy księdzu, ruszył w stronę grupy Niemców, którzy właśnie skończyli przeszukiwać Francuzów, i szeptem wydał im odpowiednie rozkazy.

Tymczasem na słowa Larsa okupanci ruszyli się z miejsc, podążając w stronę rzeźby i nagrobków, by następnie gwałtownym ruchem zedrzeć z nich kartki, szybko podrzeć na strzępy i rzucić na ziemię. Reifenstein nie mógł jednak przyglądać się temu zbyt długo, bo zaraz stało się jasne, że ceremonię miano zamiar kontynuować. Zanim jednak zdołał wykonać choćby krok, u jego boku pojawił się Kriminaldirektor, świdrując Larsa spojrzeniem.
- Według księdza kilka metrów na prawo od grobu Kastnera, w głębi, ukrywa się Żydówka – mówił szybko i cicho, choć na tyle wyraźnie, że słyszeli go pozostali gestapowcy trzymający trumnę. - Kiedy tylko opuścicie trumnę, natychmiast to sprawdzicie. Może kierować się w stronę najbliższej bramy. Jest na prawo stąd – na moment przeniósł wzrok w stronę długiej alei ciągnącej się po prawej stronie, gdzie na samym końcu majaczył zarys bramy. Następnie przeniósł spojrzenie na Larsa. - Reifenstein, zrób z nią co chcesz, byle tylko cierpiała.
Odsunął się od trumny, dając tym samym znak, by jak najszybciej zakończyć ceremonię.

Zaledwie chwilę po tym, jak Madeline wepchnęła broń do torebki kobiety, tuż przed Francuzką zjawił się Niemiec. Najpierw rzucił Irving ostrzegawcze spojrzenie, by nie próbowała wykonać choćby jednego ruchu, a potem bez najmniejszej delikatności zaczął przeszukiwać Francuzkę. W pewnym momencie wyrwał jej torebkę i obrócił, wytrząsając zawartość na ziemię – wraz z pistoletem, który uderzył o cmentarny bruk z cichym trzaskiem. Twarz Niemca poczerwieniała i już w następnej chwili szarpnął kobietę, brutalnie popychając na ziemię i wymierzając jej cios butem prosto w twarz.
- Skąd to masz?! – wrzasnął, a niemiecki akcent w jego głosie silnie zniekształcił francuskie słowa. - Odpowiadaj!
Przerażona kobieta, której twarz mokra była od krwi i łez, z wysiłkiem próbowała dźwignąć się z ziemi, a jej spojrzenie mimowolnie podążyło w stronę Madeline. Francuzka patrzyła na nią błagalnie, płacząc tak żałośnie, że nie była w stanie wydobyć z siebie słowa.

Robotnik, którego przeszukiwał Janne, posłusznie uniósł ręce do góry, ani na moment nie odwracając wzroku od Fina. Być może oczekiwał, że ujrzy na twarzy Jannego zemstę, ale gdy jej nie dostrzegł, strach w jego oczach nieco osłabł. Natomiast drugi robotnik kierował ku Jannemu wciąż to samo przerażone spojrzenie – widocznie lepiej od swojego towarzysza zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji.
Przeszukując dość przepastne kieszeni marynarki mężczyzny, Janne mógł znaleźć zupełnie zwyczajne przedmioty – klucz, wysłużoną zapalniczkę, pogniecioną, pustą już paczkę papierosów i trochę śmieci. Jednak w pewnym momencie jego dłoń natrafiła na plik zszytych ze sobą kartek, wygniecionych nawet bardziej niż paczka papierosów. Gdyby Janne wydobył go z kieszeni, zobaczyłby dość nieumiejętnie wykonany wydruk jakiegoś tekstu; w wielu miejscach zabrudzony tuszem i opatrzony krótkimi, odręcznymi tłumaczeniami w języku francuskim. Podstawowa znajomość rosyjskiego umożliwiłaby jednak Finowi zrozumienie sensu początkowych zdań: „Historia wszystkich dotychczasowych społeczeństw jest historią walk klasowych. Wolny i niewolnik, patrycjusz i plebejusz, feudał i chłop poddany, majster cechowy i czeladnik, krótko mówiąc, ciemięzcy i uciemiężeni pozostawali w stałym do siebie przeciwieństwie, prowadzili nieustanną, już to ukrytą, już to jawną walkę...”. Nie ulegało więc wątpliwości, że Janne miał przed sobą pierwszy rozdział „Manifestu komunistycznego” - z jednej strony nic, co mogłoby zagrozić sytuacji na cmentarzu Montparnasse, a z drugiej fragment wyjątkowo znienawidzonego i zakazanego przez władze dzieła.


Na odpis macie 72h. Kolejny post Mistrza Gry pojawi się w nocy wieczorem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sob Cze 24, 2017 7:02 pm

Zemdlała.
Nie mogłam jej tego wybaczyć, jak śmiała po prostu stracić przytomność, zamiast wykrzyczeć to, co najwyraźniej leżało jej na sercu? Nie dbałam o nie, jednak w tej chwili niemiłosiernie łaknęłam zwrotu akcji – rozwrzeszczana wdowa, wyzywająca wszystkich dookoła lub rzucająca się za trumną swojego męża, cóż to by było za widowisko! Po tym wszystkim pozostały tylko niezręczne spojrzenia i kolejne rozkazy.
Bezwzględne posłuszeństwo nie leżało w mej naturze, jednak przez lata zdołałam się go nauczyć; odpowiednia motywacja pomagała mi spokornieć, przyjąć polecenia i wykonać je bez szemrania. Nie inaczej było i tym razem – choć najchętniej zostałabym na miejscu i obserwowała rozwój wydarzeń, musiałam się podporządkować, by nikt nie zapamiętał mnie później jako osoby, która sprawiała problemy podczas pogrzebu Kastnera.
Ulżyło mi, gdy ciężar zemdlonej Claudii przejęli wywołani wcześniej mężczyźni; wygładziłam swoją sukienkę, spokojnie wysłuchując co ksiądz i Kriminaldirektor mają mi do powiedzenia.
- Oczywiście – skinęłam posłusznie głową, w myślach przyznając rację duchownemu, ponieważ chłód kaplicy mógł podziałać na wdowę kojąco – Będę oczekiwać na Panów sygnał.
Zanim ruszyłam przed siebie, objęłam wzrokiem najbliższe otoczenie – ostatnie spojrzenie na trumnę, na ściągane pospiesznie ulotki i zebranych w dwuszeregu cywilów – naprawdę gorzko żałując, że nie będę mogła być świadkiem nadchodzących wydarzeń. Nie łaknęłam widoku krwi czy tortur, pragnęłam po prostu widzieć i wiedzieć co się dzieje, by później powtórzyć ojcu wszystko z pierwszej ręki. Przerażone twarze Paryżan sprawiały mi dziwną satysfakcję, a przecież nie znałam tych ludzi i na dobrą sprawę nie wszystkim życzyłam źle; jedynie winowajcom należała się surowa kara, a cała reszta powinna być jej świadoma. Tylko tyle.
W końcu podążyłam za mężczyznami niosącymi Claudię, a mijając szpaler żałobników uniosłam dumnie głowę. To przecież ja ocaliłam wdowę przed upadkiem i kto wie, może nawet przed jego okrutnymi konsekwencjami. Nie oglądałam się za siebie, gdy składano trumnę do grobu, nie nasłuchiwałam już wymiany zdań pomiędzy mundurowymi, wiedząc doskonale, że każdy nowy strzępek informacji pobudziłby tylko moją ciekawość i w konsekwencji żal po opuszczeniu centrum zdarzeń.
Póki co widziałam tylko jedną dobrą stronę powrotu do kaplicy – o ile oczywiście w jej przyjemnym chłodzie nie będę już narażona na smród rozkładającego się ciała.

_________________


oh non, rien de rien
oh non, je ne regrette rien.
wenn ich ihre haut verließ
der Frühling
blutet in Paris
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
maddie
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sob Cze 24, 2017 8:53 pm

Być może w przyszłości miała pożałować swojej decyzji. Może za jakiś czas, jeśli wyjdzie z tego wszystkiego cało, spojrzy wstecz na to jedno wydarzenie i dojdzie do wniosku, iż mogła rozegrać to wszystko inaczej. Na tą chwilę wydawało jej się to mało prawdopodobne, po części przez wgląd na to, iż Madeline miała w życiu jedną zasadę – nie żałować. Zazwyczaj było to dość ciężkie do uczynienia, w końcu podjęła w przeszłości wiele decyzji, które na tamtą chwilę nie wydawały się dla niej zbyt sprzyjające. Mimo wszystko jednak, patrząc na samą siebie z o wiele szerszej perspektywy, nie mogła powiedzieć, iż jej los potoczył się wyjątkowo mało sprzyjająco. Co więcej, powiedziałaby, iż naprawdę jej się poszczęściło, choć przecież dobrze wiedziała, że dla wielu przeciętnych ludzi, w szczególności anglików, rzucenie w sam środek okupowanego Paryża i wzięcie na siebie sporego ryzyka, z którym właśnie znajdowała się twarzą w twarz, nie było typową definicją szczęścia. Irving jednak już dawno nauczyła się, iż jej spojrzenie na świat pod wieloma względami różniło się od tego, jak postrzegali go inni ludzie. Nie chodziło o to, iż była nadzwyczaj wyjątkowa czy w jakimś względzie specjalna. Wręcz przeciwnie, pomimo wieloletniej pracy nad samą sobą i próby odbudowania jakoś systemu własnej wartości, głęboko pod skórą wciąż zakorzenione miała to postrzeganie siebie samej jako kogoś gorszego. Kogoś, kto nigdy nie będzie idealny, cudowny, wspaniały, wystarczająco inteligentny i bystry. Dlatego też, zamiast próbować dorastać do stawianych przez społeczeństwo standardów, ona zaniżała własne oczekiwania, uznając, iż z idealnością wcale nie jest jej do twarzy.
Co więcej, Madeline od zawsze wierzyła, że nikt nie jest w całości idealny, posiadając jakieś wady, bez względu na to, czy sam był ich świadomy lub czy chciał się do nich przyznać. To, co właśnie uczyniła, z pewnością nie czyniło z niej istoty bez wad, a wręcz przeciwnie, być może stawiało ją jako człowieka, który nie ma w sobie za grosz empatii, kto nie przejmuje się losem innych i, co więcej, kto jest prawdziwym tchórzem.
To słowo, nawet w jej umyśle, zabrzmiało cicho i brudno, jakby Irving brzydziła się chociażby je pomyśleć. Zazwyczaj nie przejmowała się rzucanymi w jej stronę obelgami, bez względu na to, od kogo pochodziły i jak brzmiały. Jednak oskarżenie ją o tchórzostwo naprawdę raniło jej dumę, wbijało się głęboko w jej skórę i zazwyczaj twarde jak z kamienia serce, sprawiając, że chciała być jeszcze lepsza, za wszelką cenę udowadniając, że to jedno słowo nie widnieje i nigdy nie będzie widnieć w jej słowniku. A jednak teraz, kiedy nagle w ich stronę zbliżył się Niemiec, obrzucając ją ostrzegawczym spojrzeniem, które być może powinno zmrozić jej krew w żyłach, jednak tak naprawdę nie wywołało większej reakcji, ponieważ kobieta za bardzo pogrążona była we własnych myślach, Madeline nie mogła odeprzeć od siebie wrażenia, iż tak naprawdę była prawdziwym tchórzem, tak łatwo wyzbywając się broni i ignorując błagalne spojrzenia, które rzucała jej nieznajoma dziewczyna. Powinna przecież coś zrobić, wziąć na siebie odpowiedzialność za własną głupotę i lekkomyślność. Powinna zaryzykować, swoim życiem, pozycją, powierzonym jej zadaniem, powinna walczyć, zamiast niemalże kulić się na ziemi, czekając, aż wszystko przeminie.
Z drugiej strony dobrze wiedziała, że podejmuje rozsądną decyzję. Postanawia przeżyć, chwycić bezpieczniejszą opcję, aby walczyć innego dnia, gdy będzie miała na to prawdziwą okazję. Część jej, ta, która broniła się przez rzucanymi na nią samą oskarżeniami, mówiła jej, iż to nie było tchórzostwo, a jedynie rozsądek, dogłębna ocena sytuacji oraz wybranie wyjścia, które dawało jej więcej możliwości na przyszłość. Nie mogła przecież zapominać, iż wciąż nie była w pełni bezpieczna, dziewczyna dalej mogła ją wydać, w przypływie strachu palnąć coś o ujrzeniu Madeline w Le Dome i o tym, iż nie widziała jej nigdy w pracy. Irving miała na to kilka wymówek, jednak równocześnie dobrze wiedziała, iż wielu Niemców, szczególnie w przypływie złości, najpierw wyciągało broń, a później gotowymi było zadawać pytania i słuchać tłumaczeń, w które i tak mogli nie uwierzyć. Dlatego, choć połowa jej osobowości rwała się do powiedzenia czegokolwiek, aby ściągnąć na siebie uwagę Niemca, kobieta ugryzła się w język, obserwując w ciszy to, co działo się dookoła, próbując przekonać samą siebie, iż postępuje słusznie. Robi to, co ją nauczono. Nie podejmuje niepotrzebnego ryzyka, wolę walki zachowując na przyszłość. Na tą chwilę lekki przypływ adrenaliny, który pojawił się wraz z koniecznością szybkiego pozbycia się broni, musiał ją w pełni zaspokoić.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Sob Cze 24, 2017 11:47 pm

Słońce nadal niespiesznie przesączało się przez aromatyczne gałęzie niewysokich, cmentarnych krzewów, które – jak zwykle – rzucały cętkowany cień na skrywającą martwych ludzi ziemię. Mierna imitacja wiatru powiewała łagodnie nad skąpanymi w słońcu alejkami, a w zazielenionych koronach drzew cicho świergotały ptaki, tak jak czyniły to zawsze. Stare pomniki oraz nagrobne płyty nie zmieniły się ani na jotę i zapomniane przez świat porastały  szeleszczącym bluszczem, pokrywającym wyryte w kamieniu nazwiska wraz z datami śmierci.
Na cmentarzu Montparnasse pozornie nie zmieniło się nic – nic, poza panującą tu atmosferą.
Zwyczajowy spokój tego miejsca został brutalnie rozdeptany pod ciężkimi, niemieckimi butami, których równomierne, nieco zbyt nerwowe echo rozlegało się na cmentarnej alejce. Reifenstein w milczeniu obserwował jak z pomników zrywane są niewielkie karteczki, na wskutek kilku mocnych szarpnięć przybierające formę drobnego konfetti – nie mógł zbyt długo cieszyć oczu widokiem rozpierzchających się po brudnej ziemi
gwiazda Dawida trafiła tam, gdzie jej miejsce
kawałków papieru, napotykając racjonalny mur spojrzenia, jakie posłał mu prałat.
Choć jedna osoba rozumie, g d z i e jest pies – by tak rzec – pogrzebany.
Lars gotów był postawić kolejny krok w stronę ciemnej, zaciągającej przyjemnym chłodem dziury w ziemi, ale wtedy na jego drodze – kolejna przeszkoda, kolejna porcja wrażeń – stanął Kriminaldirektor, dość dosadnie odwlekając i tak zbyt długo odwlekany moment pochówku. Sturmbannführer wyglądał tak, jakby przed momentem oberwał czymś wyjątkowo ciężkim. I to mocno, sądząc po wyrazie jego twarzy.
Chociaż nawet nie w połowie tak mocno, jakbym tego chciał.
Spojrzenie Larsa – przez wzgląd na lodowaty chłód, który jakimś cudem zdołał zachować w źrenicach – perfekcyjnie kontrastowało z lejącym się z nieba żarem; do pewnego momentu upał doskwierał mu coraz bardziej, lecz każde kolejne słowo padające z ust Kriminaldirektora, spychało to wrażenie coraz dalej, aż wygnało je poza granice fizycznej percepcji. Przez moment liczyła się tylko ta dwójka: gestapowcy, którzy sprawiali wrażenie, jakby w przerwie od załatwiania codziennych spraw przypadkiem spotkali się przy kawałku drewna, w którym dziwnym zbiegiem okoliczności spoczywał ich kolega po fachu.
Zajmę się tym – odparł cicho monotonnym tonem, prawie nie poruszając ustami i nie odrywając wzroku od sylwetki prałata, który cierpliwie wyczekiwał złożenia trumny w miejscu spoczynku.
Zrób z nią co chcesz, byle tylko cierpiała.
Potrzebował mocniejszej zachęty? Motywacji? Chwili namysłu?
Nic podobnego. Na swój sposób to odrażające – lecz czyż nie upaprał już rąk po łokcie? Jedna żydówka więcej niewiele zmieni.
Kiedy opuścimy trumnę – choć zwracał się do trójki pozostałych gestapowców, którzy towarzyszyli mu w tej wyprawie przez (do?) piekło, ani razu nie zerknął w ich stronę – tak, aby nikt nie nabrał podejrzeń, czego może dotyczyć rozmowa. – Dwóch z was uda się do najbliższej bramy na prawo stąd. Wyjdźcie na zewnątrz cmentarza, czekajcie za murem i wypatrujcie tej dziewczyny.
Reifenstein robił wszystko, aby ta część ceremonii była już za nim – wzdłuż alejek wciąż trwały przeszukiwania, być może gdzieś w tyle lada chwila miało dojść do tragedii, ale Lars myślał jedynie o ciężarze, który lada moment miał zsunąć z ramienia wraz z samym Kastnerem.
Jeden ma obstawić dalszą bramę na prawo. Jeśli będziecie musieli strzelać, to tak, by nie zabić.
To na swój sposób tragiczne, aby o definitywnym końcu człowieka zadecydowały dwie grube liny oraz czterech mężczyzn zsuwających trumnę do chłodnej głębi wyżłobionego w ziemi dołka. To tragiczne, by w pogrzebie męża nie mogła wziąć udziału żona.
To tragiczne, że w chwili, w której trumna zderzyła się z ziemią, czterej towarzysze ostatniej podróży Erika przeobrazili się w imitację czterech jeźdźców apokalipsy – z czego trzech lada moment miało zniknąć z pola widzenia, a ten ostatni, prawdopodobniej najbardziej żądny przemocy, z pełnym rozmysłem podążył spojrzeniem w prawo.
Jak gdyby był w stanie dotrzeć żydówkę, która miała skrywać się za pomnikiem.
Reifenstein wciąż miał w uszach słowa prałata, kiedy niespiesznie wycofał się spomiędzy nagrobków; zamiast ruszyć w prawo długą, zastawioną przed przeszukiwanych Francuzów alejką, udał się bocznym szpalerem w lewo, docierając dzięki temu do drugiej z alejek – równie szerokiej, co poprzednia, lecz krótszej.
I znacznie mniej zatłoczonej.
Tym razem metodycznie parł przed siebie, obierając kierunek, który doprowadziłby go najbliższej bramy – nie wypatrywał jednak wyjścia z cmentarza, o czym najlepiej świadczyła zwrócona w prawo głowa oraz wzrok metodycznie lustrujący każdy metr.
W końcu gdzieś tam, między nagrobkami, na śmierć czekało zwierzę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Nie Cze 25, 2017 12:56 am

Kołnierzyk zaczyna wżynać mi się szorstkim materiałem w gardło, czuję, jak od szyi w dół rozpędu nabiera bolesny paraliż. Kolejny gwóźdź, który bezwzględnie przybija Fina do tej opłakanej chwili – a to zaledwie delikatny wstęp do czucia się najgorzej w życiu.
Przechyliłem głowę na zdrętwiałym karku w jedną stronę, potem w drugą, nasłuchując doskonale znanych trzasków i dobitnie czując, jak znajome żyłki bólu napinają się w powęźlonych mięśniach między łopatkami.
Dlaczego to robię, skoro zawsze przy tym cierpię?
Skutecznie ignorowałem przesycone strachem spojrzenia, które raz po raz posyłał mi milczący towarzysz przeszukiwanego mężczyzny – i na niego miała przyjść przecież pora, odwleczona w czasie jak wyjątkowo przykry obowiązek (zmywanie naczyń? Wynoszenie śmieci? Zakładanie munduru?).
Dlaczego musimy badać ból?
Mięsień zadrgał nerwowo na szyi, kiedy obojętnie odrzucałem przeciętne produkty paryskiej codzienności, wszystkie te bibeloty, które przy przeszukaniu ktoś mógłby odnaleźć w kieszeni mojej marynarki.
Macać językiem ruszający się ząb, rozdrapywać strupy, szarpać za skrawki blizn?
Przeszukiwany robotnik odpowiedział mi milczącą pogardą.
A tej akurat mam już serdecznie dość.
Poruszyłem barkiem w górę i w dół, znów w górę, znów ostrożnie w dół, aż poczułem, że skurcz odpuszcza. Dłonie chciały jak najprędzej porzucić poszukiwania, wycofać się poza zasięg obcego ciała i powrócić do znajomej pustki, do teraźniejszości, która przypominała teraz wyblakłą przez słońce kliszę, ale wtedy coś zaszeleściło pod dotykiem palców. Mógłbym z lubością odtwarzać w pamięci ten moment: chwilę kompletnego zaskoczenia, kiedy z jednej z przepastnych kieszeni mężczyzny wydobyłem sfatygowany plik kartek, pół minuty niepewności, podczas której obojętnie przesuwałem wzrokiem po poplamionym tekście, kilka uderzeń serca, gdy to Francuz nie spodziewał się, że zdołam rozczytać umęczone zdania.
I tę jedną, ujmującą sekundę, podczas której uśmiechnąłem się lekko, a na twarzy mężczyzny – chyba? Nie jestem pewien, wraz z uśmiechem niedorzecznie mrużę oczy – pojawił się cień zdziwienia. Ale jeszcze nie wahania.
To dobrze.
Bardzo dobrze.
Wciąż nie wie, co go czeka.
Na kolana – mój głos chrypiał jak zniszczone radio, ale nie miałem na niego wpływu – na nic nie miałem już wpływu, kurczowo zaciskając (nie, nie zaciskając – mnąc. Mocno, boleśnie, wściekle, nieświadomie) palce na sfatygowanych kartkach papieru. Zabrakło mi cierpliwości, ochoty i dobrej woli, aby zaczekać na decyzję Francuza – klęknie? Nie klęknie? Nieistotne.
Już nie.
Nogi same wykonały niespieszny krok w przód, brwi same podskoczyły w wyrazie udawanej obojętności (bardzo kiepsko udawanej, trzeba przyznać), a ręka sama wyrwała się do przodu, celując prosto w usta, które przed niespełna godziną tak beztrosko ćmiły papierosa, oraz nos, który niczemu nie zawinił, ale z zasady był dobrym miejscem lądowania dla pięści.
Rąbnąłem komucha prosto w twarz, wyrzekając się opanowania, niespieszności, lodowatego spokoju.
Rąbnąłem go prosto w plugawą, komunistyczną mordę i nagle poczułem się jak nowo-narodzony.
Nie wiem, czy coś w twarzy Francuza chrupnęło jak przegryziony paluszek. Nie wiem, co stało się pomiędzy prowadzili nieustanną, już to ukrytą, już to jawną walkę a przyjemnym mrowieniem we wciąż zaciśniętej pięści. Nie wiem, czy ktokolwiek zwrócił uwagę na to, że właśnie – właśnie teraz! – na środku cmentarza uderzyłem kogoś w twarz, z jednej dłoni robiąc brutalny użytek, a w drugiej wciąż zaciskając fragment Manifestu, który niemal parzył zaciśnięte na nim palce.
Powiedziałem: na kolana.
Zmięte, zwinięte w rulon kartki uniosły się wraz z moją ręką na wysokość twarzy drugiego z mężczyzn – tego, który od samego początku przejawiał więcej rozsądku niż brawurowy  towarzysz.
Ty też.
Wpatruję się w niego i w końcu przypominam sobie, że chyba powinienem znów zacząć oddychać. Czas przyspiesza, moje płuca ostrożnie nabierają tlenu, adrenalina kotłuje się w żyłach jak wrzątek w czajniku. Jeszcze przed momentem byłem gotów rozpęknąć na pół, ale teraz znów mogę myśleć – trochę, powolutku, niespiesznie zrozumieć, czego właśnie się dopuściłem.
Oraz co mógłbym zrobić jeszcze raz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Nie Cze 25, 2017 8:51 am

Rozległ się strzał, a Enzo zdołał odczuć jak wystrzelony przez Niemca nabój muska jego lewy bok i rozrywa czarną koszulę. Francuz wybiegł na zewnątrz i przystanął. Czy wszystko w porządku? Porządku. Wszystko w porządku? Wszystko. A jednak jego serce straciło normalny rytm, biło, biło i pokazywało, że on jednak wciąż żyje. Odgarnął nerwowo włosy, które były tak długie, że pojedyncze kosmyki wpadły mu do ust i wychylił się na palcach ostrożnie w przód, z jednym zmrużonym okiem zerkając na oddalony o kilkanaście metrów konwój. Tłum wyraźnie rozdzielił się na jego oczach na dwie grupy, a sam Fenouil śmiał jedynie podejrzewać na jakiej podstawie.
Jednak napastnik nie miał zamiaru zbyt długo pozostać bezczynnym a już w żadnym wypadku nie miał zamiaru pozwolić mu uciec. Enzo odwrócił gwałtowanie głowę, zrywając się do biegu w stronę bramy wyjściowej (D). Mijał groby i posągi, oczy pozostawały szeroko otwarte, rejestrując otoczenie dookoła wyraźnie, wyjątkowo bez większych skaz. Chociaż musiał przyznać, że czasem lekko skakało, było w porządku - głównie dlatego, że skupił się na jednej rzeczy, to znaczy, istocie oczywiście, nie rzeczy. Co za głupota tak to nazywać.
Zgodnie z biegiem nastroju własnego i atmosfery sytuacji pochylił się lekko i przyspieszył. Niesamowicie narwany w tym momencie wyłapywał każdy dźwięk, uderzenia butów o glebę, szuranie. Ale czy to tak kulturalnie było? Biegać po cmentarzu, zakłócać spokój? Toż wyjść w trakcie pogrzebu to jak wyjść w trakcie wesela. Powinien wykazywać choć troszkę szacunku do tych, którzy tu leżeli, powinien być bardziej stonowany. A już na pewno nie powinien rozważać potraktowania nagrobka jako murku do oparcia się, gdy zdawało mu się na chwilę, że za plecami nie miał żadnych odgłosów, jedynie dźwięk ocierania uderzenia własnymi butami o zbity grunt. Ostatecznie się jednak nie zatrzymał. Trzeba było iść w zaparte, nie? Nie wycofa się tak łatwo. Sądził, że miał przewagę własnej renomy oraz przekonania, które biło z jego fizjonomii i postawy właśnie. Postanowienie było proste. Wydostać się na zewnątrz. Bo przecież jeśli tylko dobiegnie do Rue Froidevaux to wszystko powinno potoczyć się tak, jak sobie to Francuz wymyślił. Nawet jeśli Niemiec wybiegłby tam za nim, to gdzie jak gdzie, ale na cmentarzu nietrudno było schować ciało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Nie Cze 25, 2017 8:51 am

The member 'Enzo Fenouil' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   Nie Cze 25, 2017 10:22 pm

Był Piłatem, Judaszem? Faryzeuszem?

Powinien żałować tego, co uczynił - i jako chrześcijanin, i jako ksiądz. Powinien zmagać się z myślą, że winien jest tego wszystkiego, co spotka z rąk gestapo tę nieszczęsną dziewczynę, którą okrutny los zmusił do popełnienia aktu desperacji, za który przyjdzie jej zapłacić głową. Powinien - w oczach Boga i Jego sprawiedliwości, podług której i on zostanie pewnego dnia osądzony.

A jednak, nawet jeśli zadrżała któraś ze strun tego rozstrojonego, zakurzonego instrumentu - ze wszech miar niepotrzebnego! - jakim było sumienie księdza prałata, w najgorszym razie wydała nikły pisk, ten zaraz zginął w składnej, rządzącej się zasadami ładu i harmonii, kompozycji, skrzętnie tkanej przez jego racjonalny umysł od dobrych sześćdziesięciu lat. Czymże to było to jedno życie wobec mechanizmów sterujących światem? Nie sposób wygrać partii szachów bez poświęcania którejś z bierek - należy pogodzić się z myślą, że ofiary na rzecz dobra ogółu są konieczne... lub przegrać. Zwycięży ten, kto będzie nie tylko inteligentniejszy, ale i bardziej bezwzględny. Za osobistą tragedię pionków można co najwyżej powziąć to, że większość z nich nie jest świadoma, że nimi są, dopóki nie błyśnie nad ich głowami katowski topór.

Przeniósł spojrzenie swych zimnych, beznamiętnych oczu z Herr Reifensteina na składaną właśnie do grobu trumnę. Był świadom, że Kriminalinspektor już za chwilę wyruszy na łowy, na podobieństwo dzikiej bestii - rekina, który wyczuwa krew ofiary z odległości kilometra. Jakiż gniew i jakaż nienawiść musiała teraz krążyć w żyłach jego i towarzyszących mu funkcjonariuszy gestapo, których obojętne maski miały już wkrótce opaść, obnażając ich prawdziwe "ja". Ledwie krok dzielił prałata od stwierdzenia, że żałuje, że nie będzie miał sposobności być naocznym świadkiem tego przerażającego, ale i urzekająco pięknego spektaklu, który rozegra się w nieomalże w cieniu ceremonii. Pięknego, bo i w jednej chwili łowczy będą zmuszeni wytężyć wszystkie swoje zmysły w sposób, jaki nie powinien być w cywilizowanym społeczeństwie obserwowany; a umysł wypełni jedna tylko myśl, potężna, motywowana i obowiązkiem, i zwierzęcym pragnieniem. Przerażającego, bowiem będzie świadectwem brutalnej siły, której dyplomata lękał się najbardziej w świecie, albowiem nie potrafił jej ani zrozumieć, ani ta też nie pozwalała się kontrolować. Ludzi naiwnych, głupich - tych można zmanipulować. Rozumnych, uczonych - przekonać do swoich racji. Pysznych - podejść komplementami. Na cóż jednak zdadzą się słowa, choćby i najbardziej jadowite, wobec rozpędzonej, rozgrzanej do czerwoności ołowianej masy, gotowej pożreć serce, mózg, kości i trzewia? Niedawno miał okazję zasmakować tej gorzkiej prawdy na własnej skórze: wystarczyłoby jedno przypadkowe drgnięcie nadgarstka Enza, by prałat zakrztusił się własną krwią i w agonalnych podrygach wyzionął ducha w samym centrum Paryża. Ostatecznie, on, który głosił wiarę w Niebo i zmartwychwstanie, a który tak ochoczo posłał przypadkową Żydówkę w objęcia kostuchy, lękał się śmierci. O czym, szczęśliwie, wiedział tylko on i on sam.

Gdy więc Erik Kastner - ponure przypomnienie tego, czym i on sam kiedyś się stanie - znalazł się już w uprzednio wykopanym dole, prałat rzucił tylko krótkie spojrzenie oddalającym się gestapowcom, przeżegnał się należycie i przemówił z namaszczeniem, jakiego należałoby oczekiwać od człowieka głębokiej wiary:

- Inclina, Domine, aurem tuam ad preces nostras, quibus misericordiam tuam supplices deprecamur...

I tak też jął odmawiać część przepisanych Rytuałem modlitw, część z nich opuściwszy - z uwagi na pragnienie, tako i własne, jak i żałobników, by czym prędzej zakończyć ceremonię. Zważywszy, że jego podręczne kropidło znajdowało się w kieszeni płaszcza, którego nie miał zamiaru ruszać - z wiadomych względów - zrezygnował też z pokropienia trumny wodą święconą. Zresztą, któryż z żałobników mógł orientować się w zawiłościach prawa kanonicznego? A ująwszy wreszcie w dłoń garść ziemi, rzucił ją na drewniane wieko ze słowami uniwersalnej prawdy:

- Et omnia pergunt ad unum locum de terra facta sunt et in terram pariter revertentur.- Wszystko idzie na jedno miejsce: powstało wszystko z prochu i wszystko do prochu znów wraca I wreszcie, nakreślił znak krzyża w geście błogosławieństwa: - Requiescat in pace. Amen.

Zwyczajowo, rodzina zmarłego powinna wygłosić mowę pogrzebową, jednakowoż - zważywszy na stan Claudii Kastner - było to w tym przypadku niemożliwe. Ksiądz cofnął się zatem nieco, aby uczynić miejsce dla żałobników, którzy zdecydowaliby się przemówić, tudzież osób, które zasypią trumnę. Zdawać by się mogło, że wszystko zmierzało ku dobremu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Cmentarz Montparnasse   

Powrót do góry Go down
 
Cmentarz Montparnasse
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Pozostałe dzielnice-
Skocz do: