IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

#18 Stolarnia


Share | 
 

 #18 Stolarnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: #18 Stolarnia   Nie Lip 30, 2017 5:23 pm



Stolarnia

Siostry starają się nie być zależne od nikogo, dlatego same wytwarzają oraz naprawiają niektóre drewniane meble, znajdujące się w klasztorze. Powstają one właśnie w stolarni, niewielkim pomieszczeniu znajdującym się tuż przy magazynie.
Wzdłuż okien ustawiono stoły do pracy, a na ścianach wiszą skrzyneczki, w których znajdują się narzędzia: śrubokręty, nożyczki, kleszczyki, ściski, dłuta,  piły czy młotki.

Możliwość zmiany lokacji:
12. Kuchnia
13. Ogródek
14. Stajnia
15. Mała kaplica
16. Dormitoria na parterze i piętrze
17. Magazyn
19. Pokój rzemieślniczy
20. Dormitoria na parterze i piętrze
Krużganki
Pola uprawne



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Sob Sie 05, 2017 1:56 pm

Nadszedł wreszcie siedemnasty dzień maja, niedziela, data wyznaczona na kolejne spotkanie członków Ruchu Oporu z niektórych oddziałów. Tym razem to nie antykwariat w Butte-Montmartre gościł ich w swych progach, lecz wybór klasztoru Sacré-Cœur także nie był przypadkowy. To właśnie tutaj schronienie znalazło trzech londyńskich spadochroniarzy, zrzuconych w kwietniu na tereny okupowanej Francji.
Informacje o zebraniu rozniosły łączniczki, a o godzinie dziesiątej spodziewano się już kompletu przybyłych na miejsce osób. Główne wejście na teren klasztoru prowadziło przez kościelny narteks, a chwilę po godzinie dziewiątej pojawiła się tam siostra Lucette, wyznaczona do kierowania przybyłych rebeliantów do stolarni - to właśnie tutaj mieli się zebrać.
Pytając o siostrę Klotyldę, otrzymywali wskazówki odnośnie tego, jak dostać się do pomieszczenia, które zostało im dziś udostępnione. Proszeni byli o zachowanie ostrożności, jako iż nie wszystkie mieszkanki klasztoru miały pojęcie, co dziś będzie wyprawiać się pod jego dachem.
W środku pachniało drewnem i farbą; znajdowały się tu wyłącznie dwie ławki, lecz stoły wysprzątano tak, by każdy bez trudu mógł na nich usiąść. Z okien rozciągał się widok na pola uprawne oraz las, a przybyli na miejsce mogli zauważyć schody na górę, które znajdowały się tuż za rogiem stolarni.
Choć Pierre'a nie było jeszcze nigdzie widać, trzej goście z Londynu oczekiwali już na przybyłych w pomieszczeniu, a towarzyszyła im siostra Teodora, która przyprowadziła ich tutaj jeszcze w nocy, gdy reszta zakonnic słodko spała.
Blondyn z nogą w gipsie siedział na podłodze, opierając się plecami o ścianę; z uwagą studiował jakąś mapę, co chwila poprawiając swoje okulary. Mężczyzna o oliwkowej karnacji i czarnych, kręconych włosach miał ze sobą worek jabłek, którymi częstował przybyłych - sprawdzał ich refleks, rzucając owoce w ręce każdej wchodzącej osoby. Jego szeroki uśmiech nie robił wrażenia na trzecim z mężczyzn, który z surową miną obserwował jego poczynania, samemu zasiadając na jednej z dostępnych ławek. Siostra Teodora wyglądała przez okno i co jakiś czas patrzyła na zegarek - pouczona wcześniej prze Lecuyera to ona miała sprawować opiekę nad przybyłymi, dopóki dowódca nie pojawi się na miejscu.



Na odpis macie 72h. Następny post Mistrza Gry oraz Pierre pojawią się we wtorek (8.08).
Zasady rozgrywki znajdziecie tutaj.
W razie pytań moje PW stoi dla Was otworem, zapraszam!


P.S. Osoby, które przybyły rowerami mogą założyć, że zostawiają je za rogiem pomieszczenia nr 18.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Sob Sie 05, 2017 5:48 pm

przy sobie: scyzoryk, fałszywy dowód tożsamości + przyjeżdżam na rowerze z wypożyczalni zgodnie z wiadomością ze skrzynki!

Choć powinien był zniszczyć świstek papieru, który trzy dni temu znalazł pod drzwiami swojego mieszkania, zachował go i świdrował wzrokiem aż do dzisiejszego poranka.
Dwie krótkie linijki zapisane starannym charakterem pisma, dwa odarte ze zbędnych epitetów zdania, dwie konkretne informacje – godzina i hasło - których nie ośmielił się zapomnieć albo celowo wyrzucić z pamięci, by następnie usprawiedliwić jakąkolwiek wymówką, co przecież uwielbiał robić.
Nie mógł zasłonić się niedbałym zapomniałem, nie wiedziałem, miałem inne obowiązki i ta świadomość wgryzła się w niego już od pierwszych dni maja, kiedy dowiedział się o zebraniu. Nie musiał przypominać sobie, co stało się zaledwie miesiąc temu, gdy użył tych wymówek; wystarczyło przecież, żeby spojrzał w lustro i przyjrzał się swojemu nosowi, który co prawda zdążył się już zrosnąć, ale nie wyglądał na idealnie prosty. Tym razem unikanie obowiązku mogło skończyć się dla niego czymś o wiele gorszym i chociaż uparcie wmawiał sobie, że nie przejmował się Reifensteinem, skrycie odczuwał milczący ciężar konsekwencji.
Szczerze wątpił, by Lars był zadowolony, gdyby Klemens znów pojawił się na ich spotkaniu z dosłownie niczym.
Miał jednak dość marną nadzieję, że zebranie nie dotyczyło niczego ważnego – może chodziło o jakąś rutynową sprawę, może dowódca nawet nie planował zaszczycić go swoją obecnością, może (to było już więcej niż naiwne myślenie) w ostatniej chwili miano je odwołać albo chociaż przełożyć na inny termin.
Nie wydarzyła się jednak żadna z tych dwóch ostatnich rzeczy i siedemnastego maja, niedługo przed godziną dziesiątą, Klemens jechał poboczem w stronę klasztoru, ciesząc się tylko z jednego – z towarzystwa Gilberta, który również postanowił wybrać się na zebranie rowerem.
Gdyby nie to, że w oddali było już widać surowe mury klasztoru, niechybnie przypominające mu o zadaniu, jakie go czekało, mógłby pomyśleć, iż po prostu spędzają ze sobą czas – jak zwyczajni, w żaden sposób niedotknięci wojną ludzie, którymi przecież nie byli. Słońce leniwie wspinało się po niebie, a wiatr owiewał mu twarz, kiedy powoli nabierał prędkości, ale ta przyjemność była tak ulotna, że nawet nie próbował się nią cieszyć.
Ten dzień po prostu nie zapowiadał się dobrze.
Od czasu do czasu zerkał przez ramię, by upewnić się, że nie zostawił Fouriera w tyle – choć sam już dawno dojechałby do klasztoru, nie chciał zmuszać Gilberta do większego wysiłku, dlatego starał się utrzymywać równe i niezbyt szybkie tempo, by Fourier mógł za nim nadążyć. Klasztor rósł przed nimi, wyłaniając się z okolicznych pól, a kiedy wreszcie dojechali na miejsce, Behringer uświadomił sobie, że nie było już odwrotu.
Teraz musiał jedynie grać swoją rolę.
Zeskoczył z roweru, dostrzegając stojącą w przedsionku postać w habicie, a kiedy wraz z Gilbertem podszedł bliżej, rozpoznał w niej siostrę Lucette, która należała do jego oddziału. Nie mógł powiedzieć, by szczególnie za nią przepadał, mimo że od samego początku starał się sprawiać zupełnie odwrotne wrażenie. Lucette jako jedna z nielicznych wciąż traktowała go jednak z jakimś dziwnym dystansem, jeśli nie podejrzliwością, co nieustannie zmuszało Klemensa do podwajania wysiłków, by zyskać fałszywy cień jej sympatii.
Dlatego też automatycznie przywołał na twarz wesoły, typowo boissetowski uśmiech.
- Bonjour! – rzucił, odgarniając z czoła kosmyki włosów, które potargał wiatr. - Gdzie znajdziemy siostrę Klotyldę?
Oparty dość nonszalancko o rower, w milczeniu wysłuchał jej instrukcji, po czym skinął głową, nie zdejmując z twarzy uśmiechu.
W niczym nie miał takiej wprawy jak w robieniu dobrej miny do złej gry.
- Jestem ciekaw, o czym planują nam dziś powiedzieć – nie, nie był ciekaw, ale bezmyślnie rzucił te słowa w stronę Gilberta, kiedy dotarli już do stolarni i schowali rowery za rogiem budynku. Wyglądało na to, że przybyli na zebranie jako pierwsi (jedni z pierwszych?), ale Klemens nie wiedział, czy powinien był cieszyć się z tego powodu, czy nie. Rzucił jeszcze okiem na okolicę, po czym pchnął drzwi prowadzące do stolarni, przekraczając próg.
Instynktownie złapał rzucone mu jabłko.
Zaciskając palce na owocu, natychmiast rozejrzał się, dostrzegając w pomieszczeniu trzech nieznanych mężczyzn, w tym jednego z workiem pełnym jabłek i szerokim uśmiechem wymalowanym na twarzy. Zmusił się, by odpowiedzieć mu tym samym.
- Dzięki – mruknął jeszcze, po czym wszedł głębiej do pomieszczenia, zauważając kolejną postać – stojącą przy oknie siostrę zakonną, która wydawała się być jednak bardziej pochłonięta sprawdzaniem zegarka i zerkaniem przez okno niż czymkolwiek innym. Mimo to skinął jej w milczeniu głową, a potem rzucił Gilbertowi pytające spojrzenie i zajął miejsce w kącie pomieszczenia przy jednej ławek – choć daleko od jednego z mężczyzn, który z surową miną spoglądał na swojego towarzysza od jabłek.
Kimkolwiek byli, wydali się Klemensowi nieco podejrzani; zwłaszcza blondyn z nogą w gipsie, studiujący jakąś mapę. Nie chciał przyglądać im się zbyt natarczywie, ale błądząc wzrokiem po pomieszczeniu, od czasu do czasu zerkał na nieznajomych i zastanawiał się, czy byli tylko kolejnymi członkami Ruchu Oporu, których nie znał, czy może kimś więcej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Sob Sie 05, 2017 9:37 pm

ekwipunek: dokumenty, klucze od mieszkania, sztylet, rower

Jedynym pozytywem majowego poranka, poza słoneczną pogodą, będącą teraz już jednak normą, była dla Gilberta obecność Ambroise. Szczerze mówiąc, ostatnimi czasy chłopak łapał się na tym, iż jego myśli coraz częściej uciekały w jego stronę, nie tylko wtedy, gdy nastrój niespecjalnie mu sprzyjał lub gdy po prostu nie czuł się najlepiej. Przypomnienie jego twarzy, czystej, niepooranej zacięciami i nie przybrudzonej krwią, jak widział ją jakiś czas temu, potrafiło znacząco poprawić mu nastrój i w końcu Fourier przestał już przed tym uciekać. Gdy świat pogrążony był w wojnie, a on sam miał w życiu tak mało jakichkolwiek przyjemności, nie mógł już dłużej odmawiać sobie tego, co być może jako jedyne było jeszcze w stanie przynieść uśmiech na jego twarz.
Wszystko to wydawało się dla niego niesamowicie dziwne, może nawet odrobinę przerażające, szczególnie wtedy, gdy jego wyobrażenie stawało się rzeczywistością, a Ambroise z krwi i kości stał, a właściwie jechał, tuż obok niego, zupełnie tak, jak gdyby nad ich głową wcale nie wisiało widmo niebezpieczeństwa tak bliskie i odczuwalne, szczególnie w samym Paryżu.
Na obrzeżach jednak wszystko wydawało się zupełnie inne.
Pola oblane były złotem i zielenią, błękitne niebo rozciągało się bezkreśnie ponad ich głowami, gdzieniegdzie naznaczone białymi chmurami, które leniwie przesuwały się po jego przestrzeni, delikatny wiatr, wzmacniany przez pęd ich uczepionych rowerów ciał. Wszystko wyglądało zapewne jak scena z książki, dwójka młodzieńców cieszących się ciepłym, wiosennym popołudniem, korzystających z pogody oraz z życia, które pozbawione było wszelkich problemów, które miały czekać na nich w późniejszym życiu.
Niestety jednak, narratorowi tej opowieści musiała omsknąć się dłoń, musiał zupełnie przypadkiem wcisnąć złe stronny do zupełnie innej książki, bo będąc w wieku, w którym był i Gilbert i Ambroise, musieli oni dorosnąć o wiele szybciej.
Oczywiście, Fourier nie miał pojęcia, jak wyglądało wcześniejsze życie jego przyjaciela. Tak naprawdę chłopak był dla niego wielką zagadką, jego osoba była owiana pewną tajemnicą, ale tylko i wyłącznie dlatego, że Gilbert po prostu nic o nim nie wiedział. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej dochodził do wniosku, że wcale nie chciałby wiedzieć więcej, szczególnie jeśli miałoby zmienić w jakiś sposób ich relację, która na ten moment zaczynała mu w końcu odpowiadać. Przyzwyczaił się do rzucania mu ukradkowych spojrzeń, do uciekających w jego stronę myśli, do tego, że wyczekiwał każdej okazji, by móc się z nim spotkać i że na ulicy rozglądał się dookoła licząc, że może przypadkiem go spotka, w rzeczywistości wiedząc, iż Ambroise nie miał żadnego logicznego powodu, by akurat znaleźć się w tym samym miejscu o tym samym czasie. Gdy szedł w tłumie ludzi, na widok każdego mężczyzny z ciemnymi, kręconymi włosami jego serce zatrzymywało się na sekundę, aby po chwili znów powrócić do swojego naturalnego rytmu, gdy docierało do niego, jak żałosne musiałyby się wydać wszystkie myśli, które przelewały się przez jego umysł. Wszystko to było niezwykle nowe, niecodzienne, czasem odrobinę irytujące i Gilbert z pewnością nie był przyzwyczajony do posiadania kogoś, na czyj widok mógłby naprawdę się ucieszyć. Z naprawdę wąskiego grona przyjaciół Ambroise powoli stawał się nie tylko tym najbliższym, ale również tym podziwianym, kimś, kim chłopak sam chciałby być. Wesoły, pogodny i odważny, posiadał wszystkie cechy zupełnie odmienne od tych, którymi mógł jedynie powstydzić się Fourier.
A jednak wcale nie stronił od jego towarzystwa i to wydawało się dla niego niemalże niemożliwe do ogarnięcia swoim umysłem. Nie zamierzał jednak niczego kwestionować, chcąc jak najdłużej się tym cieszyć, póki owy stan rzeczy jeszcze trwał.
Majaczący w oddali klasztor nie należał bynajmniej do miejsc odwiedzanych przez Fouriera regularnie. Szczerze mówiąc, nie pamiętał kiedy ostatni raz zapuścił się w tą okolicę i sam fakt, powiązany również z tajemnicą otaczającą czekające ich zebranie, sprawiał, iż chłopak był odrobinę zdenerwowany. Obecność przyjaciela jednak, chociażby częściowo, łagodziła jego nerwy więc, póki mógł, pozwalał sobie cieszyć się trwającą chwilą.
Gdy dojechali na miejsce, poszedł w krok za Ambroise, podchodząc do stojącej siostry zakonnej, której posłał blady uśmiech.
- Szczęść Boże – rzucił w jej stronę, być może odrobinę za bardzo wczuwając się w rolę przybywającego na mszę wiernego. Słowa te zabrzmiały dość niecodziennie w jego ustach i sam nie przypominał sobie, aby wypowiedział je w swoim życiu kiedykolwiek wcześniej – Mam nadzieję, że to nic poważnego – powiedział już do Ambroise, gdy szli razem we wskazanym przez Lucette kierunku. Tajemniczo przekazywane pomiędzy członkami Ruchu Oporu informacje nie stanowiły już dla niego tak dużego zaskoczenia jak kiedyś, jednak po doświadczeniach ze swojej pierwszej (i, jak miał nadzieję, ostatniej) misji Gilbert za każdym razem odczuwał niepokój, gdy docierało do niego kolejne, niosące wskazówki odnośnie następnego zebrania.
Skręciwszy w odpowiednie miejsce sprawnie odstawił rower za pomieszczeniem stolarni, zanim wraz z przyjacielem wszedł do środka. Rzucone w jego stronę jabłko okazało się sporym zaskoczeniem i w efekcie, zamiast złapać je z taką sprawnością, z jaką wcześniej uczynił to jego towarzysz, owoc upadł na ziemię, tocząc się po ziemi w stronę ustawionych w pomieszczeniu ławek. Chłopak szybko schylił się, aby je podnieść, jednocześnie starając skupić wzrok gdziekolwiek byle nie na obecnych w stolarni mężczyznach, którzy z pewnością musieli uznać jego bezradność za całkiem zabawną. Bez dalszych słów zajął miejsce obok Ambroise, rękawem koszuli wycierając obity już teraz owoc i mając poczucie, że to zebranie wcale nie zaczęło się dla niego najlepiej.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Pon Sie 07, 2017 10:16 pm

| po zadaniu z Eugene

przy sobie: dowód tożsamości, opakowanie zapałek, sztylet i różaniec XD



Nie obudziła się dziś w dobrym nastroju. Właściwie trudno było mówić o jakimkolwiek budzeniu się, gdy zeszłej nocy niemalże nie zmrużyła oka, tkwiąc w irytującym stanie ciągłego czuwania, zupełnie jakby jej umysł obawiał się, że zebranie rozpocznie się wcześniej, że nadejdzie łącznik i niespodziewanie dla wszystkich zwoła je w czasie godziny policyjnej. Nasłuchiwała długo i niemalże nieprzerwanie, czasem na kilka minut odpływając błogo, aby lada moment ponownie unieść ciężkie powieki i wsłuchać się w ciszę śpiącego klasztoru oraz wiatru wpadającego przez nieszczelne okna, gnającego wśród pustych, zimnych murów. W obliczu chłodnego milczenia śpiącego życia czasem wydawało się, że słyszy odgłos kroków stawianych na skrzypiących deskach, że wyłapuje wyciszony oddech i niemalże wygłuszony szelest płaszcza. Nie odważyła się jednak wstać ze swojego łóżka, upewnić, że nocna rzeczywistość nie płata jej figli – tkwiła cały czas ściśnięta w jednym miejscu, odruchowo wstrzymując oddech i czekając aż odgłos nasili się lub zniknie ostatecznie, decydując o ostatnich minutach spokoju.
Gdy wstawała było zdecydowanie za wcześnie, jednak gdy zmierzała w stronę narteksu, była lekko spóźniona – przynajmniej jak na własne standardy. Kilka minut po godzinie dziewiątej (zabranych na rzecz dopicia gorzkiej, lurowatej imitacji kawy) była już na miejscu, ustawiona z boku, tuż przy wejściu, w cieniu niewielkiego zadaszenia. Sięgnęła po różaniec ciężko zwisający przy ciemnym habicie, odnalazła początek i zamknęła paciorek ostrożnie w dwóch palcach, po czym cicho zaczęła się modlić, a przynajmniej udawać modlitwę, niemo poruszając ustami. Spędziła tak kilkanaście minut, co pewien czas zerkając w stronę drogi prowadzącej do kościoła i wypatrując przybywających osób, nadal uważnie, nadal nieco nerwowo.  Gości i postronnych witała jedynie cichym skinięciem głowy oraz bladym uśmiechem, nie przestając szeptać i przesuwać dłoń wzdłuż okręgu, na którym zawieszone były barwne koraliki pachnące drzewem różanym. Gdy zaś zjawiał się ktoś pytający o siostrę Klotyldę, zaciskała palce na różańcu, spoglądała na niego przytomnie i witając się uprzednio, udzielała wskazówek odnośnie dotarcia do stolarni i prosiła o ostrożność – zawsze z naciskiem na to ostatnie.
Zorganizowanie zebrania poza murami Paryża zapewne mogłoby uchodzić za bezpieczne rozwiązanie, lecz dla niej samej było to o wiele bardziej kłopotliwe niż przybycie do antykwariatu w Butte-Montmartre, szczególnie, gdy chodziło o bezpieczeństwo sióstr nieświadomych, że pod ich własnym dachem biło jedno z większych serc Résistance.
W większości ufała swoim wspólnikom, lecz dzisiaj o wiele wnikliwej analizowała ich twarze, nawet pomimo poprawnych haseł, którymi potwierdzali chęć przybycia do klasztoru – zaglądała w rysy twarze, blade oraz jasne, uśmiechy niepewne, wymuszone oraz szczerze, za każdym razem jakby próbując się upewnić, że zapraszając ich do środka, nie ściągną na żadnego z domowników nawet najmniejszego kłopotu.
Z dwoma wyjątkami – dowódcy oraz Rene, którego sylwetkę dostrzegła kilka minut przed godziną dziewiątą. Odwróciła się w jego stronę i zaczekała aż podejdzie na tyle blisko, aby nie musiała zbyt głośno mówić.
- Proszę bardzo, kogo ja widzę – zaczęła swobodnie, pogodnym tonem zakrawającym nawet lekko o żart. Opuściła różaniec, pozwalając mu znów zwisać ciężko tuż przy habicie. – Jesteś chyba ostatnią osobą, której mogłabym się tu spodziewać – wyznała w końcu, spoglądając na niego już nie tak analizująco, co na innych.
- Szczęść Boże? – stwierdziła pytająco, wyraźnie oczekując na hasło; zapewne sama mogłaby potwierdzić jego wiarygodność, lecz należało dopełnić odpowiednich procedur.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Wto Sie 08, 2017 12:27 am

przy sobie: latarka, rower, dokumenty

To miał być niejako początek prawdziwej, aktywnej działalności Camille w szeregach ruchu oporu - do tej pory, wszakże, jej udział w życiu Résistance ograniczał się do czynności czysto propagandowych; roznoszenia ulotek, a czasem ich fantazyjnej produkcji. Nie miała jeszcze okazji, aby posmakować aktywnej strony walki - nieco obawiała się tego, co zostanie powiedziane na spotkaniu; jaka przypadnie jej rola - może żadna? A może zadanie ją przerośnie (tę myśl odgoniła jednak od siebie pośpiesznie, uznając ją za pozbawioną jakiegokolwiek sensu)? Wiadomość wetknięta pod jej drzwi niejako ją zaskoczyła, pokazując schemat działania ruchu oporu w szerszym kontekście.
Teoretycznie zdawała sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji wynikających z każdego, nieuważnego kroku, który mógł zaważyć na całej sprawie, a - dość często, szczególnie ostatnio - zdarzyło jej się taki stawiać. Jednak swoim zwyczajem wątpliwości mościła na peryferiach własnej świadomości, uciszając je skutecznie za pomocą tłumaczeniu sobie o wyższości walki o ideę i wolność nad każdą inną sprawą; zwłaszcza taką posiadającą znamiona jej wahania i czasem skradającego się podstępnie strachu.
Przebudziła się nad ranem, co zdarzało jej się w zasadzie nieczęsto i już nie zmrużyła oka, próbując się odrobinę uspokoić i doczekać czasu, kiedy pod pretekstem uczestnictwa w nabożeństwie, będzie mogła udać się do klasztoru na obrzeżach Paryża. Podczas, skądinąd, miłej rowerowej przejażdżki, układała w głowie najróżniejsze scenariusze, każdy opierający się na triumfie francuskich bojowników o wolność nad skrzeczącymi z potępienia nazistami, będącymi dobitnie uświadamianymi o skali swoich błędów. Takie wizje - choć naiwne i wybujałe, z czego zdawała sobie sprawę - napawały ją determinacją nakazującą pedałować jeszcze szybciej, jakby w nadziei, że delikatny, nasilający się wiatr, a zaraz też widok nieuchronnie zbliżającego się klasztoru zakonu Sacré-Cœur, wyłaniającego się niespiesznie zza pól, rozgoni niepokój, który powoli zaczynał doskwierać Francuzce.
Nie było szans, żeby w tym momencie mogła się wycofać; nawet by tego nie chciała. Jednak nie potrafiła pozbyć się tego irracjonalnego wrażenia, że wbrew pozorom to spokojne, chociaż wielokrotnie naznaczone okupacją i całym wachlarzem jej okrucieństwa, życie zostawia za sobą, dopiero wkraczając, i to z własnej woli, w prawdziwą batalię, której twardych, naznaczonych nieuzasadnianą przemocą zasad, jeszcze może nawet do końca nie pojmowała - co z pewnością miało się zmienić. Paradoksalnie jednak to sprawiło, iż poczuła się nieco pewniej - w końcu widziała wartość w każdym, świadomym wyborze, będącym przejawem nieustającej woli walki.
Na miejsce przybyła chwilę przed czasem, co stanowiło zasadniczą nowość w porównaniu z jej zwyczajową tendencją do modnych spóźnień.
Zeskoczyła z roweru i chwyciła go za kierownicę, aby go poprowadzić, po czym ruszyła przed siebie, wchodząc na teren klasztoru.
Już widziała minę swojej siostry, gdyby ta dowiedziała się, iż Camille przestąpiła próg takiego miejsca - na pewno skomentowałaby to tym swoim irytującym tonem, pełnym oceniającej wyższości. Coś na wzór o proszę, znalazła się nagle święta, kto by pomyślał, że siłą jej tam nie zaciągneli!
O tak, Hebuterne widziała już nawet w jaki sposób ułożyła by usta, aby ją wyśmiać i upomnieć.  
Skinęła głową na widok Lucette, a zapytawszy o siostrę Klotyldę, wysłuchała objaśnień jak do niej dotrzeć - po czym od razu się do nich zastosowała, zostawiając rower za rogiem zabudowania. Przekraczając próg stolarni, odruchowo złapała rzucone w jej kierunku jabłko, z zaskoczenia niemalże je wypuszczając - finalnie jednak udało jej się utrzymać owoc w dłoniach, prawie nie posyłając go jednak w diabły. Nie była pewna jak ma to zinterpretować - to jakiś test na refleks czy jak?
Rozejrzała się po pomieszczeniu, zauważając parę znajomych twarzy; zaintrygowały ją jednak te jej nieznane. Doprawdy, dość niespójne zbiorowisko.
Na przywitanie jedynie uśmiechnęła pod nosem, kiwając głową i bez zbędnych słów zajęła miejsce przy jednym ze stołów, nieopodal członków Résistance, z pewną obawą spoglądając na pozostałych, nieznajomych jej uczestników tej swoistej mszy świętej z okazji Wniebowstąpienia.


Ostatnio zmieniony przez Camille Hebuterne dnia Sro Sie 09, 2017 9:34 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Wto Sie 08, 2017 1:32 am

przy sobie: paczka papierosów, zapalniczka, rower

Cóż, miejsce spotkania było całkiem logiczne, ale nie zmieniało to mojej niechęci. Nie miałem nic przeciwko Bogu ani jego wyznawcą, niech istnieją, niech wierzę. Ba, mogę nawet trochę pozazdrościć im tej siły pozwalającej im wierzyć nawet w takich czasach, w jakich przyszło nam żyć. Po prostu wiedziałem, że muszę udać się do miejsca, w którym ona będzie mieć władzę. I nie chodzi mi tutaj o Matkę Boską, bo jej także nie mam nic do zarzucenia.
Chciałbym naciskać pedały ze złością, ale nawet tego nie mogłem zrobić, bo proteza dawała o sobie znać zdecydowanie zbyt boleśnie. Jakby nie wystarczyło, że rozwijana przeze mnie prędkość była na tyle żałosna, że musiałem wyjść dwie godziny przed planowanym spotkaniem. Wybrałem pomoc Ruchowi Oporów z własnej, niczym nieprzymuszonej woli, ale dziś czułem coraz mocniejszy opór im bliżej klasztoru się znajdowałem. To było dziecinne, zupełnie do mnie nie podobne. Przecież normalnie takie emocje w ogóle na mnie nie działają. Może dlatego, że dziś sytuacja miała się idealnie odwrócić. To ja miałem stanąć przed drzwiami, a nie wiedziałem komu przyjdzie je otworzyć. Nie pogniewałbym się, gdyby to nawet sam Bóg postanowił mi otworzyć.
Udało się przyjechać mimo wszystko trochę wcześniej przed godziną spotkaniem. Zsiadłem z roweru i zaczerpnąłem gwałtowanie powietrza. Normalnie z moją kondycją byłoby o wiele lepiej, ale podróżowanie napędzanym siłą nóg środkiem lokomocji, kiedy posiada się tylko jedną i dwie trzeci nogi jest zdecydowanie utrudnione. Opieram się kierownicy i daję sobie kolejne minuty na uspokojenie. Dziwnie stać tak w świetle spokojnego przedpołudnia poza głównymi ulicami Paryża. Można by pomyśleć, że w mieście nie roi się od okupantów, a życie toczy się zupełnie normalnie. Na kilka sekund można zbłądzić myślami tak daleko, jak tylko się chce.
A potem z powrotem spada na ciebie ten ciężar, upewniając się, że nie zapominasz o żadnym jego gramie. W końcu musisz być nieustannie świadom braku nogi, którą odebrał ci wróg, braku wolności, którą odebrał ci wróg, braku spokoju, o którego odebranie również zadbał z najwyższą troską. W dodatku czuję jeszcze przytłaczając świadomość klasztoru za moimi plecami. Nie ma sensu tego odwlekać. Przecież nie mogę od tego uciec, nie da się. I nie chcę tego.
Prowadząc rower udaję się w stronę wejścia, aby zapytać o tajemniczą siostrę. Oczywiście, zamiast jakiejś obcej kobiety muszę zobaczyć swoją siostrę. Scenariusze pisane przez życie naprawdę są strasznie sztampowe. Zresztą okazuję się być kiepskim aktorem, bo nie czuję czegoś specjalnego. Widywałem ją już wcześniej na zebraniach, więc ten raz nie jest w żaden sposób inny.
- Siostra Klodyta? – pytam, a głos nie drży mi ani trochę. Drży jedynie noga, gdy podążam za instrukcjami do wskazanego pomieszczenia. Zostawiam rower za rogiem. Kolejna salwa wdechów na uspokojenie, aby zapanować nad drżeniem. Wojenne kaleki wywołują sensację albo współczucie, nie chcę budzić żadnej z tych rzeczy. Na szczęście nie wygląda na to, żebym był jedyną w pomieszczeniu. Nie rozglądam się specjalnie, nie chcę czuć dziwnej zazdrości, że ktoś ma, na co mieć założony gips. Przysiadam na jednym ze stołów, nie chcąc zginać kończyny, ale przynajmniej odciążyć kikut. Zakładam okulary na nos, zatrzymując w dłoniach pudełko, aby czymś się zająć zanim rozpocznie się zebranie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Wto Sie 08, 2017 9:45 am

|Przy sobie: papierosy, zapalniczka, nóż myśliwski (wsunięty w cholewkę buta), pistolet+tłumik+magazynek (10 naboi) (w wewnętrznej kieszeni płaszcza)

Z wiadomych przyczyn mój samochód nie był dobrą opcją na wybranie się do klasztoru w taki dzień jak dziś. Ogólnie klasztor nie był chyba miejscem, które sam z siebie najchętniej bym odwiedził, jednakże tym razem nie miałem wyjścia, postanowiłem więc, że wybiorę się do niego pieszo, na przekór rozsądkowi. Czekał mnie długi spacer, jednak właściwie w żaden sposób mnie to nie przerażało, ba, wydawało się nawet lepszą opcją niż topienie pieniędzy w innych rozwiązaniach, mogłem w końcu kupić jakiś rower, chociażby używany, jednak żal mi było na niego gotówki.
Dałem sobie spory zapas czasu, wyruszyłem więc naprawdę wcześnie, tak daleko jak mogłem podjechałem komunikacją miejską, by następnie ruszyć przed siebie niczym wierny pielgrzym na mszę. Ironią losu był fakt, że kościół znajdował się chyba na przedostatnim miejscu na liście miejsc, które mogłyby kiedykolwiek ukoić moją duszę, a msza była ostatnim wydarzeniem, w którym chciałbym uczestniczyć.
Wędrowałem żwawym krokiem, co jakiś czas robiąc sobie postój, by nie zmęczyć się zbytnio, nie chciałem dotrzeć na zebranie bez siły, w końcu potrzebowałem ich na powrót do miasta. Jeden postój na odsapnięcie, drugi na wypicie mleka i zjedzenie drożdżówki kupionej po drodze, kolejny ponownie na złapanie oddechu i podziwianie widoku, by w końcu dotrzeć na miejsce. Nie wszedłem jednak od razu na miejsce, przez jakiś czas stałem przed budynkiem wahając się, dla przechodniów wyglądając zapewne jak ktoś, kto podziwia całość budynku, jednakże nie to było powodem mojego zatrzymania. Serce biło mi mocno, ale nie ze zmęczenia, ręce na chwilę się zatrzęsły. Potrzebowałem złapać głęboki wdech, by uspokoić skołowane myśli. Stresowałem się i to całkiem mocno, ostatnimi czasy nie popisałem się jako dowódca, nie popisałem się też jako człowiek mordując niewinną osobę i stanięcie teraz twarzą w twarz z moją drużyną, czy też z Anglikami, których na swój sposób zawiodłem, sprawiało, że na chwilę ogarnęły mnie silne obawy, stres i chęć ucieczki. Szybko jednak zepchnąłem to wszystko w głąb umysłu, karcąc się gwałtownie w duchu. Nie mogłem stchórzyć, nie byłem tchórzem, a to była wojna, na niej nic nie jest łatwe, nawet gdy toczy się partyzantkę z bezpiecznego miejsca. Kolejny głęboki wdech i już udało mi się pozbierać, ruszyłem więc w końcu przed siebie.
Widok Luciette stojącej tuż przy głównym wejściu sprawił, że na moją twarz wypełzł uśmiech, a umysł uspokoił się jeszcze bardziej. Podszedłem do przyjaciółki skłaniając przed nią głowę, by następnie odpowiedzieć na jej słowa.
- Czasem i moje nogi zawędrują w tę stronę. Szczęść Boże – te dwa słowa zabrzmiały wyjątkowo nienaturalnie w moich ustach – wskaże mi siostra drogę do miejsca, w którym znajdę siostrę Klotyldę? – spytałem z lekko przekornym uśmiechem, nie mogąc sobie odmówić nazwania Lucie tak formalnie. Jednak już po chwili musiałem dodać cieplejszym tonem: - Dobrze Cię widzieć.
Zatrzymałem się obok przyjaciółki dotrzymując jej towarzystwa dopóki ostatni z gości nie wszedł do klasztoru. Dopiero wtedy skierowaliśmy się na miejsce zebrania. W stolarni rozejrzałem się po zgromadzonych, a mój wzrok przyciągnęli najbardziej skoczkowie siedzący niedaleko. Skupiony na przyglądaniu się im prawie przegapiłem rzucone w moją stronę jabłko, udało mi się jednak złapać je w ostatnim momencie. Obejrzałem je dokładnie, po czym zerknąłem w stronę rzucającego, by również się do niego uśmiechnąć i skinąć mu głową w podzięce.
- Widzę, że dbają o nasze żołądki - zażartowałem, odzywając się ponownie do Lucie. Wsunąłem jabłko do kieszeni, by następnie skierować się z towarzyszką w stronę ławek, po drodze witając się cicho ze znajomymi osobami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Wto Sie 08, 2017 7:18 pm

Równo o godzinie dziesiątej w kościele rozbrzmiały organy, słyszalne także w stolarni, a do pomieszczenia wszedł Pierre Lécuyer - jak zwykle niedokładnie ogolony, uśmiechający się lekko, jakby cieszył się z faktu, że niewątpliwie zaskoczył wszystkich swoją punktualnością. Jednak nie to musiało być największym zaskoczeniem dla zebranych tutaj ludzi, bowiem dowódca Résistance ubrany był w schludną, czarną sutannę.
- Witajcie - przywitał się, sprawnie łapiąc rzucone w jego kierunku jabłko.
Bonjour. Good morning. Szczęść Boże.
Odpowiedziały mu trzy rodzaje powitań, a Pierre - z jabłkiem w jednej dłoni, a Biblią w drugiej - ruszył do jedynego wolnego stołu. Skinął głową gościom z Anglii, ale wiele wskazywało na to, że nie było to ich pierwsze spotkanie w dniu dzisiejszym.
- Dziękuję, że przybyliście. Jak wszyscy doskonale wiecie, naszą dzisiejszą przykrywką jest święto Wniebowstąpienia, mamy więc ograniczoną ilość czasu, chociaż ksiądz prowadzący dzisiejszą mszę jest moim dobrym znajomym i obiecał wygłosić naprawdę długie kazanie - przyjrzał się po kolei wszystkim zebranym, na końcu marszcząc brwi.
Bez słowa skinął siostrze Teodorze, a ona zrozumiała jego niewerbalne polecenie i pospiesznym krokiem opuściła stolarnię; zamierzała zastąpić Lucette i dopilnować, by w narteksie nie kręcili się już żadni spóźnialscy.
- Bardzo chciałbym więc przejść już do konkretów, ale zanim to zrobię, muszę zapytać o Maurice'a, gdyż byłem pewien, że przybędzie z Wami - mężczyzna spojrzał po kolei na Gilberta, Felixa i Enzo, kolegów z 'Feniksa' - Czy któreś z Was ma do przekazania jakąś wiadomość od nieobecnych? - zwrócił się już do wszystkich zebranych.
Dzisiejsze spotkanie w założeniu nie miało być liczne, jednak nieobecność poszczególnych członków Ruchu Oporu robiła różnicę i mogła budzić niepokój, choć Pierre oczywiście nie dawał niczego po sobie poznać. Nie mógł jednak nie zastanowić się, dlaczego Mathieu, Lou, Eugène, Damien i Darcy nie pojawili się jeszcze na miejscu.
- Część z Was spotkała już naszych gości, lecz tym, którzy jeszcze ich nie znają przedstawiam panów Brice'a, Mackay'a i Watsona - okularnik odłożył mapę i zamachał krótko do zebranych, przedstawiając się jako Watson, a mężczyzna od jabłek sam wgryzł się w jeden z owoców, z pełną buzią wymawiając swoje szkockie nazwisko. Brice jedynie skinął głową, obserwując czujnie Pierre'a i wsłuchując się w jego słowa - Pod koniec kwietnia przybyli do nas z rozkazami z Londynu, garścią ciekawych informacji, a także celnymi spostrzeżeniami, które zamierzam wykorzystać i które przedstawię Wam pod koniec zebrania. Jednak najpierw odpowiedzcie mi na pytanie - co wiecie o Ottonie Abetzie?
Ciemne, czujne spojrzenie Lécuyer prześlizgiwało się z jednego rebelianta na drugiego, a delikatny uśmiech dowódcy miał zachęcić podwładnych do udzielenia odpowiedzi na zadanie pytania. Wszakże bez nich trudno byłoby ruszyć dalej.



Na odpowiedź macie 72h. Kolejny post Pierre'a pojawi się w piątek (11.08). Zasady rozgrywki oraz Wasze ekwipunki znajdziecie tutaj.
Osoby, które były zapisane na misje, jednak nie zdążyły dodać posta w kolejce, mogą jeszcze dołączyć do rozgrywki, pisząc tu.

P.S. Wielu z Was nie uwzględniło w ekwipunku dokumentów postaci. Jeśli jednak macie je przy sobie przyślijcie mi PW - uwzględnię je w spisie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Wto Sie 08, 2017 9:21 pm

Skórka jabłka była gładka, a owoc twardy i zapewne soczysty – przynajmniej do czasu, bo Klemens z coraz większą nerwowością turlał jabłko po nieco nierównym stole, narażając je na kolejne obicia.  Próbował zdusić tym samym natarczywą niepewność, odgonić myśli od nawarstwiających się pytań z kategorii co by się stało, gdybym po prostu stąd wyszedł? i skupić się na konkretnym celu – przybył tu po to, by dowiedzieć się, co w najbliższym czasie planował Ruch Oporu, i by przekazać tę wiedzę dalej.
Przecież oni wszyscy byli buntownikami, działali przeciwko władzy i w swej zgubnej, francuskiej dumie nie potrafili pogodzić się z faktem, że już przegrali. Zwycięstwo Trzeciej Rzeszy było tak nieuniknione jak dwa lata temu, gdy te same tereny zalewało morze niemieckich mundurów zbliżających się do Paryża. Dlaczego więc wciąż walczyli, wciąż knuli i spiskowali, narażając nie tylko siebie, ale też swoich bliskich i każdego innego - nawet mieszkanki klasztoru – na pewną śmierć? Czy nie łatwiej byłoby schować dumę do kieszeni i pogodzić się z okupacją?
Zmarszczył lekko brwi, zatopiony w myślach, spoglądając na wchodzących do pomieszczenia ludzi, z których każda osoba - już w momencie, gdy przekraczała próg – w pewien sposób jawnie deklarowała sprzeciw. To, co robili, mówili i myśleli, było zakazane, więc Klemens nie miał wyboru – musiał spełnić swój obowiązek jak najlepiej i chronić dobro kraju, który nazywał swoją ojczyzną.
Ale czy nie były to właśnie powody, którymi kierowało się również Résistance?
Jabłko zachwiało się na krawędzi stołu i spadło na podłogę.
Lekko rozdrażniony, schylił się, by wydobyć je spod stołu, po czym znów się wyprostował, tym razem chowając porządnie obity owoc do kieszeni. Jego myśli były całkowicie pozbawione sensu, a na dodatek nie na miejscu.
Dlatego też prawie ucieszył się, gdy w pewnej chwili ujrzał w drzwiach Fenouila, z którym przed kilkoma dniami pożegnał się w mało fortunnych okolicznościach i któremu niemalże do samego końca życzył mało przyjemnego finału ich przygody w Lasku Bulońskim. Uniósł minimalnie brwi, przemykając wzrokiem po jego twarzy, jakby próbował znaleźć na niej jakiekolwiek ślady przesłuchania – na próżno.
Uśmiech na ustach Enza wzbudził w nim lekkie wątpliwości, ale po raz kolejny zmusił się do wykrzywienia warg w równie życzliwym grymasie.
Gdyby tylko wiedział, że szpiegowanie Ruchu Oporu będzie od niego wymagało tak częstego uśmiechania się do ludzi, za którymi nie przepadał, może dałby sobie spokój.
- Ależ doskonale. Może następnym razem też masz ochotę mi pomóc? – rzucił w odpowiedzi, odprowadzając Fenouila wzrokiem.
Nie mówił już nic więcej, ale w milczeniu przyglądał się kolejnym osobom – znanym mniej bądź bardziej – które wchodziły do stolarni. Nieznajomy każdej z nich rzucał jabłko, aż wreszcie w drzwiach stolarni zjawił się ktoś, kogo Klemens w pierwszej chwili mylnie uznał za księdza.
Dowódca mógł udawać duchownego z równą wprawą co Behringer członka Ruchu Oporu.
Dołączył się do chóru bonjour (a gdyby powiedział guten Morgen?), mierząc mężczyznę wzrokiem i uświadamiając sobie, że choć przynależał do Ruchu Oporu już stosunkowo długo, niemalże nie widywał dowódcy i wciąż nie wiedział o nim zbyt wiele.
To nie świadczyło o niczym dobrym.
Nadal przyglądał mu się uważnie, kiedy zajął miejsce i bez dłuższych wstępów rozpoczął zebranie. Behringer nie miał pojęcia, kim był Maurice, o którym wspomniał dowódca, a tym bardziej nie wiedział nic o nieobecności pozostałych, dlatego pokręcił tylko głową, przysłuchując się jego dalszym słowom. Musiał jednak powstrzymać się, aby gwałtownie nie zaczerpnąć do płuc powietrza, kiedy tylko usłyszał, kim byli trzej nieznajomi.
Goście z Londynu. Rozkazy. Garść ciekawych informacji.
Miał nadzieję, że nie był jedyną osobą, która przeniosła spojrzenie na trzech mężczyzn – Brice’a, Mackaya i Watsona; ich nazwiska nie mogłyby brzmieć bardziej brytyjsko. Choć minęło zaledwie kilka minut zebrania, on już dowiedział się czegoś, o czym niezwłocznie powinien był poinformować gestapo.
Choć wolałby przy tym nie wspominać, że cała trójka nie zjawiła się we Francji wczoraj, ale prawie miesiąc temu, a on nie miał o tym najmniejszego pojęcia.
Niewiele myśląc, rzucił też siedzącemu obok Gilbertowi w połowie podekscytowane i zaskoczone spojrzenie, a dopiero później zabolała go myśl, ile było w nim fałszu.
- Jest niemieckim ambasadorem. I gazety dość często go wychwalają – zabrał głos, gdy padło pytanie, zabarwiając swoje słowa nutą ironii. Ani nie powiedział niczego odkrywczego, ani nie zdradził czegoś ważnego; Otto Abetz był dość znaną osobistością i podejrzewał, że większość zebranych zapewne go kojarzyła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Czw Sie 10, 2017 9:01 pm

Dla Gilberta, większość zebrań Ruchu Oporu wyglądała w ten sam sposób. Wchodził do pomieszczenia wypełnionego, lub mającego już wkrótce, wypełnić się ludźmi, z których każdy zdawał się wiedzieć o wiele więcej odnośnie tego, dlaczego właściwie się tam znalazł. Siadał na krześle, wbijając spojrzenie w jakiś martwy punkt – ścianę, okno, krzesło, własne stopy, załamanie w podłodze, od czasu do czasu unosząc ostrożnie głowę i kiwając w stronę twarzy, które jako tako rozpoznawał, i które mógł w pewien sposób określić jako przyjazne jego osobie. Mruczał ciche przywitania, bawił się z podenerwowaniem własnymi palcami, przez cały czas mając wrażenie, że zajmuje jedynie cenne miejsce, które mógłby przywłaszczyć sobie ktoś, kto miałby coś więcej do powiedzenia. Ponieważ, na większości spotkań takich jak to, Gilbert zazwyczaj się nie odzywał, jeśli akurat ktoś nie kierował słów bezpośrednio w jego stronę, niekiedy jedynie kiwając z porozumieniem głową, kręcąc nią w niemym zaprzeczeniu, lub uśmiechając się lekko mając nadzieję, iż nie wygląda to zbyt nieporadnie i nie przypomina bardziej niezadowolonego grymasu.
Bez względu na to, jak wyglądałyby te spotkania i jakie emocje targałyby Gilbertem podczas każdego z nich (zazwyczaj raczej negatywne, pełne niepewności i ciągłego lęku wiążącego się z towarzystwem więcej niż jednej bądź dwóch osób, w których otoczeniu mógłby czuć się bardziej swobodnie), chłopak był przyzwyczajony do tej swoistej rutyny. Nawet jeśli siedział we własnej bańce i zdecydowanie zbyt dużo uwagi poświęcał na zastanawianie się nad każdym gestem, gdyby teraz nagle coś miało się zmienić, mógł być pewien, iż wszystko byłoby o wiele gorzej.
Mimo wszystko jednak Fourier był świadom, że jedna rzecz tym razem wyglądała inaczej, a przynajmniej w porównaniu do ostatniego spotkania. Tym razem u jego boku siedział ktoś, kto w pewien sposób dodawał mu pewności siebie i sprawiał, że obawiał się o wiele mniej. A przynajmniej zmuszał do zachowywania jako takich pozorów, nie chcąc wypaść na kompletnego nieudacznika, co w pewien sposób i tak przejawiło się w jego nieporadności ukazanej przez upuszczenie jabłka. Co, na szczęście, nie wywołało tak tragicznej reakcji, jakiej Gilbert się spodziewał, chociaż na moment tak czy owak mógł poczuć, jak jego policzki zaczynają się lekko rumienić.
Oczekiwanie na rozpoczęcie spotkania zaczynało mu się niezwykle dłużyć, od czasu do czasu przyglądał na przybywających ludzi, głównie będąc jednak zajętym czyszczeniem owocu o rękaw swojej koszuli tak długo, aż skórka zaczęła w końcu błyszczeć. Następnie zaczął obracał jabłko w dłoni, starając się jednak go nie upuścić mając wrażenie, iż drugi raz zdecydowanie ściągnąłby na niego większą uwagę.
Gdy w po jakimś czasie do jego uszu dotarł dźwięk kościelnych dzwonów, drzwi stolarni uchyliły się po raz kolejny, z tym wyjątkiem, iż tym razem przeszedł przez nie dowódca Résistance we własnej osobie, tego dnia ubrany w sutannę.
- Bonjour – mruknął cicho, raczej niesłyszalnie, gdyż jego głos zupełnie utonął w szmerze wypowiadanych w różnorakich językach powitań. Teraz już próbował skupić całą swoją uwagę na słowach Pierre’a, wyczuwając przesuwające się po nim spojrzenie, gdy zapytał o jednego z członków jego oddziału. W niemej odpowiedzi pokręcił jedynie głową, nie mając na ten temat żadnych informacji. W przeciwieństwie do Enzo, który odezwał się po chwili. Następnie, podobnie jak w przypadku wielu zgromadzonych, jego wzrok powędrował w stronę tajemniczych mężczyzn i Gilbert nie mógł nawet przed samym sobą ukryć delikatnego ukłucia podekscytowania na informację, iż przybywają oni z Anglii i z informacjami, które z pewnością będą w stanie znacznie im pomóc. Być może sam nie brał najbardziej czynnego udziału w działaniach Ruchu Oporu, jednak każda pomoc dawała mu nadzieję na to, iż wojna wkrótce się skończy, a Francja stanie po zwycięskiej stronie, zwracając im wolność oraz sam Paryż takim, jakim go pamiętał. W odpowiedzi na spojrzenie Ambroise, które wyrażało niezwykle podobne emocje, uśmiechnął się lekko, ciesząc się, iż miał po swojej stronie chociaż jednego dobrego przyjaciela, z którym być może później będzie mógł przedyskutować wszystko, czego się dowiedzieli, oczywiście zachowując odpowiednie środki ostrożności. Obecnie wszędzie dookoła ściany zdawały się mieć uszy, a zaufania nie można już było mieć nawet do niesfornego wiatru, który mógł przekazać słowa z nieodpowiednie ręce.
Dalszy kawałek spotkania minął mu w zupełnej ciszy. Oczywiście, wiedział, kim był Otto Abetz, ciężko było nie wiedzieć, mając szeroki dostęp do wydawanych w stolicy gazet, jednak Ambroise ubiegł go w odpowiedzi, a on sam miał świadomość, iż raczej nie powiedziałby w tej kwestii niż więcej. Dlatego też wsłuchiwał się uważnie, zaciekawiony tym, do czego miało zmierzać dzisiejsze zebranie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Pią Sie 11, 2017 12:57 am

Jabłko nieomal niezłapane ciąży mi w dłoni. Nie wiem dlaczego tak się dziś czuję. Niepotrzebny, nieudolny, balast. Może to wpływ obecności otaczających mnie innych, młodych, chyba nawet młodszych członków grupy. Tych będących teraz w stanie bardziej przysłużyć się naszej ojczyźnie niż ja.
Zazwyczaj nie jestem na siebie tak cięty. Zazwyczaj po prostu żyję ze sobą w zgodzie, a wszystko to, co zachodzi mi pod skórę, co drażni i boli, znajduje swoje ujście w postaci atramentu na papierze. Nie wiem dlaczego dziś jest inaczej. Jak gdybym przeczuwał, że coś może się stać, może coś złego. Chociaż to prawdopodobnie wpływ obecności mojej siostry. Po kilku zebraniach zdołałem przywyknąć do jej widoku i przestać reagować, póki nie pisane nam były żadne interakcje, ale wewnątrz wciąż czułem się dziwnie nieswojo. Nie wiedziałem, jakie ostatecznie mieć o niej zdanie. Nie znałem jej. Ta Lucette była jeszcze bardziej obca niż ta poprzednia.
Albo to po prostu wina obcych gości, którzy w dodatku rzucali jabłka w ramach dziwnego powitania. Doprawdy niezbyt rozważne zachowanie. Przecież ktoś mógłby poczuć się zaatakowany i rzucić się do instynktownej samoobrony. Obracam jabłko w dłoni, niepewien co z nim zrobić. Zjeść, odłożyć, odrzucić? Na szczęście dzwony rozbrzmiewają dostatecznie szybko, aby wytrącić mnie z tych bezsensownych rozważań.
Niezwykle punktualnie, co wyjątkowo mnie dziś satysfakcjonuje, pojawia się Lécuyer. Pytanie – o co chodzi z tym napadem świętości? Chociaż sutanna to całkiem dobry pomysł na przykrywkę, to ten dziwny natłok przedmiotów sakralnych wprawia mnie w lekki dyskomfort.
Myślałem, że na tym się skończy, ale kolejne nieprzyjemne uczucie wzbudzają kolejne padające pytania. Uczucie trochę jak gdyby nie przygotował się do szkolnych zajęć. Nic nie wiem. Czuję na sobie to pytające spojrzenie i jest jeszcze gorzej. Nie odwracam jednak wzroku, nie chowam go, bo nie mam nic do ukrycia. Moja niewiedza jest dogłębna, nie ma sensu jej ukrywać, więc po prostu siedzę i milczę. Nie znam zbyt dobrze osób z mojego oddziału. Żadne z nich nie powierzył mi jakiejkolwiek informacji do przekazania. Znów bezużyteczny. Słucham jedynie tego, co mają do powiedzenia inni.
Ciężar zmniejsza się lekko, kiedy temat się zmienia. Anglicy. Ciekawe. Nieczęsta okazja do wymiany zdań z rodowitymi użytkownikami języka angielskiego. W dodatku przybywający nam z pomocą. Chociaż biorąc pod uwagę złamanie jednego z nich nie można powiedzieć, że okazaliśmy się szczególnie wdzięczni. A może za bardzo się rozdrabniam? Przecież mamy wojnę, rozdrapywanie każdego szczegółu może być równie dobrze gwoździem do trumny.
Na zadane pytanie, tym razem takie, które nie sprawia mi problemu, pada niemal natychmiastowa odpowiedź, więc jedynie kiwam głową potakująco. Wspomnienie tak szybko tak ważnej osoby musi prowadzić gdzieś dalej. Chociaż może to wina ograniczonego czasu spotkania. Zresztą zaraz wszystko się okaże.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Pią Sie 11, 2017 2:30 am

Wraz z rozbrzmiewającym dźwiękiem dzwonów do stolarni wszedł ksiądz - którego, nie od razu, Camille utożsamiła z dowódcą. Dość nieoczekiwana przykrywka, uznała. Chociaż całkiem przemyślana.
Nie zmieniało to oczywiście faktu, że sama Hebuterne nigdy nie czuła się dobrze w takich miejscach.
- Bonjur. - odpowiedziała, dorzucając swoje przywitanie do nagłej kakofonii składającej się z pozdrowień w dwóch językach. Było w tym coś krzepiącego, coś co sprawiło, że poczuła się nieco raźniej; jej wolność, wolność Francji była wartością tak uniwersalną, że z powodzeniem łączyła pozornie niezwiązane ze sobą grupy ludzi, dzielące jeden cel i środki na jego realizację. Każda osoba tutaj ryzykowała tyle samo - no, przynajmniej w takiej świadomości żyła dziewczyna, czując pewne (zgubne?) poczucie wspólnoty płynące z ich położenia. Rozejrzała się jeszcze raz, tym razem uważniej przyglądając się twarzom zebranych osób.
Szczególnie tym, których tożsamość właśnie została ujawniona. Optowała, iż ona i pan Mackay nie zostaliby parą najlepszych przyjaciół radośnie wędrujących po plaży Saint-Malo i zbierających muszelki przeznaczone na bransoletki przyjaźni, ale nie o osobiste preferencje się tu rozchodziło, na szczęście. Pierre oczywiście rozbudził jej, już i tak rozbuchaną, ciekawość - jakie rozkazy? A co ważniejsze, jakie informacje? Camille łaknęła faktów, a nie tej propagandowej papki, która była im co dzień serwowana; jakaż by to była miła odmiana! Pomimo postępującego entuzjazmu, próbowała zachować pewną dozę nieufności i zdroworozsądkowej podejrzliwości - ale ciężko jej to przychodziło. Być może to ta desperacka chęć podłapania jakiejkolwiek nadziei tak skutecznie uciszała przejawy sceptycyzmu.
Który, o dziwo, obudził się w niej, kiedy Enzo powiedział o podsłuchanej rozmowie - jak to wytępić? Zdanie kończące się słowami "...w przyszłym miesiącu" powinno zaczynać się raczej od czegoś w stylu "ale na piknik to pojedziemy...", a nie od groźby eksterminacji całej grupy społecznej.
Zamarła, kiedy Lécuyer zadał pytanie. O tak, spotkała się już z tym nazwiskiem - co, oczywiście, nie dziwiło, zważywszy na fakt, że stanowiło ono raczej nieodzowny element wiedzy ogólnej każdego paryżanina. Z tym, że Hebuterne o tym człowieku słyszała też w domu, a raczej, w poprzednim domu; nie mogła sobie tylko przypomnieć w jakim kontekście, a jej próby wyłapania wspomnienia, jak na złość, spełzały na niczym.
Liczba tematów, w których mógł paść Otton Abetz, była w jej rodzinie, niestety, drastycznie ograniczona i Camille - dla samej siebie - chyba wolała przemilczeć sprawę swojej rozmytej wiedzy o kwestii ambasadora. Mogła się tylko, póki co, domyślać.
I słuchać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Pią Sie 11, 2017 7:44 am

przepraszam :c

- Oczywiście, wybieram się z w tamtą stronę, z chęcią pomogę – odparła z lekkim uśmiechem. Godzina dziesiąta zbliżała się coraz bardziej, nie było już sensu ani czasu oczekiwać na innych członków Ruchu Oporu. Musieli przecież jeszcze dotrzeć do stolarni i zająć miejsca zanim najważniejszy z gości pojawi się w drzwiach.
Poprowadziła Rene dość krótką i prostą drogą wiodącą bezpośrednio na miejsce spotkania i nie przez samą świątynię. O ile spodziewała się tam zobaczyć osoby, które wcześniej minęły ją w narteksie, tak obecność trzech innych mężczyzn nie była taką oczywistością. Wiedziała co prawda o pewnych gościach schowanych w klasztorze, lecz nie spodziewała się, że zamierzają pojawić się podczas dzisiejszego zebrania. Mimo to bez problemu złapała rzucone w swoją stronę jabłko, które zaraz potem dokładnie obejrzała. Chciała zapytać, czy pochodzi z tutejszego sadu, nawet spojrzała pytająco na mężczyznę o oliwkowej cerze, ale ostatecznie nie odezwała się, nie wiedząc, właściwie w jakim języku zacząć rozmowę.
Zważając na fakt, jak tłumnie przybyto na mszę oraz że (przynajmniej w założeniu?) zebranie Ruchu Oporu miało należeć do większych, cieszyła się, że ostatecznie postanowiła posłać Gavorche’a razem z innymi siostrami do miasta. Nie wyobrażała sobie, że mógłby dziś plątać się jej pod nogami lub tym bardziej, że mógłby zostać zauważony przez postronnych, którzy nie powinni być świadomi, że zamieszkuje wraz z siostrami. Może i łatwiej mogłaby wytłumaczyć się z faktu, że znalazł się na terenie klasztoru (chociażby pielgrzymami, wśród których jeden niezbyt uporządkowany musiał zgubić dziecko), jednak wolała niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi matki przełożonej, nawet tłumaczeniem spraw, które ostatecznie nie leżały w jej gestii.
- Zapewne klasztor dba – odparła więc po francusku, lecz neutralnie, bez słowa skargi w głosie. Nie miała nic przeciwko ich zbieraniu, właściwie metafora owoców pojawiająca się w znanych jej katechizmach, zawsze nakazywała zjadać je dopóki pozostają dojrzałe.
Zajęła miejsce obok Rene, strategicznie dość blisko drzwi i naprzeciwko Félixa, całkowicie świadoma tego faktu. Po raz kolejny pomimo łączącej sprawy nie zamierzała okazywać, że zebranie cokolwiek zmienia i że choć na moment mogą przestać udawać dwójkę nieznających się osób.
Nie spojrzała na niego, nie powiedziała już też nic do Rene, bo chwilę potem pojawił się dowódca, ostatecznie zamykając wszelkie zbędne i potencjalne dyskusje. Jej szczęść Boże było jak zawsze nieliczne, jednak dzisiaj tym bardziej zostało przygniecione Good morning. Z jawną ciekawością spojrzała jeszcze raz w stronę Anglików.
Początkowo milczała, wysłuchując Lécuyera i kolejnych pytań. Nie, nie wiedziała nic na temat tych, którzy nie przybyli, jednak słowa Enzo wcale jej nie uspokoiły, a jedynie wzmogły dziwną konsternację. Oficjalne przedstawienie mężczyzn oraz stwierdzenie, iż przybyli z rozkazami wydawały się o wiele bardziej interesujące. Zerknęła przelotnie na siedzącego obok Sorela, posyłając mu przy tym porozumiewawcze spojrzenie.
Gdy padło pytanie dotyczące Ottona Abetza, zdziwiła się nieco, liczyła bowiem na to, że każdy ze zgromadzonych powie choćby słowo, aby oddać choćby minimalny obraz jego osoby i być może (?) wyjaśnić również Anglikom, o kogo chodzi. Gdy więc odezwał się zaledwie Ambroise i, trzeba przyznać, również nieszczególnie o dbając o szczegóły, zabrała głos, choć początkowo nie tak pewnie, jakby tego chciała:
- Razem z Eptingiem założył Groupe Collaboration, pronazistowskiego stowarzyszenie zrzeszające francuskich artystów. Jest też uważany za frankofila, utrzymuje dobre kontakty z częścią pisarzy, których szczególnie sobie upodobał, podobno między innymi z Pierrem Bennoitem. Rzekomo również z tutejszym radcą nuncjatury, Léonardem Mâronem – powiedziała szybko, patrząc wyłącznie na dowódcę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Pią Sie 11, 2017 1:15 pm

Nadejście Pierre’a uciszyło wszelkie rozmowy, które pobrzmiewały jeszcze w pomieszczeniu. Dowódca miał u nas zdecydowany posłuch, potrafił przekonać do swoich racji i wzbudzał szacunek, żałowałem, że ja nie potrafiłem tego robić choć w połowie tak dobrze, jak on, może wtedy cała misja potoczyłaby się lepiej? Na chwilę pogrążyłem się w ponurych rozmyślaniach, tylko cicho odpowiadając na przywitanie mężczyzny, by jednak po chwili złapać głębszy oddech i zmusić się do odegnania złych myśli. Nie był to czas ani miejsce na rozterki. Całą swoją uwagę skupiłem więc na tym co mówił Pierre, tylko raz na jakiś czas zerkając na siedzącą obok mnie Luciette, do której uśmiechałem się delikatnie.
Pytanie o nieobecnych przemilczałem, nie musiałem tłumaczyć stanu w jakim znajdowała się Margot, w końcu dowódca sam pomagał jej po tym feralnym wypadzie do gospodarstwa, a nie ufałem na tyle obecnym w pomieszczeniu Anglikom by na głos wymawiać imię siostrzenicy, odsłaniać ją przed nimi, osobę na której najbardziej mi zależało. Nie oznaczało to, że miałem jakieś wątpliwości względem naszych gości, wręcz przeciwnie, jednak jeśli chodziło o Margot i jej bezpieczeństwo ograniczałem zaufanie wobec wszystkich do niezbędnego minimum, nie chciałem by była w jakikolwiek sposób narażona na zbytnie kłopoty, by ryzykowała swoje zdrowie, bezpieczeństwo i wolność. Chciałem ją uchronić od tego wszystkiego, a w tym momencie jedyną formą ochrony wydawało mi się nie wywlekanie jej osoby tutaj.
Słowa Enza ponownie wyrwały mnie z ponurych rozmyślań. Podniosłem wzrok na młodzieńca, a usta wykrzywiły mi się w grymasie. Jego wieści nie brzmiały najlepiej, wstrzymałem się jednak na razie od komentarza wymieniając jedynie porozumiewawcze spojrzenie z Lucie. Widać było, że i jej te wieści nie do końca się spodobały.
Kolejne pytanie z ust Pierre’a wywołało kilka odpowiedzi, nielicznych, choć można było się podziewać, że na ten temat potrafili będą wypowiedzieć się wszyscy. W końcu mowa była o niemieckim ambasadorze, nie możliwe by komukolwiek w Paryżu umknęła jego osoba.
-Abetz organizuje w najbliższym czasie przyjęcie urodzinowe. Nie znam dokładnych szczegółów, wiem tylko, że będzie wystawne, a przynajmniej tyle usłyszałem z rozmowy dwóch moich ostatnich klientek – powiedziałem chwilę po Lucie, uśmiechając się krzywo. Praca weterynarza miała swoje zalety, ludzie naprawdę potrafili się rozgadać czekając w kolejce, czy też, gdy ja badałem ich zwierzęta. - Można dodać też, że Instytut Niemiecki powstał również dzięki inicjatywie Abetza. On go założył, a wspomniany przez Luciette Epting został jego dyrektorem – dopowiedziałem jeszcze po chwili milczenia cichym głosem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Pią Sie 11, 2017 10:43 pm

Pierre położył swoją Biblię na stole, lecz jabłko zostało mu w dłoni i oczekując na krótkie meldunki swoich podwładnych zaczął mimowolnie przekładać owoc z jednej ręki do drugiej. Był czujny, lecz minę miał łagodną; swoim podejściem próbował zachęcić zebranych do rozmowy, jednak jego starania poszły na marne. Jedynie trzy osoby odezwały się w sprawie Abetza, a dodatkowa informacja Enzo o planach Wolfmeyera na wytępienie Żydów sprawiła, że goście z Londynu wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
Jednak nie tylko ta rewelacja Fenouila wywołała reakcję.
- Chcesz mi powiedzieć, że od prawie dwóch tygodni nie miałeś z nim kontaktu i nikogo o tym nie poinformowałeś? - głos Lecuyera był chłodny, a ostre spojrzenie spoczęło na Enzo.
Dowódca nie wyglądał na zdenerwowanego, wciąż zachowywał się względnie spokojnie, ale grymas jego twarzy mógł powiedzieć wiele tym, którzy odważyli się podnieść głowy. Los Maurice'a pozostawał nieznany, tym samym kładąc na szali losy zebranych w stolarni osób.
- Bloody hell - warknął wreszcie Brice, podnosząc się z miejsca i podchodząc do Lecuyera - Właśnie o tym Ci mówiłem. Pytasz ich o nieobecnych, a oni milczą. To co, chcecie mi powiedzieć, że nikt nic nie wie? - prychnął, spoglądając po twarzach rebeliantów - Na pytanie o Abetza odpowiedziały Ci dwie, no prawie trzy osoby, brawo. Nazista jest frankofilem, lekcja historii odrobiona. Nie czytacie gazet? Nie rozmawiacie między sobą? - jego karcących słów nie byli w stanie zrozumieć wszyscy, jako iż poddenerwowany Anglik wypowiadał je w swoim ojczystym języku; jego rodacy na razie siedzieli cicho, lecz Mackay posłał Lucette przepraszające spojrzenie, gdyż najwyraźniej uznał jej informacje za wartościowe, a wiedzę za godną uwagi.
Pierre i Brice stoczyli szybką wojnę na spojrzenia, po czym ten pierwszy przeniósł wzrok na swoich podwładnych.
- Sześć osób, wiedzących o naszym dzisiejszym spotkaniu, zapadło się pod ziemię - westchnął zrezygnowany - Jak myślicie, jakie mamy przez to szanse na bezpieczne dotrwanie do końca mszy? Przekażę Wam najważniejszą kwestię i skończymy wcześniej, nie będziemy ryzykować.
Jego myśli krążyły dookoła nieobecnych, więc na moment zapadła cisza, którą mogli wykorzystać wszyscy chcący dodać cokolwiek na ten temat. Brice zdążył wrócić na swoje miejsce; łypał teraz spode łba na każdego, kto wykonał jakikolwiek gwałtowniejszy gest.
- Jak mogliście dowiedzieć się z gazet, w tym miesiącu w Instytucie Niemieckim odbędą się urodziny ambasadora Abetza. Wydarzenie jest elitarne, jednak Ruchowi Oporu i naszym sojusznikom niezmiernie zależy, by się na nim znaleźć. Zdobyliśmy jedno oryginalne zaproszenie, dlatego poproszę Cię, Camille, byś spróbowała na jego podstawie wykonać minimum dwa następne. Wszelkie szczegóły podam Ci na osobnym spotkaniu, łącznik przekaże Ci informacje o dacie i miejscu - skinął głową w kierunku dziewczyny, kończąc tym samym formułowanie swojej prośby - Czy którekolwiek z Was posiada choćby możliwość zdobycia takiego zaproszenia lub wie coś na temat zapotrzebowania na pracowników podczas wydarzenia? - zapytał dla formalności, lecz spodziewał się odpowiedzi. Póki co starał się nie pokazywać podwładnym, jak bardzo zawiodła go ich postawa.



Na odpowiedź macie 72h. Kolejny post Pierre'a pojawi się we wtorek rano (15.08). Zasady rozgrywki oraz Wasze ekwipunki znajdziecie tutaj.
Osoby, które były zapisane na misje, jednak nie zdążyły dodać posta w kolejce, mogą jeszcze dołączyć do rozgrywki, pisząc tu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Sob Sie 12, 2017 7:27 pm

Lubił myśleć, że problemy Ruchu Oporu nie były tak naprawdę jego problemami.
Z każdej zmarszczki na czole dowódcy, z grymasu ust i chłodnej nuty w głosie mógł wywnioskować, że mężczyźnie nie spodobało się to, co usłyszał. Obiektywnie Klemens musiał przyznać mu rację – obawy mogła budzić zwłaszcza kwestia Maurice’a, który tajemniczo zapadł się pod ziemię. Kiedy Enzo wspomniał o pogrzebie, Klemens zerknął na niego z umiarkowaną ciekawością, przypominając sobie ich niefortunnie przerwaną rozmowę w Lasku Bulońskim, lecz zaraz uniósł lekko brwi, gdy Fenouil przywołał nazwisko Wolfmeyera.
Mimo wszystko nie dziwiło go to, że tamtego pamiętnego poranka Enzo nie podzielił się z nim tą informacją, a jednocześnie musiał wręcz stłumić prychnięcie – o planach swoich ludzi dowiadywał się z ust buntowników.
To odcięcie od informacji czasem go irytowało.
Wysłuchał też odpowiedzi pozostałych, odnotowując w myślach, że spośród ich siódemki głos na temat Abetza zabrał jedynie on, Lucette i siedzący obok niej mężczyzna, którego imienia Klemens nie znał. Reszta wyraźnie milczała.
W pewnym momencie jego uwagę przyciągnął jeden z Anglików – Brice, ten z nietęgą miną - który podniósł się z miejsca, by następnie zasypać ich wszystkich lawiną szybkich, gniewnych słów wypowiadanych w języku angielskim. Klemens momentalnie pożałował, że jego angielszczyzna bazowała tylko na słowniku, który otrzymał kiedyś od wuja w Dortmundzie i który pewnie nadal stał na jednej z półek w dawnym pokoju Behringera, zbierając kurz.
Może wypadało odświeżyć nieco język.
Z tyrady Brice’a zrozumiał więc niewiele – ledwie garść słów zatopionych w konstrukcjach gramatycznych, choć sens wypowiedzi, okraszony dodatkowo agresywnym tonem, mimo wszystko pozostawał dość oczywisty. Anglikowi chyba nie podobał się nikły odzew ze strony zebranych w stolarni członków Ruchu Oporu.
Kącki ust Klemensa drgnęły lekko, po czym zaraz opadły – to chyba nie był dobry początek współpracy Anglików z Résistance.
- Nasz gość zza kanału chyba ma jakiś problem – szepnął do Gilberta z kąśliwą nutą w głosie, choć gdyby siedzące nieopodal osoby wytężyły słuch, zapewne też mogłyby go usłyszeć. Nie potrafił zrezygnować z lekkiej uszczypliwości – kto wie, może nawet adekwatnej, biorąc pod uwagę niezmordowaną waśń pomiędzy Francuzami i Anglikami? - Na Wyspach też rozwiązuje się go krzykiem?
Kiedy umilkł, ponownie wpatrzył się w Brice’a, dostrzegając wyraźne napięcie pomiędzy nim a dowódcą. Ponownie musiał przyznać mu rację – nieobecność aż sześciu osób była dość niepokojąca i przez moment Klemens zastanowił się, czy istniało jakiekolwiek ryzyko, że Niemcy dowiedzieli się o zebraniu.
I że właśnie tutaj zmierzali.
Poruszył się dość niespokojnie i wbił sobie do głowy myśl, że to na pewno nie miało się stać.
Odprowadził wzrokiem Brice’a, który wrócił na swoje miejsce, a potem znów skupił uwagę na słowach dowódcy. Wynikało z nich, że Ruch Oporu miał pewne plany w związku ze zbliżającym się bankietem z okazji urodzin ambasadora Abetza (Klemens przypomniał sobie, że faktycznie ogłaszano to szumnie w gazetach), ale ku jego niecierpliwości dowódca nie zdradził (jeszcze?) konkretnego celu.
Był jednak pewien, że Ruch Oporu raczej nie miał zjawić się na bankiecie po to, by potańczyć i wypić kieliszek szampana.
Tym razem na zadane pytania odpowiedział dowódcy milczeniem, którego ten być może się spodziewał; Ambroise Boisset, zwykły pracownik wypożyczalni rowerów i absolutnie nikt ważny, zdecydowanie nie miał możliwości, by zdobyć zaproszenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Nie Sie 13, 2017 12:48 am

Atmosfera z stolarni zdawała się odrobinę zagęszczać i Gilbert potrafił doskonale to odczuć, co sprawiało, iż zaczynał czuć się niekomfortowo. Zadane wcześniej pytania Pierre’a nie spotkały się z wystarczająco zadowalającą odpowiedzią, co dowódca Ruchu Oporu udowodnił swoją reakcją. Choć Fourier zazwyczaj postrzegał go jako osobę o łagodnym usposobieniu, tym razem zauważył, iż wzmianka o zaginięciu Maurice’a wywołała w nim pewne, jak najbardziej uzasadnione zdenerwowanie, niemalże równe z tym, z jakim spotkała się reakcja na informację o planach wytępienia Żydów, stanowiąca szok zarówno dla członków Ruchu jak i obecnych na zebraniu gości. Wojna nagle zdawała się przybierać o wiele bardziej szaleńczy bieg i ten moment należał do jednego z tych, w których chłopak uświadamiał sobie, jak bardzo to wszystko było prawdziwe.
Nagle udział w wojnie nie był już jedynie konstrukcją amatorskich bomb czy przesiadywaniem w zatęchłym antykwariacie, czując się bardziej jak obserwator niż czynny uczestnik wydarzeń. Przybycie Anglików, nieobecność kilku osób, niemieckie plany związane z Żydami – wszystko to było prawdziwe i teraz, gdy Fourier miał tego pełną świadomość, nie będzie już w stanie wyrzucić tych wiadomości ze swojego umysłu. Czy było coś, co mógłby zrobić? On, osoba słaba, nieprzydatna, nieposiadająca żadnych umiejętności, które wyróżniałyby ją w tym momencie spoza tłumu? Owszem, miał doskonałą pamięć, ale mało kto o niej wiedział, a on sam nie miał w zwyczaju chwalić się nią na prawo czy lewo. Poza tym, nie wydawało mu się, aby zapamiętywanie rzeczy wraz z jednym przeczytaniem bądź usłyszeniem było w stanie zwyciężyć wojnę. Być może nie znał się na tym specjalnie dobrze, jednak miał przeczucie, iż do tego potrzeba o wiele więcej.
Siedząc na swoim miejscu z uwagą wsłuchiwał się najpierw w słowa zgromadzonych członków, a później w Pierre’a oraz jednego z Anglików, który najwyraźniej nie był specjalnie zadowolony tym, jak przedstawiała się sytuacja w paryskim Résistance. Z jego słów zrozumiał wszystko dokładnie, w myślach musząc mimo woli podziękować ciotce za wysiłek, który włożyła w jego edukację, dając mu szansę na nauczenie się o wiele więcej niż większość dzieci, które dużą część dzieciństwa spędziły w sposób podobny do jego. Ani sierociniec ani rodzice z pewnością nie byliby w stanie zapewnić mu tego, co zapewniła mu ona. Chociaż, może gdyby nie umarli, jego życie potoczyłoby się w zupełnie innym kierunku? Wojna na pewno trwałaby w dalszym ciągu, jednak może on sam nie byłby jednym z ogniw łańcucha, który miał przyczynić się do jej zakończenia? Czasem się nad tym zastanawiał, jednak w rzeczywistości wciąż nie był w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę chciałby teraz znaleźć się gdzieś indziej. W końcu dookoła wciąż było tak wiele rzeczy, które wydawały się dobre, nawet jeśli cały świat był tak bardzo zły.
Na dźwięk szeptu Ambroise zwrócił oczy w jego kierunku, przez moment w ciszy zatrzymując wzrok na jego twarzy i zdając sobie sprawę, że gdyby nie znalazł się akurat w Paryżu, ich ścieżki nigdy by się nie przecięły. Ambroise był jedną z tych dobrych rzeczy. Osobą, za którą Gilbert byłby w stanie poświęcić szczęśliwe dzieciństwo. Jedną z dwóch, o których myśl w jakiś sposób potrafiła nadrobić za wszelkie nieszczęścia, których musiał doświadczyć.
- Szczerze mówiąc, może mieć trochę racji – odszepnął znacznie ciszej, szybko odwracając jednak spojrzenie, jakby obawiał się reakcji przyjaciela na swoje słowa. Mówił jednak zgodnie z prawdą, zdenerwowanie Anglika było w pewnym sensie uzasadnione i Fourier w jakiś sposób potrafił zrozumieć jego punkt widzenia.
Po chwili ciszy, która nastała po kolejnych pytaniach dowódcy, Gilbert odchrząknął cicho, chcąc zwrócić na siebie uwagę, której jednak w żadnym stopniu nie pożądał. Czuł się jednak w obowiązku do powiedzenia czegokolwiek, szczególnie jeśli jego udział w tym wszystkim mógłby okazać się w jakimś stopniu przydatny.
- Jakiś czas temu pomagałem podczas premiery w kinie Gaumont Palace. Mogę spróbować dowiedzieć się, czy i tym razem nie będą potrzebowali… dodatkowych rąk do pracy – powiedział powoli, odrobinę jąkając się ze zdenerwowania, zawieszając oczy na ścianie, aby nie musieć patrzeć na otaczających go ludzi, których uwaga musiała chociaż na chwilę skierować się w jego stronę. Wydarzeń z tamtego wieczoru nie wspomniał zbyt pozytywnie i zdecydowanie nie chciał przechodzić przez to raz jeszcze, jednak tym razem coś sprawiało, że czuł w sobie choć trochę siły, by jednak zaryzykować. I nawet jeśli miało to być tylko chwilowe i później spotkać się z żałowaniem podjętej decyzji, przez moment Gilbert poczuł, że może jednak jego obecność nie jest do końca bezużyteczna. A przynajmniej miał taką nadzieję, ponieważ czasem nawet on zaczynał mieć dosyć tego, iż ciągle czuje się jak zbyteczny bagaż, który trzeba wiecznie ciągnąć za sobą.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Nie Sie 13, 2017 2:01 am

Jako miłośniczka literatury i niegdyś domniemana przyszła poetka (jak zabawnie wierzyła jedna z nauczycielek, której twarz osiadała dzisiaj mgłą niepamięci, przekonana o talencie młodziutkiej Lucette tworzącej w zaciszu niewygodnego domu zastępczego) starała się pozostawać na bieżąco z powieściami i tomikami wychodzącymi z rąk najsłynniejszych Francuzów, odnajdując w śledzeniu poczynań popularnych person echo przeszłości, ale również swego rodzaju liryczny smutek wypalonych marzeń. Grupe Collaboration oraz związany z nią Otto Abetz (oraz jego małżonka) z kolei oscylowali wokół tej sfery niczym niechciani goście, wkradając się w świat piśmienniczej twórczości, dominując go oraz ostatecznie wytyczając granicę pomiędzy tymi twórcami, których wypadało czytać, a których zwyczajnie nie. Odnajdywała się w tej, jakkolwiek nieco pokracznej granicy, która powoli wydzielała resztę sfer życia i niemalże stawała się linią demarkacyjną, a tej z kolei nie mogła przecież przekraczać.
Dziś jednak najwyraźniej nie chodziło o tę wątłą strefę, lecz pionki rozłożone po dwóch stronach, które wszystko komplikowały. Musiała przyznać, że w pewien sposób rozumiała reakcje dowódcy na słowa Enzo, być może nawet powinna stanąć po jego stronie ledwo świadoma niebezpieczeństwa, które zdawało się wisieć gdzieś nad nimi. Osłupiała jednak na moment, a jej spojrzenie wędrowało od Pierre’a do biednego Fenouila, próbując choćby wyobrazić sobie, co mogło stać się ze wspomnianym Mauricem, co mogło stać się z nimi. Nadzieję dawał fakt, że był nowy i być może nie znał nazwisk wszystkich, nie znał kryjówek i miejsc spotkań, lecz na pewno wiedział o zebraniu mającym miejsce w klasztorze.
Nie było jednak zbyt wiele czasu na rozważania, bo jeden z angielskich gości najwidoczniej nie potrafił trzymać swoich nerwów na wodzy. Nagły zryw w jego nieflegmatyczno-brytyjskim wykonaniu, ściągnął uwagę Lucette, tym bardziej ton oraz ogólna nerwowość, która wdarła się pomiędzy wszystkich obecnych. Początkowo nie mogła zrozumieć, o czym dokładnie mówi, lecz najwidoczniej nie musiała znać perfekcyjnie angielskiego, aby domyśleć się ogólnego sensu wypowiedzi, który stanowił poniekąd cios w jej osobę.
- Czy on…? – zwróciła się po cichu do Rene, łudząc się, że jednak źle zrozumiała. Usłyszała jednak słowa Ambroise i jedynie upewniła się w myśli, że duma Résistance została w tamtej chwili mocno nadszarpnięta.
Oraz oczywiście jej duma, która bolała ją jeszcze bardziej.
- Bezczelny – powiedziała cicho tak, aby zrozumiał ją wyłącznie Sorel. Wyraźnie spięła się, prawa dłoń, do tej pory bezwolnie oparta o stół, mimowolnie zacisnęła się w pięść. Teatralnie zacisnęła usta i posłała w stronę Brice’a urażone spojrzenie, przy okazji wychwytując za jego plecami to, co usiłował przekazać inny z Anglików. Spuściła jednak ostatecznie wzrok, który ze złością utkwiła w deskach stolarni i nie uniosła go aż do momentu, gdy agent usiadł na swoje miejsce. Nie mówiła już nic więcej, nie patrzyła nawet prosto na Lécuyera, zaciskając wargi i co pewien czas ostrożnie zerkając w stronę nerwowego gościa. Nie miała w tej chwili nic więcej do powiedzenia, nawet jeśli bardzo by chciała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Nie Sie 13, 2017 12:52 pm

No dobrze; nie popisali się ani wybitną wiedzą, ani widoczną wolą walki, w większości siedząc i czekając aż na zadane pytanie odpowie ktoś inny - ale przynajmniej nie wszyscy milczeli. Poczuła się jak w klasie, kiedy usilnie wbijała wzrok w swoje buty, nie chcąc zostać wywołaną do tablicy, a czując, że to właśnie ona stanowi ośrodek uwagi nauczyciela, który zaraz ją ośmieszy. Camille od razu zrozumiała swój błąd - rozczarowanie zawisło w powietrzu, niepotrzebnie podsycając delikatnie tlące się zrezygnowanie, które biło ze słów dowódcy. Zdążyła polubić Pierre'a, dlatego jego żal był jeszcze bardziej niewygodny; a tym bardziej odczuwalny.
Co jednak a b s o l u t n i e nie dawało żadnego prawa temu Anglikowi, żeby tracić nad sobą panowanie. Nieważne kim był, co miał do przekazania, ani że chciał im pomóc, ryzykując życiem - bezczelność, która skapywała z jego słów, wręcz zatkała Camille z oburzenia. Ale tylko chwilowo, bowiem przecież nie mogła zostawić takich słów nieokraszonych żadnych komentarzem - nie byli bezwolną, przypadkową bandą, zebraną w tej stolarni na karne warsztaty obróbki drewna. A, tak się składało, że w przeciwieństwie do niemieckiego, angielskim władała całkiem sprawnie, zatem sens słów tego człowieka dotarł do niej bardzo wyraźnie, sprawiając, że przyśpieszył jej oddech, a dłonie zadrżały.  
W pewnym wymiarze zdawała sobie sprawę, że mężczyzna ma odrobinę racji, zarzucając ich wyrzutami takiej natury - ale, do cholery, nie był ich dowódcą, aby robić to głośno i to, w dodatku, takim tonem. Nie był do tego w żaden sposób upoważniony.
- Zostaliśmy zapytani o fakty, o to co wiemy, a nie papkę, którą serwują nam gazety, dla ścisłości. - zdążyła głośno opowiedzieć Anglikowi, dając upust swojej irytacji, niebezpiecznie kłębiącej się pod skórą, czując się w obowiązku stanięcia w obronie honoru swojego i zebranych tu osób, które, z różnych powodów, również wcześniej nic nie powiedziały.
Nawet jeżeli ze względu na niewystarczające argumenty z góry była skazana na porażkę.
Camille chodziło o jakikolwiek przejaw uporu i odepchnięcia uwagi tego prychającego obcesowością Anglika, który tak zuchwale rościł sobie prawo do oceniania ich zaangażowania; nawet jeżeli jego spostrzeżenie było, może i w pewnej części, trafne, to słowa bolały. I stanowiły obrazę dla dotychczasowych dokonań Résistance. 
Całkowicie przybił ją fakt, że brakowało sześciu osób - niebezpieczeństwo jawiło się już przy jednej, a co dopiero przy takiej ilości? Dodatkowo ten Maurice. Camille poruszyła się niespokojnie, jakby chcąc przyśpieszyć rozwój zebrania; a może to paranoja kazała jej sądzić, że stało się coś niewytłumaczalnie złego?
Następne słowa Lécuyera zdziwiły ją, napełniły niepokojem, sprawiły, że złość ustąpiła, ale, przede wszystkim, rozlały się w niej obezwładniającym podnieceniem, wynikającym z faktu, że tak aktywnie będzie mogła przysłużyć się sprawie; nagle poczuła też ciężar odpowiedzialności, który w zasadzie - jak sobie uświadomiła - powinien towarzyszyć jej w tym dniu nieustannie, już gdy wsiadała na rower i pedałowała w stronę zakonu.
- Oczywiście, spróbuję. - przytaknęła, walcząc z wątpliwościami, czy w zasadzie uda jej się tego wiarygodnie dokonać; ale spróbować, oczywiście, musiała. Niestety o innych możliwościach zdobycia zaproszenia nie wiedziała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Nie Sie 13, 2017 1:23 pm

Atmosfera panująca na sali, słowa Enzo i cisza w odpowiedzi na pytania Pierre’a, wszystko to mogło wywołać zaniepokojenie, nawet irytację wśród uczestników zebrania. Nie zdziwiłem się wcale, gdy z ust dowódcy padło pytanie wypowiedziane chłodnym tonem, choć prawdę mówiąc ono dopiero uświadomiło mi ogrom problemu, który uciekł mi w pierwszej chwili, gdy słuchałem relacji młodszego kolegi. Zaniepokojony zerknąłem w stronę Enzo, lecz nim cokolwiek logicznego przyszło mi do głowy, nim jakakolwiek uwaga wyszła z moich ust, a naprawdę chciałem się odezwać, ciszę po krótkiej odpowiedzi młodego mężczyzny przerwał nieprzyjemny warczący głos jednego z Anglików. Natychmiast odwróciłem się w jego stronę, skupiłem na nim wzrok, spróbowałem wyłapać sens wyrzucanych w zburzeniu słów, a każde z kolejnych, które udało mi się wyłapać wzbudzało we mnie złość, tak gwałtowną, że aż sama mnie zaskoczyła.
- Tak – prychnąłem cicho zgniewany, odpowiadając na niedokończone pytanie siedzącej obok przyjaciółki, zerkając na nią krótko. Widziałem, że i ona była wzburzona, a to tylko zwiększyło moje emocje.
Nie ufałem siedzącym przed nami Anglikom, nie ufałem, bo tak było bezpieczniej. Byli obcymi ludźmi na terenie naszego kraju, co prawda przeszkolonymi, wiadomo, zapewne bardziej przygotowanymi do wojny niż wszyscy my tutaj razem wzięci, zaangażowanymi, jednak to nie wystarczyło bym zdecydował im się powierzyć od razu wszystko. A zachowanie ich dowódcy, słowa wypowiadane w gniewie na pewno nie budowały lepszego wrażenia, które już i tak przy naszym pierwszym spotkaniu zostało trochę uszkodzone. Miałem świadomość tego, że gdyby nie mój błąd jeden z nich najprawdopodobniej nie tkwiłby teraz z nogą w gipsie, z drugiej jednak strony fakt, iż już na początku, gdy zbliżyliśmy się do nich zakrwawieni i zmęczeni nie wzbudził ich zainteresowania (przecież to co zagrażało nam wtedy mogło zagrozić i im, powinni więc od razu zapytać co spowodowało nasze opóźnienie i o stan naszej grupy, bo i od tego zależało ich bezpieczeństwo!) sprawił, iż uznałem, że wcale nie są aż tak niesamowicie kompetentni, bądź też nie zależy im na dobrej współpracy.
- Niesamowicie dobrze zaczynamy współpracę – nie mogłem powstrzymać się od ironicznej uwagi skierowanej w stronę Brice’a wbijając w niego rozognione spojrzenie. – Pogardliwym podejściem nie zdobędziecie zaufania osób na tej sali, nie ważne czy macie rację czy nie, takie nastawienie wzbudza raczej niechęć w waszym kierunku. Tak jak już powiedziano, gazety nie zawsze są dobrym źródłem informacji, a czy rozmawiamy ze sobą? Nie wszyscy tutaj widują się na co dzień, bezpieczniej jest nie znać zbyt wielu szczegółów o współspiskowcach, nie ciągnąć reszty za sobą na dno, gdy ktoś wpadnie, chyba wy powinniście rozumieć to najbardziej – na koniec niemal już syknąłem, pozwalając by złość przemówiła przeze mnie.
Chwilę zajęło mi uspokojenie się po tych słowach. Kilka głębszych oddechów, zaciskanie i rozluźnianie pięści, w końcu jednak rozluźniłem na tyle, by skoncentrować się bardziej na reakcji Pierre’a, mając nadzieję, że nie przekroczyłem w tym momencie żadnej granicy, że nie pogrążyłem się bardziej w oczach dowódcy niż po ostatniej misji.
- Nie wiem, czy taka możliwość się pojawi, ale postaram się coś zadziałać – skomentowałem ostanie pytanie Pierre’a, myśląc o kontaktach siostry i możliwościach, jakie one ze sobą niosły. Nie byłem jednak pewien, czy cokolwiek wskóram w tej kwestii, a proszenie Margot o załatwienie czegoś wydawało mi się też wielce nieodpowiednie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   Wto Sie 15, 2017 1:35 am

Rozlegają się kolejne głosy. Oczywiście. Od początku miałem nieprzyjemne przeczucie, co do tego spotkania, a teraz stopniowo się potwierdzają. Źle się tu czuję. Jestem tą osobą, która w całej konspiracyjnej machinie nie wychyla, a przynajmniej nie powinna, wychylać czubka buta poza próg przykrywki. Nie jestem szczególnie użyteczny poza posiadaniem podstawowej wiedzy na temat broni oraz mechanizmów bomb. W czasie biegu będę spowalniać innych, w czasie walki mogę się zawahać, w czasie dyskusji – będę milczeć.
Atmosfera stopniowo tężeje, a zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że zapeszyłem swoim czarno widzeniem po drodze. Informacje, które padają nie zdają się wróżyć nic dobrego. W milczeniu podążam wzrokiem za zafrasowaną twarzą naszego przywódcy. Nic zresztą dziwnego. Dźwigał brzemię znacznie większe od tego, które spoczywało na ramionach każdego nas z osobna. Odpowiedzialność za zbiorowość mogła działać, jeśli ta zbiorowość była posłuszna i funkcjonowała poprawnie? Tylko czy tak było?
Anglik zdawał się mieć co do tego wątpliwości. Czy aby na pewno to Anglik? Przecież wszyscy tej narodowości uchodzili za raczej flegmatycznych, przynajmniej tyle udało mi się wywnioskować z wielu przeczytanych w ich języku książkach. Co jednocześnie pozwalało mi zrozumieć jego gwałtowny, mocno naznaczony akcentem wybuch. Budził we mnie co najmniej mieszane uczucia. Był z Lecuyerem na per ty? W pewnych kwestiach mogłem się zgodzić, ale inne były sprzeczne. Oni nie żyli pod okupacją, przyduszeni obcasem nazistów, którzy potrafili pojawić się dosłownie z kapelusza. Ściany miały uszy i wszyscy członkowie Résistance mieli tego bolesną świadomość.
Nie dziwne jest, że komuś w końcu puszczają nerwy i w zamian za jeden wybuch pojawia się drugi. Milczymy, bo tak jest łatwiej przeżyć, do tego nas poniekąd szkolono, ale jak długo można trzymać w sobie wszystko? Jak długo przytakiwać w ciszy, bo tak jest łatwiej? Ciężko tak żyć, gdy człowiekowi po prostu chce się krzyczeć. Nie znam bardziej niż poza widzeniem mężczyzny, który siedzi obok mojej siostry, ale muszę się zgodzić z jego słowami. Tak naprawdę im mniej jest powiedziane tym lepiej. To smutne, ale teraz zasada ograniczonego zaufania była mantrą. Anglik zdawał się być wyrwanym z zupełnie innej rzeczywistości. Prawdopodobnie tak właśnie było.
Słowa Lecuyera działają zupełnie inaczej. To osoba, która ma, a przynajmniej powinna mieć, szacunek wszystkich tutaj zebranych. Bodą o wiele bardziej niż temperamentny wybuch nieznajomego. Nie zawiedliśmy tylko jego, poniekąd zawiedliśmy siebie nawzajem. Pytanie, które zadał rezonuje mi w głowie. Jak pomóc? Co taki zupełnie szary, raczej nieprzydatny kaleka może zaoferować?
- Do zakładu, w którym pracuję przychodzi wielu Niemców. Często także tych nieco wyżej postawionych. Powinno udać mi się ich podsłuchać albo przeciągnąć rozmowę na odpowiednie tory. Każda informacja będzie dobra. – Mój wzrok skupia się jedynie na dowódcy. Nie chcę czuć na sobie spojrzeń innych. Wiem sam jak mało jestem użyteczny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: #18 Stolarnia   

Powrót do góry Go down
 
#18 Stolarnia
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Obrzeża :: Klasztor zakonu Sacré-Cœur-
Skocz do: