IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Biblioteka Narodowa Francji


Share | 
 

 Biblioteka Narodowa Francji

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Biblioteka Narodowa Francji   Nie Lip 03, 2016 3:01 pm



Biblioteka Narodowa Francji

Historia Biblioteki Narodowej Francji, ustanowionej oficjalnie w 1461 roku, sięga aż średniowiecza i powiązana jest z królewską biblioteką w Luwrze. Utworzył ją 1368 roku król Karol V, a niektóre pochodzące z niej zbiory nadal znajdują się na wiekowych półkach Biblioteki Narodowej.
W pewnych kręgach mówi się, że jej pracownicy to jedni z największych patriotów w Paryżu. Choć na początku okupacji biblioteka utraciła część zbiorów, które wywiezione zostały do Niemiec, inne manuskrypty oraz zabytkowe wydania w dziwny sposób zniknęły. Okupanci wciąż jednak domagają się zaginionych zbiorów, a ich hałaśliwe wizyty stały się tutaj niemal powszechnym widokiem.
Spokój, który przez tak długi czas panował w owalnej, budzącej podziw sali, jest teraz produktem luksusowym.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Sro Wrz 14, 2016 8:26 pm

Cóż to był za wspaniały dzień dla osoby, która nie lubiła nudy! Do agencji Theo przyszedł tego ranka starszy mężczyzna, który stwierdził, że ukradziono cenny naszyjnik, który chciał dać swojej żonie na rocznicę. I że potrzebował go na następny dzień, aby go jej wręczyć.
Nie dość, że presja czasu, to jeszcze było coś ciekawego! Po krótkiej rozmowie, Theo doszła do wniosku, że jest jedna osoba, która mogłaby coś na ten temat wiedzieć - brat jej klienta, który według pana Godarda zachowywał się tak, jakby coś na temat całej sprawy wiedział.
Logicznym więc było, że należało się włamać do jego domu w poszukiwaniu dowodów, prawda?
Tak też właśnie zrobiła, a gdy udało jej się wejść do środka, ledwie przeszukała jeden pokój kiedy brat jej klienta (a w każdym razie ktoś) wszedł do domu. Przeklęła cicho i cicho przemknęła do innego pokoju, chowając się, a gdy miała okazję, ruszyła szybko w stronę drzwi, wymykając się z mieszkania.
Cóż za gracja, naprawdę.
Drzwi zamknęły się chyba nieco za głośno, toteż popędziła sprintem przed siebie, żeby wydostać się z budynku, a potem żeby nie wzbudzać za bardzo podejrzeń, szybkim krokiem szła przed siebie, naciągając mocniej kapelusz na głowę i co jakiś czas oglądając się za siebie. Pech chciał, że znalazła się teraz na drodze, która prowadziła do jej domu, i że akurat wtedy zaczepił ją znajomy pisarz, który, o czym nie wiedziała, właśnie miał ją odwiedzić. A do tego Theo miała wrażenie, że ktoś naprawdę ją mógł w każdej chwili dogonić. Zanim więc Yves zdążył powiedzieć o co chodzi, Theo chwyciła go za rękaw i wciągnęła za sobą do biblioteki, której wejście znajdowało się tuż obok. W normalnych okolicznościach weszłaby powoli, wciągając zapach książek, ale teraz na ten rytuał nie było za bardzo czasu.
- Hmm? - spojrzała na niego, dając znak ręką, żeby powiedział, co chciał powiedzieć. Bo to przecież taka naturalna rzecz się właśnie stała. Przecież każdego wciągała do najbliższego budynku, a potem zadawała pytania!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Sro Wrz 14, 2016 10:14 pm

| start!

Wyobraźcie sobie scenę, w której budzisz się dosyć gwałtownie, nie pamiętając swojego dotychczasowego snu, i stwierdzasz, że jest już grubo po południu. Czujesz się właśnie jak na niezłym kacu… a może upojeniu? Cóż, ogółem za wiele nie kontaktowałem, byłem zdecydowanie zdezorientowany i trwający tak na granicy jawy i snu. Trochę tak, jakby mamka robiła pranie i do prania zabrała mój mózg. A o czym to ja w ogóle…?
Nie wiedziałem. Chyba pozwalałem myślom mknąć niezauważonym, jak gdybym był wyłączony niczym radiowy odbiornik. Może właśnie dlatego nie zaprotestowałem, kiedy stanąłem nieoczekiwanie przed panną Finalité  i zostałem przez nią wciągnięty do środka biblioteki. Spojrzałem na jakiegoś wkurzonego mężczyznę, który musiał zrobić nieznaczne kółko, by nas wyminąć, przez co też nerwowo zderzył się ze ścianą, a Theo…? Theo mnie porwała do biblioteki i to narodowej! Ejcie, czy to podchodziło już pod porwanie…?
Stało się coś? – wydukałem w końcu siebie, choć musiałem wyglądać przez to całe skupienie i ociąganie na chcącego się jej oświadczyć. Zmierzwiłem sterczące na wszelkie strony włosy i spojrzałem na jej drugą rękę, która non stop mnie ściskała. Czy bolało? Nie wiem, choć powinienem raczej to określić na potrzeby książki. Książki… Właśnie! Może znalazłem się nieoczekiwanie w środku sceny pościgu.
Ktoś cię gonił? – zapytałem, wychodząc w tej chwili na geniusza. Nie dość, że myślałem wolno, to jeszcze wolniej wypuszczałem ze swoich płuc powietrze, kiedy pytałem ją o to wszystko, a właściwie o niemal nic.
Zbladłaś – dodałem po jeszcze dłuższej chwili. A może szklanka wytrawnego wina pozwoliłaby mi się otrząsnąć z tego balansowania? Zapewne najlepszym wyjściem byłaby filiżanka kawy… Ale w bibliotece najpewniej jej nie mieli, a jak mieli, mieli, to nie częstowali nią szarych obywateli. Może powinienem pobawić się w esesmana? Dobry, inspekcja! Kawusię poproszę w międzyczasie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Sro Wrz 14, 2016 11:19 pm

Theo również zauważyła biednego zirytowanego mężczyznę i aż jej się szkoda zrobiło, ale no, co się stało to się nie odstanie, a mężczyzna i tak już poszedł gdzieś dalej. Może spotka go coś milszego jeszcze dzisiaj i zapomni o takim traktowaniu.
Zanim odpowiedziała na pytanie, delikatnie otworzyła drzwi i wyjrzała, ale na szczęście nie dostrzegła nikogo podejrzanego.
Chyba w takim razie nie została złapana.
- Tak - potwierdziła w końcu na to drugie zadane pytanie. Była trochę pozbawiona oddechu od tego biegu, ale poza tym, zachowywała się tak, jakby to naprawdę było na porządku dziennym. Co tam jakiś pościg!
- Ale chyba już go zgubiłam. Albo ją. W sumie nie mam pewności. Cóż, będę musiała tam wrócić - wzruszyła ramionami, zastanawiając się czy tym razem pójdzie jej nieco łatwiej, bo wypadałoby żeby nie została złapana, jeśli chce rozwiązać sprawę.
Wciąż jednak była trochę, minimalnie, roztrzęsiona, dlatego też dopiero po chwili dotarły do niej słowa.
- Zbladłam? - przyłożyła dłonie do policzków, jak gdyby mogła w ten sposób zobaczyć, jaki kolor przybrała jej twarz - Pewnie od biegu. Mam dobrą kondycję, ale dawno nie biegałam. Czy mam mocno rozwalone włosy? Powiedz mi proszę, że nie, bo albo przed kimś uciekałam albo wracam ze schadzki, a obie te rzeczy przyciągają uwagę ludzi. Nie wspominając o tym, że jedno z nich jest prawdą - skrzywiła się lekko, mając nadzieję, że jednak nie jest tak źle. Dobrze, że chociaż kapelusza nie zgubiła po drodze!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Czw Wrz 15, 2016 7:45 pm

Wszystko pięknie, plan niemal doskonały… Tylko że miałem zbyt marne umiejętności lingwistyczne, jeśli chodziło o język tych moich wielkich ulubieńców. Westchnąłem lekko, obiecując sobie, że tym razem zajrzę do książki ze słówkami i zwrotami niemieckimi. Przy dobrych wiatrach będę miał kawusie… Ta, chciałoby się.
Wrócić? – zapytałem zaaferowany, bo uciekała, ale zamierza wracać do miejsca zaognienia konfliktu. Trochę nieodpowiedzialnie, co nie? I chorobliwie ciekawie. – Chyba musisz mi to wszystko opowiedzieć – stwierdziłem po prostu, bo nie widziałem innej opcji. Przy tym niezdrowo zafascynowany kiwałem głową z przypiętym do warg swoim firmowym uśmiechem. Yves Favre na tropie najlepszych historii z życia wziętych. W przyszłości będą mnie czcić za te wszystkie ploteczki… poważne informacje o Paryżankach i Paryżanach.
I nie przesadzaj tak, młoda. Chyba nie widziałaś kobiety po schadzce… – odparłem nieco nazbyt odważnie, przekraczając granicę bycia dżentelmenem na rzecz tego zawadiaki z filuternym uśmiechem. Zaśmiałem się niepoważny, otwierając przed nią kolejne drzwi. – Skoro już tu jesteśmy, chodźmy udawać dorosłych, mądrych ludzi – zaproponowałem, czekając aż przejdzie pierwsza. Zgłębimy wszelką, głęboko skrywaną, tajemnicę tego gmachu… której nie zdążyli wynieść szkopy.
Powiedzmy, że rzucam ci w tej chwili rękawicę… Założę się, że nie znajdziesz żadnej informacji o… naszej Dziewicy Orleańskiej, której bym nie znał – rzuciłem, wzruszając ramionami. Nic lepszego nie wpadło mi do głowy, niestety. Zbyt pijany snem nadal byłem, ale, kto wie?, może uda nam się znaleźć coś, co mnie natchnie do pisania? Zatrzymałem się w martwym punkcie i kompletnie nie miałem pojęcia, jak mógłbym z niego wybrnąć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Czw Wrz 15, 2016 8:07 pm

Trochę bawiło ją zmieszanie na twarzy Yvesa, który nie do końca był pewien co się dzieje. Może trochę za bardzo, co było nieco niemiłe, no ale co mogła zrobić, że to było istotnie dość zabawne? Poza tym, na pewno mu zaraz wszystko wyjaśni, bo ciekawe rzeczy muszą być ludziom opowiedziane, nie ma co!
- Wrócić. Bo nie mam tego, po co tam trafiłam.To jest, dowodu. Rozwiązuję sprawę. - dodała ostatnie zdanie, żeby może to wszystko stało się odrobinę bardziej jasne, bo przecież wypadałoby, no. Chociaż nie sądziła, że Yves sam by się nie domyślił, rzecz jasna, bo jednak był przecież inteligentnym człowiekiem.
- Muszę? Nic nie muszę, panie Favre. Ale to zbyt ciekawa historia, żeby jej nie opowiedzieć, z tym że na pewno nie tutaj, ktoś jeszcze usłyszy. - skrzywiła się lekko, bo jednak ludzie byli ciekawscy.
Bo to przecież nie tak, że ona sama była najbardziej ciekawską osobą ze wszystkich, no skąd!
- Skąd pomysł, że nigdy nie byłam na schadzce? - uśmiechnęła się do niego szeroko, wystawiając język. Co tam, że miała dwadzieścia cztery lata, nic nigdy nie jest za dziecinne.
Nie zamierzała też zdradzać czy to prawda, czy nie, że na jakiejś schadzce była, niech się ludzie zastanawiają, a co!
- Myślisz, że to możliwe, żeby udawać dorosłych? - roześmiała się cicho, ale wzruszyła ramionami i podążyła za nim. Słysząc jego słowa, zmrużyła oczy, patrząc na niego.
- Co, chcesz sprawdzić jak dobry jest ze mnie detektyw? - spytała z rozbawieniem, ale tak na serio to już myślała w jaki sposób pokazać swoje niesłychane umiejętności i to, jaka jest mądra. Jak każde dziecko - no, osoba o duszy dziecka - uwielbiała się popisywać, cóż zrobić!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pią Wrz 16, 2016 1:26 am

Ach, te usteczka panny Finalité… Myślę, że mógłbym się w nich zakochać, gdybym tylko miał sposobność je tknąć. Wydawały się być z żelaza, choć myślę, przypuszczam znaczy, że w rzeczywistości okazałaby się być delikatne niczym obłoczki na letnim niebie. One też musiały być niemożliwie mięciutkie. Lubiłem leżeć tak sobie w parku i podziwiać owe dobrodziejstwo świata.
Rozwiązujesz sprawę? – zapytałem, choć zdążyła to powiedzieć. Przy okazji stwierdziłem, że o wiele bardziej interesujące były jej rudowłose pukle, wcale nie tak potargane, jak właścicielka przypuszczała. Aczkolwiek nie miałbym nic przeciwko, gdyby postanowiła je rozpuścić i pozwolić podmuchom wiatru je rozwiewać – nazwałbym ten obraz jak najbardziej pięknym.
Cóż, myślałem, że już dawno temu zdałaś sobie sprawę z tego, panno Finalité, że w  moim towarzystwie nie ma u pięknych dam takich słów jak chcę i mogę, pozostaje jedynie – muszę, panie Favre – zaśmiałem się, gdyż nasze relacje zdecydowanie przeszły na bardziej luźniejszy grunt, gdzie nie musieliśmy bawić się w ostrożności.  Takie relacje z kobietami bardzo mi odpowiadały, gdyż nie musiałem się obawiać, iż coś je może obrazić. Jedynie zawstydzić, co miało wywołać rumieńce, albo – w najczęstszym przypadku – rozbawić. I lubiłem tez udawać przy nich jakże skromnego mężczyznę. Bo wcale nie miałem ega szerokiego i głęboko jak Pacyfik.
A co się tyczy tej całej przereklamowanej dorosłości, to uważam, że jeśli tylko pozwolimy sobie na odrobinę kreatywności, niemal natychmiast znajdziemy się na odpowiedniej drodze do bycia sztywną, poważną i nudną osobą…? Jednak nie. To naprawdę może okazać się trudne w naszym przypadku – przyznałem, tym razem potwierdzając jej opinię. Użyczyłem jej swego ramienia, by poprowadzić ją wśród ogromnych regałów, na których piętrzyły się księgi, zwoje i inne dziwoje.
I może porzućmy temat Dziewicy… Potrzebuję czegoś takiego intrygującego, co świetnie współgrałoby z opisywaną przeze mnie sprawą. Fikcyjną. Taki zwrot akcji by się przydał, coś, co każdy zna może…? Sam nie wiem, czego szukam, więc mam nadzieję, iż mi pomożesz, dobrodziejko, w poszukiwaniach. Może powinienem wpleść do historii wątek uciekającej, rudowłosej niewiasty…? – zasugerowałem, głośno myśląc, oczywiście. Zagubienie, choć bardziej typowe me obycie, dawało się jej dziś we znaki. Choć, z drugiej strony, która nie chciałaby towarzystwa takiego bujającego w obłokach artysty jak ja?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pią Wrz 16, 2016 3:41 pm

- Rozwiązuję - potwierdziła z błyskiem w oku i szerokim uśmiechem. Nie przeszkadzało jej ponowne pytanie, bo chciała się w zasadzie przed każdym pochwalić, że rozwiązuje jakąś sprawę, żeby cały świat dowiedział się o tym, jaka jest genialna.
No dobrze, aż tak bardzo skupiona na sobie i próżna nie była. Uważała jednak, że ma wszelkie prawo do bycia dumnym ze swojej osoby.
- Czy każdej damie tak słodzisz? - spytała, przewracając oczami, ale z rozbawieniem. Yves był naprawdę ciekawą osobą i pewnie dlatego tak chętnie mu pomagała. Plus, pisał kryminały, a przecież każdy, kto pisze kryminały zasługuje na największy szacunek. W końcu to dzięki kryminałom odnalazła w życiu jakikolwiek sens.
Jej myśli powędrowały w stronę tych mroczniejszych lat w jej życiu, ale szybko wzięła wdech i zmusiła się do wrócenia do teraźniejszości.
Tutaj było w porządku, tutaj każdy żył, i Yves i ona.
- I cóż, skoro w takim razie tak cudowne osoby jak ja mają tylko jedną opcję to później ci z chęcią opowiem - obiecała, pierwszą część zdania mówiąc żartobliwym tonem, ale kończąc je z powagą, bo przecież taka historia zmarnować się nie może, prawda?
- Cieszę się, że się zgadzamy. Zresztą, po co udawać? Bycie dorosłym jest nudne, a najnudniejsze jest wtedy, kiedy, tak jak teraz, dorośli jesteśmy naprawdę. - skrzywiła się lekko, bo czy naprawdę miała ponad dwadzieścia lat? Wolałaby być w takim wieku, że ludzie nie ocenialiby jakichkolwiek dziecinnych zachowań.
- Powiedz mi więcej, nigdy nie słyszałam historii o uciekającej, rudej dziewczynie. Nie mam pojęcia kto, kogo znam, przeżyłby coś takiego - roześmiała się cicho, myśląc przez moment po chwili - Cóż, mogłabym ci zawsze opowiedzieć różne ciekawe szczegóły spraw, które rozwiązałam, ale problem jest taki, że te najciekawsze sprawy zawsze mnie omijają! Chyba mało kto ufa damskiemu detektywowi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Wto Wrz 20, 2016 12:43 am

Czy każdej damie tak słodziłem? Owszem każdej. Powiedzmy, że każdej, choć przed wieloma się wzbraniałem chociażby myśleć o dobrych słówkach… I brzydkie, zaniedbane kobiety również… Te kompletnie ignorowałem, a przynajmniej się starałem.
No coś ty, Theo! Jesteś wyjątkiem! – odparłem zaraz, uśmiechając się do niej. Chwyciłem jej dłoń i złożyłem na niej drobny pocałunek. – Tylko mogłabyś mi w końcu opowiedzieć tę historię, zamiast ciągle wspominać o opowiadaniu – rzuciłem, nie zapominając o typowym męskim narzekaniu. Ciekawość mnie zżerała, zaś wena pragnęła wysłuchać wszelkich takich rewelacji, które miały związki z tajemnicami.
Między innymi dlatego skręciłem w jakiś bardziej zaciszny rząd, w międzyczasie wysłuchując jej odpowiedzi. Na koniec parsknąłem i nie ukrywałem się z tym roześmiany od ucha do ucha.
Toć to oczywiste, że kobiety się do tego nie nadają, moja droga! Owszem, przyznam rację, że jesteś zdolna z tym kocim ciałem wepchnąć się do każdego domu, zapewne znasz wiele ploteczek i umiesz wyciągać informacje, ale do ciągnięcia prawdziwej sprawy się nie nadajesz. Znalazłaś może w końcu moją dawną przyjaciółkę? Śmiem twierdzić, że nadal nic. Rozpłynęła się w powietrzu, co? – odparłem nieco elokwentnie. Naumyślnie. Już się gotowałem do słów przeczącym moim, słów protestu, a może nawet uderzenia w ramię. – Czyż nie tak? – dodałem, by podsycić ten ogień. Nie ma to jak kobieta pełna emocji, kiedy oczy, mimika twarzy, gestykulacja i inne ruchy ciała wyrażają jedno – wściekłość czy pożądanie. Z drugiej strony, faktycznie nie widziałem kobiety jako detektywa z prawdziwego zdarzenia.
Nieistotne, Theo – odparłem zaraz, bo naszło mnie na doradzanie. Wpadła mi do głowy doskonała fraza i musiałem ją wykorzystać w naszej rozmowie. Czoło mi się zmarszczyło ze skupienia, a wargi i reszta twarzy – powagę sprawy.
Po prostu musisz sama wyszukać sobie sprawę. Poważną. Prawdziwą. Najciekawszą. I musisz ją rozwiązać. Musi być ona głośna… Albo genialna tak, by zrobiła furorę w postaci powieści. Jeśli wtedy gazety i plotki nie uczynią cię sławną, to sam to zrobię, pisząc, właśnie, powieść na podstawie. Mocny kryminał, jakiego nigdy w dłoni nie trzymaliśmy – obiecałem, ba!, ja to na swój sposób czułem. Aż serce zaczęło mi walić jak szalone. Może właśnie o to chodziło? Może powinienem się w to zaangażować? W to coś, co stanie się nową wielką sprawą Theo Finalité? Pomóc jej w tym? Jako ten drugi, a nie pierwszy w tej historii, a potem to spisać? Wzbudzić kontrowersje? Niebezpieczeństwo? Oklaski? Podziw i krytykę? Coś, co zażyje własnym życiem? Tak! To musiało się stać, wydarzyć. Musiało. Po prostu musiało.
- Czujesz to, kobieto? Wyczuwam w powietrzu naszą przyszłą glorię - stwierdziłem, kiwając głową. - Musimy znaleźć sprawę, podpytać dyskretnie... Może ktoś zaginął? I nie został rozstrzelany? - dodałem przyciszonym tonem, przypominając sobie o Niemcach i szpiegach. Ucho Theo znalazło się blisko mych warg... albo wręcz odwrotnie. Me wargi obok jej ucha. W dodatku musiałem brzmieć jak szaleniec.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Czw Wrz 29, 2016 5:21 pm

Przewróciła oczami z rozbawieniem, doskonale wiedząc że wyjątkiem wcale nie była, no ale nie przeszkadzało jej to, bo to przecież były tylko takie żarty. Powtórzyła gest, gdy Yves wspomniał o historii.
- Mówiłam ci przecież, że wolę tego tutaj nie mówić. Wolę się z tym nie ujawniać tak przy ludziach, przecież nie chcę, żeby mój klient stracił anonimowość! Jestem profesjonalistką, Favre! - odparła z udawaną naganą w głosie, jak gdyby Yves uraził ją i ze trzech przodków wstecz.
Skrzyżowałam ręce, odchylając się do tyłu, podczas gdy mój znajomy ciągnął swoje dywagacje. Może i rzeczywiście uderzyłabym go w ramię, ale przecież musiałam udowodnić, że jestem profesjonalną profesjonalistką (wbrew pozorom istnieją na tym świecie przecież nieprofesjonalni profesjonaliści!), więc zachowałam spokój.
Może chodziło o zachowanie profesjonalizmu, ale też i o to, żeby nie dać Yvesowi tej satysfakcji.
- Panie Favre, czyżby był pan masochistą i liczył na to, że zaraz zostanie przeze mnie zamordowany? - uniosła brew z rozbawieniem, pod koniec zdania już nawet na niego nie patrząc i zamiast tego przeciągając rękę po grzbietach książek, które pachniały, no, jak książki, a to był najpiękniejszy zapach na świecie.
Theo wiedziała lepiej - nadawała się na detektywa najlepiej na świecie. Przecież to był powód, dla którego prawdopodobnie wciąż tu była. Bo miała zadanie do wykonania.
- A myślisz, że jak spędzam swój wolny czas, hmm? - uniosła brwi, znów wracając wzrokiem do jego twarzy. - Szukam. Rozmawiam z ludźmi, przysłuchuję się rozmowom, podsłuchuję. Czekam tylko na coś, do czego będę mogła się dobrać! - mówiła z coraz większym entuzjazmem, pod koniec już niemal widząc to wszystko - wspaniałą sprawę, ludzi, którzy oznajmiają, że jednak kobieta nadaje się na detektywa.
Uśmiechnęła się szeroko, bo owszem, czuła to, mocno. Potrzebowała jakiejś niewiarygodnie ciekawej sprawy, czegoś, czego jeszcze nie było!
Tylko pytanie skąd taką sprawę wziąć!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pon Paź 03, 2016 12:19 am

Zbiła mnie z pantałyku, czego nie pozwoliłem sobie okazać. Choć w sumie… Może jednak zrozumiałem to zanadto doskonale? Nieistotne.
Masochistą? Ależ skądże! Jestem kompletnie innym typem mężczyzny… – odparłem rozbawiony, zastanawiając się, jakby to wyglądało, gdyby panna Finalité zaczęła mnie w tejże chwili podrywać i uwodzić. Z pewnością niegrzecznie i z pozytywnym skutkiem…
Westchnąłem lekko i odwróciłem wzrok na jeden z regałów. Przeczytałem leniwie tytuł pierwszej lepszej książki, potem zaś odczytałem nazwisko autora. Zanadto nic mi nie mówiło, skąd wnioskowałem, że to regał nieinteresujący mnie tematycznie. W przeciwieństwie do tego, co zrodziło się w mojej głowie. Obu spraw, choć jednej znacznie ważniejszej. Potrzebowałem czegoś… czegoś takiego… mocnego.
Nie możesz być, moja droga, bardziej ciekawska? Pamiętaj, że im ważniejszych ludzi podsłuchujesz, im bardziej niebezpieczne podsłuchiwanie, tym więcej tajemnic. Jestem pewien, że Niemcy mają tyle tajemnic, że ich wartości nie pomieściłyby wszystkie paryskie skarbce – odparłem przyciszonym tonem. Chwyciłem za jedną z książek i zacząłem ją kartkować. Byliśmy w bibliotece, zaś nasza rozmowa zeszła na niebezpieczne tematy. Odłożyłem niedbale trzymany top, wcześniej go zamknąwszy, po czym ponownie zrobiłem krok w kierunku towarzyszącej mi kobiety.
Czy w najbliższym czasie są jakieś bankiety, uroczystości? Nie przeglądałem dawno swego kalendarza, ani rubryk towarzyskich… Na pierwszych balach, sztukach powęszę. Ty węsz bardziej natrętnie. To, co musze przyznać, to to, że masz więcej w sobie detektywa niż ja – pragnąłem zauważyć, przez co się również wyszczerzyłem. Złapałem nękany przez siebie tom i machnąłem nim przed naszymi twarzami. – Finanse – nie nasza działka – stwierdziłem. Odłożyłem książkę i ująłem ją za ramię. Moje myśli szalały, ale byłem w pełni sprawny psychicznie.
Ale uważaj na siebie, dobrze? Ambicje i sława jednym, ale życie i zdrowie – drugie – zauważyłem trafnie, o czym oboje doskonale wiedzieliśmy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pon Paź 10, 2016 10:56 pm

Dorastał pośród zakurzonych stronic, nadgryzionych zębem czasu okładek, wśród tych, którzy żyli z książek i tych, którzy – tak po prostu – żyli książkami. W sąsiedztwie pełno było niedoszłych reformatorów świata, idealistów, ideologów i każdy z nich miał receptę na natychmiastowe zbawienie. Wszyscy byli wspaniałymi mówcami, ale nikt nikogo nie słuchał, na dodatek roiło się tam od wyznawców Tołstoja i ludzi, którzy wierzyli w jego filozofię. Niektórzy nawet wyglądali i ubierali się jak Tołstoj. Zapuszczali białe brody, przepasywali sznurem rosyjskie rubaszki i wyglądali bardziej na Tołstoja niż on sam. Kiedy Fiodor pierwszy raz ujrzał fotografię pisarza z tyłu okładki jednej z jego powieści, był przekonany, że to sąsiad z jego dzielnicy. Czyż nie widywał go wiele razy? I nie tylko jego - także jego rodzinę i braci? W okolicy byli i tacy, którzy jakby dopiero co wyszli z kart powieści Dostojewskiego (skądinąd jednego z niewielu autorów szanowanych przez Chirjakowa seniora, co tłumaczyłoby imię jego syna) – mieli udręczone umysły i dusze, pełne sprzeczności, gniewu, konfliktów. Fiodora wychowały książki i biblioteczka jego ojca – był małym chłopcem w czasach rewolucji bolszewickiej, pierwsze niemieckie słowa, których nauczył się wymawiać jako brzdąc - pierwsze niemieckie słowa oprócz „tak" i „nie" brzmiały: „Niemiaszki, do budy!". Tak oni, rosyjskie dzieci, krzyczeli, obrzucając kamieniami wyimaginowane oddziały wrogich wojsk. Jakżeby w obliczu podobnej przeszłości Chirjakow mógł nie wykształcić w sobie poczucia relatywizmu, dystansu i swego rodzaju smutnej ironii na temat tego, jak okupowany zostaje okupantem, opresjonowany gnębicielem, jak wczorajsza ofiara może się przekształcić w oprawcę, jak łatwo role mogą się zmienić?
Dziś odczuwał to ze zdwojoną siłą – tę przytłaczjącą świadomość, zadziwiająco trzeźwą myśl, że żaden z niego wilk pośród trzódki owiec, żaden jastrząb pikujący nad ogłupiałymi kurami. Choć biblioteki od zawsze napawały go poczuciem bezpieczeństwa, teraz czuł się zupełnie odsłonięty, pozbawiony jedynego azylu, który pozostał mu na obcej ziemi, w obcym mieście, pośród obcej kultury – pokonywał kolejne stopnie z pełną świadomością własnej ułomności, co posiadało wyłącznie jedną zaletę: oswoił się z myślą o ewentualnej śmierci.
Pamiętał, jak zaledwie tydzień temu wchodził po tych samych schodach – w dłoni ciążyło mu kilka powracających z renowacji książek, na stopniach niemal zderzył się z niemieckim kapitanem, który brak ogłady nadrabiał profilem godnym upamiętnienia w propagandowych ulotkach, naprawione okładki błyskały świeżością i złotymi grawerami, zaś pośród tytułów można było odnaleźć te bardziej i mniej ciekawe, zaś pośród mniej ciekawych – karykaturalnie nużący tomik poezji, który nie zasługiwał nawet na miano podpałki. To właśnie nudne poezje dawno zapomnianych autorów były najlepszym środkiem komunikacji – pośród ich stronnic, jakby przypadkowo zlepionych, tkwiły krótkie, zwięzłe notatki spisane drobnym, równym pismem – tak drobnym i tak równym, że skreślone cyrylicą słowa przywodziły na myśl stojących w karnym szeregu żołnierzy.
To był dobry sposób. Niezawodny, ostrożny sposób, który nie wzbudzał żadnych podejrzeń.
Zawahał się przed przestąpieniem progu biblioteki – bijące z wnętrza rozległej sali ciepło przesycone było wonią kurzu, atramentu i zmurszałego papieru. Lubił ten zapach, przypominał mu o domu – tym prawdziwy domu, w którym nie było pobudek o świcie, dziesięciokilometrowego biegu przez las, broni w magazynie, ciała tak obolałego, że nawet oddychanie wiązało się z cierpieniem.
Nie miał nic przeciwko umieraniu pośród książek – oby tylko zastrzelili go tutaj.
Miękki dywan tłumił dźwięk kroków, jednak czujnej bibliotekarce nie umknęła obecność jednego z nielicznych odwiedzających; powiększone przez grube szkiełka okularów oczy rozpoznały w Fiodorze częstego bywalca, wąskie usta rozciągnęły się w uśmiechu mówiącym kolejna książka w tym miesiącu?, zaś uwaga dość prędko skupiła się na czymś innym – Chirjakow przeszedł tuż obok zwalistego, dębowego biurka, bez cienia wcześniejszego wahania kierując się do części czytelniczej.
Dwóch chłopców – najpewniej uczniów – pochylało się nad tą samą książką, z uwagą śledząc przygody dzielnego Winnetou bądź jego kompana Old Surehanda. W okupowanym Paryżu jedynym autorem, który mógł budzić taką ciekawość niedorostków, był wyłącznie Karl May – dziki Zachód z jego książek stanowił doskonałą odskocznię od tego, co czaiło się za oknami.
A rozbrzmiewające w nocy strzały jedynie urzeczywistniały opowieść.
Fiodor zajął jeden ze znajdujących się w głębi czytelni stolików – ciche, odizolowane miejsce, z którego można było uciec prosto, w stronę wyjścia… bądź między regały z książkami. Jedną z opcji Chirjakow będzie musiał wybrać, gdy w bibliotece zamiast kobiety oraz jego utraconej zguby, pojawi się oddział gestapowców, choć coś – doświadczenie, przeczucie, urojenia – podpowiadało mu, że wśród francuskich kobiet wciąż tli się słaby płomień rozsądku.
Bądź sprytu na tyle wnikliwego, by dostrzegła w odnalezionej w tomiku wiadomości cień szansy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pon Paź 10, 2016 11:49 pm

Tęskniła za czasami, w których zwykła radośnie przechadzać się po ukochanym mieście, z niezwykłą swobodą nucąc wesołe piosenki, a przypadkowych przechodniów obdarowując radosnym uśmiechem drobnych, lekko malinowych ust, znad których śmiały się błękitne, pełne blasku oczy. Piękne czasy, myślała, traktując to miasto jak swoją własność, ale czyż każdy wówczas nie miał podobnego pojęcia? Czy nie czuli się tak swobodnie i bezpiecznie, słysząc dobywającą się z ulic muzykę, rozkoszując się promieniami ciepłego słońca, dorastając przez te wszystkie lata w tym idyllicznym światku, niczym wyjętym z opowieści dla dzieci, gdzie nic złego nie mogło się im przytrafić? Zupełnie jakby nad Francją ktoś rozciągnął szklaną kopułę, zamknął ich wszystkich w kuli, z której mogli spoglądać na świat i cmokać z niezadowoleniem nad poczynaniami ich krnąbrnych sąsiadów, sącząc drogie, czerwone wino i zajadając się wykwintnymi serami. La belle vie, powtarzali sobie na ulicach, nieświadomi nieszczęścia, które nadciąga nad nich wraz z czarnymi chmurami, deszczem kul i bomb, które w mgnieniu oka zajęły ich ukochane miasto. Nie zdążyli nawet ściągnąć suszącego się na sznurach prania, zamknąć okna, aby ogromne krople nie wpadły do środka, a już do drzwi dobijały się twarde pięści, niemieckim głosem wydając rozkazy i oskarżając o coś, czego przecież nie uczynili. Urodzili się, dwadzieścia, trzydzieści lat temu, dumni z niebiesko-biało-czerwonej flagi i Marsylianki, której słów szybko musieli się wkrótce oduczyć i to było ich przekleństwem.
Chciała się łudzić, że była zupełnie inna, jednak prawda, choć bolesna, nie odbiegała od schematu tego lekkodusznego Francuza, ze swym śpiewnym głosem i charakterem, który zdawał się nie dostrzegać nieszczęścia. Kroczyła po zatłoczonych uliczkach w kolorowych, zwiewnych sukienkach, z naręczem kwiatów i wiatrem we włosach, malowała obrazy wśród promieni słońca i bzyczenia pszczół, piła domową lemoniadę na zielonej trawie, żyjąc tak, jakby to życie nigdy nie miało zaznać swego końca. I choć nie zawsze było idealnie, ba, jej rozpoczęte zbyt wcześnie dorosłe życie dalekie było od ideałów, gdy całe dnie spędzała w domu, spinając jasne włosy w lekkiego koka, z którego wyślizgiwały się pojedyncze kosmyki gdy z trudem wycierała kurze na najwyższych półkach czy pilnowała, by znów nie przypalić obiadu, zawsze potrafiła jednak znaleźć tą chwilę, aby napawać się pięknem i wolnością, słodką niczym lejący się miód, który uwielbiała zlizywać językiem ze swoich warg, gdy pozwalała sobie na chwilę zapomnienia od tego, że jej matka umarła, że ojciec już dawno przestał być tym, którego zawsze kochała i teraz to ona musi się starać, aby na wątłych barkach unieść ciężar nie tylko swojego losu, ale i opieki nad domem, młodszym bratem i tym cieniem człowieka, za którym roztaczał się odór alkoholu, każdego dnia coraz mocniejszy.
Powinna to przecież przewidzieć, mieć świadomość, że nic w życiu nie może być idealnie. Widziała, jak świat jej ojca zawalił się w ciągu jednej sekundy, jak czasem łkał na kolanach, przytulając ulubioną sukienkę matki, tą, którą ubrała w ten letni poranek, gdy wspólnie szli na wycieczkę do lasu z wielkim piknikowym koszem i naręczem płócien, aby cieszyć się piękną pogodą i czasem, który dane im było spędzić razem. Widziała, jak cierpi i upada coraz niżej, jak traci wiarę nie tyle w Boga, ale w sens życia, w istotę człowieczeństwa, w to, że po burzy zawsze wychodzi słońce. A jednak dała się omamić, być może łaknąc tej namiastki szczęścia, które przyszło jej czerpać z tych drobnych szczegółów, gdy tak naprawdę nie umiała już znaleźć nic więcej, co sprawiałoby, że na jej twarzy pojawiał się uśmiech.
Dlatego musiała patrzeć, jak powoli przycicha muzyka, z ulic znikają znajomi artyści, jak ludzie spuszczają wzrok i szła w ich ślady, patrząc pod nogi, zamykając usta, z których nie wydobywały się już dźwięki melodii, przestając obdarzać każdego uśmiechem i wreszcie naprawdę rozumiejąc, że szczęście jest tymczasowe, a ona najwyraźniej w dzieciństwie wyczerpała wszystkie jego zapasy.
Wojna nie toczyła się już tylko na frontach, choć i tam pogrzebana została cząstka Flavie, kawałek jej serca, który został zabrany na zawsze i wątpiła, że kiedykolwiek zostanie uzupełniony. I choć odzyskała jedną z najbliższych jej osób, jej ukochany brat powrócił zupełnie tak, jak odszedł – niespodziewanie, nie mogła powiedzieć, że w końcu jest znowu szczęśliwa. Do tego, była pewna, czekała ją jeszcze daleka droga, wyściełana twardym dotykiem jej męża i fioletowymi siniakami, które zdobiły jej porcelanową skórę niczym abstrakcyjne rysunki, sztuka, której nawet ona nie potrafiła zrozumieć.
Stukot obcasów na twardej powierzchni wprowadzał ją w trans i nie zdawała sobie sprawy z tego, iż pod nosem liczy swoje kroki, które prowadziły w stronę miejsca, które znała tak dobrze i które kiedyś zdawało się miejscem naprawdę bezpiecznym, a teraz, jak wszystkie inne, stanowiło jedynie namiastkę tego, co wcześniej potrafiła nazywać domem.
Powoli wspięła się po schodach, otwierając przed sobą ciężkie, drewniane drzwi i pozwalając, aby ciepło pomieszczenia i specyficzny zapach ksiąg otuliły ją już na wejściu, zachęcając, aby zrobiła kilka kolejnych kroków, aby pozwoliła porwać się iście magicznej atmosferze i może, ale tylko może, na chwilę popadła w zapomnienie o tym, iż dokoła wciąż toczy się walka, choć nie było słychać już kul.
Skinęła głową kobiecie za biurkiem, z którą kiedyś potrafiła prowadzić długie rozmowy, a która teraz zdawała się być tak samo szara jak wszystko dookoła, zupełnie jakby niemiecka okupacja wyssała z paryżan wszelkie barwy. Spokojnym krokiem weszła między regały, może odrobinę zbyt mocno ściskając w dłoni torebkę i wzrokiem szukając twarzy, która odrobinę kojarzyła jej się z przygodą. Z szansą na to, aby na moment wyrwać się z monotonni życia i przeżyć coś, co być może sprowadzi na nią kłopoty. Cóż, nie miała nic do stracenia, mogła jedynie wygrać, jakkolwiek nie potoczyłby się jej los.
- Bonjour – powiedziała szeptem, zatrzymując się naprzeciw siedzącego mężczyzny i czekając, aż zwróci na nią swoją uwagę. Wiedziała, iż ma coś, na czym najwyraźniej naprawdę mu zależy, jednak musiał postarać się, aby to zdobyć, a ona z pewnością nie zamierzała po prostu mu tego oddać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Wto Paź 11, 2016 9:25 pm

Wiele razy w życiu nazwano go zdrajcą. Pierwszy raz, kiedy miał jedenaście lat i niespełna cztery miesiące – było to podczas zimowej przerwy, w niecały tydzień przed tym, nim Związek Radziecki ogłosił konstytucję. Pewnego ranka na ścianie jednego z murków pojawiły się namalowane grubymi czarnymi literami słowa: FIEDKA JEST PODŁYM ZDRAJCĄ. Słowo „podlyj" - podły, zrodziło pytanie, które nadal nurtuje go podczas pozbawionych snu nocy, gdy tkwi pochylony nad przemyconymi z Moskwy gazetami. Czy jest możliwe, żeby zdrajca nie był podły? A jeżeli nie, to dlaczego Sasza Reznik (Fiodor poznał jego pismo) wysilał się, by dodać to słowo? A jeżeli tak, to w jakich okolicznościach zdrada nie jest podła? Wtedy nie sądził, że blisko dwie dekady później słowo „zdrajca” będzie nagminnie nadużywane przez niemal każdego Europejczyka, a mimo to nikt nie zada sobie trudu, by zawahać się przez moment i zastanowić nad jego właściwym znaczeniem.
Zdrajca. Człowiek bez honoru. Człowiek, który skrycie, za czyimiś piecami, w imię jakiejś wątpliwej korzyści pomaga wrogowi działać przeciwko własnemu narodowi. Albo szkodzić swej rodzinie i przyjaciołom – mało istotne. Tamtego dnia, gdy jedenastoletni Fiodor został nazwany podłym zdrajcą, matka odparła, że ten, kto kocha, zdrajcą być nie może – tyle tylko, że Marina Chirjakow całkowicie się myliła. Z biegiem lat jej syn rozwinął w sobie poczucie ambiwalencji i zdolność porzucenia (na korzyść jednolitej czerwieni) skrajnych biało-czarnych poglądów, za co zapłacił najwyższą cenę – został pozbawiony uciech, fascynacji, zapału i prostoty życia, pojął jednak, że tylko ten, kto kocha, może zostać zdrajcą.
Bo zdrada sama w sobie nie jest przeciwieństwem miłości – to tylko jeden z jej wielu wyborów.
W grę mogło wchodzić uczucie do kobiety, mężczyzny, rodziny, rodzeństwa, ojczyzny, siebie samego. Ludzkim życiem zawsze kierował zewnętrzny czynnik, coś, co sprawiało, że każdy z nas – choćby na moment – występował przeciwko swym dotychczasowym przekonaniom, porzucał ideały, zapominał o snutych marzeniach i prędzej czy później dopuszczał się zdrady (wobec kobiety, mężczyzny, rodziny, rodzeństwa, ojczyzny, siebie samego…). Tkwił w tym swego rodzaju tragizm: czegokolwiek nie uczynisz, albo jesteś zdrajcą wobec swojej sztuki, albo wobec wewnętrznego poczucia obowiązku obywatelskiego. Fiodor najpewniej nie uciekłby przed poczuciem winy, gdyby jego odpowiedź na chwilowe przeciwności losu nie zamykała się w trzech, prostych słowach: idę na kompromis.
Chirjakow z reguły, powołania i zasad jest wielkim przeciwnikiem kompromisu, uważa, że to słowo ma okropną reputację, że wyraża brak integralności, zasad moralnych, brak konsekwencji i uczciwości. Kompromis to połowiczna porażka, ubrana w łacińską etymologię. Szczęśliwy kompromis to sprzeczność. Oksymoron. Kompromis śmierdzi, jest oszukańczy.
Tyle, że w jego świecie słowo „kompromis" jest synonimem słowa „życie".
Czasem musiał zacisnąć zęby, przełknąć gorzki posmak niechęci i wyjść w pół drogi tym, którzy w jakiś sposób wywarli na niego nacisk – zwykle byli to generałowie obwieszeni medalami, oślepiający zwykłych soldatów czystością cholewek, ci, którzy wojnę oglądali z okien pałaców i robili to, co potrafili najlepiej – szli na kompromisy. Bywały jednak sytuacje, gdy Fiodor musiał ustępować przed zupełnie niepozornym przeciwnikiem. Kimś, kto ledwie przed tygodniem był jedynie numerem w aktach, ciągiem cyferek w zapisanych szyfrem wiadomościach, zjawą balansującą na samej krawędzi relatywności, kolejną ofiarą nazistowskiej okupacji.
Akta 02241, Flavie Bernard.
Za każdym razem, gdy cieniutkie kartki wypełnione skrupulatnie gromadzonymi informacjami otrzymywały twarz, figurę, ciało, gdy nagle okazywały się ludźmi złożonymi z krwi, kości i obaw, Fiodor uśmiechał się w myślach. Cieszyła go myśl, że to prawdziwe istnienia, a nie jedynie ciągi cyfr i liter – nawet wtedy, kiedy jego zadaniem była likwidacja celu, wciąż uśmiechał się w myślach.
To jedna z niewielu rozrywek, na jakie mógł sobie pozwolić.
Flavie Bernard nie zasługiwała jednak na uśmiech, nawet ten niewidoczny, ułożony w myślach – od incydentu sprzed tygodnia
Incydentu? Bezprawnego zagarnięcia wiadomości
Fiodor nie miał powodów do mglistych przejawów radości. Zakładając najlepsze, przygotowywał się na najgorsze – w okolicach biblioteki pojawił się dobre trzy godziny przed czasem, by obserwować wejście, gdy zaś nabrał pewności, że Niemcy nie przygotowują hucznej obławy, nie wykluczał możliwości znacznie mniej skromnego aresztowania. Chciał wierzyć w rozsądek kobiety, musiałby być jednak głupcem, aby oczekiwać dobrowolnej współpracy.
Najpewniej dlatego nie zaskoczyła go niespieszność, z jaką Flavie Bernard zatrzymała się przed jego – teraz już ich – stolikiem, jak gdyby zawieszona pomiędzy decyzją usiąść a odwrócić się i wyjść. Fiodor nie chciał pozostawić jej wyboru, musiał wykluczyć alternatywę, jaką zapobiegawczo sobie zagwarantowała – gdy tylko Flavie wyszeptała powitanie, sam podniósł się z miejsca tylko po to, by uchwycić oparcie krzesła stojącego tuż obok niego. Odsunął je lekko od stolika, milczącym, choć zdumiewająco spokojnym gestem zachęcając pannę (panią, Chirjakow, pamiętaj o mężu, który stanowił największe ryzyko) Bernard, aby zajęła miejsce. Sam nie pozostawał bierny zbyt długo – jego dłoń zniknęła za pazuchą rozpiętego na trzy guziki płaszcza i po krótkiej, trwającej ledwie sekundy chwili powróciła na widok… z cieniutką, niewielką książką. Dźwiękowi okładki uderzającej o blat stolika towarzyszyło ciche skrzypnięcie krzesła, gdy Fiodor zajął wcześniejsze miejsce.
- Czytała pani kiedyś Lessinga? – ton jego głosu – choć zniżony do szeptu – zdradzał obcą, przeciągającą samogłoski intonację, co w krótkim pytaniu było ledwie uchwytną, choć słyszalną naleciałością. - Nathan der Weise. Dramat… i nie mówię jedynie o rodzaju literackim – cichy szelest przewracanych kartek był najbardziej naturalnym dźwiękiem, jaki mógł wypełnić zarówno czytelnię, jak i panującą między nimi ciszę; milczenie nie trwało zbyt długo i dobiegło końca, gdy Fiodor wskazał na krótki fragment oznaczony dwoma postaciami.
- Daja, od tego momentu.
Długi palec o charakterystycznie stwardniałym opuszku i bladej, drobniutkiej bliźnie na knykciu stuknął cicho o kartkę, dokładnie w miejscu, w którym bohaterka perorowała:
Moja tajemnica
Zostanie wówczas moją, a wy swojej
Już nie będziecie panem.
Kącik ust drgnął niepewnie, gdy Chirjakow cofnął spokojnie dłoń, nie wpatrując się w książkę, lecz skupioną na niej kobietę – Flavie najpewniej była przy fragmencie
I wam mężczyznom zdaje się, że można
Oku kobiety ukryć tajemnicę taką…
kiedy Fiodor krótkim, na wpół niedbałym ruchem zamknął tomik, żegnając się z Dają, która – o dziwo – powiedziała coś mądrego.
I niezwykle adekwatnego do zaistniałej sytuacji.
- Jak pani myśli, kim jestem?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Sro Paź 12, 2016 1:30 am

Rodzice zawsze powtarzali jej, że powinna mierzyć wysoko. Jednak gdzie była granica tego, gdzie rzeczywistość miesza się z fantazją, słodkie kłamstwa wypływają z ust, świecąc się w słońcu niczym najszczersza prawda, a ona sama gubi się w tym, kim jest i co robi, każdego dnia budząc się o poranku z uczuciem, iż nic nie jest tak, jak być powinno?
Kiedyś mierzyła wysoko, cokolwiek miało to znaczyć. Zamknięta w szklanej kuli, chroniona bezgraniczną miłością rodziców, ich ciepłem, wsparciem, wielkimi sercami i cierpliwymi głosami robiła to, co kochała i kochała to, co robiła, aż przekroczyła próg i zaczęła spadać w dół. Zupełnie jak Ikar, lecąc zbyt blisko słońca, igrając z przewrotnym losem, tylko po to, aby poczuć ten wiatr w rozwianych włosach zaraz przed tym, gdy uderzyć miała o ziemię. Przekonała się, że to nie lot ją zabije, bo przecież wciąż żyła i wciąż czuła się jak w ruchu. To musiało być lądowanie, moment, w którym jej ciało styka się z chłodną powierzchnią, kości łamią się na drobne kawałki, krew wylewa się z ust, a tłum obcych ludzi gromadzi się dookoła, rozpoznając w niej piękną artystkę, córkę wybitnej pianistki, kobietę, która miała przed sobą świetlaną przyszłość. W locie czuła się nawet bezpiecznie. Pochłonięta wirem powietrza obracała się dookoła, wykonując płynne ruchy, dopasowując swoje ciało do sytuacji, pozwalając się ponieść falom wiatru, które traktowały ją jak szmacianą laleczkę. Nie tańczyła jednak do niczyjej muzyki, bo choć czasem traciła kontrolę, miała świadomość, że sama ustala zasady. Że koniec nadejdzie wtedy, gdy sama o tym zadecyduje, bo choć nie miała już nic do stracenia chciała być pewna, że na samym krańcu żywota decyzja będzie należeć do niej.
Stopione skrzydła wciąż czasem odbijały się echem od ścian jej mieszkania, próbowały trzepotać i unieść ją w górę, gdy brała do ręki ołówek i szkicowała postacie, których imion nigdy nie dane było jej poznać czy tych, które już zapomniała, usuwając je ze swojego słownika, odsuwając od siebie jak najdalej umiała, starając się odgrodzić to, kim była i to, w kogo się zamieniła, jak gdyby teraźniejszość miała jakikolwiek wpływ na jej przeszłość. To, co było, zapisane zostało na kartach historii i nic nie mogło się zmienić. Wiedziała to, a jednocześnie wierzyła, że chce zachować wspomnienia takimi, jakie były w rzeczywistości, nie naginając ich do własnych potrzeb. Nie chciała ich skalać swoim podejściem kobiety o wielu twarzach, która bawiła się rzeczywistością jak gliną, formując ją w różne kształty za każdym razem coraz bardziej przekraczając tą cienką linię, która dzieliła ją od ostatecznego upadku. Wszystko, co miała, to właśnie wspomnienia, szczęśliwe dzieciństwo, kolorowe farby, złote promienie słońca, zapach perfum jej matki i szczupłe dłonie, które przeczesywały jej włosy, gdy razem wpatrywały się we wspólne, lustrzane odbicie, podobne do siebie jak dwie krople wody. A jednak zupełnie inne i dopiero teraz zaczęła to zauważać.
Pragnęła być taka jak ona. Dobra, oddana, kochająca, piękna, mądra i utalentowana. Porównywała samą siebie do tego ideału kobiety, osoby, która była jej wzorcem, miarą, którą mierzyła otaczającą ją rzeczywistość. Łudziła się, że może to zrobić, ukraść osobowość swej matki i przybrać ją jako swoją. I gdy była już blisko, gdy niemalże była dumna z procesu, z tego rozwoju z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia, dotarło do niej, że to nigdy nie miało się stać. Na zawsze miała pozostać w cieniu swej rodzicielki, osoby, którą darzyła miłością, szacunkiem i zazdrością.
Ponieważ niektórzy zepsuci są już od początku, a ona nie stanowiła wyjątku.
Mogła być doskonała w swej sztuce, mogła tworzyć piękne obrazy, wprowadzać się w trans i z pasją przeciągać pędzlem po płótnie tak, jakby traciła kontrolę nad swoim ciałem. Mogła wodzić palcami po klawiszach pianina, mogła wirować w tańcu u boku ukochanego, mogła uśmiechać się uśmiechem najpiękniejszym i słyszeć pochwały płynące z ust osób, które nie miały pojęcia. O tym, że śmierć jej matki posłuży jej do zarobienia pieniędzy. Że wojna przyniesie jej piękne mieszkanie, drogie sukienki i świecące klejnoty.
Ona sama nie miała pojęcia, lecz czasem dawała przekonać się tym wszystkim, otaczającym ją szeptom, że nie ma żadnej wartości, że nie liczy się już dla świata, ponieważ wymieniła miłość do kraju na dostatek i bezpieczeństwo. Myślała, że spada przez swoją krnąbrność, lekkomyślność i zuchwałość, gdy tak naprawdę jej skrzydła zostały podcięte przez kogoś, kto jeszcze niedawno tak bardzo pragnął, aby mogła się wznieść na wyżyny, latać ponad wszystkimi ludźmi, którzy nie znali świata ponad błękitnym niebem i kłębiastymi chmurami. Świata marzeń, piękna i najgłębszych fantazji.
Jak mogła czuć się bezpieczna w samej paszczy lwa, każdego dnia czując, jak jego kły zaciskają się na jej delikatnej skórze, rozrywając ją kawałek po kawałku, zostawiając blizny i rany, z nastaniem kolejnego poranka zaczynając proces od nowa? Mogła nauczyć się żyć tak, jakby to wszystko było jedynie snem. Jakby za jakiś czas miała obudzić się w swoim łóżku i żyć, po prostu żyć, nie myśląc o tym, że przeszłość jest zbyt bolesna, aby do niej powracać, a przyszłość zbyt niepewna, aby w ogóle o niej wspominać. I powtarzała sobie, dzień w dzień, że panuje nad sytuacją, że ma kontrolę, że każda twarz, którą przybiera, ma w sobie cząstkę tej Flavie, którą zostawiła za sobą.
Kim była teraz, gdy bezszelestnie zajmowała wskazane jej miejsce, wieszając na oparciu krzesła swój płaszcz, gdy śledziła wzrokiem ruchy mężczyzny, gdy w dłoni pojawiła się cienka książeczka i gdy dołączył do niej, w towarzystwie cichego uderzenia tomiku o blat i skrzypnięcia krzesła, które zdawało się przerwać niemalże namacalną, panującą dookoła ciszę. Nie znała nawet jego imienia, nie wiedziała o nim zupełnie nic, a jednak nie czuła niepokoju ani strachu. Czy miała ku temu powody? Być może, w końcu, jak to mówili, czasy był niespokojne i nikomu nie można było do końca ufać. A ona nie potrafiła już nawet zaufać samej sobie, gubiąc się w licznych odbiciach o tej samej twarzy i zupełnie różniących się charakterach.
Pokiwała przecząco głową, mając wrażenie, że gdyby się odezwała, przerwała by pewien ciąg jego myśli, więc pozwoliła mu mówić, śledząc jego głos i podążając wzrokiem za jego palcem prosto do słów, które pochłonęła w zupełnej ciszy, pozwalając, aby rozpłynęły się w jej umyśle i niewypowiedziane utknęły na samym koniuszku języka. Czuła na sobie jego spojrzenie i wiedziała, że obserwuje ją, gdy pierwszy, drugi i trzeci raz czytała słowa dramaty i dostrzegała w nich powiązanie i prawdę. Choć czy teraz cokolwiek mogło być jeszcze prawdziwe?
Podniosła na niego swój wzrok, gdy nagle sprzed oczu zniknęły już słowa nieznanej kobiety i przez chwilę zastanawiała się, co w ogóle tam robi. Miała przed sobą tak wiele możliwości a jednak zjawiła się w bibliotece, usiadła przy tym samym stoliku jakby liczyła, że kolejny dzień, różniący się znacznie od wszystkich poprzednich, przyniesie jej odpowiedzi na pytania, które od tak dawna stanowiły jedynie zagadkę.
- Myślę, iż jest pan człowiekiem, który robi wszystko, aby przetrwać – odpowiedziała z pewnością w głosie, nie odrywając od niego swojego spojrzenia – Zupełnie jak my wszyscy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Czw Paź 13, 2016 2:32 pm

Gdyby tylko wiedział – mógłby poczuć zazdrość.
Gdyby tylko znał jej historię sprzed wojny, sprzed czasów, gdy utraciła niemal wszystko, poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, to niemal dziecięce przekonanie, że przecież on również zasługiwał na szczęście i słoneczne, beztroskie dni, na dni pachnące majowymi kwiatami i ciepłym wiatrem – wszystko to wzięłoby górę nad zdrowym rozsądkiem. Zazdrościłby jej rodzinnej miłości, poczucia bezpieczeństwa, spokoju, w którym dorastała i tego niezachwianego przeświadczenia o wiecznym, słodkim jak miód szczęściu. Poczucie krzywdy wzrastałoby w nim z każdym kolejnym wspomnieniem kochającej matki i opiekuńczego ojca, zaś jakiś cichy głos w głowie – piskliwy, chrzęszczący głosik zawiści – mówiłby, że to niesprawiedliwe, niesprawiedliwe i oburzające. Z rozrastającego się kokonu zazdrości wypełzłaby poczwarka niechęci – nagle zrozumiałby, że ktoś posiadający tyle szczęścia w życiu nie zasługuje na sympatię, że w obecnej martyrologii tkwi jakaś okrutna sprawiedliwość, że dobrze im tak, tym wszystkim wygodnie sytuowanym, szczęśliwym Francuzom z ich winami, serami, clafoutis i ślimakami w zalewie, niech cierpią tak, jak przez lata cierpiał on… niech cierpią.
Pomyślałby w ten sposób, gdyby tylko potrafił. Życzyłby im tragicznych lat w cieniu Trzeciej Rzeszy, gdyby tylko miał w sobie dość nienawiści, wściekłości, zgorzknienia bądź pogardy – lub tego wszystkiego jednocześnie. Patrzyłby na Flavie Bernard z jawną niechęcią, z wyrzutem, z tym niewypowiedzianym, lecz aż nazbyt wyraźnym naprawdę sądzisz, że wiesz czym jest ból? w oczach, być może – dla własnej satysfakcji i jej zawodu – zrezygnowałby z kompromisu i jeszcze tego samego dnia opuścił Paryż, wymykając się pogoni.
Uczyniłby to wszystko, gdyby naprawdę tak sądził. Uczyniłby to, gdyby nie obawiał się drugiej strony monety, gdyby nie był świadomy, że to ona może nienawidzić, wściekać się, czuć zgorzknienie i pogardę wobec człowieka, który, pomimo całej palety możliwości , sam zdecydował się na taki byt – byt, bo przecież nie prawdziwe życie – że sam zaprzedał duszę, ciało, umysł, przyszłość, że wyrzekł się własnych wspomnień, przeszłości, ojca, którego głośno nazywał zdrajcą i matki, której pozwalał umierać w więzieniu.
Z ich dwójki to on zasługiwał na pogardę, a ona – na odebrane przez los szczęście.
Bolesny paradoks sprawił, że wspomnienia dawno utraconych żyć – choć niemal komicznie odmiennych – wywoływały w nich to samo uczucie pustki, bezradności, tego cierpienia, które próbowali zepchnąć na obrzeża umysłu i zastąpić jego miejsce dokładnie pielęgnowanymi obrazami przeszłości, tymi nienaturalnie rozjaśnionymi, wyidealizowanymi prześwitami z kliszy dawnego szczęścia. Jednak mało istotne, jak bardzo pragnęli odgrodzić się od tego, co miało miejsce tu i teraz, teraźniejszość była zbyt rzeczywista, by można było uznać ją za sen. Każdy poranek niósł ze sobą te same, z uporem powracające pytania, wciąż te same, odwieczne dylematy: co robić, kiedy zdarzy ci się żyć tuż obok cierpienia, niesprawiedliwości, opresji, przemocy, demagogii, szowinizmu, fundamentalizmu religijnego i fanatyzmu, co wtedy robisz? Jak użyć swojego głosu, jeżeli założyć, że twój głos jest słyszalny, że dzierżysz pióro i możesz się nim posłużyć? Czy byłoby rzeczą słuszną powiedzieć: nieopodal leje się krew, nie pora snuć historie miłosne, nie czas pisać erudycyjne, subtelne, skomplikowane, eksperymentalne opowieści, trzeba walczyć  z niesprawiedliwością tak, jak potrafimy najlepiej? I w końcu – co zrobić z własnym strachem, niepewnością i obawami? Trwać w marazmie i bezczynności… czy zacząć działać?
Być może żadne z nich nie udzieliło jawnej, bezpośredniej odpowiedzi, lecz ta w przypadku Fiodora padła już przed laty, gdy zaś chodzi o Flavie – udzielona została dzisiejszego dnia, z chwilą, w której kobieta wkroczyła do biblioteki i usiadła przy niewielkim, przysłoniętym cieniutkim woalem ciszy stoliku, z chwilą, w której wyrzekła się monotonnej codzienności na rzecz cytatu Lessinga i nieruchomego, spokojnego spojrzenia jasnych tęczówek. I choć Fiodor dostrzegał w niej – lub sądził, że dostrzega – bojaźń, była to bojaźń nie ta pierwsza popędowa, lecz ta, która powstaje po rzekomym uspokojeniu i wzrasta w cieniu niepewności nadchodzących wydarzeń, w cieniu pytania: i co będzie teraz?
Kolejny paradoks sprawiał jednak, że z ich dwójki to on miał więcej niepewności, więcej zdań zakończonych znakiem zapytania, więcej kwestii, które pragnął poruszyć; nie pytał na głos, lecz w myślach – pozwalał, by wahania przelewały się przez niego jak nurt Sekwany, by przystroiły się w słowa i rozbrzmiały z pewną dozą niepewności: Czego tu w ogóle szukasz, przecież twoje miejsce jest teraz w domu, mogłabyś siedzieć przy stole albo wyciągnąć się na wznak na dywanie i odcyfrowywać kształty drobnej siateczki pęknięć na suficie. Co za licho cię nosi po takich spotkaniach? Zamiast być tutaj, mogłabyś przecież, dajmy na to, siedzieć i słuchać teraz w zaciszu swojego pokoju bachowskiej kantaty sto szóstej zwanej Actus tragicus. Zamiast być tutaj, mogłabyś nucić ulubioną melodię, mezza voce, półgłosem, tak, byś słyszała ją tylko ty.
A zatem – dlaczego? Dlaczego jesteś tutaj, cierpliwie czekasz, aż obcy człowiek przeczyta fragment niemieckiego dramatu, przeczyta go w taki sposób, jakby nie było w nim nic prócz niewypowiedzianego żalu i współczucia? Nawet fragment sarkastycznego monologu, który przed stu pięćdziesięciu laty napisał dramaturg tak, jakby pragnął rozrzucić okruchy tłuczonego szkła, czyta z litością i uczuciem – lektor nie chce zrozumieć przesłania czy pojmuje je aż za dobrze?
Można by pomyśleć, że między dwiema ofiarami natychmiast wytworzy się poczucie solidarności - jak na przykład w poezji Bertolta Brechta. Jednak w prawdziwym życiu czasami najgorsze konflikty rodzą się między dwiema ofiarami tego samego ciemiężcy. Dwoje dzieci okrutnego rodzica niekoniecznie się kochają, bardzo często jedno w drugim widzi jego dokładny wizerunek. Stąd ta niepewność, obopólna nieufność, podejrzenia o najgorsze – żadne z nich, pomimo dzielenia skradzionej przez Flavie tajemnicy, nie potrafiło obdarzyć się zaufaniem. Byli ostrożni, lecz pod tą ostrożnością kryło się coś jeszcze, coś, co w ich przypadku uległo całkowitemu uszkodzeniu.
Poczucie bezpieczeństwa.
Kalekie, skatowane, represjonowane, wykrwawiające się każdego dnia na nowo.
- W pewnym stopniu ma pani rację – gdy przeszła na francuski, podążył za nią z mimowolną skruchą – ona zdołała przywyknąć (choć nigdy zaakceptować) do kaleczenia ojczystego języka przez obcokrajowców, on zaś nigdy nie pogodził się z niedoskonałością, z jaką władał narzeczem Napoleona i kilku jeszcze mniej zdolnych strategów. Wyraźnie ważył słowa, co nie było zdeterminowane szukaniem odpowiednich określeń, lecz delikatnością tematu, który pragnęli poruszyć. Palce z roztargnieniem gładziły grzbiet książki, zaś pomiędzy brwiami pojawiła się jedna, pojedyncza zmarszczka – jak drobne pęknięcie w jednolitej strukturze.
- Jestem również człowiekiem, który pomaga przetrwać – palce zamarły w bezruchu, pionowa zmarszczka zniknęła, jedynie spojrzenie – wciąż spokojne, wciąż utkwione w kobiecie – nie uległo zmianie. – Choć w obecnych czasach trudno spodziewać się bezinteresowności.
Stało się – propozycja, skrzętnie zakopana pod pozornie niezobowiązującą wymianą zdań, prowadziła ich ku właściwej części transakcji, zupełnie jakby przed momentem padło otwarte: czego oczekujesz w zamian za zwrot mojej zguby, madame?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Czw Paź 13, 2016 4:38 pm

Jak często zadawała sobie pytanie co tutaj robi? Nie, nie bibliotece, na skrzypiącym krześle i pośród ciszy, która sprawiała, iż czasem miała wrażenie, że każda jej myśl jest wyraźnie słyszalna. Co robi na świecie, pośród paryskich uliczek, obcych najeźdźców, bólu i cierpienia tak wielu osób, których nawet nie znała, a których było jej szkoda, bo dobrze wiedziała, iż kiedyś to może być ona. Czuła, jak uważny wzrok podąża za nią krok w krok, nawet gdy nikt nie patrzył i oczy wszelkich przechodniów spuszczone były na ziemię, jakby liczyli, iż to uchroni ich od przypadkowego przeszukania czy niemego wyjawienia najgłębszych sekretów, które mogły okazać się ich największą zgubą.
Ona też miała sekrety, każde je miał, bo czym byłoby życie, gdyby nie ta drobna sfera prywatności, myśli, wspomnienia, przedmioty, które trzymamy tylko dla siebie i które łączą nas z tym, co być może odeszło na zawsze. Każdego dnia przybywało ich coraz więcej. Każda myśl, z którą nie dzieli się ze światem, każdy rysunek, który skrzętnie chowa w niewielkiej skrytce w podłodze swojego mieszkania, każde spotkanie, o którym nie opowiada swojemu mężowi, bo przecież i tak nie obchodzi go, jak minął jej dzień i co robiła przez cały ten czas, gdy on swoim szorstkim głosem wydawał rozkazy, bił kolejnego krnąbrnego Francuza czy dla upomnienia wypalał kilka kul z pistoletu aby pokazać, kto rządzi tym miastem i gdzie jest miejsce tych, którzy wcześniej uważali je za bezpieczną przystań. Tak długo, jak twarzą w twarz nie stawała naprzeciw niego, na ulicach wyśpiewując Marysliankę czy grubym pędzlem malując na murach patriotyczne symbole.
Między nimi było wiele sekretów. I choć wiedziała, że gdy nie wracał na noc do domu spotykał się z inną kobietą, wcale jej to nie obchodziło. Bo w ostateczności i tak chwytał ją w swoje ramiona udając, że tylko ona się liczy, a jednocześnie dając jej znać, iż należy tylko do niego. To jednak nie było jej miejsce. Nie to chłodne mieszkanie, silne objęcia męża, droga restauracja czy nawet ulica, którą przechadzała się już setki razy i którą znała na wylot. Szczerze mówiąc, nie znała swojego miejsca, czuła się zawieszona gdzieś pomiędzy tym, gdzie znajdowała się kiedyś, gdzie znajduje się teraz i gdzie się znajdzie kiedy, prędzej czy później, to wszystko dobiegnie końca. Nie widziała swojej przeszłości, jednak nie to niepokoiło ją najbardziej, bo równie dobrze przyszłość mogła nadejść już jutro, w tym miejscu stawiając kropkę, napisawszy już ostateczne zakończenie. Zależało jej na teraz, na chwili, która za sekundę odejdzie w niepamięć i która wydawała się równie niejasna jak wątpliwe nadejście jutra. Nie należała nigdzie i do nikogo, a tym bardziej nie należała do siebie, więc jeśli tak, co miała do stracenia? Mogła bawić się swoją osobowością, przystrajać się w nowe cechy, tworzyć zupełnie inną osobę, która miała ukryć wszystkie te wady i niedoskonałości, strach, lęk i niepewność przed tym, co czeka ją za następnym rogiem ulicy, co ujrzy gdy spojrzy przez ramię bądź otworzy oczy po kolejnej, nieprzespanej nocy.
Nie była tą, która drobnymi czynami starała się stawiać opór swojemu mężowi. Ani kobietą, która uśmiechała się do swoich niemieckich znajomych, sącząc drogiego szampana z kryształowych kieliszków i wirując w tańcu w objęciach ludzi, którymi przecież się brzydziła. Ani, tym bardziej, osobą przybierającą dobrą minę w chwilach, kiedy słyszała wokół siebie szepty i czuła na sobie spojrzenia, które wypalały na niej szkarłatną literę. Kolaborantka. Zdrajczyni.. Zdążyła przywyknąć do tych dwóch słów, a mimo wszystko za każdym razem bolały tak samo i choć mogła udawać, ukrywać się pod maską uśmiechów i obojętności, gdy przychodziło co do czego, gdy obejmowała ją cisza i samotność czterech, pokrytych śnieżnobiałą farbą ścian, musiała przełykać słone, srebrzyste łzy, powoli spływające po jej policzkach. Łzy nie tyle smutku czy wstydu, ale żalu, rozgoryczenia i złości. Nie na tych, którzy bezmyślnie przyklejali jej łatkę zdrajczyni, ale na samą siebie za to, że nie była w stanie im się postawić, wykrzyczeć na cały głos wszystkich trzymanych w sobie uczuć i sprawić, aby poznali prawdę oraz za to, że nie miała odwagi aby raz na zawsze przerwać cały łańcuch reakcji, który doprowadził ją do tego właśnie miejsca i pchał coraz głębiej i dalej w nieznane tereny, których wcale nie chciała odkrywać. Była zbyt przerażona i słaba. Chociaż czasem pragnęła śmierci, nie miała w sobie odwagi, aby odebrać własne życie. Chociaż pragnęła wolności, nie potrafiła o nią zawalczyć czymś więcej, niż zaciskaniem zębów, ostrymi komentarzami czy obelgami, które rzucała prosto w twarz oprawcy, nie tylko swojego, ale i całego jej narodu, który dusił się pod jego naciskiem.
Nie było już Flavie Bernard. Było jedynie wiele kobiet o tym samym imieniu, którymi ona chciała się stać.
Nie mogła odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tam przyszła, choć przez całą drogę szukała odpowiedzi licząc, iż znajdzie ją pośród pozbawionych liści drzew czy tłumu przechodniów, w szarym niebie czy nawet twarzy mężczyzny, który miał zostać jej kolejnym sekretem. Mogła schować jego zgubę do niezawodnej skrytki, jako pamiątkę i przypomnienie. Mogła wrzucić ją do kominka i patrzeć, jak wypisane cyrylicą słowa płoną pośród pomarańczowych płomyków, zupełnie jak jej obrazy i twarze nieznanych przyjaciół uwiecznione na płótnach. Mogła, oczywiście, podczas kolacji podsunąć ją swojemu mężowi, nakładając na siebie ciężar wyrzutów sumienia i poczucia winy za kogoś, kogo nawet nie znała i kto mógł okazać się jej zgubą i ostateczną zagładą. Miała wiele możliwości i choć rozważyła je wszystkie, zdecydowała się przyjść w miejsce, w którym to wszystko się rozpoczęło, pozwalając, aby mimowolnie ich losy splotły się ze sobą, nawet jeśli tylko na krótką chwilę. W momencie, w którym pchnęła ciężkie, drewniane drzwi, podjęła decyzję, która w jakiś sposób miała zmienić jej życie na zawsze. Jak wszystko, każda chwila, każda akcja przynosząca ze sobą reakcję.
Czy byłby w stanie pomóc przetrwać i jej? Wsłuchała się w jego słowa, powtarzając je w myślach raz za zarazem i zastanawiając się, czy gdyby go poprosiła, gdyby odkryła przed nim to przerażenie i wszelkie słabości, obiecała, że odda jego zgubę i na zawsze zniknie z jego życia, mógłby ją uratować? Zwrócić jej chociaż część dawnego życia, a może ofiarować zupełnie nowe, lepsze od tego, które prowadziła obecnie?
Żadna z tych myśli nie miała jednak ujrzeć światła dziennego, miała zamienić się w słowa, w prośby i obietnice. Zamiast tego, pośród tej niemej ciszy, która na nowo między nimi zapanowała, wyciągnęła z torebki drobną książkę, kładąc ją przed sobą i szczupłymi palcami powoli gładząc jej okładkę.
- Niestety muszę się z panem zgodzić– odezwała się, początkowo na niego nie patrząc – Bezinteresowność przestała już leżeć w ludzkiej naturze – jak to się stało, że i ona zatraciła wszelkie poczucie wartości? Kiedyś byłaby gotowa z uśmiechem na ustach zwrócić mu tą drobną karteczkę, nie zadając pytań i nie żądając niczego w zamian. Teraz zaś siedziała obok, warząc w myślach swoje potrzeby i szukając tego, czego potrzebuje najbardziej – Czy czuje się pan tutaj bezpieczny? – niespodziewanie zadane pytanie zawisło na chwilę między nimi, gdy na powrót zwróciła się w jego stronę, nie odrywając dłoni od książki. Wiedziała, czemu tam przyszli, choć żadne z jej słów nie przybliżało ich w stronę końca. Ona jednak już dawno podjęła co do tego decyzję. Czy słuszną? Chyba nigdy się nie przekona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Czw Paź 13, 2016 7:00 pm

Przez setki lat większość ludzi w przeważającej części świata była pewna przynajmniej trzech podstawowych rzeczy: gdzie spędzą swoje życie,  z czego będą żyć i co się z nimi stanie, kiedy umrą. Na dobrą sprawę jeszcze sto lat temu prawie wszyscy na świecie wiedzieli, że spędzą swoje życie tam, gdzie się urodzili albo w pobliżu, może w sąsiedniej wiosce. Każdy wiedział, że będzie się utrzymywał z tego, z czego utrzymywali się jego rodzice albo z czegoś całkiem podobnego. I każdy miał świadomość, że jeśli będzie postępował uczciwie, to po śmierci dostanie się do lepszego świata. Dwudzieste stulecie naruszyło, niejednokrotnie wręcz obaliło tę wiarę – i to właśnie utrata tych elementarnych pewników zaowocowała czterema dekadami niezwykle mocno przesyconym ideologią, dekadami dziko samolubnymi, hedonistycznymi, lubującymi się w wygodzie. Pojęcie błyskawicznego szczęścia – w obliczu niepewności i dobitnego zgłębienia śmiertelności – przybrało histerycznie wyolbrzymione rozmiary. Gdy ktoś w latach wojennej grozy odważył mówić się o szczęściu, miał na myśli nie tylko słynne prawo do dążenia do szczęścia, ale powszechne złudzenie, że to wystawione jest na półkach i wszystko, co musisz zrobić, to zapewnić sobie przychylność aktualnie panującej władzy i bezkarnie po nie sięgnąć, zaskarbić sobie całe kieszenie pełne radości (najczęściej kosztem ludzkich istnień). Pojęcie „i żyli długo i szczęśliwie", iluzja trwałej szczęśliwości, to w istocie oksymoron. Albo stabilizacja, albo szczyt – wiecznotrwała szczęśliwość nie jest szczęśliwością, tak jak nieustający orgazm nie jest wcale orgazmem. Szczęście tak naprawdę docenić można dopiero wtedy, gdy to zostanie utracone – gdy z dnia na dzień stanie się mirażem, mglistym wspomnieniem, posmakiem tańczącym na języku i przywołującym tęsknotę za tym, co odeszło na zawsze. Tymczasem ta nieustanna potrzeba przywoływania w myślach lepszych czasów i wręcz fanatyczna potrzeba naprawiania rozbitego w drobny mak świata stanowiła fundament antonimu szczęśliwości. Chęć zmuszenia innych ludzi, żeby się zmienili, powszechna skłonność, by uczynić lepszym sąsiada, udoskonalić małżonka, manipulować dzieckiem czy sprowadzić brata na dobrą drogę, zamiast ich zostawić w spokoju. Człowiek nieszczęśliwy bardziej interesuje się innymi niż sobą samym, pragnie ocalić twoją duszę, zbawić cię, wyzwolić z grzechu, z błędu, z nałogu palenia papierosów, z wiary albo niedowiarstwa, ze złych nawyków żywieniowych, picia albo wieczornych spacerów. Człowiek nieszczęśliwy ogromnie się o ciebie troszczy, rzuca ci się na szyję, bo tak bardzo cię kocha, albo rzuca ci się do gardła, jeżeli okażesz się niepodatny na zbawienie. Tak czy owak, bardziej interesuje się tobą niż sobą z bardzo prostej przyczyny: boi się świata, który go otacza, robi więc wszystko, by o tym świecie zapomnieć – nie ma zaś skuteczniejszego środka niż zaprzątnięcie umysłu czymś innym. Czymkolwiek. Okłamuje więc siebie i okłamuje innych, żyje pośród sekretów i z sekretów czyni podwaliny dla przyszłości.
Gdzie więc należymy pośród masowego nieszczęścia? Może w ogóle nie należymy? Może podświadomie zaczynamy rozumieć, że na tym świecie nie ma już miejsca dla naszego prawdziwego ja, dla tego człowieka, którego skrywamy pod zestawem teatralnych masek? Ani na to, ani na cokolwiek innego nie ma prostej, oczywistej odpowiedzi. Wojna wymogła na narodach świata – na wszystkich bez wyjątku – umiejętność ukrywania własnej tożsamości. W zależności od sytuacji każdy, dosłownie każdy rozpoczynał drobne przedstawienie, teatrzyk przesycony kłamstwami, w którym mógł przyznawać się do okropnych wartości, do materializmu, pluralizmu, demokracji, wolności słowa, idei wyzwolenia kobiet...
To wszystko bardzo często zaczyna się w rodzinie. Kłamstwo zaczyna się w domu. Rodzi się wraz z niezmiernie powszechnym pragnieniem, żeby zmienić ukochaną bądź znienawidzoną, lecz w jakiś sposób bliską osobę, wraz z chęcią, żeby się poświęcić dla ulubionego sąsiada, wraz z odruchem, żeby powiedzieć własnemu dziecku: „Musisz być taki jak ja, nie jak twoja matka", albo: „Powinnaś być taka jak ja, a nie jak twój ojciec”, albo też: „Proszę, zostań kimś całkiem innym niż twoi rodzice”. Kłamstwo zaczyna się między małżonkami: „Muszę zostać dłużej w pracy” i „Nie, nie spotkałam dzisiaj nikogo szczególnego”. Kłamstwo bardzo często zaczyna się od pragnienia, żeby żyć cudzym życiem. Kłamstwo zaczyna się po to, by ktoś drugi mógł się spełnić albo dla dobra następnego pokolenia. Kłamstwo bardzo często narzuca nam potworne poczucie winy, co czyni z nas obiekt manipulacji, a nawet poddaje cudzej władzy.
Ale kłamstwo nie jest niczym złym. Nie, dopóki pomaga w przetrwaniu.
W życiu Fiodora od dawna nie było miejsca na prawdę – jeszcze jako chłopiec, jako pół-dziecko zaczął okłamywać siebie, by bardziej przekonująco okłamywać innych. Na oszustwie zbudował swoją przyszłość, która – co stanowiło gorzką ironię – wymagała od niego kolejnych kłamstw. Miał fałszywe papiery, posługiwał się fałszywym nazwiskiem, powtarzał fałszywą historię swojego życia, fałszywie się uśmiechał, tworzył fałszywe nawyki.  Z czasem zaczął zapominać, co jest prawdą, co zaś oszustwem – obawiał się każdego poranka, gdy musiał spojrzeć we własne odbicie w lustrze. Obawiał się tej chwili, w której ujrzy własną twarz i ją również uzna za kłamstwo.
Nawet tutaj, będąc realnym, uchwytnym, materialnym bytem złożonym z krwi, kości, mięśni i tkanek nie mógł pozwolić sobie na pełną szczerość. Nie mógł spojrzeć w oczy kobiety, uśmiechnąć się lekko, niemal przepraszająco, i wyrzucić z siebie ciche To moja wina, gdyby nie ta wiadomość, gdyby nie moja obecność w Paryżu nigdy by się pani nie narażała w ten sposób. Proszę mówić mi po imieniu. Nie Lazare. Fiodor. Kolejny paradoks sprawiał jednak, że po wyjawieniu całej prawdy – prawdy o tym, co zawarte było pośród skreślonych cyrylicą słów, prawdy o pochodzeniu, nazwisku, o historii dzieciństwa i ulubionych autorach – skazałby ją na kolejne zagrożenie, znacznie poważniejsze niż to, które groziło jej teraz.
- Bycie ludzkim również przestało leżeć w naturze tego gatunku.
Gatunku. Nie ludzi, lecz istot – obdartych z honoru, empatii, współczucia. Nie ludzi, lecz nazistów. Nie ludzi.
Znów milczeli przez krótki moment – cisza nie ciążyła im jednak tak, jak zwykła to robić pomiędzy dwójką obcych, zdawała się czymś naturalnym w sennej, odrealnionej bibliotece, stanowiła bezgłośny akompaniament dla poczynań kobiety, która wyciągnęła z torebki książkę o odnowionej okładce. Milczenie przerwało zadane przez panią Bernard pytanie – pytanie, które przyniosło ze sobą kolejną minutę ciszy doskonałej. Fiodor powolnym gestem odsunął od siebie cieniutki egzemplarz dramatu, pozwalając, by suchy szelest przesuwanej po blacie okładki skradł mu kilka dodatkowych sekund, nim ponownie podniósł wzrok na kobietę, natychmiast napotykając jej spojrzenie.
- Czy pani poczułaby się bezpieczniej, gdybym odparł, że tak?
W tym momencie, w tym pytaniu, w tym zlepku kilkunastu sylab po raz pierwszy od dawna – od zbyt dawna – zdobył się na szczerość.
I wyłącznie szczerości oczekiwał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Czw Paź 13, 2016 10:11 pm

Wybuch wojny pomógł jej uświadomić sobie kilka istotnych rzeczy. Po pierwsze, nigdy niczego nie można brać za pewnik. Kiedyś miała poczucie, że wszystko będzie zupełnie tak, jak tego pragnęła. Swoją przyszłość widziała jakby patrzyła w kryształową kulę. Wiedziała dokładnie, gdzie będzie za rok. Była zakochana, układała plany na całe swoje życie z osobą, która, jak wówczas myślała, sprawiała, że czuła się kompletna. Nowe, czyste i, przede wszystkim, ich własne mieszkanie już na nich czekało, robili to, co kochali i, co ważniejsze, kochali siebie nawzajem i nic, ale to nic, nie mogło tego zmienić. Wszystko wydawało się wówczas piękniejsze. Niebo było bardziej błękitne niż kiedykolwiek wcześniej, słońce świeciło o wiele jaśniej a jego promienie padające na jej jasną skórę przez uchylone okno sypialni były o wiele cieplejsze. Ptaki w zielonych koronach drzew wyśpiewywały wesołe piosenki, a oni żyli tak, jakby świat miał się nigdy nie skończyć, jak gdyby byli nieśmiertelni, tylko ich dwoje zamkniętych w ich własnej, mydlanej bańce, która choć wydawała się wątła i krucha, nigdy nie miała pęknąć. Byli tak pewni tego, że ich miłość wystarczy, aby pokonać wszelkie przeszkody. Ona, była tego pewna, a gdy patrzyła, jak cały świat zaczyna się walić, jak wszelkie wartości wywrócone zostają do góry nogami niczym paskudna karykatura samych siebie, czuła, jak wszystko w niej pęka na drobne kawałki i rani jej wnętrze, rozcinając i pozostawiając bolesne, acz niewidoczne, rany. I nawet ptaki przestały już śpiewać. Zupełnie jakby ktoś ścisnął ich gardła wyrywając z nich struny głosowe, sprawiając, że miały zamilknąć na zawsze.
W tamtym momencie, gdy patrzyła jak sylwetka ukochanego oddala się coraz dalej, jak znika za rogiem z plecakiem na ramieniu, oglądając się po raz ostatni, wiedziała, że nadszedł właśnie początek jej końca. I dalej wszystko potoczyło się niczym lawina, każdy kolejny dzień nie był już życiem, a jedynie nędzną egzystencją pod jednym dachem z człowiekiem, który już dawno zatracił w sobie jakiekolwiek poczucie wartości. I Flavie także zaczęła je tracić. Jak mogła kochać, skro kilka lat temu widziała, jak miłość jej ojca usycha kawałek po kawałku, jak sprawia mu ból i cierpienie, jak doprowadza na skraj i wysysa z niego wszelką radość, energię i chęć do życia? Jak mogła wierzyć, że miłość znaczy cokolwiek, skoro nie była w stanie zatrzymać ani swojego ukochanego ani drogiego brata, który odszedł wraz z nim w tym samym kierunku sprawiając, że nagle nie mogła już dostrzec swojej przyszłości. Przed nią została jedynie biała plama, przestrzeń, która wkrótce miała wypełnić się kolejnymi słowami historii, której spisanie nie zależało już od niej. I w końcu, jak mogła kochać, skoro jej serce zakopane zostało pod ziemią w tej ciasnej, drewnianej trumnie przepasanej niebiesko-biało-czerwoną flagą, skropionej gorzkimi łzami matki i słodkimi łzami kobiety, której ziemia waliła się pod nogami, a oddech urywał się nagle, gdy wszystko to zaczęło być zbyt rzeczywiste. Wojna nie odebrała jej tylko dwóch osób, które kochały najbardziej. Pozbawiła jej wiary, bo o ile nigdy nie potrafiła uwierzyć w Boga, wierzyła w człowieka, w wartości, w uczucia, które przecież kiedyś miały tak wielkie znaczenie, a teraz? Teraz zostały jedynie słabością.
Dlaczego cierpiała, jak nie przez miłość i przywiązanie? Dlaczego na zmiętej kartce papieru z jego twarzą, tak znajomą a jednak tak obcą, widniały ślady wyschniętych łez dziewczyny, która nie miała już ani serca ani nadziei na to, że wszystko jeszcze może się zmienić. Każdy rok przeszłego życia nagle, w jednej sekundzie, przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, gdy docierało do niej, iż całe swe życie przeżyła w kłamstwie, łudząc się iluzją czegoś, co było jedynie wytworem ludzkiej wyobraźni oraz potrzeby nazwania tego, co trudne do określenia i nadania mu jakiejś wartości, która tak naprawdę była bezużyteczna.
Czuła jednak spokój. Kiedy uświadomiła sobie, jak wielki ciężar stanowią wszystkie te pozytywne emocje. Jak ogromne cierpienie potrafią sprowadzić, gdy w końcu zaczyna ich w życiu brakować. Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz czuła coś więc poza strachem, złością czy czystym smutkiem. Nawet kiedy w końcu, po tak długim czasie niepewności i wylanych łez, spotkała swojego brata, nie potrafiła się tym spotkaniem do końca cieszyć, gdy w tyle głowy słyszała ten cichy szept powtarzający jej nieustannie, iż ta chwila jest tymczasowa, iż zaraz minie i nie znaczy nic więcej poza to, tym jest teraz. Powinna cieszyć się nią póki jeszcze istnieje, bo wkrótce może zniknąć na zawsze. Nauczyła się zachowywać chłodny dystans, aby na przyszłość oszczędzić sobie cierpienia i chociaż to wcale nie czyniło jej silniejszej, gdy bolesne wspomnienia powracały do niej falami i na moment zupełnie ją paraliżowały, pozbawiając oddechu i odcinając jej świata, wierzyła, że tak było lepiej.
Ponieważ skoro nie było już nic, na czym jej zależało, nikt nie mógł jej niczego odebrać i zranić bardziej, niż już została zraniona.
Wychowana w tym idyllicznym świecie pełnym miłości i szczęścia, w bajkowej krainie, gdzie wszystko zawsze musiało skończyć się dobrze, pogodzenie się z prawdą nie przyszło najłatwiej. Była tylko człowiekiem i, jakkolwiek mocno by się nie starała, czasem wciąż łaknęła tego poczucia ciepła i bezpieczeństwa, które dawał rodzinny dom, zapach piekących się ciast i gotujących się potraw. Bliskości ciała drugiego człowieka, dotyku, który nie kojarzyłby się z fizycznym bólem i nienawiścią. Jakkolwiek wielkie byłyby jej pragnienia, wiedziała, że nic nie jest stałe. Prędzej czy później nawet najpiękniejszy sen miał doczekać się końca, a ona nie chciała być tą, która znów będzie musiała zbierać roztrzaskane kawałki i na nowo sklejać je w coraz to słabszą całość. W czasie wojny nie było miejsca na miłość czy rodzinne ciepło, gdy każdego dnia czuła się tak, jak gdyby kroczyła przez pole minowe, a każdy następny krok mógł skutkować wybuchem.
- Zdecydowanie, czym jednak jest to człowieczeństwo? Szczególnie teraz – wraz z wypowiedzianymi słowami zdała sobie sprawę, iż nie tak dawno temu sama pozbawiła się jego części. Cóż, każdy robił to, co musiał, aby przetrwać i ona nie stanowiła w tej kwestii wyjątku.
Jego pytanie zawisło w powietrzu i Flavie miała wrażenie, iż osiadło na jej spierzchniętych wargach, jakby pragnęło wyciągnąć z jej ust odpowiedź. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego czując, jak z niewiadomych powodów dłoń zaczyna jej drżeć gdy zdawała sobie sprawę, jaka jest na to odpowiedź. W życiu miała jedną ważną zasadę, aby nie ufać nikomu, bez względu na wszelkie pozory. A teraz siedziała w bibliotece towarzystwie człowieka, który z taką łatwością mógłby ją skrzywdzić, a który sprawiał, że nie czuła niepokoju czy strachu. I bała się do tego przyznać, ponieważ to czyniło ją słabą, narażoną na to, co może się jeszcze wydarzyć.
- Tak – odpowiedź była krótka i znacznie cichsza, niż by tego pragnęła. Nie spuściła jednak wzroku, nie odwróciła go od twarzy mężczyzny, a jedynie siedziała bez ruchu, po raz kolejny pozwalając na to, aby zapanowała między nimi cisza, w której o dziwo czuła się wyjątkowo swobodnie. Bezpiecznie – Czy mi pan ufa? Na tyle, aby przyjść tu z pewnością, iż umiem dochować tajemnicy? – odchrząknęła, starając się mówić pewniejszym głosem, chcąc ukryć tą chwilę słabości, która pozostawiła ją z wrażeniem, iż każda myśl i uczucie zostały wymalowane w jej oczach. Nie miała pojęcia, czemu tak bardzo to wszystko ciągnęła. Mogła po prostu oddać mu jego własność, wyjść z biblioteki i nigdy więcej go nie spotkać. Może chciała, aby poprosił ją wprost, aby pokazał, jak bardzo mu na tym zależy i jak wiele jest w stanie zrobić, aby odzyskać to, co utracił? A może po prostu brakowało jej tej rozmowy, uczucia chociażby chwilowego połączenia z drugim człowiekiem, wymiany zdań na tematy inne niż paryska pogoda czy wyjątkowo nużące przedstawienie w teatrze. Chwytała się każdej możliwości, wszystkiego, co mogło sprawić, iż nie czuła się do końca tak pusta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pią Paź 14, 2016 3:41 pm

Fiodor był jednym z tych ludzi, którzy głęboko wierzyli, że natura drugiego człowieka jest nieodwołalnie i dogłębnie zepsuta. Sam wiedział to najlepiej, każdego dnia ryzykując własnym życiem i każdego dnia mając okazję obserwować bliźniego na granicy śmierci. Unikał jednak dzielenia innych na kategorie – nikt nie był dobry, nie było też ludzi doszczętnie złych. Istniały jedynie odcienie szarości, mniej lub bardziej jasne. To właśnie one sprawiały, że każdy mógł być wrogiem – i to czasami wrogiem śmiertelnie niebezpiecznym. Chirjakow od siedemnastu lat żył w przekonaniu, że człowiek może być dobry tylko do określonej granicy. Jeżeli życie przyciśnie, jeśli sytuacja zacznie wymykać się spod kontroli, ludzie pozornie dobrzy staną się źli, i może to nastąpić w najbardziej niewłaściwej chwili. Dlatego lepiej mieć przyjaciela w tym, który dzisiaj jest zły – wtedy wiesz przynajmniej, czego możesz oczekiwać, gdy fortuna kły wyszczerzy. Najpewniej dlatego nigdy nie zwątpił w zepsucie własnej duszy: gdy raz za razem wysłali go krwawić w obronie Związku Radzieckiego,  czynił to bez wahania. Nie żal mu życia, zupełnie go nie potrzebował. Był za to gotów walczyć, był gotów przegryzać gardła – i nigdy nie pytał po co to wszystko? Bronił interesów ojczyzny na ulicach Odessy, na Krymie, w Stanach. Z dystansem obserwował to, co działo się w Niemczech, później zaś w Austrii i Czechosłowacji – wtedy dość prędko doszedł do jednego wniosku: Europa jest ciężko chora. Nie wiedział tylko, co ją trawi. Może szaleństwo. Może obłęd. Może nazizm. Może chciwość. Może wszystko po trochu?
Wojna była dla niego ambiwalencją, precedensem, sumą przypadku oraz decyzji jednostek – była jak dwie strony tej samej monety: zwycięstwo lub porażka, życie albo śmierć, radość bądź smutek. W jednych budziła dumę, w innych – pierwotny, atawistyczny strach. Dla jednych pozostawała jedynie doniesieniami płynącymi zza oceanu, dla innych – kolumnami czołgów przetaczających się przez ulice rodzinnego miasta. Jedni w niej zwyciężali, inni ponosili sromotne klęski. Dla jednych wojna oznaczała definitywny koniec, jednak dla innych – dla ludzi pokroju Chirjakowa – stanowiła zupełnie nowy początek.
Kiedy trzecia Rzesza przystąpiła do ataku na Związek Radziecki, Fiodor doznał podstępnego, pełnego winy poczucia satysfakcji. Dla takiej okazji harował przez połowę swojego życia jak wół – zrozumiał, że gdyby dobrze spisał się w Paryżu, to kto wie, dokąd mógłby zajść… i choć ta wojna była bez wątpienia czymś złym, czymś strasznym, czymś pozbawionym skrupułów, dzień przed podróżą do Francji Chirjakow przyłapał się na tym, że szczerzy zęby w uśmiechu. Tak, ta wojna była czymś strasznym.
Niewykluczone jednak, że mogła stać się jego zwycięstwem.
Cena realizowania swych ambicji jak zwykle okazała się wysoka – jednak spośród wszystkich wyrzeczeń i niedogodności, najgorsze było wyczekiwanie. Przed laty – w czasach, gdy każdego dnia opuszczał pokład samolotu z pakunkiem na plecach, który w jednym kaprysie mógł zadecydować o jego życiu lub śmierci – jeden z kapitanów powiedział mu, że dziewięć dziesiątych wojny to czekanie. Po roku pobytu w Paryżu, Fiodor odniósł wrażenie, że dowódca zaniżył swoje szacunki. Wyczekiwanie z każdym kolejnym dniem stawało się nie do zniesienia, było najgorszym z możliwych scenariuszy, bowiem to czas, gdy pojawiają się wątpliwości. Kąsają celnie, szepczą zarzuty, mnożą wątpliwości. Chirjakow był bliski obłędu, szamocząc się w niewidzialnej klatce. Złapany w sidła własnej próżności. Ścigany przez resztki sumienia. Im bardziej desperacko starał się utrzymać na powierzchni swych przekonań, złapać równowagę pośród stosu kłamstw, ponownie ujrzeć wszystko wyraźnie, tym głębiej zapadał się w grząski grunt po którym kroczył, patrząc z odwagą w milczące oblicza wrogów, przez cały ten czas nie zdradzającego się choćby jednym grymasem zaniepokojenia. To było jak wir, jak ruchome piaski; im mocniej się szarpał, tym szybciej pożerały go żywcem. Mógł przecież zarzucić powierzoną mu misję, zdobyć fałszywe dokumenty, uciec do Ameryki Południowej, zniknąć, zapaść się pod ziemię, zatrzeć wszelkie tropy – potrafił przecież to robić, był mistrzem przybierania coraz to nowych twarzy. Po śmierci ojca i aresztowaniu matki wszystko, co było w Fiodorze ciepłe, szlachetne i ludzkie, pozostało w opuszczonym mieszkaniu z oknami wychodzącymi na rzekę Moskwę i skonało pomiędzy zakurzonymi okładkami książek. Przez długie lata swojego życia był wieloma postaciami. Uczniem. Posłańcem. Złodziejem. Żołnierzem. Dowódcą. Szpiegiem. A teraz?
Teraz cicho wciągane przez nos powietrze zadrapało go w gardło; miało w sobie coś gryzącego, nieprzyjemnego jak spalenizna; czegoś, czego jeszcze chwilę temu nie było. A potem to poczuł; nie tak jak czuje się czyjś dotyk, ale raczej podskórnie, jak niechętne, wrogie spojrzenie rzucane za plecami.
Pulsowanie. Monotonne, ciężkie, zgrane z rytmem jego serca, ale wyrwane z jego ciała i osadzone gdzieś poza nim. Nagle, z przerażającą klarownością zdał sobie sprawę z tego, że słowa Flavie Bernard są dla niego jak ciosy zadawane kolbą strzelby – bolesne, lecz nie mogące zranić.
Pytając go o człowieczeństwo nie mogła wiedzieć, że ma przed sobą kogoś, kto dawno je utracił. Kogoś, kto nie znał odpowiedzi na jej pytanie – nie mógł znać, skoro wykreślił definicję człowieczeństwa ze słownika, pragnąc na zawsze wyprzeć ją ze świadomości.
Tak było łatwiej. Wygodniej.
Tym razem zaczął odczuwać panujące między nimi milczenie zupełnie inaczej – było jak drzazga tkwiąca pod paznokciem. Bolesne, przenikliwe ukłucie, które zdradzało jego prawdziwą naturę – choć twarz nadal pozostawała spokojna i skupiona, to palce były prawdziwym problemem, mimowolnie rozpoczęły rozpaczliwą podróż po gładkim blacie stolika, by w końcu dotknąć okładki dramatu.
Jak gdyby szukały punktu zaczepienia z rzeczywistością.
- Dobrem luksusowym, na które pozwala sobie niewielu – cicha, wykrztuszona z wysiłkiem odpowiedź miała smak papierosowego dymu wypuszczanego z ust, który wypełnił płuca, sprawił, że kończyny stawały coraz cięższe, świat coraz bardziej miękki, wątpliwości, gniew i strach coraz mocniej odrealnione. Mógł bez wysiłku odebrać leżącą na stoliku książkę z nadzieją, że w środku odnajdzie zaginioną wiadomość, i tym krótkim, gwałtownym gestem przerwać ich spotkanie, nie dopuścić, by po raz kolejny zadała pytanie, które – nie wiedzieć dlaczego – skaleczy tak dotkliwie.
Jednak pokusa była zbyt wielka, leżała na wyciągnięcie ręki, niemal wyżerała jego myśli, zagłuszając wszystkie inne odczucia. Nie chciał doprowadzać spotkania do końca, bo w ich rozmowie – przetykanej nićmi jedwabnego, gładkiego milczenia – było coś jeszcze.
Zrozumienie?
Obawiał się kolejnego pytania tak, jak dziecko boi się kolejnego ciosu ojca-tyrana – jego podniesiona ręka mogła zwiastować kolejną salwę bólu bądź – wręcz przeciwnie – gest czułości. Jedynie czas mógł zadecydować, co nastąpi lada moment – gorzkie rozczarowanie czy…
Jednak czułość.
Tym razem ich wspólnemu milczeniu towarzyszyło coś jeszcze, coś na tyle przelotnego i rozedrganie chybotliwego, że wydawało się ledwie cieniem, mirażem, wytworem wyobraźni i jedynie sam Fiodor mógł być pewien, iż uśmiech – lekki, zaklęty w kącikach ust – nie był złudzeniem, lecz zdradzieckim przejawem myśli.
- Nie ufam pani – jego słowa – przerywające krótki moment milczenia – stanowiły jedynie preludium dla gestu Fiodora; tym razem sięgnął do kieszeni płaszcza, z cichym szelestem wyciągając z niej złożoną w pół, drobną kartkę i równie niewielki, śmiesznie mały w dłoni mężczyzny ołówek. – Ale panią szanuję, co jest wystarczająco dobrym powodem, dla którego wciąż rozmawiamy.
Choć nie jedynym, przemknęło mu przez myśl z roztargnieniem, gdy przesuwał karteczkę oraz ołówek po blacie stolika, by przerwać ruch dopiero wtedy, gdy przybory znalazły się tuż obok strzeżonego przez kobietę tomiku. Zaufanie w tych czasach było – w lepszym wypadku – przejawem lekkomyślności , zaś w tym nieco gorszym – wyrokiem śmierci. Dlatego nie powinni ufać nawet własnym wrażeniom, które podpowiadały im, że ich rozmowa pozostaje niezauważona. Papier był znacznie wdzięczniejszy – milczał, przekazując informacje i ginął w zetknięciu z niemal każdym czynnikiem, na zawsze zabierając ze sobą tajemnice.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pią Paź 14, 2016 9:41 pm

W przeszłości nigdy nie przypuszczałaby, iż w tłumie ludzi można czuć się tak bardzo samotnym. Bo choć kiedyś wcale nie należała do osób, które otaczały się potężną grupą przyjaciół czy przyciągały zazdrosne spojrzenia innych dziewcząt, własne towarzystwo wcale jej nie przeszkadzało. Żyła we własnym świecie, na przerwach intensywni przesuwając ołówkiem po kartce papieru, a na lekcjach obserwując mijających budynek szkoły przechodniów, zapamiętując ich twarze, radosne uśmiechy czy przygnębione, smutne oczy. Zamykała się w swoim pokoju, przez długie godziny malując podobizny tych, których imion nawet nie znała, których jednokrotnie minęła na ulicy i którzy czasem znaczyli dla niej o wiele więcej, niż rówieśnicy, z nieruchomymi ustami i niemalże martwymi oczami, które nocami zdawały się ożywać i obserwować jej ruchy, gdy przebierała się w kolorowe sukienki, czy po cichu łkała zwinięta na swoim łóżku, gdy w końcu ciężar świata i ta bolesna prawda zaczęły do niej docierać. Mimo wszystko uwielbiała swoje ówczesne życie, samotne spacery po paryskich uliczkach, obserwowanie słońca zachodzącego nad panoramą miasta i wypatrywanie błyszczących na ciemnym jak atrament niebie gwiazd.
Teraz jednak wszystko uległo zmianie. Zachód słońca widziała jedynie w promieniach odbijających się w szybach okien, a fragment nieba obserwowała z okien mieszkania, gdy na palcach wymykała się z ciepłego łóżka, przez całe godziny przesiadując na parapecie, patrząc w niebo i myśląc o tym, iż w obliczy tych wszystkich złocących się punktów jej problemy tak naprawdę nie mają znaczenia. Była jedynie kolejną kroplą w oceanie, nic nieznaczącą, pozbawioną jakiejkolwiek wartości. Gdyby teraz umarła, nie byłoby osoby, która uroniłaby łzę. Jej prochy złączyłyby się z ciemną, chłodną glebą, zniknęłyby jakiekolwiek dowody jej egzystencji. Jej imię rozpłynęłoby się wraz z powiewem wiatru i może kiedyś, przypadkiem, ktoś wspomniałby jej nazwisko, łącząc ją z karierą jej matki lub opowiadając o wielkiej wojnie, która uczyniła z niej kolaborantkę, kochankę samego diabła. Gdy spoglądała w tą ciemną, nieodkrytą przestrzeń, za którą kryło się tak wiele tajemnic, zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele jest ludzi na ziemi i z jak wieloma problemami muszą się oni zmagać. I choć ona była tylko i wyłącznie jedna, można powiedzieć wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, za tą wyjątkowością kryła się zwykła przeciętność. I wtedy właśnie, pośród nocnej ciszy, skryta w cieniu własnego mieszkania, rozumiała, jak samotnym można się czuć pośród tłumu ludzi. Gdy kroczy ulicą i widzi spuszczone na dół spojrzenia, gdy rozmowy w sklepie ograniczają się do podania ceny i gdy wszyscy ludzie, których kiedyś znała i ceniła, zniknęli lub odwrócili się od niej plecami, pokazując, iż poza sobą samym człowiek nie może już polegać na nikim innym.
Bywały dni, w których cisza stawała się nie do zniesienia, kiedy musiała słychać przekrzykujących się w jej głowie myśli, nie mogąc dać im upustu tak, jak zwykła robić to dawniej. Oddałaby wszystko za płótno i farby, za chwilę spokoju. Oddałaby wszystko, aby móc zatrzymać się w danej chwili, pozwolić sobie na odetchnięcie w przestrzeni między przeszłością a przyszłością, zatopić się w swojej pasji i choć na moment stracić kontrolę.
W tej samotności, w poczuciu istniej beznadziei, zagubienia i małości w obliczu wielkości otaczającego wszechświata znajdowała jednak pewną siłę. Musiała, w tych niebezpiecznych czasach nie było miejsca na wiele słabości, zwłaszcza gdy miała ich już za dużo i dobrze wiedziała, iż każda kolejna byłaby jedynie gwoździem do trumny. Gdy wokół nie było nikogo, kto podałby pomocną dłoń, otarł skapujące łzy i poklepał po ramieniu, mówiąc ciepłe i miłe słowa, które miały ją podnieść na duchu, a w rzeczywistości były niczym najboleśniejsze ciosy, zaczynała rozumieć, iż ma tylko siebie i tylko na sobie może polegać. Była swoim jedynym przyjacielem, bo choć czasem nie potrafiła już spojrzeć w lustro, nie czując obrzydzenia czy przerażenia osobą, która spoglądała na nią z tej gładkiej tafli, zdającej się być raczej karykaturą rzeczywistości niż jej wiernym odzwierciedleniem, musiała utrzymywać się na powierzchni, sama siebie podnosząc z ziemi przy kolejnym upadku. Nie miała jedynie pewności który z nich będzie tym, przy którym złamie w końcu swój kark.
Kiedyś w ludziach najbardziej fascynowały ją oczy. Potrafiła dostrzec w nich wszystko to, czego nie chcieli oni ujawniać przed światem. Całe gamy emocji przewijały się w roztaczanych dookoła spojrzeniach. Za uśmiechem krył się smutek, ból i cierpienie, a czysta radość była najpiękniejsza, gdy objawiała się tym specyficznym błyskiem, który tak ciężko było otworzyć na płótnie, aby wyglądał prawdziwie. Widziała setki paryskich oczu, okazujące miłość, tęsknotę, wdzięczność, czystość, radość, złość czy ból. Widziała jak ludzie spoglądali na siebie z czułością, jak z rozbawienia wybuchali śmiechem, a w ich oczach tańczyły barwne ogniki, jak światło słoneczne czy srebrzysty blask księżyca odbijały się w nich, nadając im zupełnie nową, niemalże magiczną głębię. Była w końcu artystką, zauważała te wszystkie szczegóły, drobne zmarszczki między brwiami, delikatne dołeczki w policzkach, zaciśnięte dłonie czy drgające wargi. Patrzyła na ludzi wtedy, kiedy myśleli, że nikt ich nie obserwuje, bo tylko wtedy pozwalali sobie na chwilę oddechu od przybieranych na twarz masek i byli naprawdę sobą. Nikim więcej poza tymi delikatnymi stworzeniami, które wbrew pozorom tak łatwo było zranić.
Wojna wywróciła wszystko do góry nogami i choć Flavie czasem wciąż łapała się na tym, iż zatrzymuje się na środku ulicy, podążając wzrokiem za przypadkowymi przechodniami, zaczynała dostrzegać, iż w każdym spojrzeniu kryje się teraz to samo. Smutek, złość i strach. Zupełnie jakby niemiecka okupacja pozbawiła wszystkich powodów do jakiejkolwiek radości, możliwości cieszenia się z tych drobnych rzeczy, które może nie były w stanie zapełnić długotrwałego szczęścia, ale choć na chwilę dawały namiastkę normalności. Tego, co było przed i tego, na czego nadejście mieli jeszcze nadzieję.
To samo robiła teraz, od momentu w którym usiadła przy stoliku starając się dowiedzieć czegokolwiek o sobie, która siedziała obok niej. Fiodor był dla niej zagadką. Nie znała jego imienia, nie wiedziała, skąd pochodzi, jaka jest jego historia i czym się zajmuje. Był zupełnie jak ludzie których obserwowała na ulicach miasta, z tym wyjątkiem, że przed nim nie mogła się ukryć. Była wystawiona na jego spojrzenie, czuła się odkryta, pozbawiona wszelkiej zasłony, która mogłaby ukryć ją przed jego wzrokiem. W jej głowie formowały się setki pytań. Kim jesteś? Co robisz? Dlaczego wciąż rozmawiamy? Jakie jednak miała prawo, aby o nie zapytać? Prawdopodobnie żadnego, dla niego też była nikim. Nie liczyła się ona, a to, co posiadała. Wiedziała, że gdy w końcu mu to odda, gdy dostanie to, po co przyszedł, opuści to miejsce nie oglądając się za siebie licząc, iż nigdy więcej nie będzie musiał jej spotkać.
Czy chciała się dla niego liczyć? Być może, czasem pragnęła, aby ktoś po prostu ją zauważył, aby traktował ją jak człowieka równego sobie. Nie była jednak pewna, czy ma prawo mówić o sobie jak o człowieku, skoro z taką łatwością wymieniła niemalże wszystkie jego cechy na pewne bezpieczeństwo oraz stabilność, która jednak powoli chyba zaczynała się walić. I nawet bijące pod skórą serce zdawało się być jedynie imitacją, gdy to prawdziwe zostało brutalnie wyrwane z jej piersi.
- Człowieczeństwo jest słabością – słowa, które wydobyły się z jej drobnych ust, zaskoczyły ją samą i przez chwilę nie miała pojęcia, czy naprawdę je wypowiedziała. Sama wiedziała jednak najlepiej, te cząstki uczuć i emocji, które tkwiły gdzieś tam głęboko, czyniły ją słabą, narażoną na ból, który byli w stanie zadać jej inni. Uwadze nie uciekł jego zmieniony głos, jednak nie do końca wiedziała, o czym on świadczy. Czyżby jej pytanie było dla niego niekomfortowe? Czy na chwilę miała okazję dostrzec prawdziwego człowieka, twarz mężczyzny, który w tym temacie miał to powiedzie tak samo wiele jak ona?
- I dobrzeTeż bym sobie nie zaufała. Uniosła wargi w lekkim uśmiechu zauważając, jak w jego dłoni pojawia się kartka oraz ołówek – Cieszę się – i naprawdę miała to na myśli, w jakiś dziwny, niemożliwy do opisania sposób czerpała przyjemność z tego, iż ich spotkanie nie skończyło się na chłodnej wymianie towaru. Dziwne przeczucie, iż mogą mieć ze sobą więcej wspólnego, nie potrafiło jej opuścić, choć przecież nie miała ku niemu jakichkolwiek podstaw. Już dawno nauczyła się, iż nie warto jest ufać swojemu instynktowi i tym razem także nie zamierzała poświęcić mu całej siebie.
Śledziła wzrokiem dłoń mężczyzny, gdy przesuwał w jej stronę karteczkę, przez chwilę patrząc się w jej białą, czystą powierzchnię. Wiedziała, do czego jej użyć, nie miała jednak pojęcia, w jaki sposób to zrobić. Część jej chciała okazać mu jeszcze tą część człowieczeństwa, która w niej pozostała, oddać mu jego przynależność i liczyć, iż może poświęci jej jeszcze chwilę, zaszczycając ją rozmową, której tak bardzo jej brakowało. Z drugiej jednak strony była to szansa aby zyskać coś, czego może już nigdy nie będzie okazji zdobyć.
Z wahaniem wzięła do ręki ołówek, mając wrażenie, iż to jedno, krótkie słowo, ciąży na krańcu jej języka i wydaje się po prostu zbyt brzydkie, aby po prostu je napisać. Zamiast tego pospiesznie naszkicowała na niej niewielki pistolet, z którego zamiast kuli wydobywały się pojedyncze kwiaty. Przez chwilę poczuła się tak, jakby jej ręka żyła własnym życiem, dając mu odpowiedź na niezadane pytanie, zanim ona sama zdołała ją sformułować. Nie zdążyła tego przemyśleć, jednak było już za późno, gdy przesuwała z powrotem karteczkę, położoną na stoliku rysunkiem w stronę blatu. Następnie w jej dłoni pojawił się inny, odrobinę większy skrawek papieru, który powoli zaczęła obracać między palcami pozwalając, aby delikatny szmer był jedynym otaczającym ich dźwiękiem.[/i][/i]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Sob Paź 15, 2016 4:39 pm

Przeszłość miała dla niego wagę mgły.
Minuty stawały się godzinami, godziny – dniami, dni zaś przeobrażały się w miesiące. Fiodor poddał się temu rytmowi życia, dostrzegając w nim konsekwentność, której brakowało w ponurej codzienności. Mechaniczność wykonywanych czynności była składową nawyków wyniesionych z wojska i wrodzonej pedantyczności. Jego metafizyka była metafizyką pedanta – wiedział, że w drodze do zakładu, do piwiarni, do mieszkania musi obserwować ludzi i snuć na ich temat subtelne rozważania; próbował dociec ich przeszłości, budował alternatywne życiorysy, układał symfonie losów. Dokładnie godzinę dziennie trawił na czytaniu tego, co nie wiązało się z misją; cudze myśli nic nie ważyły, stanowiły dla niego namacalne świadectwo realności i pozwalały – choćby przez sześćdziesiąt minut – na pielęgnowanie prawdziwej tożsamości. Sypiał niewiele ponad pięć godzin na dobę. Miewał sny, których nie pamiętał. I wciąż obsesyjnie baczył na detale. Nie zastanawiał się, czy ktoś w Związku Radzieckim za nim tęskni – jeśli nawet, to myśl ta jawiła mu się tak odpychającą, że natychmiast kierował umysł w inną stronę. Tutaj, w Paryżu, pragnął być nikim, rozpłynąć się w nicości, bo w nicości tkwiła oczywista, jak najbardziej znośna lekkość bytu. Prawie mu się udało; sąsiedzi traktowali go jak powietrze, którym nie da się oddychać. Przemykał po schodach (czterdzieści cztery do przebycia) jak cień; cienie nie zostawiają śladów, także w pamięci – czasem Fiodorowi wydawało się, że jest niemal szczęśliwy, bo pozbawiony balastu wszystkich złych i dobrych chwil. Sądził, że dobre momenty ważą w pamięci tyle samo, co złe i niepotrzebnie obciążają duszę w takim samym stopniu. Z tego punktu widzenia były złe same w sobie, bez względu na ich pozytywny czy negatywny wydźwięk – dlatego starał się nie wspominać niczego, co budziło w nim emocje. Nie tęsknił również za miłością. Regularnie, o ściśle określonej porze, zapraszał do siebie dziwki, których lekkość obyczajów znakomicie korespondowała ze zwiewnością życia wewnętrznego Lazara Salko.  Jedyne, czego mógł się obawiać, to zupełnego zatracenia tożsamości: tego dnia, gdy nie rozpozna własnej twarzy, gdy – przeglądając się w lustrze – spojrzy w oczy obcego człowieka. Przerażała go myśl, że nie odczuje wtedy strachu, lecz… fascynację. Że nie odbierze swej amnezji w kategoriach klęski i – wręcz przeciwnie – uzna ją za szansę na wolność. Wolność od siebie samego i od wszelkich możliwych balastów, od wspomnień zesłanego do łagru ojca i umierającej w więzieniu matki. Od mglistego obrazu dziadka, który za cenę życia wyparł się przekonań, historii i dumy. Fiodor obawiał się, że niepamięć uzna za okazję do wykreowania od nowa własnej tożsamości, że nie każdy dostaje w prezencie taką ewentualność, więc – gdy już się nadarzy – będzie ją musiał wykorzystać.  Jednak nim to nastąpi, czeka na niego pytanie, którego nigdy nie zadał wprost.
Kim jestem teraz?
Ta banalna twarz, gładkie rysy świadczące o... no właśnie, o czym? Maska niemal nietknięta dłutem losu. Przez większość życia był jak gmach niezadowolony z architekta.  Do diabła, czy straszne zdarzenia nie powinny czynić naszych oblicz ciekawszymi? Jedynie blizna – blady półksiężyc tuż nad łukiem brwiowym – świadczyła o tym, że za nieruchomym spojrzeniem kryła się niewypowiedziana, skrzętnie ukryta historia. Coś pogrzebanego pod całym stosem zmieniających się tożsamości, coś, o czego istnieniu świadczyła wyłącznie jasna skaza biegnąca nad lewą brwią. Przeszłość – mało istotne, jak bardzo pragnęło się od niej uciec – zawsze pozostawiała na ludziach blizny. Porażki, rozczarowania i wyrzuty sumienia cały czas pozostawały świeże. Na zawsze. Uśmiech ładnej, moskiewskiej dziewczyny, który Chirjakow zlekceważył. Wina, którą zrzucił na kogoś innego. Anonimowe ramię, które potrąciło go w tłumie i napełniło tłumioną złością na kilka dni albo miesięcy. Właśnie z tego zbudowana jest przeszłość, takie paskudne chwile uczyniły Fiodora – i niezaprzeczalnie Flavie – tymi, kim są dzisiaj. Wyparcie nie miało większego sensu: każdy miał coś za kołnierzem. On, ona, dwóch czytających po drugiej stronie czytelni chłopców. Prawdziwa sztuka w takim wypadku polegała na tym, aby stać się wielkim nie przez coś… ale pomimo czegoś. Chcąc uratować własną tożsamość, powinni zachowywać dawne nawyki, te nieszkodliwe naleciałości z przeszłości, o której pragnęli zapomnieć i która – za nic mając starania – powracała czkawką, przejawiała się mimowolnie wykorzystywanymi wzorcami postępowania.
Jak choćby obserwacją.
Fiodor patrzył na ludzi, pragnąc przejrzeć ich zamiary, Flavie czyniła to, by dojrzeć w nich prawdę. Różniły ich pobudki i efekt obserwacji – Chirjakow przyglądał się zachowaniom przechodniów z niechęcią, byli dla niego naznaczeni ciężarem, na skutek licznych złudzeń upakowanych w ciasnych umysłach brakowało im lekkości. Przyglądał się ich bezsensownej krzątaninie i nie widział ludzi, lecz atomy. Poruszające się w przestrzeni atomy, niedostrzegające bezkresu, zajęte sobą i skrawkiem rzeczywistości, który ich dotyczy. Ludzie wędrowali po stałych i nigdy nie zmieniających się torach, po doskonale znanych, wydeptanych ścieżkach, co czyniło życie sztucznie zdeterminowanym; w ich dobrze funkcjonującym mechanizmie nie było miejsca na wolność. Myśl, że chaos ludzkich poczynań był pozorny, że robili to, co muszą robić i nie mają możliwości wyboru, rzucała na rzeczywistość cień grozy – z pomocą przychodziła dopiero parenkliza. Częściowe odchylenie toru atomów, niby nic wielkiego, a jednak rewolucja – odchylenie dało ludziom margines dowolności, a dowolność –przyniosła spłachetek wolności.
Dlatego Fiodor przed laty podjął decyzję – będzie parenklizą ludzkości, tym jednym, zakrzywionym torem, który odbiega od utartych ścieżek i oferuje zupełnie nowe możliwości, pozornie nieosiągalne wybory, niepowtarzalne okazje tworzące sposobność do zmienienia życia.
Czy Flavie Bernard zdołała dostrzec w nim swoją szansę? Czy pomiędzy kolejnymi sekwencjami nieuciążliwej, niemal doskonałej ciszy zrozumiała, że ich rozmowa już dawno przestała być wyłącznie negocjacjami i stała się dialogiem – nie pomiędzy przypadkowymi jednostkami, ale ludźmi, którzy w podświadomy sposób odnaleźli w sobie partnera do wymiany zdań, poglądów… i obaw? Wciąż patrzyli na siebie z pewną dozą ostrożności, tak, jak patrzy się na coś nowego, nieznanego, niesprecyzowanego – usilnie próbowali odkryć pobudki, które kierowały drugą stroną i raz za razem ponosili porażkę.
Żadne z nich nie było otwartą księgą, nie byli nawet gotowym dziełem – połowa stronnic wciąż pozostawała pusta, cierpliwie wyczekiwała na zapełnienie nieskazitelnej bieli kartek równym pismem. Część historii mogli spisać sami, reszta uzależniona była od czynników niezależnych, od wypadkowej zdarzeń i spotkanych ludzi; po dzisiejszej wizycie w bibliotece oboje zapiszą stronę, półtorej, być może powrócą kiedyś do zaklętych w ciemnym atramencie wspomnień, dopiero po długim czasie odkrywając, jak osobliwa była ich nić porozumienia.
A przecież to spotkanie mogło przebiec zupełnie inaczej; szybkie, pozbawione zbędnych słów rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki, tak oczywiste, tak proste. Zmusić ją do mówienia, wycisnąć z niej każdy sekrecik, siłą wyrwać przysięgę, że nikomu nie zdradziła tej drobnej tajemnicy. Wiedza, zwłaszcza w sytuacjach podobnych do tej, była walutą bezcenną. Czymś o wiele bardziej przydatnym od broni, od kompromisów – przecież Fiodor doskonale wiedział, jak doprowadzić do tego, by wróg nie zdołał niczego przed nim ukryć, a kiedy już wszystko potulnie wyśpiewa, kiedy przyzna się do najdrobniejszego grzeszku – nawet tego, którego nie popełnił – dopiero wtedy będzie mógł odejść i nigdy więcej nie spotkać właściciela niewielkiej, zapisanej cyrylicą notatki. A jednak – Chirjakow wciąż siedział spokojnie, cierpliwie, z uwagą wsłuchując się w głos kobiety; nie tyle w jej słowa, co ich brzmienie, które niejednokrotnie zdradzało więcej treść wypowiadanych zdań.
- To nie człowieczeństwo jest słabością – nie pragnął wdawać się w polemikę, ale nagle – wiedziony potrzebą zreflektowania się za poprzednie wahanie, za przesycone niepewnością milczenie – zrozumiał, że nie powinien bezgranicznie przystawać na jej zarzut i że w słowach pani Bernard tkwiło ziarno prawo, tyle tylko, że padło ono na twardy, nieurodzajny grunt. – Słabością jest rezygnacja z niego.
Słabością zasługującą na pogardę – nie było niczego bardziej haniebnego od złożenia broni, poddania się, wyparcia tej drobnej cząstki empatii, która czyniła człowieka człowiekiem, nie jedynie dwunożną istotą z przeciwstawnymi kciukami… a jednak w trakcie wojny nic nie przychodziło łatwiej od rezygnacji z własnych wartości. Bezpieczne, sprawdzone zachowanie, które pozwalało przetrwać jako gliniana skorupa, cień dawnego ja – grzech, którego przed laty dopuścił się Fiodor. Krew rodzi krew, jednak nigdy nie jest za późno, by stać się lepszym – stać się dobrym człowiekiem, przez całe życie pozostać wiernym dawnym zasadom i nigdy nie wybierać łatwej drogi, jeśli podejrzewa się, że wiedzie na manowce.
Tym razem ich milczenie nie było wywołane potrzebą odnalezienia odpowiednich słów czy wyważenia kolejnej wypowiedzi – cisza przesycona została niewymownością, pod którą kryła się pełna gama słów. Przesuwana po blacie kartka mówiła to twoja szansa, ujęty w dłoń ołówek szeptał uspokajająco wszystko się ułoży, a spojrzenie Chirjakowa – w skupieniu śledzące drobną dłoń Flavie – zdawało się wyrażać wyłącznie jedno.
Dlaczego zawsze musi chodzić o śmierć?
Milczał, unosząc ze stolika kartkę z rysunkiem broni. Milczał, wpatrując się w smukłe, cieniutkie kwiaty strzelające z lufy. Milczał nawet wtedy, gdy pomiędzy palcami kobiety zatańczył nierówny fragment papieru, który stał się przyczyną tego spotkania.
Dlaczego zawsze prosicie o przemoc?
Głowa – jakby wbrew jego woli – poruszyła się ostrożnie, potakująco, góra-dół, krótki, przyzwalający gest, który potwierdzał jej nieme żądanie. Dostanie to, czego pragnęła, w końcu od samego początku właśnie to chcieli osiągnąć – kompromis, który oznaczał rychły koniec ich… znajomości?
- Fontanna Medyceuszy bywa urzekająca nawet podczas schyłku zimy – ujął ołówek w dziwnie zgrabiałe, jakby nieswoje palce; rysik dotknął czystej strony zgiętej na wpół kartki, pozostawiając na niej pewne, stanowcze pociągnięcia linii. 27 marca, 18. Data i godzina miały drobną, kanciastą formę, jak gdyby dziecko pragnęło odwzorować ruchy dorosłego – już na pierwszy rzut oka Flavie mogła dostrzec podobieństwo z charakterem pisma, które szczelnie pokrywało trzymaną przez nią kartkę – nawet kanciastość cyrylicy znajdowała odzwierciedlenie w cyfrach i łacińskich literach. Fiodor ponownie przesunął w jej stronę skrawek papieru, zatrzymując go w dokładnej połowie odległości między sobą, a kobietą – na ziemi niczyjej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Sob Paź 15, 2016 10:56 pm

Były rzeczy, o których nawet ona nie potrafiła myśleć, bo choć zazwyczaj pozwalała swoim myślom uciekać swobodnie na najbardziej dalekie tereny, jako jedyna rzecz, która wciąż jeszcze pozostawała wolna, były tematy zamknięte szczelnie na cztery spusty, których otwarcie groziło potężną falą, zalewającą ją całą i sprawiającą, iż topiła się w tak żywych i rzeczywistych wspomnieniach. Nie zawsze były one bolesne, czasem najszczęśliwsze wspomnienie potrafiło zadawać największy cios, gdy przypominało o czymś, co utraciła, a czego nie mogła już odzyskać.
Nie lubiła myśleć o swojej matce. Chociaż jej piękna twarz, jasne włosy, szczupłe dłonie tańczące na klawiszach pianina i ciepły głos, który układał ją do snu i wybuchał głośnym, dźwięcznym śmiechem, kojarzyły jej się z najpiękniejszymi czasami, jakich mogła doświadczyć, jednocześnie rozdzierały jej serce na drobniutkie kawałki sprawiając, iż gdy patrzyła w lustro, w tą twarz, która łudząco przypominała twarz ukochanej matki, miała ochotę wątłymi dłońmi rozbić jego taflę i nigdy więcej nie musieć oglądać swojego odbicia. Męczące wyrzuty sumienia być może świadczyły o tym, iż nie do końca wyzbyła się człowieczeństwa, iż przeszłość wciąż trzymała ją przy tej części jej natury, którą tak bardzo pragnęła od siebie oddzielić. Gdy myślała o matce, czuła jej delikatny dotyk we włosach, gdy przeczesywała jej jasne, dziecięce kosmyki szczupłymi dłońmi, nucąc przy tym piękną piosenkę, która na zawsze utkwiła jej w pamięci. Nie pamiętała nawet dokładnie jej słów, jednak melodia czasem, mimowolnie, pojawiała się w jej głowie, towarzysząc na każdym kroku, jakby pragnęła zachęcić ją to cofnięcia się w przeszłość, to tych nielicznych chwil szczęścia, które teraz były niczym największe przekleństwo.
Chciałaby móc po prostu zapomnieć, umieć ruszyć do przodu bez patrzenia za siebie, na to, czego nie mogła już zmienić. Czas był niemiłosierny, nie pozwalał na krok w tył a ten, kto nie umiał się dostosować, cierpiał nękany duchami przeszłości, obrazami życia, które przepadło na zawsze. Wiedziała, że zawsze będzie pamiętać. Nie tylko to, co wydarzyło się kiedyś, ale i to, co działo się teraz. Spotkanie w bibliotece, w jakiś zaskakujący sposób, na zawsze wryje się w jej umysł i kiedyś, jeśli dożyje końca tej wojny i w końcu odzyska upragnioną wolność, być może będzie wspominać ten moment, emocje, które targały nią gdy szła do biblioteki, gdy zastała tam coś zupełnie innego niż to, czego się spodziewała. Będzie także pamiętać każdy następny dzień, gdy jej mąż wróci wieczorem do domu, otoczony śmierdzącym odorem alkoholu, gdy wbrew jej oporowi przyciągnie do siebie, mamrocząc pijackie słowa, które sprawiały, że wzdłuż kręgosłupa przebiegały jej ciarki. Przypomni sobie każdy moment, w którym podniósł na nią swą twardą dłoń, uderzając w twarz, gdzie na skroni widniała delikatna blizna niewielkim rozcięciu. Będzie wspominać każdy dzień, gdy ze spływającymi po policzkach rozgrzanymi łzami liczyła siniaki na ciele, aż w końcu przestała. Nie, nie liczyć, to nigdy nie mogło jej się znudzić, obserwowanie, jak powoli doprowadza się do autodestrukcji. Przestała jednak płakać, rozumiejąc, iż łzy nie czyniły już żadnej różnicy. Nie mogły jej pomóc, wyleczyć ran, ukoić bólu, na zawsze otoczyć niewidzialnym płaszczem i zabrać z dala od człowieka, który zamienił jej życie w koszmar. Łzy nie przynosiły też ulgi, gdy zdawała sobie sprawę, iż stratą czasu jest użalanie się nad własnym, nie ważne jak nieszczęśliwym losem. Dlatego zaciągała rękawy, unosiła głowę w górę, starając się przykryć ślady na twarzy delikatnym makijażem i udawała, że wszystko jest tak, jak być powinno. Choć w rzeczywistości wiele spraw stało na głowie, a ona sama nie do końca potrafiła rozeznać się w tym, kim jest i gdzie się znajduje, nie chciała, aby inni jej żałowali. Na nic jej były słowa współczucia, których na szczęście nie dostawała, ani smutne, niekiedy zdziwione spojrzenia, rzucane jej w sklepowej kolejce, gdy przez przypadek odsłoniła posiniaczoną rękę, czy zapomniała przykryć fioletowe znamię pod okiem. Szczerze mówiąc, nigdy jej to nie obchodziło. Mogli myśleć co chcieli, jednak gdyby wiedzieli, z kim mieszka pod jednym dachem i z kim niemalże każdej nocy dzieli jedno łóżko, być może doszli by do wniosku, iż na to wszystko zasługuje.
Ona czasem też tak sądziła, wiedząc, jak wiele mogłaby zrobić. Nie raz zastanawiała się, jak cennym towarem mogłaby być w rękach kogoś, kto pragnąłby walczyć w ukryciu przeciwko okupującej ich sile. Była w końcu tak blisko, każdej nocy myśląc o tym, iż wystarczyła by chwila, aby gładkim ruchem poderżnąć mu gardło, wkraść się do gabinetu, gdy nie było go w domu, gdy wyłapywać informacje z prowadzonych między innymi oficerami rozmów, podczas kolacji czy bankietów, na których miała okazję gościć. Nie miała złudzeń iż ktoś w Paryżu z pewnością działa. Trzymana w dłoni wiadomość była tego najlepszym dowodem. Czy miała jednak w sobie na tyle odwagi, aby podjąć ryzyko? Aby na wszystkie te maski nałożyć jeszcze jedną, rozpocząć kolejne życie, które może pomogłoby odkupić chociażby część win i oczyścić sumienie.
Szukała w ludziach prawdy, chciała odkrywać ich historie oraz obnażać ich tajemnice, jednak nigdy jeszcze nie zdobyła się na to, aby spojrzeć w swą własną twarz i w swych oczach doszukać się tego, co tak skrzętnie starała się ukryć. Była dla siebie zagadką, w jej oczach widziała jedynie martwe odbicie rzeczywistości, przesuwające się przed nią obrazy codzienności, nie znaczące nic więcej ponad to, co już wyrażały. Były jak szkiełka, lusterka, w których można się było przejrzeć, ale nie dostrzec to, co skrywa się pod nimi.
Czasami wydawało jej się, iż wszystko to, co dostrzega, dzieje się jedynie w jej głowie. Że historie, które dopisuje mijanym ludziom są jedynie wymysłem jej wyobraźni. Że każda wylana łza nie ma żadnego powodu, że nie ma masek ani wielu twarzy, że taka po prostu jest. Miała wrażenie, iż wszystko wyolbrzymia, iż przedramatyzowuje swą sytuację, wszystkiemu dodając dodatkowe dno oraz głębię. Nie wiedziała, skąd brały się u niej te wątpliwości, powątpiewanie we własną szczerość przed… no właśnie, przed kim? W końcu była jedyną powierniczką swoich sekretów, jedyną osobą, która znała jej myśli i uczucia. Dlaczego miałaby oszukiwać samą siebie, skoro nikt inny nie wiedział, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami mieszkania? Zaczynała się gubić, stąpając na ślepo to przodu, wyciągając przed siebie ręce i licząc, że nie spadnie z krawędzi klifu lub nie poczucie na czole chłodu lufy pistoletu, wycelowanego prosto w jej głowę i gotowego, aby wystrzelić.
- Najwyraźniej jestem naprawdę słaba – uśmiechnęła się, nie radośnie i ciepło. Raczej blado, jakby zaczęła tracić nadzieję, jakby było jej szkoda samej siebie za to, że tak łatwo się poddała, że nie miała już siły zmagać się z uczuciami, więc po prostu się ich pozbyła. Choć może nie do końca była to prawda, w końcu wciąż czuła ból, wciąż miewała ludzkie pragnienia, wciąż tęskniła za przeszłością i wciąż bała się o swoją przyszłość. Jedyne, czego jej brakowało, to chyba współczucia oraz siły, aby walczyć, gdy czasem po prostu było jej wszystko jedno. Bo w istocie miewała te dni, kiedy uderzało w nią to, iż nie ma nic do stracenia i gdyby świat miał się skończyć w tej właśnie chwili, nie zapłakała by nad tym, co pozostawiała za sobą.
Przesuwając po blacie karteczkę z prośbą poczuła się głupio, naiwnie, prosząc o coś, czego przecież mogła nigdy nie użyć. Dlaczego właściwie tego potrzebowała? Czy fakt, że mogłaby się obronić, sprawiłby, iż czułaby się bezpieczniej? W pewnej chwili miała ochotę wyrwać mu kartkę z dłoni, porwać na drobne kawałki, oddać mu jego własność i po prostu wyjść, mając wrażenie, iż to do niej nie pasowało. A jednak, wyjątkowe sytuacje wymagały też wyjątkowych środków. Nie warto było zadawać sobie pytanie kim jestem, należało raczej pytać kim muszę się stać, aby przeżyć. Każdy podejmował własne decyzje, każdy obierał zupełnie inną drogę. Tego właśnie chciała, broni, którą mogłaby schować w skrytce w podłodze mając pewność, iż nikt jej nie znajdzie, skoro przez cały ten czas nie znalazł niczego innego.
Kiwnięcie głowy było dla niej wystarczające, zaklęta w tak prostym zdaniu wskazówka tak zrozumiała, aby wyryła się w jej pamięci, a data wypisana tym samym pismem co ukryta pod cyrylicą wiadomość stanowiła potwierdzenie, iż w następnej sekundzie ich drogi rozejdą się w dwie różne strony. Bez wahania, bez słowa, położyła przed nim trzymaną wcześniej dłoni karteczkę. Jedyną rzecz, która łączyła ją jeszcze z siedzącym obok człowiekiem. Ale czy aby na pewno? Czy nie miała uczucia, że mają między sobą więcej wspólnego? Obiecała sobie nie ufać przeczuciu, jednak to było zbyt silne, zbyt frustrujące, zbyt tajemnicze i kuszące, niemalże popychające ją do zadania pytań, których jednak nie odważyła się wypowiedzieć. Ostatni raz spojrzała w jego twarz, w oczy, które stanowiły taką samą zagadkę jak jej własne, które widziała każdego dnia w odbiciach luster czy sklepowych witryn. Patrzyła przez krótką chwilę, zanim odwróciła się, prostując na swoim miejscu z dłońmi delikatnie splecionymi na biurku i przymkniętymi lekko oczami spodziewając się, iż wkrótce usłyszy dźwięk odsuwanego po podłodze krzesła i mimowolnie słuchem będzie śledzić oddalające się w stronę drzwi kroki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Nie Paź 16, 2016 6:03 pm

Wspomnienia lepszego, przedwojennego życia, życia odgrodzonego od cierpienia grubym, zdawałoby się – nieprzebytym murem – były pośród skutych zimnem ulic Paryża zaledwie bladymi odbiciami, refleksami przefiltrowanymi przez ponurą rzeczywistość, płatkami śniegu, które topniały po zetknięciu z aksamitem skóry.
Były niczym.
Dobre, ciepłe, przyjazne, słodkie wspomnienia dzieciństwa i wszystkich tych beztroskich, pachnących wieczną wiosną lat zamykały się w zaledwie trzech słowach.
Smutek spełnionych miłości.
Ubiegający czas i toczące się koło historii niweczyły wszystko – być może nawet nie tyle niweczyły, co podkreślały istotę utraconego szczęścia. Zetknięcie z blaknącymi cieniami dawnego życia było jak powrót do od dawna wyschniętych źródeł, czyli do nicości, do mentalnej pustyni, po której snują się karykaturalne demony tych, którzy odeszli przed laty. Ulotność afektów oraz płochliwość szczęścia wskazywały na to, że miłość – do ojca, do matki, do rodzeństwa, do ukochanej – jest jedynie oszołomieniem. Zawsze kocha się coś, czego nie ma – z owym owczym pędem, z bydlęcym zamiłowaniem do nicości – kocha się to, co jest chwilą, ulotnością, złudzeniem. Uczucia czynią ślepym na to, co oczywiste, a jednak ludzie czują i kochają, za każdym razem odkrywając, że kochali miraż, a jednak zawsze powiadają sobie – nic to. I szukają dalej, z uporem lokują uczucia w kolejnych złudzeniach, w wyobrażeniach o kimś, a nie tym kimś we własnej osobie. Powstały różne rodzaje miłości, można by o tym pisać uczone dysertacje, gdyby tylko komuś się chciało – jest przecież miłość do kobiety lub mężczyzny, miłość niwelująca narzucające się usterki. Kostropata matrona uchodzi za skończoną piękność, bo się ją obserwuje poprzez pryzmat miłości, pryzmat, który – jakież to sprytne – zniekształcając dokształca. Niwelując-wypełnia – bo niwelując braki, dezintegruje nicość. Jest też miłość matki do dziecka – ta bezzasadna, ofiarowana za nic i niczego nie oczekująca w zamian. Rzadkość w tym świecie – rzadkość narzucająca smutek całkowitego niespełnienia, gdy rodzic odejdzie przed czasem, pozostawiając oczy pełne łez i serce rozerwane w pół. Jest również miłość kobiet – jednak ta miłość, o ile kobieta nie jest matką, nie jest trwała. Nie jest wieczna. Zawsze jest zbyt krótka, jak żywot motyla – bajeczna, kolorowa i długa jak muśnięcie skrzydeł. Ten początkowy żar, ten napęd, ten płomień z czasem gaśnie, gaśnie nieuchronnie od samego początku. Początek miłości jest zarazem jej końcem, zaś na końcu pozostaje zimny, zwęglony knot – co paradoksalnie oznaczało, że samo jądro uczucia zawsze jest wychłodzone. Na domiar wszystkiego mężczyzna w przeciągu zbyt ulotnego – zwłaszcza w okresie wojny – życia musi się nauczyć zdobywać miłość kobiety.
Musi też nauczyć się ją tracić.
Fiodor nie zdołał pojąć miłosnego fenomenu – nigdy nie kochał i był jednocześnie zbyt krótko kochany, by oswoić się z tym uczuciem. Miłość rodziców dostrzegł tylko raz, dwa dni przed legnięciem całego ich życia w gruzach – dostrzegł ją w ojcu, gdy ten pojawił się w domu bez munduru i bez medali, które do niedawna nosił z dumą. Był tak smutny, że matka nie robiła mu wyrzutów –dlatego oboje milczeli, w ten niepojęty, nieuchwytny sposób lubili ze sobą milczeć. Ojciec odezwał się po długim czasie, by powiedzieć jej, że niebawem umrze i że nie potrafi zrobić z tym. Nic! Krzyczał, płakał tak, jak gdyby był dzieckiem i jakby nie mógł inaczej artykułować swych lęków i bólu. Płakał i drżał. Jak on drżał. A matka? Ona tylko go przytuliła. Tylko przytuliła. Aż przytuliła. Bardzo przytuliła. Bezbrzeżny smutek tego wspomnienia potęgowała umieszczona w nim, mniej lub bardziej zawoalowana refleksja, iż bezpowrotnie utracone dzieciństwo było w dodatku puste i na swój sposób oschłe.
Pułapki zastawiane przez zaklęte we wspomnieniach uczucia były jak rozstawione w lesie wnyki; dopiero doświadczenie i czas pozwalają na ominięcie wilczych dołów, które czekają na jedno, drobne, nieostrożne stąpnięcie – bo wystarczył zaledwie jeden, przypadkowy błąd, by dotkliwie poczuć to, co niosło ze sobą wspomnienie utraconego szczęścia. Ból. Kolejny niedoceniony fenomen materii. Czymże był jednak cały ból tego świata wobec cierpienia, które bywa tęsknotą za dawnym życiem i za utraconym bezpieczeństwem? Wątła nić, na której zawieszono niewiarygodne ciężary stanowiła jedyne połączenie pomiędzy tym, co było kiedyś, a tym, co teraz – każdy, kto decydował się na rozdrapywanie dawno zasklepionych ran, musiał liczyć się z krwawym, bolesnym brzemieniem.
Brodząc pośród cieni utraconego życia niezwykle łatwo można było zapomnieć o tym, co najistotniejsze w teraźniejszości; gdy nie dawkowało się odpowiednio wspomnień, te przesłaniały obraz rzeczywistości, czyniąc człowieka ślepym na rzeczy szczególnej wagi. Życiowe szanse umykały sprzed nosa, sedno sprawy – choć tkwiło na wyciągnięcie ręki – pozostawało nieodkryte, a możność zmiany swojego losu stawała się jedynie suchym gdybaniem zaklętym w wytartym szablonie co by było, gdyby…?
Co by było, gdyby Flavie postanowiła wziąć los w swoje ręce i jednym, zadanym w mroku nocy cięciem pozbawiła życia tyranizującego ją mężczyznę? Odpowiedź wydawała się oczywista – nie dalej jak tydzień później podzieliłaby jego los, na dobre rozprawiając się z własnym cierpieniem. Lecz co by było, gdyby dokonała tego z odpowiednim planem? Co by było, gdyby zdołała uciec? Co by było, gdyby przedostała się na południe, do Szwajcarii, albo na zachód, do Wielkiej Brytanii? Co by było, gdyby posiadała na tyle siły sprawczej, aby zapewnić sobie inne życie – lepsze życie?
Zastanawianie się nad należącą do sfery gdybania odpowiedzią oznaczało wyłącznie marnotrawienie czasu, energii i kreatywności. Tak było do dzisiaj, do momentu, w którym jej dłoń nie skreśliła na skrawku papieru drobnego rysunku broni. Kilka naprędce postawionych ołówkiem kresek przełamało sferę co by było i wprowadziło ją w zupełnie inny etap. Nie była już bezczynna, zobojętniała, niezaangażowana – prosząc o broń, przekroczyła granicę. Prosząc o broń, przyznała przed sobą, że jakaś jej część ma dosyć bycia ofiarą i że pora zacząć działać. Prosząc o broń, nieświadomie opuściła ten ciasny, cichy, intymny świat, w którym pragnęła odizolować się od świata i podjęła ryzyko.
I choćby z tego powodu nie powinna uważać się za słabą – już nie.
Obserwował jej słaby, pozbawiony wesołości uśmiech, pozwalając, by ten zniknął równie prędko, jak się pojawił. Coś w jej głosie – nuta rezygnacji, zmęczenia bądź po prostu zobojętnienia sprawiła, że odrzucił początkowy zamiar przemilczenia słów, które wciąż rozbrzmiewały w jego uszach cichą, wyczerpaną nutą. Nagle – po części wbrew sobie – nachylił się w jej stronę, przekraczając niepisaną, cieniutką granicę, którą sami wyznaczyli.
- Kto w takim razie nie jest?
Tym razem to na jego ustach pojawił się lekki, wyblakły uśmiech, jak druk pokrywający wystawiony na słotę i wiatr afisz. Nie był dobrym wsparciem duchowym, gdyby tak było, najpewniej wybrałby łatwą drogę duchowej kariery i został popem – jednak zamiast tego zajmował jeden z czytelnianych stolików Biblioteki Narodowej i tłumił w zarodku uczucie, które niosło ze sobą gorzki posmak niepokoju.
Przecież wcale mu nie zależało – miał świadomość, że żyją w krwawych latach, w latach, gdzie każdy szuka zemsty i gdzie nie ma miejsca na żałosne próby dodania otuchy. Jedyne, czego wymagała wojna, to ofiar – a nie przypadkowych bohaterów. Pokolenie Fiodora poważnie traktowało życie i jego podstawowe objawy, przez co nieszczególnie pragnęło zgłębiać wyższe, duchowe wartości. Wystarczała mu świadomość, że ekonomia tego świata jest nieubłagana – zawsze było coś za coś. I jak tu się dziwić ludziom, że oparli zasady swego istnienia na transakcji wszystkim, na porównywaniu cenności?
Zupełnie jak teraz.
Zasada handlu wpisana jest w fundamenty bytu. Dokonali wymiany – ona otrzymała obietnicę, on zaś realny, namacalny skrawek papieru, który tak bardzo pragnął odzyskać i który zniknął pomiędzy stronnicami niemieckiego dramatu (co przejawiało fiodorową skłonność do ironizowania). Wymiana, która zostawiała tłusty osad niepewności na każdym z nich – on mógł zastanawiać się, czy aby na pewno nikt inny nie zobaczył tej wiadomości, ona zaś, czy rzeczywiście otrzyma to, o co prosiła i czy – obcy przecież – mężczyzna po prostu nie zniknie z jej życia z chwilą opuszczenia biblioteki? Jakiejkolwiek opcji by wybrali, i tak odczuliby niepewność – teraz ich życie stało się dylematem.
Gdy podniósł się z krzesła bez słowa – sekundy po tym, jak ich spojrzenia skrzyżowały się po raz ostatni – w jakiś sposób ją tracił, choć jeszcze o tym nie wiedział. Wszystko wokół wiedziało — i stół wiedział, i okno, i podłoga, i lampa, i widok z góry schodów, i z piwnicznej perspektywy — wszystko, co stworzone i co niestworzone, albo niezbicie wiedziało, albo przeczuwało.
A on nic.
Ostatnie momenty wahania pomiędzy postawieniem kroku a powiedzeniem czegoś jeszcze doskonale kontrastowały z naturalną swobodą, która towarzyszyła im do niedawna – w końcu podjął decyzję, zmusił ciało do ruchu, nogi do ciężkiego stąpnięcia i wzrok do skierowania się na drzwi. Nie patrzył na Flavie Bernard, ona z kolei nie patrzyła na niego – nie stanowiło to jednak przeszkody dla słów, które same wypłynęły z ust Fiodora i po raz ostatni przerwały ciszę krótkim, choć pewnym siebie:
- Do zobaczenia.

    zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pon Paź 17, 2016 1:42 am

Czas. Istniał, otaczał, był częścią jej życia. Objawiał się w zmieniających kolor i spadających z drzew liściach. W topniejącym śniegu, we różowych wschodach i pomarańczowych zachodach słońca. W kolejnych urodzinach, podczas których sama do siebie szeptała wszystkiego najlepszego, nie zamierzając już liczyć lat, aby któregoś dnia nie obudzić się z przerażeniem stwierdzając, jak wiele życia przeleciało jej między szczupłymi palcami. Czas był kolejnym dniem, w którym wychodziła rankiem z mieszkania, spacerując po paryskich uliczkach, kolejną nocą, podczas której nie mogła zasnąć, bojąc się tego, co nawiedzi ją w snach. Najczęściej było to dziecko, z jasnymi włosami i oczami, które tak bardzo przypominały jej własne. Z drobnymi, różowymi ustami i zarumienionymi policzkami, w których wraz z uśmiechem pojawiały się małe dołeczki. Siadało na skraju jej łóżka, małą dłonią głaszcząc jej włosy, sprawiając, że pod wpływem dotyku wybudzała się z jego snu i siadała, gdy chłopiec wdrapywał się na jej kolana bez słowa, gładząc opuszkami palców jej twarz, chwytając za dłoń czy obejmując szyję, aby w następnej chwili mogła poczuć bolesne paznokcie wpijające się w skórę. Cichym głosem szeptał słowa o tym, jak go zawiodła, jak nigdy go nie chciała, jak uczyniła z siebie mordercę. Zazwyczaj, w którejś z tych chwil, budziła się zdyszana mając świadomość, iż czas snu dobiegł już dla niej końca. Przepłukiwała twarz zimną wodą, jakby to miało jakoś pomóc wyrzucić z umysłu cichy, dziecięcy głosik, z taką zawziętością wmawiający jej rzeczy, których nie mogła nawet nazwać kłamstwami.
Nigdy nie chciała dziecka, nie z tym mężczyzną, nie w tym mieszkaniu, nie w czasie wojny, kiedy wszystko wydawało się niczym krzywe odbicie tego, jak naprawdę powinno wyglądać życie. A jednak, miała zostać matką. To słowo tak bardzo do niej nie pasowało i nie potrafiło jej przejść przez gardło, nawet wtedy, gdy chłodnym głosem oznajmiała mu, że wkrótce zostanie ojcem. Czy był szczęśliwy? Nie potrafiła w to wierzyć, gdy patrzyła nie niego nie widziała możliwości, aby tak ludzka, przyziemna sprawa mogła sprawiać mu szczęście. Każdego kolejnego dnia budziła się rano, czując jak jego dziecko rozwija się w jej organizmie niczym pasożyt, jak pożera jej siły, żywi się jej ciałem. Jak rośnie, choć nie minęło przecież tak wiele czasu, aby wkrótce zupełnie zniknąć, nie mogąc nawet wziąć porządnego oddechu, zachłysnąć się tym zatrutym, paryskim powietrzem, pachnącym nie jak kwiatowe perfumy, dym papierosów, olejna farba czy świeże wypieki z parującą, gorącą kawą. Bardziej jak proch papierosów, ciężki odór alkoholu i krew, zalewająca ulice niewidocznymi strumieniami ofiar, każdego dnia ginących za wolność ojczyzny, gdy w tym czasie w ich mieście panoszyły się wrogie wojska. Lekarz z chłodnymi, szorstkimi dłońmi i pewnym głosem powiedział, jak przykro mu jest, że straciła dziecko. Mąż jedynie odwrócił się bez słowa, jakby nic z tego nie zrobiło na nim wrażenia, jakby zupełnie go to nie dotyczyło. I może tak było, w końcu to jej ciało było trawione przez drugą osobę i to ona musiała poradzić sobie z tą stratą. I poradziła, jak najlepiej umiała, wiedząc, że tak było najlepiej. Ruszając do przodu i nie wracając do tego pamięcią. Pozwalając, aby to czas wyleczył te niezbyt głębokie rany, które zagoiły się tak szybko, jak powstały. Z kolejnym biciem kościelnych dzwonów jej życie wróciło na poprzednie tory i mogła jedynie powiedzieć, że czuje się lepiej. Że tak było lepiej, i dla niej i tej biednej istoty, która musiałaby żyć nienawidzona przez własną matkę, która nie potrafiłaby spojrzeć mu w twarz bez obrzydzenia narastającego w niej z każdą sekundą.
Zrobiła to, co wychodziło jej najlepiej. Zamknęła przed sobą wszelkie uczucia, pozbyła się ich tak, jak jej organizm pozbył się dziecka, które choć nienarodzone przychodziło do niej w nocnych koszmarach, mimowolnie stanowiąc część jej istnienia. Pokazując, iż nie może się od tego uwolnić, iż nigdy się nie uwolni. Czasem nawet czuła się winna, choć przecież wiedziała, że na jej rękach nie spoczywa krew tego dziecka. Czuła się winna przez myśli, przez nienawiść, przez usilną chęć pozbycia się tego czegoś, co jeszcze jakiś czas temu rozwijało się wewnątrz niej.
Tak było lepiej, powtarzała sobie wiedząc, iż nie potrafiłaby go pokochać, tak samo jak nie kochała swojego męża, ani tak jak kochała swojego brata, martwego ukochanego, zmarłą matkę czy nawet ojca. Nie tego, który teraz żył gdzieś w jego domu, ich domu, być może dręczony wyrzutami sumienia, każdego dnia bojąc się, czy wbrew złożonej obietnicy i dobitego targu oddział niemiecki nie zapuka do jego mieszkania. Kochała tego, z którym tańczyła między zielonymi polami, biegała pośród rozwieszonych w galerii obrazów czy malowała własne nad brzegiem rzeki. Kochała ojca ze wspomnień, tego, który kochał i ją, obiecując, iż nie pozwoli, aby kiedykolwiek stała jej się jakakolwiek krzywda. W jej myślach nigdy nie pozwolił, w jej myślach chronił ją własnym życiem. I umarł, pozostawiając ją na pastwę człowieka, który z pewnością nie był jej ojcem a jedynie jego cieniem, odbiciem, zjawą, przybierającą twarz kogoś, kogo tak bardzo kochała a kto znikną, porzucając ją niczym sierotę błagającą o litość.
Wybaczenie nie przyszło jej łatwo, a jednak w końcu zdołała go jakoś doświadczyć. Wybaczyła mu, że po śmierci matki zatracił się w kieliszku i przezroczystej, śmierdzącej wódce. Że odebrał jej resztki dzieciństwa, gdy sama musiała zajmować się domem, nie wiedząc już, ile razy zapominała o śnie, gdy po raz kolejny podnosiła go szlochającego z podłogi, wysłuchując, jak nie może już na nią patrzeć, bo zadaje mu ból, którego nie potrafi udźwignąć. Ją też to bolało, każde słowo było jak ostrze wbijające się jej głęboko w serce, każdy kolejny wieczór był niczym koszmar, z którego pragnęła się obudzić. Wybaczyła mu, że gdy Mathieu wyjeżdżał na front, on jedynie zasłonił oczy gazetą, aby następnie wszystkie jego rzeczy i zdjęcia wyrzucić przez próg, usuwając jego imię ze swojego słownika. Wybaczyła mu nawet to, że gdy przyszło wybierać między własną córką a poczuciem bezpieczeństwa, wybrał to drugie, w strachu oddając ją w ręce wrogiego człowieka, który najechał jego kraj, odbierając mu wszystko. Wybaczyła mu wszystko, ponieważ on nie był jej ojcem. Był obcym człowiekiem, dla którego nie znaczyła nic więcej poza ładną twarzą i wartością, którą stanowiła dla innych. Nie znał jej, nigdy nie kochał, więc nie mógł jej zdradzić.
Wybaczenie nie przyszło jej łatwo, ponieważ gdy chciała go nienawidzić, obarczyć całą winą za swoje nieszczęście, nie potrafiła. Bo choć był dla niej obcy, choć przecież nie miał już żadnej wartości, gdy myślała o jego twarzy widziała człowieka, który kiedyś obdarzył ją najpiękniejszym uczuciem z możliwych. I choć on umarł już dawno, pozory były dla niej niezwykle mylące.
Nagły, choć nie tak gwałtowny, ruch mężczyzny sprawił, iż wzdrygnęła się lekko, z przezorności przed tym, jak nieobliczalnym mógł się okazać. Zachował jednak bezpieczną odległość, choć przekroczył tą granicę przyzwoitości w spotkaniu dwóch obcych osób. Tą, którą wyznaczała długość biurka i oddalenie od siebie stojących przy nim krzeseł. Choć tego nie oczekiwała, jej słowa przyniosły jej ulgę. Pocieszenie. Oraz coś jeszcze, coś, co być może podpowiadało, iż mają ze sobą więcej wspólnego. Więź? A może były to tylko pozory, tak samo mylące, jak w przypadku jej ojca, wywoływane przez pragnienie rozumienia i bycia rozumianą?
Nie odpowiedziała jednak na jego słowa, wpatrując się jedynie w jego delikatny uśmiech, z tym samym wyrazem twarzy, z którym wypowiedziała poprzednie zdanie. Oni wszyscy byli słabi, na swój własny, odrębny sposób, ale czy to znaczyło, że z tej słabości nie mogli uczynić siły?
Wiedziała, że to był koniec, kiedy zabrał swą własność, pozostawiając ją tak naprawdę z niczym. Wiedziała, że nie mogła mu ufać, ale czy miała jakiekolwiek inne wyjście? Mogła zatrzymać to, co wypalało dziurę w jej dłoni, oddać mu przy następnym spotkaniu, kiedy dobiją targu i będzie miała pewność, że podjęła słuszną decyzję. I choć przemknęło jej to przez myśl, chyba wcale nie chciała tego uczynić. Chciała liczyć, że odda mu to, co po przyszedł, a on z własnej woli wypełni swoją część niepisanej umowy i zjawi się w wyznaczonym miejscu. Chciała wierzyć, że zwróci się do niej, ten jeden, jedyny raz, tym razem być może bez słowa wręczając jej należytą zapłatę. Nie ufała mu, a jednak miała wiarę, iż w tym wypadku pomyli się w swojej nieufności, przekonując się, iż choć zachowanie dystansu przynosi jej poczucie pozornego bezpieczeństwa, nie zawsze jest krokiem bezbłędnym i nieomylnym.
Dlatego właśnie pozwoliła, aby w milczeniu zabrał karteczkę, odsunął krzesło i wstał. Bez zadania kolejnych pytań, które krążyły jej po głowie i męczyły wiedząc, iż prawdopodobnie nigdy nie będzie miała okazji, aby ich zadać i dowiedzieć się prawdy. O tych oczach, które nie mówiły jej wiele. O słowach, które choć stanowiły zagadkę, w zupełności do niej przemawiały i sprawiały, iż czuła się lepiej, choć przecież nie powinna. Bo wszystko to mogło być spowite jednym, jadowitym kłamstwem, mówiącym jej to, co chciała usłyszeć. W każdym kłamstwie czaiło się jednak ziarnko prawdy, a przebranie? Przebranie zawsze w jakiś sposób odzwierciedlało prawdziwą, ludzką naturę.
Gdy dwa ostatnie słowa dotarły do jej uszu, nie podniosła na niego wzroku, nie chcą zobaczyć w jego twarzy tego, czego się obawiała. Śladu oszustwa, braku szczerości. Trzymam cię za słowo, pomyślała, gdy po miękkim dywanie docierały do niej jego oddalające się kroki i gdy nagle poczuła się bardziej samotna, niż kiedykolwiek wcześniej. Zacisnęła powieki, zdając sobie sprawę z tego, co właśnie się wydarzyło i jak wiele błędów mogła popełnić w ciągu tego jednego spotkania.
Minęło kilkanaście minut, zanim zdołała podnieść się z miejsca, patrząc na puste krzesło i tak samo pusty stolik, który wyglądał tak, jakby nic się nie wydarzyło, a całe spotkanie działo się jedynie w jej wyobraźni. Może tak właśnie było, może tak bardzo pragnęła zmiany, iż popadała w skrajne szaleństwo. A jednak słyszała w uszach jego głos, widziała kreślone jego dłonią cyfry na niewielkiej, białej karteczce. Powolnym krokiem ruszyła tą samą drogą do wyjścia, zatrzymując się na szczycie schodów i rozglądając się ponad głowami przemierzających ulicę tłumów, zupełnie tak, jakby kogoś wypatrywała. Potwierdzenia, że podjęła słuszną decyzję.

|zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   

Powrót do góry Go down
 
Biblioteka Narodowa Francji
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Pozostałe dzielnice-
Skocz do: