IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Biblioteka Narodowa Francji - Page 2


Share | 
 

 Biblioteka Narodowa Francji

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Biblioteka Narodowa Francji   Nie Lip 03, 2016 3:01 pm

First topic message reminder :



Biblioteka Narodowa Francji

Historia Biblioteki Narodowej Francji, ustanowionej oficjalnie w 1461 roku, sięga aż średniowiecza i powiązana jest z królewską biblioteką w Luwrze. Utworzył ją 1368 roku król Karol V, a niektóre pochodzące z niej zbiory nadal znajdują się na wiekowych półkach Biblioteki Narodowej.
W pewnych kręgach mówi się, że jej pracownicy to jedni z największych patriotów w Paryżu. Choć na początku okupacji biblioteka utraciła część zbiorów, które wywiezione zostały do Niemiec, inne manuskrypty oraz zabytkowe wydania w dziwny sposób zniknęły. Okupanci wciąż jednak domagają się zaginionych zbiorów, a ich hałaśliwe wizyty stały się tutaj niemal powszechnym widokiem.
Spokój, który przez tak długi czas panował w owalnej, budzącej podziw sali, jest teraz produktem luksusowym.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Czw Gru 01, 2016 5:49 pm

Dzień za dniem coraz bardziej czuła się tak, jakby rzeczywiście stawała się częścią tego miasta. Niemalże mogła poczuć jego serce bijące w jej piersi, równomierny rytm uderzeń wybijający niesłyszalną dla nikogo poza nią melodię. Nie była już intruzem, który wtargnął na nieprzyjazną mu ziemię i przybierając kamuflaż robił wszystko, aby wpasować się w otoczenie. Ona była kamuflażem, ba, była rodowitą Francuzką, przepełnioną miłością do sztuki, z delikatnymi dłońmi przesuwającymi się wzdłuż strun skrzypiec, ze zwiewnymi sukienkami, pomalowanymi na krwistą czerwień ustami czy falami jasnych włosów, które opadały na jej jasne ubrania. Każdego dnia śledziła niepozornym wzrokiem mijanych ludzi, przyglądała się tym, których widywała regularnie na swojej drodze, kątem oka mierzyła umundurowanych żołnierzy dobrze wiedząc, że prędzej czy później będzie musiała zmierzyć się z którymś z nich. Lubiła myśleć, jak nieświadomi byli jej obecności, gdy przeciskała się między nimi w tłumie, będąc tak blisko, a jednocześnie tak daleko, poza zasięgiem ich wzroku i świadomości. Dla pobocznych obserwatorów była jedynie zwyczajną kobietą z francuskimi dokumentami, z płynnym akcentem i błąkającym się na ustach uśmiechem, a jednak dobrze wiedziała, iż była zdecydowanie kimś więcej. W pewnym sensie dawało jej to poczucie przewagi, choć przecież sama nie znała sekretów mijających ją przechodniów. Któryś z nich mógł być kolaborantem, ktoś inny agentem amerykańskiego bądź rosyjskiego wywiadu. Większość z nich była dla niej tak samo wielką tajemnicą jak ona dla nich. Mimo wszystko jednak, wszyscy ci ludzie dookoła nie stanowili powodu, dla którego przybyła do Francji. W końcu to nie oni okupowali obcy kraj, pozbawiając go dawnej chwały.
Z drugiej strony wiedziała jednak, że również nie dlatego zgodziła się wyjechać do Paryża udając kogoś, kim przecież nie była. Kiedy myślała o wszystkich tych ludziach, którzy ginęli na frontach wojny, być może z jej ojcem i bratem na czele, o dzielnych żołnierzach, którzy naprawę walczyli za wolność swojego kraju, poświęcając własne życia dla dobra innych, zauważała, iż dla niej wojna stanowiła zupełnie nową szansę, formę ucieczki od przeszłości, która teraz odległa była o tysiące kilometrów i do której już nigdy miała nie wrócić. Każdy następny poranek był początkiem nowej historii pisanej na czystych kartach i Madeline nie potrafiła, ani przez chwilę, czuć czegokolwiek więcej poza satysfakcją z tego, kim była teraz. Pierwszy raz od dawna potrafiła naprawdę spojrzeć we własne odbicie bez pragnienia roztrzaskania lustra na drobne kawałki. Czuła, iż powoli odzyskiwała siłę, nie tylko fizyczną ale również psychiczną, która być może od zawsze gdzieś w niej tkwiła i jedynie czekała, aby wydostać się na wolność. Bo w końcu była naprawdę wolna, nieskrępowana rodzinnymi zobowiązaniami, łamiącym serce uczuciem czy własnymi wspomnieniami, które kiedyś nawiedzały ją znacznie częściej.
Musiała nawet przyznać, iż lubiła swoją pracę, ciche alejki biblioteki, szeleszczenie przewijanych stronnic, szuranie odsuwanych krzeseł. I chociaż nie było to miejsce, w którym kiedyś wyobrażała sobie samą siebie, nie potrafiła narzekać. W końcu nic z tego, co robiła, nie należało do jakichkolwiek wyobrażeń jej czy jej rodziców, a mimo to zdawało się być o wiele lepsze niż cokolwiek co mogłaby robić w tym czasie. Nie potrafiła już ujrzeć siebie w Londynie, nie widziała tam ani swojego życia ani swojej przyszłości. Kiedyś zdawało jej się, iż kocha to miasto, które przecież było jej domem, jednak będąc zupełnie gdzie indziej zrozumiała, iż dom to jedynie cztery ściany mieszkania, dość wygodne łóżko, zdecydowanie za duży jak dla jednej osoby stół i nic poza tym. Dom mogła znaleźć wszędzie.
Przechodziła powoli między półkami książek, które teraz zdawały się być zdecydowanie zbyt puste, delikatnie przesuwając opuszkiem palca po gładkich grzbietach, dopóki tytuł, którego szukała, rzucił jej się w oczy. Bez wahania zdjęła książkę z półki i odwróciła się, przechodząc przez opustoszałą alejkę w stronę stolika najbardziej oddalonego od głównej części biblioteki.
- Proszę, miłej lektury – położyła książkę przed siedzącą przy stoliku dziewczyną, uśmiechając się delikatnie – Gdybyś potrzebowała czegoś więcej, wiesz gdzie mnie znaleźć – dodała jeszcze, zamierzając wrócić do swojego biurka, prawdopodobnie samej zajmując się czytaniem, nie mając aktualnie zbyt wielu obowiązków.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Nie Gru 04, 2016 11:33 pm

| po grze z Morg

Paryż zdawał się kiedyś samospełniającym snem, wizją spływającą w morzu przepychu delikatnymi wstęgami. Nie przyznawała tego od początku, wszak w jej sercu i umyśle miała  gościć Marsylia, w uliczkach której zawsze unosiła się oszałamiająca woń morza oraz soli. Z każdym jednak dniem, a potem miesiącem i rokiem coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że to Paryż kocha miłością najszczerszą i nieskończoną, że to tu przynależy, a serce bije wraz z rytmem muzyki rozlewającej się strumieniami między kamieniczkami. Rodzinna Marsylia wydawała się wyblakła, dziwnie bezbarwna i nieożywiona, gdy, spacerując po centrum, porównywała ją z głośną, pachnącą farbami oraz kurzem minionych lat stolicą, wciąż nieodgadnioną, pełną nieskończonej ilości tajemnic oraz wyjątkowych mieszkańców. Potrafiła spędzać godziny na samych tylko spacerach oraz nieudolnych próbach poznania miejscowości - odgadnięcie wszystkich zagadek i obejrzenie atrakcji było przecież rzeczą nieosiągalną, a przy tym na tyle ekscytującą, że nigdy nie poprzestawała w swoich poszukiwaniach, oczywiście z nieodłącznym aparatem zawieszonym na szczupłej szyi. Zapełniała kolejne pudełka fotografiami, znacząc je obrazami szczęśliwych wspomnień, nieskażonych wizją jakiegokolwiek cierpienia - wszak czy Paryż nie miał należeć do tych słynnych miejsc szczęśliwych, do których zawsze powracało się z ustami wygiętymi w rozmarzonym uśmiechu?
Dziś to wszystko stawało się jej ogromną Marsylią, cichą i wyobcowaną. Jedyną muzyką, która wypełniała przestrzenie zmęczonego egzystencją miasta był żałobny marsz wystukiwany przez wojskowe buty, zapach skomponowany przez niemieckie mundury oraz dziwny metaliczny swąd nierozlanej krwi. Z miasta wielkich artystów, Paryż stał się miejscem zgarbionych cieni ostrożnie przemykających wśród zniszczonych budynków, uciszających samych siebie. Dusiła się, oglądając jak z dnia na dzień stawał się coraz bardziej pozbawiony swoich kolorowych, które tak licznie zgromadziła na starych fotografiach.
Czasem łudziła się, że to wszystko tylko sen i wszystko, co ogląda wokół to zdjęcia, które ktoś wykonał bardzo starym, zniszczonym aparatem, że to nie jej Paryż, a jakaś śmieszna, nieudana podróbka.
Szukała go więc w przeszłości, na licznych dziełach malarskich mniej i bardziej znanych twórców, pośród rzeźb, własnych fotografii oraz własnych książkach. Tym ostatnim poświęcała dziś szczególnie dużo uwagi, sięgając nie tylko po książki biograficzne, wypełnione sztywnymi faktami historycznymi, ale również te, które skrywały francuską naturę w postaci klasyki prozy.
Mijając próg biblioteki poprosiła grzecznie, aby jedna z pań tam pracujących posłużyła jej radą w kwestii wyboru paru najlepszych dzieł tutejszych twórców, a sama zajęła stolik upchnięty nieco na uboczu i przejrzała zawartość swojej płóciennej torby w poszukiwaniu nieodłącznego aparatu. Zamierzała upewnić się, czy po porannym wrzuceniu go byle jak, nadal znajdował się w jednym kawałku, nie zdążyła jednak obejrzeć urządzenia z każdej strony, gdy przy jej stoliku pojawiła się bibliotekarka.
Uniosła głowę do góry, spoglądając na kobietę i zanim jeszcze zdążyła otworzyć usta, posłała jej ciepły uśmiech. Podobał jej się lekko zadarty nos kobiety i fakt, że nadawał jej ten lekko niepoważny, nietypowy dla pracujących za biurkiem osób, wygląd. Zastanawiała się, ile może mieć lat i czy praca ciągle w tym samym miejscu nie jest dla niej nużąca. Choć może, mając pod ręką taką ilość literatury, najzwyczajniej w świecie nie miała prawa się nudzić?
- Dziękuję - odpowiedziała, wyciągając dłoń, aby odebrać tomiszcze. Zerknęła na tytuł oraz autora, a kąciki jej ust drgnęły lekko, unosząc się jeszcze parę centymetrów do góry. Co prawda nie chodziło jej dokładnie o to, ale nie zamierzała narzekać - w końcu bibliotekarka o wiele lepiej znała się na rzeczy niż ona.
Otworzyła księgę na pierwszej stronie, wzrokiem pochłaniając już początkowy akapit, lecz gdy pani (?) ponownie się odezwała, na moment jeszcze nieprzytomnie oderwała się od lektury. - Dobrze, dziękuję - odpowiedziała wyraźnie zamyślona. - Zaraz, przepraszam jeszcze na moment - odezwała się odrobinę głośniej po krótkiej chwili namysłu, wstając pośpiesznie, aby w razie czego dogodzić odchodzącą kobietę. - Czy ma pani Flauberta? Na przykład "Panią Bovary"? - zapytała z nadzieją, tym razem nieco bardziej podkreślając, o jakiego rodzaju klasykę jej chodzi.


Ostatnio zmieniony przez Daisi Schmitt dnia Sro Gru 14, 2016 10:13 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pon Gru 05, 2016 10:06 pm

Dwa miesiące minęły jak za mrugnięciem powieki, jednak Madeline wcale nie dziwiła się temu, że czas przelewał się wokół niej niczym piasek w klepsydrze, zdecydowanie za szybko, aby miała okazję naprawdę docenić chwilę, w której się znajdowała. Była do tego przyzwyczajona, czas nigdy nie był jej sprzymierzeńcem, płynął jak rwąca rzeka, zabierając po drodze wszystko to, co kiedyś wydawało się być dla niej drogie i bliskie. Jednocześnie jednak przynosił oczyszczenie, zmywał brud przyszłości i dawał szansę na to, że przyszłość potoczy się zupełnie innym torem. I o ile ani Madeline Irving ani Valérie Géroux nie posiadały już tak naprawdę przyszłości, albo przynajmniej ta była naprawdę niepewna, zawieszona na cienkiej, pękającej powoli strunie nad głęboką przepaścią, do której mogła wpaść w każdej, najbardziej niespodziewanej sekundzie, to właśnie ta mistyczność kolejnego dnia, tajemnica czekająca odkrycia i nutka adrenaliny krążąca w żyłach za każdym razem, gdy przypadkowy, niemiecki oficer pytał ją na ulicy o dokumenty, które wręczała mu z najbardziej czarującym uśmiechem, jak gdyby od kolejnych sekund, które miały jeszcze nastąpić, zależało cale jej życie. I po części tak właśnie było, jedna skaza na dokumentach, jeden błąd, spojrzenie w złą stronę przy przekraczaniu ulicy zauważone przez bystre, niemieckie oko, a mogła pożegnać się z tym darem, którym 32 lata temu tak łaskawie obdarzyli ją jej rodzice. Diabeł tkwił więc w szczegółach, nie tylko w płynnym francuskim czy znajomości chociażby podstaw historii kraju, ale w opowieściach z dzieciństwa, wyblakłych niczym stare fotografie wspomnieniach zmarłych rodziców, uśmiechach wychowujących ją dziadków, zmyślonych imionach przyjaciół, z którymi bawiła się na placu przed szkołą czy zbierała jabłka w sadzie jej dziadka. Nowa tożsamość wydawała się o wiele bardziej dopracowana niż jej prawdziwe życie, które zdawało się być jedynie wielkim bałaganem, który najzwyczajniej w świecie zamiotła pod dywan i zostawiła, nie mając siły dłużej zmagać się ze wszystkim tym, co przecież i tak nie miało już większego znaczenia. W swojej fałszywości i misterności wydawała się jednak nad wyraz prawdziwa i żywa, jak gdyby ktoś ożywił zaklętą na obrazie postać, zbudował jej fascynującą biografię i wpuścił pomiędzy tłum obcych ludzi patrząc, jak doskonale potrafi się w niego wpasować.
Nie miała nic do ukrycia, choć tak naprawdę skrywała przecież wiele tajemnic, które dla przeciętnego człowieka mogły wydawać się trudne do udźwignięcia. Tajemnice jednak zdawały się być synonimem potęgi, dawały siłę i władzę, szczególnie te uzyskane od odpowiednich ludzi w rękach osoby, która wiedziała, jak wykorzystać je umiejętnie.
Mimo wszystko Madeline wciąż się uczyła. Poznawała miasto, do którego przybyła, odkrywając jego najciemniejsze zakamarki, znacząc swoimi krokami brukowane uliczki, opuszkami palców wyczuwając fakturę kamienic przy tłocznych ulicach czy rzeźb w niemalże opustoszałych parkach. Uczyła się tego, kiedy ugryźć się w język i którego uśmiechu użyć, jak i zyskiwania zaufania i uznania ludzi, których dopiero poznała. Każdego dnia, w tym zupełnie obcym mieście, które tak szybko stało się naprawdę bliskie jej sercu, odkrywała coś zupełnie nowego, nie tylko o sobie, ale również o samym Paryżu, o mieszkających w nim ludziach, którzy ze spuszczonymi głowami pokonywali przepełnione ulice, ukrywając smutne spojrzenia i wyblakłe uśmiechy. Miała nadzieję, że z czasem przyjdzie jej odkryć o wiele więcej sekretów, które to miasto miało do zaoferowania tym, którzy wiedzieli gdzie szukać.
Była już gotowa oddalić się od stolika zauważając, iż dziewczyna najwyraźniej zdążyła skupić się już na książce, którą dla niej przyniosła, kiedy zatrzymał ją jej głos. Odwróciła się z uprzejmym uśmiechem na ustach, spoglądając na stojącą przed nią dziewczynę, unosząc pytająco brwi w górę. Gdy z ust dość młodo wyglądającej czytelniczki padł tytuł bez wątpienia znanego klasyku francuskiej prozy, na kąciku ust Madeline powędrowały lekko w górę w geście dość specyficznego uśmiechu, który wyrażać mógł zarówno rozbawienie jak i zaintrygowanie tym, iż akurat ‘Pani Bovary’ była tym, czego szukała.
- Niestety, ta książka jest na liście ksiąg ocenzurowanych – odpowiedziała powoli, uważnym wzrokiem lustrując dziewczynę i wciąż nie spuszczając z ust oraz oczu uśmiechu, który teraz mógł kryć w sobie zdecydowanie coś więcej. Dobrze wiedziała, że w bibliotece niemożliwym było znalezienie tej pozycji, jednak była bardziej niż świadoma iż biblioteka to nie tylko główna czytelnia i regały wypełnione książkami oraz iż nie tak dawno temu ona sama wertowała uważnie stronice ‘Pani Bovary’ bez zamiaru chwalenia się komukolwiek, iż udało jej się odkryć jeden z sekretów miejsca, w którym pracowała.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pią Gru 16, 2016 1:23 am

Nauczyła się nie spoglądać na rzeczywistość monochromatycznie.
Może i nie dźwigała zbyt ciężkiego bagażu doświadczeń, jednak ten, który już miała, uświadomił jej, że nie warto ograniczać się w swoich przekonaniach. Wielobarwność życia otwierała miliony pozornie niedostępnych drzwi, ułatwiała prześlizgnięcie się przez wąskie przestrzenie i dopasowywać do zaistniałych sytuacji. Fakt, że nadal była młoda i posiadała spory dystans do otoczenia, w cudowny sposób chronił ją przed ograniczeniami dorosłości i sprawiał, że dalej miała czas, aby kształtować swój światopogląd. Regularnie więc dostosowywała go do panujących wokół warunków, przewartościowując własne systemy oraz układając nowe wzorce tak, aby wymagania nie wykraczały znacznie ponad możliwości.
Nie wyobrażała sobie bowiem nic gorszego niż marzenia, które od rzeczywistości dzieliła przepaść nie do przebycia.
Może właśnie dlatego miała tak duży problem z dostosowaniem się do okupacji? Nowe życie, obraz Paryża, jaki nakreśliła władza, były trudne do przetrawienia nawet dla niej. Ograniczona w zbyt wielu przestrzeniach, wyjątkowo nie potrafiła wpisać się w schemat zwykłego, szarego mieszkańca, który obojętnie przejdzie nad serią wprowadzonych zmian. Nie zamierzała wcale z nimi walczyć, lecz z drugiej strony, nie potrafiła też zaakceptować ich bytu i przejść nad nim do porządku dziennego. W szczególności nie potrafiła zaakceptować zmian, jakie zaszły w sferze kultury, boleśnie spłyconej i umniejszonej, stanowiącej zaledwie cień dawnej świetności oraz dumy Francji. Wszak Paryż nazywany był stolicą mody oraz artystów, pozbawiony swojej esencji, miał być właściwie czym? Kolejnym mdłym i bezbarwnym miastem?
Pielęgnowała w sobie obraz dawnej stolicy tak skrzętnie, jak wszelką niechęć wobec ograniczeń dotyczących sztuki. Angażowała się w akcje ukrywania obrazów, razem z kustoszem muzeum sprzeciwiała się dalszej grabieży obrazów i współpracowała z resztą muzeów, byle tylko uchronić francuską sztukę przed niemieckimi dłoniami. Dostępu do zakazanych filmów niestety nie miała, mimo to pilnowała, aby nie oglądać dziel wrogich autorów oraz nie czytywać nazistowskich ksiąg. Jednocześnie jednak, skazana na niewielką różnorodność zasobów bibliotecznych oraz kinowych, musiała jakoś funkcjonować wśród tego wszystkiego, przyjmując wszelkie limity i bezsilnie godząc się na korzystanie z tak bardzo uszczuplonej różnorodności.
Jednak gdy usłyszała, że nawet Flauberta wpisali na tę okropną listę ksiąg zakazanych, zachwiała się w niespodziewanym przypływie jakiejś dziwnej złości złości. Musiała oprzeć ręce na chłodnej powierzchni stolika, aby nie przewrócić się lub aby nie zrobić paru kroków do przodu i poprosić, aby bibliotekarka powtórzyła wypowiedziane przed chwilą słowa.
- Słucham? - Otworzyła szerzej oczy, uważnie spoglądając na kobietę. Pierwszą reakcją był szok i niedowierzanie. Była niemalże całkowicie pewna, że nie raz sprawdzała Listę Ottona i nie widziała tam nigdy Flauberta. Czyżby coś przeoczyła? A może wpisali ją jakiś czas temu? Jak mogła tego nie zauważyć? J a k ? D l a c z e g o ?
Nie, Flaubert na pewno nie mógł być Żydem. To nieracjonalne, bezsensowne. W jakim celu więc go zakazali? Przecież czytała wcześniej parę dzieł, nie przypominała sobie, aby zawierały one elementy niebezpieczne. Co więc stanęło na przeszkodzie ku temu, aby była to powieść niedostępna dla przeciętnego Francuza? Czyżby duma narodowa?
Zaraz potem pojawiło się zrozumienie, lecz nie dla niemieckich czynów, a tego, jak w tej chwili musiała wyglądać. Zapytała na głos, w miejscu publicznym o pozycję zabronioną z taką pewnością, jakby naprawdę zamierzała złamać powszechnie panujące prawo. Jej policzki zapłonęły jasnoczerwonym rumieńcem, który rozlał się aż do szczupłej szyi, znacząc jasną cerę okropnymi plamami. Spuściła wzrok, ciesząc się, że wybrała miejsce nieco bardziej na uboczu (co dawało dużą szansę, że z wyjątkiem ich dwójki, nikt nie słyszał rozmowy) i jednocześnie zastanawiając, co takiego musiała pomyśleć sobie w tamtej chwili kobieta. Że ją testowała, sprawdzała wiedzę i wierność władzy?
Czy zamierzała na nią donieść? Pytanie rozbiło się z nieprzyjemnym chrzęstem o jej czaszkę. Musiała szybko zaradzić jakoś sytuacji, zatrzeć złe wrażenie i zniknąć stąd jak najszybciej. Kto wie, czy lada moment nie pojawi się gestapowiec, który zabierze ją na szybkie przesłuchanie odnośnie powodów, dla których chciała czytać "Panią Bovary".
- Przepraszam, musiałam się pomylić - powiedziała pospiesznie, nie patrząc na bibliotekarkę. Szybko i nerwowo zaczęła zbierać swoje rzeczy i chować je do torby, a dłonie błądziły jakby w amoku po powierzchni stołu, szukając kolejnych przedmiotów. Musiała wyglądać co najmniej zabawnie, gdy wszystko, razem z książkami, wypadało jej z rąk w akompaniamencie kolejnych przeprosin mruczanych pod nosem i wzroku uciekającego na boki.
- Troglodyci - wyrwało jej się jeszcze wyjątkowo cicho oraz bezmyślnie, wśród ogólnych szelestów i przesuwań. Nie było skierowane do kogokolwiek, a przeznaczone wyłącznie dla jej uszu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Sob Gru 17, 2016 11:12 pm

Zawsze znała się na ludziach. W ten paradoksalny, nie do końca świadomy sposób, gdy nigdy specjalnie nie ceniła sobie towarzystwa innych osób i nie przepadała za rozmowami większości z nich, potrafiła wyczytać w ich twarzach, zachowaniu i gestach to, czego nie chcieli wypowiadać na głos. Być może właśnie dlatego, już jako dziecko, dobrze wiedziała, że nigdy nie będzie ukochaną córką swoich rodziców, nawet wtedy gdy przy rodzinnej kolacji nie padały żadne słowa, które wskazywałoby na to, jak bardzo się na niej zawiedli i jak zawodzili się każdego kolejnego dnia, aż do momentu, gdy nie zniknęła z ich życia na zawsze.
Nigdy specjalnie nie zastanawiała się nad tym, jak się wtedy czuli, gdy tak po prostu poszła w swoją stronę, odcinając się od rodziny i udając, że żadne z nich nigdy nie istniało. W podświadomości była jednak przekonana, że naprawdę im ulżyło, gdy nie mieli na karku tej nieznośnej dziewuchy, która przynosiła wstyd całej rodzinie. Mogli się skupić na ukochanym synku, ideale wykreowanym na podobieństwo ojca, który skoczyłby w ogień, gdyby z ust rodziców padła chociażby jedna komenda. O nim też zresztą przestała myśleć. Przez większość dzieciństwa jego uczucia były jej uczuciami, potrafiła doświadczać jego smutek, radość i złość, przez jedno dotknięcie dłoni, jedno spojrzenie w wodnisto błękitne oczy. Między sobą nigdy nie potrzebowali słów, łączyła ich ta cieniutka, złocista więź, połyskująca w blasku słońca, zupełnie jak ich jasne, targane wiatrem włosy. Kiedyś wydawała się silna, zdolna do zniesienia każdego niepowodzenia, które mogłoby chcieć spróbować ich rozłączyć. Madeline szybko przekonała się, iż nie potrzeba był wiele, aby ją zerwać. Być może nawet sama uczyniła pierwszy ruch, przestając dzielić z nim jego radość, odpychając go od siebie jak najdalej i nie pozwalając, aby kiedykolwiek był jeszcze w stanie odczytać jej uczucia. Zamknęła się na to, co kiedyś z nim dzieliła i szybko przekonała się, że w tym brutalnym świecie jest tak naprawdę sama.
Mimo wszystko czasem łapała się na tym, iż mimowolnie jej myśli wracały do dni dzieciństwa, a przed jej oczami stawał Noah taki, jakim widziała go po raz ostatni na pogrzebie ojca. W jej umyśle na zawsze pozostał 16-letnim chłopakiem ubranym w czarny garnitur, wyciągający w jej stronę swoje dłonie, którymi chciał odgarnąć mokre włosy z jej czoła. Założyć za ucho tak, jak robił to kiedyś, kiedy byli dziećmi i ślepo wierzyli, że nic nigdy ich nie rozdzieli. Czasem łapała się na tym, iż myślała, co teraz robi. W tej samej sekundzie, w której ona obserwuje zachód słońca nad Paryżem, parzy herbatę w ciemnej i pustej kuchni czy podczas bezsennej nocy wpatruje się w sufit myśląc, czy w ogóle jeszcze żyje, skoro podobno przywdział na siebie mundur i postanowił wyruszyć na wojnę. Czasami, a ostatnio nawet coraz częściej, zaczynała się zastanawiać, czy poczułaby to, gdyby umierał. Czy jakaś część ich duszy wciąż pozostała złączona i rozdarłaby się na dobre gdyby srebrzysta kula przebiła jego serca i pozwoliła mu wykrwawić się gdzieś na polu bitewnym daleko od domu. Daleko od osoby, która nienawidziła go całym sercem, a mimo wszystko myślała o nim o wiele częściej, niż sama by tego chciała.
Madeline potrafiła odczytać emocje innych ludzi, umiała dojrzeć w nich wszystko to, co ukrywali przed światem, a jednak wciąż największy problem stanowiła dla niej jej własna osoba. Nikt nigdy nie pytał o jej uczucia, ludzie, których spotykała w życiu, mieli w zwyczaju ją krzywdzić, a przynajmniej tak jej się wydawało, więc sama nie zadawała sobie trudu aby zrozumieć co naprawdę czuje. Wypracowała do perfekcji zamiatanie wszystkiego pod dywan i szybko odkryła, iż tak było o wiele lepiej. Szczególnie teraz, gdy ciążyło na niej odpowiedzialne zadanie i wszelkie uczucia, jakiekolwiek by one nie były, mogłyby wszystko utrudnić. Czy teraz rodzice byliby z niej dumni?
Przez chwilę nie zdejmowała oczu z dziewczyny, starając się nie uśmiechnąć złośliwie, gdy zobaczyła jej reakcję. Trochę zbyt przesadzoną? Bardziej niż zachowaniem, Irving była zdziwiona faktem, iż dopiero teraz postanowiła zasięgnąć Flauberta, choć z drugiej strony dziewczyna wyglądała dość młodo. Najwyraźniej jednak nie była specjalnie zadowolona, iż nowe władze postanowiły ocenzurować klasyk francuskiej literatury i choć Madeline z pewnością podzielała to zdanie, obserwowanie jej przynosiło jej swego rodzaju satysfakcję. Być może nie była najlepszym psychologiem, w myślach dość często kpiąc z problemów, z którymi zjawiali się u niej klienci, jednak jak do tej pory nikt się jeszcze nie skarżył.
- Ta książka została wpisana na listę ksiąg ocenzurowanych – powtórzyła swoją odpowiedź, a w kącikach jej ust zatańczył lekki, niemalże przekorny uśmiech. W ciągu następnych minut zachowanie dziewczyny uległo jednak zmianie, jej twarz oblała się rumieńcem, a dłonie zaczęły pospiesznie pakować rozłożone na stoliku rzeczy do torby. Madeline bez słowa przyglądała się jej poczynaniom, gdy pojedyncze przedmioty wypadały jej z rąk, jakby co najmniej się czegoś wystraszyła. Każdy kto sądził, iż praca bibliotekarza jest nadzwyczajnie nudna, w tym momencie z pewnością zmieniłby zdanie, bo kobieta otrzymała właśnie wystarczającą porcję rozrywki.
- Nie pomyliłaś się – powiedziała w końcu pewnym głosem, jednak wystarczająco cichym, aby usłyszała ją tylko osoba, dla której owe słowa były przeznaczone – Musisz przyznać, iż ciężko pomylić „Panią Bovary” z czymś innym – dodała, a jej usta wygięły się trochę mocniej w górę, jakby przez delikatną sugestię dawała dziewczynie znać, iż być może wie coś więcej, niż mogłoby się wydawać – Uważaj jednak na to, co mówisz – zrobiła krok bliżej w jej stronę, ściszając jeszcze bardziej głos upewniwszy się, iż w około nie ma nikogo. Jej uwadze nie umknęło wymamrotane, dość odpowiednie słowo, którego z pewnością nie powinna usłyszeć – Ściany mają uszy – dokończyła szeptem, po czym cofnęła się, przekrzywiając lekko głowę i zastanawiając się, jaką otrzyma reakcję. Skoro chciała czytać Flauberta, z pewnością miała w głowie o wiele więcej.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Nie Gru 18, 2016 8:15 pm

Nienawidziła. Szczerze i dogłębnie nienawidziła w tej chwili każdej pojedynczej jednostki pochodzenia niemieckiego, każdego bażantowego munduru, wojskowego buta. Uczucie to wypełniało ją aż po czubek głowy, zatruwając umysł oraz serce, rozlewając się po ciele najdrobniejszymi naczyniami krwionośnymi tak, że miała wrażenie, iż już tylko ona krąży po organizmie, iż wyparła czerwone morze krwi, zastępując go wyblakłą cieczą irytacji. Czysta i niezmącona niczym nienawiść, podszyta dodatkowo bezsilnością, tworząca wybuchową mieszankę, która wyraźnie poszukiwała ujścia. Czuła jak dłonie drżą lekko, wsparte na drewnianym stoliku, nagle tak delikatnym, uginającym się pod ciężarem jej ciała, drżą pod wpływem nieopanowanej, pierwotnej złości. Gdyby w tamtej chwili tak po prostu złamała blat, patrzyła jak rozpada się na dwie części (zupełnie jak jej spokój jeszcze kilka sekund temu), być może by jej ulżyło, a wszystkie te emocje po prostu ulotniły się. Wszystko jednak, po raz kolejny wbrew jej, stało na swoim miejscu, twarde i niewzruszone, obojętne na prywatny dramat, który rozgrywał się na ich oczach. Świat stawał na głowie, a wszyscy wokół patrzyli na ten upadek ze stoickim spokojem, wygodnie obojętni, egoistycznie niezainteresowani.
Zwariowali, oni wszyscy zwariowali.
Bo jak inaczej miała to nazwać? Jak Francuzi mogli pozwolić wydrzeć część swojej tożsamości, jak mogli pozwolić, aby ich największa chluba obróciła się przeciw nim samym? Nie rozumiała. Nie rozumiała też, co sama robiła przez ten czas, radośnie zamknięta w wygłuszonych czterech ścianach. Co działo się w jej głowie, gdy oglądała swój własny upadek i dlaczego potrafiła tak łatwo wmówić sobie, że to tylko kolejna sytuacja, do której musi się przystosować? Jej oczy otwierały się dopiero w takich chwilach, gdy wszelkie wydane zakazy dotykały ją w sposób bezpośredni, gdy mogła już nie tylko przeczytać ich na skrawku papieru, a doświadczyć na własnej skórze, w sposób bolesny oraz trwały. Nie chciała tej niesprawiedliwości, wmawiała sobie, że nie rozumie, czym Flaubert zasłużył sobie na miejsce na tej liście, wzmagając kolejną niepotrzebną falę uczuć, która wstrząsała kończynami i przemykała wśród mięśni mimicznych. Niebezpiecznie wyraźnie, lecz zdrowy rozsądek zapodział się gdzieś po drodze, prawdopodobnie tkwił właśnie, wraz z Madame Bovary, bezpiecznie zamknięty na dnie pudła, gotowy do wywiezienia.
- Słyszałam, madame - wymamrotała tylko, czując się wyzuta ze wszystkiego - ze złości, z radości. Nie straciła sensu życia, ale to dotychczasowe wydawało się dziwnie jałowe, pozbawione pigmentów, które uczyniłyby z niego coś ważnego. Pytania retoryczne dalej rozbijały się o czaszkę, jednak już z tym charakterystycznym, pustym odgłosem, który mógłby uświadomić jej, że jest właśnie tak samo pusta jak reszta Francuzów. Zagłuszała go, powoli, lecz coraz bardziej uparcie, w ogóle nie zwracając uwagi na bibliotekarkę. Wzrok zatrzymał się na wysokości półek z książkami za kobietą, wśród których bezmyślnie odczytywała kolejnych autorów, wciąż i wciąż, wciśnięta w zakamarki własnego umysłu.
Bordeuax, Chardonne, Mousset.
Moment, w którym uświadomiła sobie, że nigdy tak naprawdę nie powinna zapytać o tę książkę, przyszedł zupełnie niespodziewanie, gdy w końcu raczyła spojrzeć na swoją rozmówczynię, uśmiechającą się w ten charakterystyczny sposób. Może właśnie to bliżej nieokreślone wygięcie warg w górę sprawiło, że w końcu dotarły do niej konsekwencje wypowiedzianych przed chwilą słów? A może były to kolejne słowa kobiety, brzmiące zupełnie jak oskarżenie oraz groźba zarazem? Nerwowość wyparła złość, wpędzając w jeszcze silniejsze uczucia, jeszcze bardziej destrukcyjne i chaotyczne. Strach wplątywał się między palce i znaczył je nieporadnością, powodując, że każdy przedmiot z zaskakującą wręcz łatwością przelatywał pod nimi. Nie potrafiła nad tym zapanować, tak jak nad potokiem cichych przeprosin z powodu księgi, którą parę minut temu podała jej kobieta. Wzdrygała się, słysząc kolejne trzaśnięcia garstki przedmiotów upadających na blat, wciąż i wciąż nie mogących trafiać we właściwe miejsce.
Uparcie ignorowała przy tym słowa kobiety, które powracały w jej głowie nieprzyjemnym echem. Oczywiście, że się nie pomyliła. Co innego, że nie sądziła, iż ta książka znajduje się na liście ocenzurowanych albo nie pamiętała. Jednak jak miałaby to przekazać bibliotekarce? Tak po prostu wyznać prawdę? Nawet jeśli wiedziałaby, jak powinna to zrobić, czy miała pewność, że jej uwierzy, że nie oskarży o kłamstwo i próbę wymigania się od kary? Tak wiele świadczyło przeciw niej, a reakcja kobieta nie świadczyła o tym, iż chciałaby dociec, czy naprawdę sądziła, iż Madame Bovary należy do literatury bezpiecznej.
Fakt, że usłyszała jeszcze, jak oczernia obecną władzę, sprawił, iż na moment znów zamarła. Znów było jej gorąco, ale tym razem tylko dlatego, że czuła, iż naprawdę zdążyła już zajść za daleko, by jakoś wybrnąć z tej sytuacji. Stała więc wyprostowana nienaturalnie, niczym przysłowiowa struna, a dłonie dalej tkwiły w torbie. Tym razem znów bardzo dokładnie analizowała twarz stojącej na przeciw kobiety, bojąc się w jakikolwiek sposób poruszyć. Czy już naprawdę wszystko było skończone? Czy nie było żadnej szansy na ucieczkę, na wydostanie się z biblioteki, zanim pojawią się niemieckie mundury?
Przełknęła nerwowo ślinę i, już bardzo wyraźnie, wystraszona, odezwała się po raz pierwszy od kilku długich minut. - Zamierza pani na mnie donieść? - zapytała wprost i znów cicho, tonem nad wyraz spokojnym, w którym tańczyły ledwie dostrzegalne fałszywe nuty. Chciała wiedzieć już teraz, mieć całkowitą świadomość kolejnych wydarzeń. Nie trzeba jej było już więcej niespodzianek, zwrotów akcji - chciała znać odpowiedź na to jedno, banalne pytanie. Skoro już ostrzegała ją przed wszechobecnymi donosicielami, czy sama w pewien sposób się nie ujawniała? Nic nie stało na drodze ku temu, aby potwierdziła, jak będą wyglądać ostatnie minuty ich, prawdopodobnie, jedynego spotkania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pon Gru 19, 2016 5:15 pm

Być może nie żywiła głębokiej nienawiści do Niemców, choć przecież przez kilka miesięcy bombardowali jej miasto, ją samą stawiając w sytuacji, w której znalazła się zaledwie o krok od śmierci, jednak z pewnością nigdy nie zamierzała uznać ich za swoich przyjaciół. Może nie odebrali jej nikogo, kogo naprawdę kochała i za kim mogłaby wylewać strumienie łez (choć przecież nie mogła być tego do końca pewna) i nie zrujnowali całego jej życia, ale wciąż stanowili wrogów, przeciwną stronę, z którą zdecydowała się walczyć.
Gdyby ktoś zapytał ją o stosunek do całej sytuacji, z pewnością w piękne, poetyckie słowa ubrałaby to, jak każdy pojedynczy Niemiec pałętający się po Paryżu nie zasługuje na to, aby chociażby wymawiać imię tego miasta i posługiwać się pięknym, francuskim językiem. W tym świecie była przecież rodowitą Francuzką, wychowaną w miłości do własnej ojczyzny. Znalazłaby również kilka powodów, nie tylko tych wyimaginowanych, za którymi opowiadała się Valerie, ale również tych, które popierała ona sama.
Lista Ottona stanowiła chociażby jedną z nich. W końcu to właśnie z literaturą, nie tylko angielską, wiążą się z pewnością jedne z najprzyjemniejszych wspomnień z jej dzieciństwa. Jedyne, do których tak naprawdę powraca dość często, przypominając sobie zimne, grudniowe wieczory, gdy siadała na kolanach dziadka, który przyjemnym, ciepłym głosem czytał jej dzieła największych światowych pisarzy przy akompaniamencie huczącego za oknem wiatru i trzasku ognia w kominku. Zaraził ją miłością do książek, na każdą możliwą okazję podarowując jej kolejne, coraz to poważniejsze egzemplarze. Niektórzy mogli uważać ją za głupią i niezbyt chętną do nauki, gdy nie przykładała się do swoich lekcji, nie odrabiała zadań domowych, a ze sprawdzianów otrzymywała najniższe oceny, byle tylko przejść do następnej klasy i jakoś przetrwać pod dachem swojego domu i szkoły. Żadna z tych osób, ani jej brat, ani rodzice ani nawet rówieśnicy, wśród których nigdy nie miała za dużo znajomych, nie mieli pojęcia, że gdy powinna uczyć się matematyki, czytała Tołstoja czy Dickensa. Trzymała to wszystko w sekrecie jako coś, co leżało tylko między nimi. Między nią i jej dziadkiem, tak samo jak gra na skrzypcach, która wciąż pozostawała jej drugą pasją bez względu na to, iż jej umiejętności nigdy nie były najwybitniejsze. To wszystko nie miało znaczenia, za każdym razem gdy otwierała książkę lub pociągała za delikatne, naprężone struny czy przeciągała po nich smyczkiem, aby wydobyć z nich dźwięki wygrywanej przed laty melodii, myślała o jedynej osobie, za którą z całą pewnością mogła powiedzieć, iż naprawdę tęskniła. Jedynej, która zawsze, bez względu na wszystko, była dla niej i przy niej.
Często zastanawiała się, czy teraz byłby z niej dumny. Zdanie rodziców nigdy nie liczyło się tak bardzo jak jego opinia, jego uśmiech był wart o wiele więcej niż uśmiech jej brata, mężczyzny, którego kochała czy dawnych przyjaciół. Czy byłby dumny z osoby, którą się stała? Z kobiety, która po części odrzuciła wszystkie nauczane przez niego wartości, zamknęła swoje serce w metalowej skrzynce i oddzieliła się od wszelkich możliwych uczuć, aby kolejny raz nie pozwolić się zranić? Kiedyś powiedział jej, iż każda osoba, którą spotyka, toczy pewną bitwę, o której ona nie ma pojęcia i sama ta świadomość powinna być podstawą do tego, aby bez względu na wszystko zawsze być miłym. Jednak ona nigdy nie była miła. Nie wyobrażała sobie, aby bezwzględny niemiecki żołnierz, który bez oporu pociąga za spust odbierając życie niewinnym ludziom, mógł przechodzić przez coś, co czyniłoby go nieszczęśliwym. I chociaż życia innych ludzi nie stanowiły dla niej większej wartości, miała pewne poczucie tego, co jest dobre a co złe, choć nie zawsze też opowiadała się po odpowiedniej stronie. Jej życie opierało się w dużej mierze na ocenie czynów względem tego, co sama byłaby w stanie zrobić. Nie zabiłaby niewinnej osoby, nie mając podstaw do tego, aby odebrać życie. Czasem zastanawiała się jednak, czy w sytuacji zagrożenia, gdyby naprawdę była do tego zmuszona, byłaby w stanie pociągnąć za spust broni, którą trzymała skrzętnie ukrytą w mieszkaniu. Nigdy wcześniej nie musiała tego robić, strzelała do tarczy, martwych celów, które nie mogły zostać zranione. I choć budowana przez lata pewność siebie mówiła jej, iż uczyniłaby to bez większego problemu, podświadomie dobrze wiedziała, że była jedynie człowiekiem. I czasami naprawdę nienawidziła swojego człowieczeństwa.
Reakcja dziewczyny wydawała jej się mocno przesadzona. Przez moment wyglądała tak, jakby za chwilę miała zemdleć słysząc, iż książka, na której najwyraźniej bardzo jej zależało, została wpisana na listę Ottona i nie była dostępna dla przeciętnych czytelników biblioteki. Madeline zdecydowanie nie była przeciętna, nie tylko dlatego, iż była pracownikiem, ale również przez fakt, iż jej światopogląd na bieżące sprawy zdecydowanie różnił się o tego propagowanego przez obecną władzę i choć zdecydowanie powinna uważać na to, co robi, aby nie zostać w żaden sposób złapaną bądź chociażby podejrzewaną o zakazaną aktywność, nie zamierzała przecież siedzieć przez cały czas jak mysz pod miotłą udając, że jest zadowolona z bieżącego stanu rzeczy. W tej kwestii mogła więc ją zrozumieć, choć sama z pewnością nigdy nie dałaby aż tak ponieść się wszystkim emocjom.
Kolejne minuty składały się głownie z obserwowania zachowania dziewczyny przy akompaniamencie upadających na blat przedmiotów. Widać było, iż jest czymś wyraźnie zdenerwowana i Madeline domyślała się, co było tego powodem, jeszcze zanim zadała jej ciche pytanie, na które, mimowolnie, uśmiech Irving powiększył się jeszcze bardziej. Z pewnością nie polepszało to samopoczucia blondynki, jednak kobieta nigdy nie miała na celu łagodzić jej stresu czy lęków. Chciałaby powiedzieć, iż nie to było jej zadaniem, nie była w końcu psychologiem, jednak nie do końca była to prawda. Chociaż w tamtej chwili odgrywała zupełnie inną rolę i rozdzielenie dwóch zawodów wychodziło jej dość dobrze.
- Dlaczego sądzisz, że chciałabym na Ciebie donieść? – zapytała z rozbawieniem w głosie, unosząc w górę brwi w geście lekkiego udziwnia. Oczywiście wiedziała dlaczego mogłaby to uczynić, choć przecież pytanie o książkę a fizyczne jej posiadanie były dwiema rożnymi rzeczami. Z ich dwójki to Madeline powinna się obawiać, z każdą chwilą coraz bardziej, gdy myślała o tym, co zamierza zrobić. Miała pewne wątpliwości, ale przecież nie byłaby sobą, gdyby nie lubiła podejmować ryzyka – Po pierwsze weź głęboki oddech i uspokój się, bo wyglądasz, jakbyś za chwilę miała zemdleć – zaczęła, dobrze wiedząc, że takie słowa zazwyczaj nie pomagają, chociaż miała nadzieję, że tym razem dziewczyna jej posłucha – A po drugie, nie zamierzam na ciebie donieść, ponieważ zamierzam dać ci tą książkę – dokończyła, a na ustach wyjątkowo zagościł uprzejmy uśmiech, znacznie różniący się od tego, którym obdarzała ją jeszcze przed chwilą. Liczyła na to, iż nie pożałuje swojej decyzji.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Wto Gru 27, 2016 12:13 am

Każde wydarzenie miało swój skutek - nieprawidłowe dobranie barw wiązało się ze zniszczeniem odrestaurowywanego obrazu, nie włożenie kliszy sprawiało, że zdjęcia nie były uwieczniane, a ulatywały niczym chwile na wietrze, z kolei publiczne narażenie się władzy, miało nieść za sobą pewne sankcje. Przyczyna oraz skutek, logika zawierająca się między tymi dwoma słowami, swego rodzaju porządek, z jakiego zrezygnować nie mógł nikt, także jej ojciec, który, wybierając się na wojnę, musiał w pewien sposób liczyć się z możliwością śmierci. A przynajmniej tak właśnie wydawało się Daisi, gdy patrzyła, jak po raz ostatni zamyka drzwi ich mieszkania, z nieruchomymi rysami twarzy, z dłonią mocno ściskającą wojskowy pas. W tamtej chwili wydawało się, że również zna cenę tego wyboru i że w jakiś szalony sposób się z nią pogodziła. Koniec końców jednak i tak okazała się ona ciężarem, czymś niespodziewanym (zresztą zapewne dla nich obojga) - zupełnie jakby do samego końca nie dopuszczali do siebie do końca tej ostatniej możliwości, naiwnie wierząc wielkim nagłówkom w gazetach głoszącym o szybkim zakończeniu konfliktu. Właściwie nie pomyliły się wiele - wojna została zakończona błyskawicznie, a dzięki temu tym szybciej nauczyła się prostej reguły, zależności, na której powstawał świat, w jakim trwała - każdy czyn uwikłany jest w siatkę konsekwencji, te z kolei przechodzą w kolejne czyny, a te mają własne konsekwencje, rozciągające się w wiele stron, powoli tworząc nitkowaty twór oplatają każdą sferę życia, za który odpowiedzialność ponosili ludzie.
Odpowiedzialność z kolei rzadko kiedy składa się wyłącznie z ciepłych barw, obarczając ludzi ciężarem przykrego obowiązku lub niechcianych czynów, wikłając dalej kolejne ofiary. Było w tym wszystkim mnóstwo analogii do pajęczej sieci, lecz w tamtym momencie najwymowniejsza zdawała się ta, w której została ofiarą, niezauważającą pułapki muchą, która przez własną głupotę wpadła w ręce wroga. Nie potrafiła postrzegać tego w inny sposób, ograniczona przez nowotowrzącą się wizję Paryżan gotowych właściwie zadbać o własne interesy. Właśnie dlatego nawet przez myśl nie przeszło jej, że bibliotekarka zamierzała w jakikolwiek sposób pomóc, a myśl, że mogłaby udostępnić zakazaną książkę najzwyczajniej w świecie niedorzeczna.
Pytanie, które wybrzmiało zaraz po jej, miało stanowić kontynuację wewnętrznych cierpień, jakie przeżywała wewnątrz biedna dziewczyna. Spojrzenie zawisło na twarzy bibliotekarki, gromadząc się gorączkowo wokół jej oczu, w które na pozór(?) zuchwale spoglądała, nerwowo splatając przy tym palce schowanych w torbie dłoni. Czuła że serce nadal bije niczym dzwony w Notre Dame tuż przed popołudniową mszą, zawadzając zdrowemu rozsądkowi oraz możliwości podjęcia próby ucieczki z całej tej sytuacji. Zastanawiała się, czy to naprawdę już ten wielki, literacki koniec, czy czas już złożyć oręż i przymknąć powieki w jakimś geście odcięcia ducha od zmęczone ciała. Mimowolnie jej myśli uciekły gdzieś do tyłu głowy, w pierwotnym odruchu usiłując wyprzeć sytuację stresogenną i przeszukując w pamięci wielkie śmierci znane ze sztuki. Niespodziewanie dla samej siebie zatrzymała się przy "Śmierci Marata", po raz kolejny trawiąc znany na pamięć obraz w ciszy własnego umysłu . Absurd sytuacji, w której się znalazła, urósł w jej oczach do rozmiarów życiowej pomyłki , uświadamiając, jak bardzo płochliwy i nic nie warty miałby być jej własny koniec i jak daleko jej do wielkiego Marata, który walczył w obronie Francji, podczas gdy ona sama bała się przyznać, że szukała zakazanej książki.
Policzki poczerwieniały więc jeszcze bardziej, tym razem jednak z powodu ogromnego wstydu przed samą sobą oraz Jacquesem-Louisem Davidem, który, jeśli jeszcze by żył, zapewne umarłby ponownie, widząc, czym stała się jego ojczyzna.
Na szczęście (lub nie?) wszystkie te przemyślenia śmiesznym trafem jakoś ułożyły się razem z nakazem bibliotekarki. Powoli, lecz uważnie skinęła więc głową, wyjmując w końcu dłonie z torebki i ponownie opierając je na blacie. Nie wzięła głębokiego oddechu, ale rozedrgane myśli wyraźnie zwalniały, nie wiedzieć czemu wypełniając słowa kobiety. Być może była to kwestia jej pewnego głosu, a może tego, iż tak naprawdę wcale nie chciała wierzyć, że mogłaby na nią donieść?
W odpowiedzi na kolejne zdania otworzyła tylko szerzej oczy i z trudem powstrzymała się przed powtórzeniem ich jeszcze raz. Rozejrzała się za to szybko, upewniając, że nie ma nikogo wokół i nie jest to żaden podstęp. - Tak zwyczajnie? - Zapytała cicho, z wyraźną nieufnością oraz zmieszaniem w głosie. Takie sytuacje nie zdarzały się przecież codziennie i prędzej byłaby skłonna uwierzyć, że kobieta na nią doniesie niż pomoże w zdobyciu książki. Możliwe że nawet łatwiej byłoby jej zaakceptować taki właśnie scenariusz.
- To nie jest żaden żart, prawda? - Znów pytanie, znów poszukiwanie potwierdzenia i znów u tego samego źródła - nieznanego, niepewnego, a jednak fakt, iż kontynuowały tę rozmowę oznaczał, iż chciała jej ufać. Nie wiedziała tylko jak ani dlaczego. Wiedziała za to jedno - jeśli bibliotekarka nie kłamała była w stanie odkupić swoje zachowanie w sposób odpowiedni.
- Czy jest gdzieś tutaj?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pon Sty 02, 2017 6:26 pm

Zawsze istniało pewne ryzyko. W każdym czynie, słowie, geście, kolejnym kroku. Czaiło się za każdym kolejnym zakrętem, tak samo jak niepewność tego, co niesie ze sobą przyszłość. Czasem Madeline odnosiła wrażenie, iż całe jej życie było jednym, nieustannie podejmowanym ryzykiem, lawirowaniem gdzieś na krawędzi pomiędzy tym, co podpowiadało jej serce i tym, za czym opowiadał się rozum. Ciągła pogoń za poszukiwaniem samej siebie, wybieranie dróg, które być może nie przynosiły jej niczego dobrego, odkrywanie wszystkiego, co do zaoferowania miał już nie tylko świat i ludzie dookoła, ale ona sama, jako odrębna, żywa istota, posiadająca własny umysł, nie zawsze zdrowy rozsądek oraz oczy, które czasem oślepiane były blaskiem wolności.
Kiedyś zaryzykowała przecież wszystko to, co znała i posiadała, właśnie dla tego braku skrępowania, możliwości odpowiadania za samą siebie, ale również ponoszenia konsekwencji własnych czynów, które czasem zdawały się ją zdecydowanie przerastać. Szybko nauczyła się, że wolność wiąże się nie tylko z nieustannymi przyjemnościami, ale również przykrymi obowiązkami, a samotna droga przez życie, którą wybrała na wpół świadomie, nie była usłana płatkami róż, a raczej cierniami, które wbijały się w jej stopy. Zatrute igły wtłaczały do jej krwiobiegu truciznę, która sprawiała, iż im dalej się posuwała tym bardziej oddalała się od tego, kim miała być, zamieniając się w kogoś, kogo czasem nie umiała już rozpoznać w lustrzanym odbiciu. Nie miało to jednak znaczenia, o wiele bardziej lubiła tą nową, nieznaną i tajemniczą wersję siebie, w którą zamieniła się z czasem, ucząc się na własnych błędach i obiecując sobie, iż nigdy więcej nie pozwoli na to, aby którykolwiek z nich się jeszcze powtórzył.
Jedno jednak nie uległo zmianie. Po tylu latach podejmowanie życiowego ryzyka wciąż wydawało się ekscytujące, tańczenie na cienkiej linie zawieszonej nad głęboką przepaścią sprawiało, iż jej serce biło o wiele szybciej, a na pokryte czerwoną szminką usta wślizgiwał się uśmiech, towarzyszący specyficznemu błyskowi w oczach, który pojawił się zarówno wtedy, gdy stawiała pierwsze, w pełni już samodzielne kroki, wciągając do płuc londyńskie powietrze i rozpoczynając zupełnie nowe życie, którego historię napisała samodzielnie zupełnie od nowa, jak i wtedy, gdy jej stopy dotknęły francuskiej ziemi. W obu przypadkach nie miała pojęcia, co czeka ją dalej. Kroczyła przed siebie z zawiązaną na oczach opaską, mając nadzieję, iż podejmowane decyzje okażą się tymi właściwymi, a za zakrętem nie czeka na nią coś, co zwali ją a kolana i każe żałować każdego wyboru, który doprowadził ją do tej właśnie chwili. I chociaż wtedy stawką nie było jej własne życie, nawet teraz uśmiech nie schodził z jej ust pomimo świadomości, iż z każdą kolejną sekundą nieustannie zbliża się coraz bardziej do końca, nie mogąc się ani zatrzymać ani cofnąć. Niemalże czuła na swojej skórze palące ją płomienie, zupełnie jakby obracała się bliżej słońca, które wkrótce miało strawić ją w całości, nie pozostawiając nic poza garstką prochów, które zapomniane rozsypią się gdzieś w atmosferze ziemskiej tak szybko, jak szybko powstały. Ta wizja nie była dla niej jednak ani przerażająca ani przygnębiająca, a wręcz przeciwnie, w końcu nadawała jej życiu sens, którego tak długo poszukiwała. Jeśli wszystkie drogi, które obrała, miały prowadzić właśnie do tego miejsca, nie zamierzała żałować niczego, co sprawiło, iż w końcu potrafiła oddychać pełną piersią pomimo widma śmierci, które ciągnęło się za nią krok w krok, chuchając na jej szyję chłodnym powietrzem i wypełniając jej nozdrza zapachem zgnilizny. Była na to przygotowana, taka była cena, jaką musiała zapłacić za zupełnie nowe życie, świeży start oraz początek.
Ponieważ w życiu nic nie przychodziło za darmo. Im szybciej człowiek był w stanie to sobie uświadomić, tym łatwiej mógł pogodzić się ze stanem rzeczy. Życie nie stawało się przez to łatwiejsze, trudności i przeciwności zdają się przecież być synonimami samego słowa, jednak Madeline odnosiła wrażenie, że dzięki pełnej świadomości nie kroczyła zupełnie w ciemno, ale miała możliwość kreowania własnej przyszłości zupełnie tak, jakby zbudowana była z gliny, którą własnymi dłońmi mogła dopasowywać do swoich potrzeb.
Tym razem jednak nie zamierzała jednak nikomu płacić, a szczególnie nie tej biednej dziewczynie, która przechodziła, jak się zdawało, istne katusze z powodu jednej książki, którą ci troglodyci tak bezczelnie poddali cenzurze. Oczywiście, mogłaby zażądać czegoś w zamian, czy to przysługi czy bardziej materialnego odwdzięczenia się za to, że przecież naraża również samą siebie, przekazując na ręce zupełnie nieznanej osoby książkę, przez którą jej krótka i niezbyt burzliwa, paryska przygoda mogła się wkrótce zakończyć. Czym jednak byłoby jej życie, gdyby nie dodała do niego szczypty niebezpieczeństwa, robiąc krok dalej i przyczyniając się do rozpowszechniania zakazanej w Paryżu literatury?
- Oczywiście, że nie – uśmiechnęła się lekko, bo choć nie wymagała żadnej zapłaty, nie mogła nie postawić żadnych warunków tej drobnej przysługi, którą wyświadczała nieznajomej – Ale do tego jeszcze dojdziemy – dodała, obserwując jak blondynka powoli się uspokaja, choć wciąż wydawała się lekko podenerwowana.
Na jej pytanie skinęła jedynie głową, z uwagą analizując twarz dziewczyny i mając przeczucie, iż w tej kwestii może jej bez problemu zaufać. Owszem, nigdy nie można było mieć pewności, iż osoba jest tą, za kogo się podaje – Madeline była tego doskonałym przykładem, stojąc przed nią jako ktoś zupełnie inny, nie zamierzając ani na chwilę ujawnić swojej prawdziwej tożsamości.
- Chodź – powiedziała, po czym odwróciła się i pomiędzy regałami poprowadziła dziewczynę na tył biblioteki. Otworzyła przed nią drzwi, wpuszczając ją do niewielkiego pomieszczenia wypełnionego starą dokumentacją, wieszakiem na płaszcze oraz niewielkim stolikiem z trzema krzesłami – Zaczekaj tu – dodała, zamykając za nimi drzwi, po czym sama zniknęła za kolejnymi, tym razem zamkniętymi na klucz, na kilka minut zostawiając blondynkę zupełnie samą.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Sro Kwi 12, 2017 8:01 am

Większości osób pewnie przeszkadzałby fakt, że muszą przejść na drugą stronę ogromnego miasta, w którym mieszka, żeby dojść do biblioteki, ale Beę to cieszyło - im dalej od mieszkań okupantów mieściło się jedno z najbliższych jej sercu miejsc, tym lepiej. Nie łudziła się rzecz jasna tym, że będzie mogła bez jakichkolwiek okupantów szukać potrzebnej jej książki, ale mimo wszystko myśl, że jest daleko od swojego domu, ukrytego pomiędzy domami, kryjącymi okropnych ludzi, była pocieszająca.
W zasadzie to być może potrzebną jej książkę znalazłaby w księgarni, a pan Jullien bez problemu by jej ją dał, ale za dużo prezentów już od niego dostała i czułaby się głupio przyjmując kolejny.
Dlatego teraz przekroczyła prog biblioteki, wciągając już przy wejściu cudowny zapach książek. Kilka osób spojrzało z zaskoczeniem na dziewczynę zamykającą oczy i utrzymało wzrok na tyle długo, że Bea tego nie przegapiła, ale nie interesowało jej to - książki były ważniejsze niż jakakolwiek opinia ludzi.
Udała się w kierunku odpowiedniego działu, po drodze zaczepiając pracownika i pytając o interesującą ją pozycję, dowiadując się, że chyba został jeszcze jeden egzemplarz. Zadowolona ruszyła w odpowiednim kierunku, jednak jej radość była bardzo krótka - przed półką stała jej najmniej ulubiona osoba w całym Paryżu, we Francji albo i na świecie. W ręku chłopak trzymał książkę, którą Bea tak bardzo chciała.
Wolała podejść, zanim Leo zdąży ją dostrzec, więc szybko stanęła na przeciwko niego, opierając się o półkę.
- Witaj - odezwała się dość znudzonym, ale dla odmiany nie kpiącym głosem, unosząc brwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Czw Kwi 13, 2017 10:45 pm

Nie wszyscy mieli to szczęście i mieszkali po właściwym brzegu rzeki, a Leonid należał właśnie do tych pechowców. Posiadał jednak coś, czego prawdopodobnie nie miała Bea - roweru. Tak, ten dwukołowy cud techniki był jego najwierniejszym towarzyszem, jeśli oczywiście nie liczyć Kota. Pozwalał mu nie tylko na swobodne wykonywanie pracy listonosza, bo nosił także w koszyku ciężkie zakupy, a dzisiejszego dnia pozwolił mu na wygranie arcyważnego wyścigu z wrogiem, który i tak nie miałby żadnych szans. Dzięki jednośladowi Leonid zjawił się w bibliotece o paręnaście minut szybciej, niż jego blond znajoma i w spokoju mógł wybrać pozycję, która go zainteresowała. Słyszał o niej od znajomego. Jakiś kryminał, którego zakończenie jest na tyle nietypowe, że warto po niego sięgnąć. Tak krótka charakterystyka dzieła wystarczyła do tego, żeby Źdźbło udał się natychmiast do biblioteki w jego poszukiwaniu i proszę bardzo. Okazało się, że właśnie został im ostatni egzemplarz, który wpadł prosto w sprawne ręce listonosza, mające to do siebie, że nigdy nie wypuściły ani jednego listu! Można się było wobec tego spodziewać, że z książką będzie podobnie. Zanim jednak Źdźbłowski odda się lekturze w swoim pustym mieszkaniu, postanowił przejrzeć parę stron już na miejscu, aby upewnić się, że na pewno chce wypożyczyć akurat ten egzemplarz. I już miał zacząć czytać pierwszą stronę, kiedy usłyszał znajomy głos. Dźwięk ten nie należał jednak do tych najprzyjemniejszych, a dodatkowo był na tyle charakterystyczny, że Leo nie miał problemów z jego rozpoznaniem. Gdyby właśnie znajdowali się w filmie akcji, to akurat teraz zaczęłaby grać nastrojowa muzyka, Leo zmrużyłby oczy i swoim wzrokiem superbohatera spojrzałby na złoczyńcę, z którym miał zaraz stoczyć pojedynek. Jednakże Leo i Bea znajdowali się w bibliotece więc...
- Beate Eleonora, witaj. - powiedział na samym początku, zamykając książkę, ale jednocześnie zaznaczając palcem miejsce, od którego następnie będzie kontynuował czytanie - Zgubiłaś się? To dział z kryminałami. Czarna magia i instruktaż latania na miotle znajdują się trzy regały dalej. - dorzucił niemal natychmiastowo, no bo przecież musiał powitać tę kobietę w sposób należyty. Wiedział, że w jej przypadku za cichym, lakonicznym "Witaj" nie może kryć się jedynie proste przywitanie, oj nie! W przypadku większości osób by tak było, ale jeśli chodzi o Beę, to na pewno jest tam jakiś niewypowiedziany dodatek w stylu "zaraz wbiję Ci nóż pod żebra" albo zwyczajne "będziesz się smażył w piekle za pięć minut". Właśnie takie relacje panowały od jakiegoś czasu pomiędzy Leonidem, a tą, na pozór uroczą, blondynką.
- Stęskniłaś się za mną czy powód tej wizyty jest inny? - dodał cicho, bo w końcu znajdowali się w bibliotece. Musiał dorzucić coś zuchwałego, ponieważ w innym wypadku Bea nie zachowałaby się dokładnie tak, jak lubił. Akurat przekomarzanie się z tą kobietą było na tyle interesujące, że Leo nie zamierzał przepuścić tak doskonałej okazji. Oj, gdyby on jeszcze tylko wiedział, że blondynka przyszła po jego książkę. Dopiero by się działo!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Czw Kwi 13, 2017 11:36 pm

Norweżka co prawda roweru nie posiadała, chodzenie jednak nie było nigdy dla niej problemem - lubiła czasem się przejść, nawet tak bez powodu. Paryż, choć teraz skażony ludźmi ślepo zapatrzonymi w chorego człowieka, był jej najbardziej ulubionym miejscem na świecie i uwielbiała rozejrzeć się dookoła, nawet w miejscach, które teoretycznie dobrze znała. Zawsze była opcja, że zauważy coś nowego.
Teraz jednak, stojąc w bibliotece, jej myśli krążyły daleko od wieczornych spacerów po pięknych dzielnicach.
Ach, dlaczego na tej planecie musiał istnieć taki Leonid Źdźbłowski! Tego Bea doprawdy nie potrafiła zrozumieć. Na kryminał do przeczytania czekała od tak długiego czasu, a kiedy w końcu dowiedziała się, co ciekawego mogłaby przeczytać, musiało trafić się coś takiego.
Poza tym, to oznaczało, że Leo i ona mają podobny gust książkowy. To było chyba jeszcze gorszą informacją, bo jak mogłaby mieć cokolwiek z nim wspólnego?
Wszelkie wspomnienia pochodzące z czasów, w których się przyjaźnili zostały już całkiem zatarte i teraz nie było mowy o jakichkolwiek punktach wspólnych.
- Leonid - odparła, krzywiąc się po usłyszeniu pełnej wersji obu swoich imion.
Przez chwilę stała tak tylko, patrząc to na niego, to na książkę którą miał w ręku, to na półki.
Prychnęła, kiedy usłyszała jego słowa. Z drugiej strony, nie spodziewała się niczego innego. Już od wielu, wielu lat jej konwersacje z chłopakiem nie potrafiły choćby zahaczyć o bycie w miarę miłym albo chociaż porządnym. Tak jakby każde z nich reagowało na drugie całkowitym wyłączeniem części mózgu odpowiadającej za bycie w miarę przyjacielskim człowiekiem, a włączeniem cynizmu i ironii.
- Drittsekk - mruknęła po norwesku, używając słowa, które na tym etapie Leo już zapewne rozumiał - od dłuższego czasu był to niemal jedyny sposób w jaki chciała go nazywać. - Mam wrażenie, że opanowałam czarną magię na tyle, że mogłabym siłą woli wyrzucić ciebie przez okno - odparła z uroczym uśmiechem, choć w jej oczach czaił się nastrój do przekomarzania się z jej jakże denerwującym znajomym.
- No jasne, przez cały dzień myślałam tylko o tym, żeby ciebie zobaczyć - stwierdziła, patrząc mu w oczy i próbując zabrzmieć poważnie - o co nie było specjalnie łatwo. Nie umiała już przypomnieć sobie jak to tak dawno temu naprawdę mogłaby się za nim stęsknić.
Nie była pewna co powinna zrobić w sprawie, która naprawdę ją interesowała - to jest, w sprawie książki. Nie mogła przecież tak po prostu oznajmić czego chce - nie było opcji, że Leo stałby się chwilowo dobrą i pomocną osobą, nie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pią Kwi 14, 2017 2:36 am

Bez Leonida byłoby zwyczajnie nudno. Gdzie tu zabawa jeśli długo wyczekiwana książka, ot tak stoi sobie na półce i czeka na właściciela? Gdzie ten dreszczyk emocji związany z próbą pozyskania utworu, gdzie poświęcenie i oddanie dla sztuki? No właśnie bez Źdźbłowskiego by ich w ogóle nie było! Wtedy ten doskonały kryminał stałby się jedynie książką, z której czerpie się doświadczenia, a dzięki niemu część tych doświadczeń może zostać przekazana już przed samym dotknięciem okładki! Czy to nie o to chodzi przecież w czytaniu? O odczucia, knowania i plany. Wszystko to mogło znaleźć się pod postacią Leonida i Bea miała akurat szczęście, że na niego trafiła. Trzeba tu jednak sprostować jedną sprawę. Leo i Bea nie mieli podobnych gustów jeśli chodzi o literaturę. Po prostu to dziewczyna miała gust podobny do Leo, a nie na odwrót! To bardzo ważne i wymaga podkreślenia.
Ach, jakie to było w stylu panny Nygård. Od kiedy zaczęli się kłócić, Leo nauczył się w pewnym stopniu rozpoznawać humory tragające niesforną blondynką. Wiedział w co uderzyć, żeby otrzymać określony efekt oraz wiedział także, do czego Bea zawsze pije. Można by to nawet nazwać superzdolnością, gdyby nie fakt, że Leo wcale nie zamierzał jej wykorzystywać do czynienia dobra. W tym zestawieniu to akurat on był złoczyńcą i bez cienia skrupułów z tego korzystał. Każde skrzywienie, prychnięcie czy zawahanie dziewczyny wzbudzało u niego lekkie, przyjemne uczucie triumfu, do którego dążył małymi kroczkami. Czasem było ono burzone przez ciętą ripostę przeciwniczki, ale takie momenty Leo zazwyczaj puszczał w niepamięć. Tak samo, jak wszystkie dobre chwile, które razem przeżyli przed tym, jak wszystkie mosty zostały spalone. Może nie doszczętnie, ale jednak spalone.
- Drittsekk? - powtórzył za nią bardzo, ale to naprawdę bardzo skalanym norweskim. Słyszał to słowo wiele razy, ale samego języka nigdy się nie uczył, a do wymowy jakoś też nie przykładał szczególnej uwagi. W końcu Bea używała w jego towarzystwie tego określenia tyle razy, że nauczył się je traktować jako zwykły przerywnik. Tym razem nie mógł jednak pozwolić sobie na jego zignorowanie.
- To chyba oznaczało "mój kochany", czyż nie? Jesteś dzisiaj dla mnie wyjątkowo miła. - dorzucił z lekkim uśmiechem, który miał tylko wyprowadzić Beę z równowagi. A skoro o równowadze mowa, to ta chyba właśnie została zachwiana, bo jego klubowa partnerka sama wystawiała się na kolejne ciosy.
- Skoro przyznajesz się do opanowania czarnej magii, to mogę już oficjalnie nazywać Cię wiedźmą? - no co? Sama się o to prosiła! Nikt nie powinien grozić listonoszowi uzbrojonemu w książkę. Nigdy nie wiadomo co wpadnie mu do głowy i czy nie wykorzysta jakiegoś motywu zapisanego na stronicach, żeby się odegrać. Każde droczenie się, choć mogło być ciągnięte niemalże w nieskończoność, musiało kiedyś dobiec końca i Leo stwierdził, że właśnie nadszedł ten moment. Czynnikiem przesądzającym o tej decyzji był głównie dreszcz, który przeszedł po jego plecach w momencie wyobrażenia sobie, że Bea faktycznie chciała go zobaczyć przez cały dzień. Jak widać, Źdźbłowski potrafi oszukiwać samego siebie do tego stopnia, że nawet ciało współgra z jego deluzjami.
- Przechodząc do konkretów, czemu zawdzięczam to niezwykłe spotkanie? Potrzeba Ci czegoś szczególnego? - o, i proszę! Jest nawet miły, czyli to już jakiś postęp. To wcale nie tak, że po prostu chciał się stąd jak najszybciej zwinąć i nawet potwierdzała to jego mowa ciała. W końcu przyciśnięcie do ciała książki, którą miał zamiar wypożyczyć, i zmęczone westchnięcie nie muszą znaczyć o tym, że nie czuje się komfortowo w towarzystwie blondynki. Skąd!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pią Kwi 14, 2017 9:36 am

Bez ich relacji w życiu każdego z nich na pewno byłoby nudno - i to był jakiś plus całej sytuacji, choć Bea prędzej wyskoczyłaby z wieży Eiffla niż to przyznała, choćby przed samą sobą. Może zwłaszcza przed samą sobą.
Teraz zamiast na tym, skupiała się na tym jak bardzo nie lubi osoby stojącej przed nią i jego denerwującego uśmiechu, który chyba wskazywał na to, że Leonid był zadowolony z siebie.
Bea dla odmiany często wiedziała co powiedzieć, żeby zdenerwować chłopaka. W ten sposób rekompensowała sobie złość spowodowaną tym, że Leo najwyraźniej tak łatwo mógł odczytać ją, choć nikomu innemu się to przecież tak nie udawało. Czasem ich znajomi mieli wrażenie, że denerwowanie tego drugiego to chyba cel ich życia.
No cóż - walczyli jak mogli, a tak poza tym to mieli całkiem sporo czasu, żeby czymś się zająć. Skoro podstawowym wrogiem Bei był okupant, to przydałby się też ktoś, kogo zwyczajnie nie lubiła. Czym innym się zająć jak nie kłótniami z chłopakiem, przez którego tak często w szkole pakowała się w kłopoty, po tym jak ten ją sprowokował?
Bea wbrew sobie uśmiechnęła się pod nosem, kiedy Leo nieudolnie spróbował wymówić słowo. Potem będzie tłumaczyła to sobie, że zwyczajnie przypomniało jej to jej ojca uczącego norweskiego jej mamę. To tylko to - Leonid Źdźbłowski nie bywał uroczy, bywał jedynie największym złem w ich grupie przyjaciół.
- Tak, brawo! - stwierdziła z udawaną radością. Widziała, co chciał zrobić Leo i wiedziała też, że nie da tak łatwo wyprowadzić się z równowagi, nie bez walki. - To znaczy, tak dokładnie to "światło mojego życia", "jedyna radość - dodała z ogromnym uśmiechem na jej jak zwykle pomalowanych na czerwono ustach. Ciekawa była czy dla przypadkowych podsłuchujących osób brzmiało to szczerze.
- Sądzisz, że obrażę się, jeśli nazwiesz mnie wiedźmą? - uniosła brew ze znudzeniem, nie dając po sobie poznać czy irytuje ją to przezwisko, czy też nie. - Myślę, że ciężko będzie ci znaleźć przyjaciół, a już na pewno przyjaciółki, jeśli usłyszą w jak piękny sposób nazywasz swoją koleżankę - wzruszyła ramionami.
Wątpiła, żeby Leo przejąłby się specjalnie jej argumentem - w końcu oboje mieli naprawdę dużo przyjaciół - na swoje nieszczęście, tych samych. Ciężko też było zawierać nowe znajomości. Nie teraz, kiedy mieli do ukrycia całe pomieszczenie pełne nielegalnie posiadanych książek i nie można było pozwolić na to, żeby ktokolwiek się dowiedział.
- Powiedziałam ci już, że się stęskniłam - powtórzyła z nutą rozbawienia, ale posłała mu uśmiech, który chyba nawet można by uznać za miły. - Wiesz, to jest biblioteka. To miejsce służy z reguły ludziom, którzy szukają książek. Przyszłam więc po kryminał, który mi ktoś polecił - wzruszyła ramionami, starając się być naprawdę miła, w każdym razie, jak na jej typową interakcję z chłopakiem. Szykowała się już na to, jak przekazać mu, że byłoby niezwykle miło, gdyby tak pozwolił jej wypożyczyć książkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Sob Kwi 15, 2017 12:30 am

Denerwowanie tej niewielkiej, blond istotki wcale nie było celem życia dla Leonida. On traktował to raczej jako umilenie swojego dnia do tego stopnia, że aż do następnego ranka był w skowronkach. Nie wiedział czy to kwestia droczenia się z nią czy może po prostu tego, że miał na kim lekko się wyżyć, ale ważne, że koniec końców działało to doskonale. Oczywiście czasem nie wychodziło i wszystko zaczynało się kumulować, ale akurat tego nie mógł dać po sobie poznać. Nie tyle nie chciał nikogo martwić, co zwyczajnie nie zamierzał dać Bei powodu do dumy. Niech ma cały czas wrażenie, że przegrywa! Chociaż nie... Znając ją, pewnie i tak myśli, że prowadzi w ich małej potyczce. Nic z tego!
Dobrze, że Leo nie zauważył tego niewinnego uśmiechu, bo by się w nim zagotowało. Kto, jak kto, ale Bea akurat nie mogła widzieć jego "uroczej" strony. To było dla nich zbyt niebezpieczne z powodu zbyt wielu rzeczy, które mogłyby pójść nie tak. Na dodatek jeszcze te słowa, które właśnie wydostawały się z ust dziewczyny. Światło życia? Jedyna radość? To nie tak miało wyglądać, a już na pewno nie tak wybrzmieć. Leo aż instynktownie odchylił się do tyłu, kiedy usłyszał te słowa. Być może kiedyś dałby naprawdę wiele za to, żeby je usłyszeć, ale dzisiaj równie wiele się zmieniło i takie słowa wywoływały w nim mieszane uczucia.
- Daj spokój, bo jeszcze ktoś pomyśli, że Ty naprawdę potrafisz być miła. - a to byłoby nie do pomyślenia. Tylko Leo znał prawdziwą naturę tej pozornie niewinnej kobietki, ale jak na razie niestety nie udało mu się jej publicznie zdemaskować. Gdyby tylko istniał jakiś sposób na nagranie jej niektórych słów, to wszystko byłoby lepsze. Leo nie zrobi tego jednak rowerem i swoimi dwoma pedałami. Tymi od roweru oczywiście.
- Kole-co? Chyba nie wiesz jak bardzo pożądana jest czapka listonosza. Dzięki niej nie muszę się przejmować brakiem przyjaciółek. Zresztą przez tę cholerną wojnę i tak nie ma czasu na rozwijanie znajomości. - takimi rzeczami Leo jakoś specjalnie się nie przejmował. Nie był typem, który miał problemy z nawiązywaniem jakichkolwiek znajomości, bo podchodził do nich bardzo otwarcie. W końcu wszyscy byli ludźmi, więc podejście do kogoś nieznajomego na środku ulicy i krótka pogawędka nie były dla niego niczym szczególnym. Co innego, że czasem niektórzy patrzyli się na niego jak na wariata, ale bycie niespełna rozumu to też przecież część życia. Druga sprawą było też to, że Leonid nie sądził, aby do dobrego samopoczucia potrzebował naprawdę wielkiej grupy osób. Miał Kota, miał książki, miał swoją pracę. Czego więcej było mu potrzeba do szczęścia? Na pewno nie kłótni, chociaż nimi akurat potrafił się rozkoszować i tak tez było w tym przypadku.
- Powiedziałaś, ale nadal nie rzuciłaś mi się z utęsknieniem na szyję. - skwitował, mając jeszcze dodać, że znajomi coś niby wspominali, że Bea pasuje do niego, ale ugryzł się w język. Nie chodziło o to, że było to wredne. Po prostu poczuł, że gdyby to powiedział, to byłoby strasznie, ale to naprawdę strasznie niezręcznie. Sam w końcu zdawał sobie sprawę, że kiedyś był taki moment, w którym to naprawdę mogło wypalić. Lepiej do niego jednak nie wracać, a jak najszybciej sprawić, że Bea pójdzie jednak po ten instruktaż do miotły.
- Cóż za zbieg okoliczności. Też pojawiłem się tutaj, bo ktoś polecił mi kryminał. Właśnie szedłem go wypożyczyć, ale zastąpiłaś mi drogę. - brew uniesiona do góry po zakończeniu ostatniego zdania wskazywała na to, że Leonid chciałby się dowiedzieć dlaczego tak w zasadzie dalej rozmawiają, a blondynka wydaje się nigdzie nie spieszyć. Zazwyczaj się unikali albo szli od razu na całego podczas kłótni. Jeśli teraz Bea jeszcze tutaj stoi, to znaczy, że ma jakiś ukryty cel, do którego najwyraźniej potrzebny jest jej Leo. Na papierosy jednak niech nie liczy. Nie ma mowy, żeby się podzielił!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Sob Kwi 15, 2017 1:09 pm

Bea owszem uważała - ba, wiedziała! - że wygrywa. Zawsze wygrywała i zawsze miała rację - dwie podstawowe prawdy na temat jej życia. Być może Leo się z nią nie zgadzał - w sumie to stąd wynikała połowa ich konfliktów - jednak zdecydowanie nie on tu prowadził, wbrew temu co sądził.
Uśmiechnęła się z satysfakcją, widząc minę chłopaka. Wiedziała doskonale co powiedzieć - takie słowa skierowane w jego stronę wypowiedziane przez Nygård z całą pewnością właśnie przyprawiły Leo o odruch wymiotny.
Potrzebowała dużo silnej woli, żeby pozbyć się tego uśmiechu ze swojej twarzy - gdyby Leo zauważył jej radość, jeszcze by sobie pomyślał, że Bea się już nie będzie starać, co byłoby niedorzeczne - Bea zawsze się starała kiedy chodziło o udowodnienie innym, że ma rację na jakiś temat, choćby niby mało znaczący.
- Przepraszam? - spytała urażonym głosem, przykładając dramatycznie rękę do swojego serca - Oczywiście, że potrafię być miła. Jeśli ktoś jest miły dla mnie, to jest - stwierdziła gorzko, ale wzruszyła ramionami, żeby nadać wszystkiemu nonszalancji.
W końcu nie zależało jej na tym, żeby wszyscy byli dla niej mili, a już na pewno nie Źdźbłowski. Wolała być otwarcie przez kogoś nielubiana, niż lubiana w fałszywy sposób.
- Czapka listonosza, naprawdę? Jak bardzo? Może zabiorę ci ją i sprzedam komuś na rynku. - stwierdziła z całkowitą powagą, jakby to był prawdziwy plan. W sumie gdyby ktoś ukradł Leo czapkę, ten pewnie prawdziwie by się zdenerwował - gdyby był na to czas, może i Bea naprawdę zainteresowałaby się taką kradzieżą, tylko po to, żeby uprzykrzyć chłopakowi życie.
Przez moment z jej twarzy zniknął uśmiech, a pojawił się grymas i może nawet smutek w oczach. Przez wojnę naprawdę nie było na nic czasu. Przez okupację nic już nie było takie samo, a i przez zakazane książki nie można było zmienić aż tak dużo. Zwłaszcza, że wciąż mało osób z zewnątrz było na tyle sprawdzonych, że można ich tam było wpuścić.
Potem jednak przypomniała sobie, że i tak robią więcej niż przeciętna osoba, a jej oczy znów zabłysły ze złością i determinacją - uda im się coś zmienić. Była Beą, prawda?
- Nie chciałabym ciebie przygnieść siłą mojej tęsknoty - stwierdziła z rozbawieniem, ale potem na moment zapadła cisza, taka ledwo dostrzegalna, ale jednak zauważalna dla niej samej. Jej myśli przez moment same, bez jej zgody powędrowały w stronę odległych wspomnień i tych chwil kiedy myślała, że kiedyś coś mogłoby pomiędzy nimi zajść.
Tylko, że Leo to zniszczył, a potem tak jakoś wyszło, że z najlepszych, bliskich przyjaciół stali się, no, tym.
Westchnęła więc cicho, po czym znów uśmiechnęła się w klasyczny sposób, próbując być miła. Może to zmiana taktyki zadziała.
Spojrzała w stronę książki, którą chłopak trzymał.
- Och! Wiesz, że chciałam wypożyczyć tę samą książkę? - spytała z udawanym zaskoczeniem.  - Ktoś z naszych znajomych mówił mi, że to bardzo dobra lektura. Zostały jeszcze na półce? - spojrzała za niego, na książki, choć doskonale znała odpowiedź na to pytanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Nie Kwi 16, 2017 12:49 am

Oczywiście, że Bea zawsze wygrywała. W tym zdaniu był jednak mały haczyk, bo dziewczyna wygrywała zawsze, ale jeśli w zawodach nie brał udziału Leonid. Kiedy już się do nich włączył, to stety lub nie, ale zawsze był pierwszy. Taka już jego natura i blondynka może się wypierać tego ile chciała, jednak prawda i tak zawsze wyjdzie na jaw. Źdźbłowski był po prostu lepszy i tyle w tym temacie.
- Jakoś tego nie zauważyłem, chociaż byłem dla Ciebie miły wielokrotnie. Nawet reszta mówiła, że coś jest na rzeczy. - wypalił, zupełnie nie myśląc o tym, co przed chwilą powiedział. Zrobił to po prostu automatycznie i nawet nie zauważył jaki wydźwięk mogło mieć to całe zdanie, a najlepiej nie brzmiało. Najlepiej dla ich dwójki, bo w pewnym sensie było nawet miłe. Leonidowi oczywiście chodziło o sytuację, gdy reszta klubowiczów uparcie twierdziła, że pasuje idealnie do Leo#2 i choć temat ten był drażliwy, to Źdźbło w tym momencie zdawał się w ogóle nie zwrócić na niego uwagi. Pewnie dopiero kilka minut po rozmowie, kiedy ponownie ją sobie przeanalizuje tak, jak to miał w zwyczaju, załamie się niezmiernie uświadamiając sobie, co takiego właśnie powiedział. Teraz pozostaje jedynie liczyć na nieporadność jego rozmówczyni, która również nie wyłapie prawdziwego znaczenia tego zdania i wszystko będzie w najlepszym porządku. W innym razie będzie jeszcze bardziej niezręcznie.
- Od mojej czapki wara. Jest moja i tylko moja. Będzie ją mogła nosić tylko moja żona, więc nigdy nie dostaniesz jej w swoje lepkie rączki, Nygård. - prosta deklaracja, która zabrzmiała poważnie. Leo nie lubił kiedy ktoś bez pytania chwytał za jego czapkę. Może nie była mu niezbędna, ale była częścią jego umundurowania i gdyby ja stracił, to zapewne musiałby wyłożyć własne pieniądze na nową. O te z kolei wcale nie było tak łatwo w okupowanej Francji, więc wydatek należałoby ocenić za zbędny. Źdźbłowski także bardzo dbał o swoją czapkę, więc nie było mowy, żeby pozwolił na jej kradzież. W swoim mieszkaniu miał nawet specjalną szafę tylko na swój pracowniczy ubiór, która była zamykana na kluczyk. Wszystko pod kontrolą na wypadek, gdyby jacyś półnorwescy złodzieje chcieliby się do niej dobrać.
- Na pewno o siłę tęsknoty tutaj chodzi? - powiedział tylko tyle, bo więcej nie trzeba było, a dodatkowo kontynuowanie tego tematu byłoby wysoce niestosowne, nawet jak na Leonida, który specjalnie mówił niekoniecznie prawdziwe rzeczy, żeby tylko zagrać na nerwach swojej koleżanki. Dodatkowo, dzięki takiemu ucięciu tematu, pozostawiał sobie pole do manewru i oddalania od siebie ewentualnych insynuacji. Przecież w gruncie rzeczy niczego złego nie powiedział, więc nie było czego mu zarzucić. Ha! Wszystko idealnie przemyślane.
- No to masz pecha. O ile dobrze pamiętam, to maksymalny okres wypożyczenia książki wynosi dwa tygodnie, tak? W takim razie wróć po nią za czternaście dni, bo właśnie idę ją wypożyczyć. Przeczytam pewnie szybciej, ale wiesz jak jest... Praca, praca i jeszcze raz praca. Do tego stopnia, że nie mam kiedy oddać tej książki. - jeśli Bea myślała, że Leonid tak po prostu odda jej książkę, którą już postanowił przeczytać, to naprawdę grubo się myliła. Doskonale zdawała sobie przecież sprawę z tego, że chłopak potrafi być naprawdę uparty, a jeśli o tym zapomniała, to właśnie jej przypomni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Wto Kwi 25, 2017 9:19 pm

/W KOŃCU. Napisałam już wczoraj, ale hej, usunął mi się post, dzięki komputerze! Wybacz więc, że tak niedbale, nie miałam cierpliwości do pisania tego na nowo ;-;

Chyba nigdy pomiędzy nimi nie mogło dojść do porozumienia w tej sprawie - na swoje nieszczęście każde z nich było taką osobą, która uważała, że ma rację, zawsze, i która nie zamierzała odpuścić. Nawet za tych bardziej przyjacielskich czasów ich rozmowy polegały głównie na takich przepychankach - choć wtedy kończyły się uśmiechem i wypadem na spacer.
Uniosła brwi słysząc słowa chłopaka i jej myśli zabłądziły - bardzo, bardzo, niesamowicie zabłądziły, okropnie daleko od celu - i zmusiły Beę do przypomnienia sobie tamtej chwili, w której naprawdę coś było na rzeczy, a Leo był na tyle okrutny, że to zniszczył. Czy to nie właśnie przez to ich relacja wyglądała tak, jak wyglądała?
- Cóż, znasz resztę, za dużo romansów, za mało kryminałów i realnych książek - stwierdziła dość sucho, choć miała wielką, ogromną nadzieję, że nie dało się tego słychać i brzmiała tak jak zwykle - ironicznie i niewzruszenie.
Nie było to zresztą też i takie kłamstwo - po prostu odbiegnięcie od tematu, bo w tej chwili Norweżka słyszała niemal syrenę alarmową w jej głowie, która mówiła jej biegnij, biegnij, biegnij, nie myśl o tym.
- Czyli, że nikt jej nigdy nie dostanie, huh? - spytała z szerokim uśmiechem, bo przecież żadna porządna kobieta nie chciałaby zostać żoną najbardziej denerwującego człowieka w Paryżu, jak to tak.
Poza wszystkim, Bea była pewna, że mogłaby ukraść tę czapkę, gdyby tylko jej się chciało. Była na tyle mądra, że potrafiłaby obmyślić plan idealny, zbrodnię doskonałą. Może kiedyś wdroży go w życie?
Miała ochotę skomentować też okropny akcent, z jakim Leo wypowiedział jej nazwisko - nie, to też nie było urocze, nawet nie w 0,102929 procencie - jednak ona przecież nie potrafiła poradzić sobie z nazwiskiem chłopaka.
Dodatkowo, nie mogła być wredna, jeśli liczyła na to, że dostanie książkę, prawda?
- No właśnie! Praca, praca, praca... nie będziesz miał kiedy ją przeczytać. Ja za to mam cały czas jakiego potrzebuje - wystarczy, że zabiorę ją do księgarni i w parę godzin po wszystkim. - stwierdziła logicznie, starając się zachować przy tym swój najmilszy tron głosu - A potem ty będziesz mógł trzymać ją tak długo, jak tylko zechcesz. Czy nie brzmi to bardzo logicznie? - spytała niezwykle rozsądnie, bo przecież miała rację, tak jak zwykle, czyż nie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Sro Kwi 26, 2017 2:00 am

To nie było okrucieństwo ze strony Leo, a raczej połączenie łaski i strachu. Nie chciał, żeby byli na siebie skazani i nie chciał, żeby stosunki towarzyskie między nimi dobiegły końca. Wolał już po prostu cały czas się kłócić, niż w ogóle z Beą nie rozmawiać. I jak widać na załączonym obrazku jego taktyka była doskonała. Dwójka się ze sobą kłóciła, nawet od czasu do czasu się spotkali, czyli kontaktu nie zerwali. Wszystko poszło więc zgodnie z planem Leonida, ale czy usłyszał "dziękuję"? Oczywiście, że nie. Lepiej było go oskarżyć, że to jego wina, chociaż chłopak uratował całą znajomość. Biedny los listonosza, oj biedny, ale się nie podda!
- Nie lubisz romansów? O, pierwsze słyszę. Wydawało mi się, że dawniej jakiś mi nawet polecałaś. Coś o nieśmiałej dziewczynie. - temat na pewno nie mógł zostać przerwany, bo Leo miał przeczucie, że on akurat poskutkuje i sprawi, że Bea poczuje się nieswojo. Sam też oczywiście czuł się skrępowany, ale dopóki to on kontrolował przebieg tej rozmowy, to mógł ją dzielnie znieść. Wszystko jednak miało swoje granice i za parę chwil nawet ten temat zostanie porzucony.
- Chciałabyś. Tak się składa, że być może niedługo moja obecna wybranka zobaczy przed swoim nosem pierścionek - żadnej wybranki nie było, kupna pierścionka nie planował, bo i tak nie byłoby za co albo gdzie, a ukraść nikomu też nie zamierzał. Niech sobie tylko Nygard nie myśli, że będzie mogła mu sugerować samotną starość. O ile dobrze Leo pamiętał, to Bea raczej też szybko męża mieć nie będzie, więc takie przytyki są tym bardziej nie na miejscu. Jeszcze zobaczymy, które z nich prędzej znajdzie sobie drugą połówkę. Niech Bea tylko czeka, a potem płacze, że przegrała, o. A co do nazwiska, to liczą się intencje. Co prawda, zbyt wiele dobrych po głowie Źdźbłowskiego obecnie nie krążyło, ale nadal trzeba było to docenić. Tym bardziej, że ktoś tutaj właśnie chciał książkę należącą obecnie do listonosza.
- Nie. - jedno, proste słowo, a jak pięknie rozbrzmiało w ich najbliższym otoczeniu. To całe tłumaczenie Nygard sprawiło, że Leonid tym bardziej nie chciał oddać książki. Ze zwykłego kryminału stała się teraz jego artefaktem, który będzie mu towarzyszył na dobre i na złe, a na pewno na dwa tygodnie.
- Odbierzesz ją sobie za paręnaście dni, o ile nie zrobię jeszcze prolongaty. Powodzenia, Beate - powiedział niezwykle miłym tonem, ale na koniec stuknął delikatnie kantem książki w czoło dziewczyny. Tak, to on teraz wygrywał i powolnym krokiem szedł w stronę bibliotekarki, więc jeśli sprytna Norweżka niczego nie zrobi, to z oczu zniknie jej zarówno książka, jak i sam Leonid. A trzeba było przyznać, że Źdźbłowski trzymał pozycję mocniej, niż listy przy dużym wietrze. Nie było możliwości, żeby te kilkaset kartek papieru opuściło jego dłonie. Och, czy to były właśnie fanfary? Tak! To one teraz rozbrzmiewały w uszach Leonida, odchodzącego w siną dal. Brakowało mu jeszcze tylko togi i laurowego wieńca. Wtedy byłby naprawdę kompletny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Nie Cze 04, 2017 9:52 pm

"(...) możesz najwyżej napisać u góry, że zaczynasz maj!" – zaczynam!

Aurora Dufourt znana była dla niektórych paryżan, jako nowa, odpowiedzialna i wydajna, asystentka profesora lingwistyki na uniwersytecie humanistycznym. Nikogo nie powinna więc zdziwić jej obecność we Francuskiej Bibliotece Narodowej. Spędzała tu więcej czasu niż we własnym domu, odziedziczonym po mężu. Mało kto jednak wiedział, że za tą cała fasadą pozorów, kryła się Maxime. Maxime, która niewiele miała wspólnego z wykreowanym obrazem francuskiej psorki. Jedynie może zamiłowanie do lingwistyki i wykładanie tego przedmiotu. Jej tożsamość była jasna. Wydawała się znacznie pewniejszą siebie, niż kilka lat temu, kobietą, zdecydowaną do osiągania wyższych celów i przysłużenia się społeczeństwu. W tym celu, kreować się musiała na delikatna, aczkolwiek ponętną kobietę, z którą mężczyźni bardzo chętnie rozpoczną rozmowy o polityce, nawet jeśli tylko po to żeby jej zaimponować. Nikt z nich nie mógł wiedzieć, że ta oczytana, znająca kilka języków kobieta, pomiędzy wierszami wyszukiwała treści, jakie mogłyby później posłużyć agentom z Londynu. Zapisywała sobie wszystkie istotne informacji w pamięci, z podobną efektywnością, z jaką przez całe życie wchłaniała wiedzę. Tak samo teraz, Maxime, czy Aurora – zależy kto wolał ją jak nazywać, udając zainteresowana lekturą francuskiej literatury, w rzeczywistości przysłuchiwała się rozmowom nieopodal siedzącym Niemcom. Zajęcie to było wyjątkowo nużące. Nigdy bowiem nie wiedziało się, kiedy człowiek może się natknąć na wartościowe rozmowy, nawet jeśli część z nich odbywała się w tajemnicy, pomiędzy konspirującymi mężczyznami, często dotyczyć mogła czegoś zupełnie nieistotnego. Jak w tym momencie mało przyzwoite komentarze, jakie dwóch SS’manów rzucało pod adresem zasiadującej za biurkiem bibliotekarki.
Maxi przerzuciła kartkę kontrowersyjnych za swoich czasów wierszy Baudelaire’a, powstrzymując się od jednoczesnego przewrócenia oczami na zasłyszane komentarze. W tym samym momencie, jej skupienie zostało jednak przerwane przez obecność kolejnej osoby w pomieszczeniu. Pomiędzy dalszymi półkami dostrzegła, zaskakująco, dobrze znaną sobie personę, od której widoku zdążyło ją zaboleć wspomnienie o złamanym obojczyku. Instynktownie, podniosła się z miejsca, wykonując taktyczny odwrót, bo o ile podpowiadało jej doświadczenie, konfrontacji z tym mężczyzną nigdy nie wspominała dobrze. Zanim jednak niepostrzeżenie pozbierałaby książki ze stolika i zasuwając za sobą bezszelestnie krzesło, zniknęłaby z tomiszczami pod pachą pomiędzy regałami, wzrok mężczyźny skrzyżował się z jej własnym.
Wtedy już wiedziała, że jedyną opcją, jaką jej zostało, było upewnienie się, że jeśli Rosjanin ją rozpoznał, nie wyniesie z tego żadnych konsekwencji. Wbrew swoim wszelkiej niechęci, którą podpowiadał zarówno umysł, jak i ciało, udała się w jego kierunku. Stanęła obok, posyłając mu powłóczyste spojrzenie, które jednak nie mieściło w sobie żadnej sensualnej nuty, a jedynie chłodne ostrzeżenie, kiedy odkładając książki na przypadkową półkę, zwróciła się do mężczyzny.
Mógłby mi pan podać ten utwór?
Zerknęła w górę, a jej wzrok padł na powieść Diderota — Kubuś Fatalista i jego pan — której treść w bardzo luźnym rozumowaniu, można było przyrównać do aktualnie panującej okupacji Niemiec i próbującego się z pod niej wyzwolić narodu francuskiego. W tej historii, oboje – i ona i Fiodor – byli Kubusiami Fatalistami, więc może drogi Fiodorze, zachowasz się, jak Kubuś wobec Kubusia i podejmiesz niegroźną współpracę?
Zanim postanowisz z rozmachu przybrać rolę pana.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Nie Cze 04, 2017 11:30 pm

Jeszcze godzinę temu marnotrawił cenny czas we własnym mieszkaniu, urządzonym rzecz jasna ze specyficznym smakiem (lub jego całkowitym brakiem) świadomego samotnika – początek maja dla Fiodora składał się z zimnej kawy w kubku z nadtłuczonym uszkiem, słońca uparcie przedzierającego się przez zaciągnięte szczelnie zasłony i ptasich treli dobiegających zza okna.
Wynoś się stąd, pomyślał znienacka, palcami wystukując na stołowym blacie tylko sobie znaną melodię. Ciasną kuchnię wypełniły kłęby papierosowego dymu, którego Fiodor dzień wcześniej zarekwirował z kieszeni Lykova. Weź wszystkie pieniądze i wypierdalaj gdzie raki zimują. Na tydzień. Może dwa. Miesiąc?
Doskonale wiedział, że balansuje niebezpiecznie blisko granicy wytrzymałości; od sześciu dni zaspokajał absolutne minimum snu, czując się jak zmaltretowane pisklę – musiał odpocząć, musiał naprawdę poważnie zebrać myśli, ale nie miał na to nawet najmniejszej szansy w tym kołchozie pełnym wariatów, jakim był Paryż. Dlatego przydałby się wyjazd. Gdzieś, gdziekolwiek. Nad morze, na pola lawendowe, do fabryki zapałek, obojętnie – byleby tylko wyjechać i ułożyć plan gry na nowo. Wiedział, że z każdym kolejnym kilometrem czułby się lepiej; podobno doznają tego marynarze wyruszający w długie rejsy – kłopoty zostają na lądzie i człowiek na morzu staje się lżejszy. Mógłby poczuć się niemal tak, jakby był panem swojego życia. Przynajmniej zwykli, przeciętni, normalni ludzie muszą czuć się w ten sposób.
On sam nie pamiętał już, jak to jest. To tyle w temacie panowania nad własnym życiem.
Nie dopił zimnej, rozwodnionej lury, którą w przypływie wyrozumiałości określił mianem kawy – nie zastanawiał się też, dokąd zmierza, dopóki za jego plecami nie trzasnęły ciężkie drzwi kamienicy, a sam Fiodor nie minął małego, wychudzonego kota, który obdarzył radzieckiego agenta spojrzeniem pełnym arystokratycznej pogardy, po czym powrócił do przerwanej drzemki.
Walka klasowa na każdym etapie ewolucji.
Jeszcze przed dotarciem do biblioteki gorzko pożałował wypalonego w kuchni papierosa; nie lubił smaku tytoniu w ustach, nie lubił tej lepkiej powłoczki, która pozostawała na języku, nie lubił zapachu, który osiadał na koniuszkach palców i nie chciał się stamtąd wynieść przez kolejną dobę.
Nie polubił również nieracjonalnej nadziei, jaka zalęgła się w jego myślach, kiedy wspinał się po schodach biblioteki – nadziei wywołanej wspomnieniem ostatniej wizyty w tym miejscu, będącej odległym echo marcowego spotkania, czymś, co zdołał wyrzucić z umysłu dopiero po zanurzeniu się w cichym wnętrzu czytelni, po mimowolnym skierowaniu spojrzenia na jeden z najbardziej odległych stolików, po stwierdzeniu – ani trochę nie podszytym zaskoczeniem – że nikt tam na niego nie czeka.
Być może nie zdołał odpocząć, ale coś z panującej tu ciszy przeniknęło do jego zmaltretowanego mózgu. Odruchowo zatrzymał się przy jednym z regałów wyłącznie po to, by umknąć przed niezdrowo zaciekawionym spojrzeniem jednego z obecnych w bibliotece Niemców. Pierwsza lepsza książka otworzona na pierwszej lepszej stronie, pierwsze lepsze zdanie wyrwane z kontekstu – wszystko było otoczką, za którą mógł ukryć jedno, krótkie spojrzenie w stronę nagłego źródła gwałtownego ruchu, gdzieś na prawo od siebie.
Jedno, krótkie spojrzenie.
Dokładnie tyle, ile trzeba, by dostrzec amerykańskiego szpiega.
Książka zamknęła się z hukiem, kiedy zacisnął palce na okładce z zaskakującą energią jak na kogoś, kto spał niespełna dwie godziny – być może to właśnie zmęczenie sprawiło, że w samym sercu Paryża dostrzegł kobietę, która nie miała prawa znajdować się w tym mieście.
Nie wtedy, kiedy przebywał tu on.
Maxime Lowe nie była jednak wzrokowym omamem ani wyjątkowo paskudnym koszmarem, z jakiego Fiodor w końcu się ocknie – nie mogła być, skoro ledwie moment później stanęła tuż obok, płynną francuszczyzną formułując pytanie, którego Chirjakow początkowo nie zrozumiał.
Najpewniej dlatego, że wpatrywał się z góry  w twarz kobiety tak, jakby samym spojrzeniem pragnął skręcić jej kark.
Dwa kroki na lewo – zaskoczył go ton głosu, jakim wypowiedział te słowa – zimny, wyważony, neutralny, pozbawiony nienawiści, która pragnęła rozłupać mu czaszkę. – Znajdzie pani podest. Proszę się nie krępować i skorzystać z osiągnięć ludzkiego geniuszu.
Radzieckiego, pragnął dodać, choć to akurat było zbędne – zwłaszcza wobec przedstawicielki równie ograniczonej nacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pon Cze 05, 2017 12:13 am

Nie spodziewała się po nim żadnych grzeczności. Zakładanie czegokolwiek wiązało się z ryzykiem, że mogłaby się pod tym kątem grubo pomylić. Dlatego przygotowywała się na wszystko i na nic. To, co dostrzegła jako pierwsze to niebezpieczny błysk, jaki wstąpił w wyrazie jego oczu. Może był przyzwyczajony, że ludzie gięli się pod naporem tego rodzaju spojrzeń, ale Maxime nigdzie nie zgubiła swojego zdrowego rozsądku. Znajdowali się w miejscu publicznym, w którym nie mógł jej wyrządzić żadnej krzywdy. Nawet jeśli jego rosyjska duma podpowiadała mu co innego. Utrzymała jego wzrok, nawet jeśli pełen niewypowiedzianej obietnicy czyjejś śmierci – wiedziała, że nie jej własnej, przynajmniej nie dzisiaj i nie tutaj. Prychnęłaby, ale to popsułoby długo przybierany przez nią wizerunek delikatnej kobiety. Dlatego z wyuczonym wyczuciem, zaczesała włosy do tyłu, z przesycona aż grzecznością, odpowiadając:
Dziękuję panu. Nie poskąpię.
Na razie rosyjski akcent wtrąciła niegłośno, zresztą pomiędzy francuski, ale jeśli nie zrozumiałby subtelnego przekazu, mogła zintensyfikować rosyjskie brzmienie – tak aby załapał, że on sam zagrażał jej w tym samym stopniu, co ona jemu, a może w tym miejscu, ona nawet bardziej jemu niż on. Próbowała grzecznie ustosunkować się do cywilizowanej rozmowy. Potrafiłaby się jednak zniżyć do jego prostackiego poziomu. Kto mądremu zabroni? Ale czy naprawdę było to konieczne? Zadarła głowę wyżej, taksując go uważnym spojrzeniem, bo czy chciał w to brnąć?
Gdyby był pan tak miły… to by wiele ułatwiło.
Konkretnie, ich współpraca by wiele ułatwiła. Maxime w tym momencie próbowała jedynie wyczuć jego intencje i wolałaby stąd wyjść razem z nim, mając pewność, że jeśli opuszczą tą bibliotekę razem, żadne władze niemieckie nie dowiedzą się ani o jej ukrytych motywach zamieszkiwania Paryża, ani jego. Chociaż… na pozostawieniu jej utajnionych motywów w dalszym ciągu takowymi, zależało jej bardziej niż na chronieniu jego przykrywki. Nad tym drugim mogła się jeszcze zastanowić, jeśli zasiałby w niej jeszcze więcej wątpliwości. Czy zawarli więc niewypowiedzianą umowę wzajemnego milczenia?
Musiał to powiedzieć głośno. Nawet jeśli w tej absurdalnej sytuacji było to równoznaczne z podaniem jej tej cholernej książki, tudzież, radzieckiego stołka. Leżącego dokładnie tam, gdzie było jego miejsce. Poniżej poziomu i zainteresowania osób będących rzeczywistymi ludźmi geniuszu.
Ale czy powinna pokładać w rosyjskim neandertalczyku aż tak wielkie pokłady wiary, ze mógłby zrozumieć, co w podtekście starała się mu przekazać? Ironii Kubusia Fatalisty nie zrozumiał. Dobrze wyedukowanym ludziom ten żarcik sytuacyjny mógłby się nawet spodobać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pon Cze 05, 2017 10:39 am

W końcu musiało do tego dojść.
Efekt początkowego zaskoczenia zniknął bezpowrotnie, pozostawiając po sobie lekką mgiełkę niedowierzania i odwiecznie towarzyszącej Fiodorowi podejrzliwości. W widoku sylwetki, o której istnieniu wolałby zapomnieć a która pomimo tego uwiła sobie w jego umyśle wygodny kącik w strefie przeznaczonej dla istot – bo przecież nie ludzi – oznaczonych plakietką wróg klasowy , tkwiło coś tragicznego.
Zupełnie jakby mierząca niespełna metr siedziemdziesiąt - echo informacyjne przeczytanych przed laty akt – Maxime była wyjątkowo paskudnym omenem, pojawiającym się na domiar złego w niesprzyjających okolicznościach. Jej obecność w Paryżu nie ograniczała się wyłącznie do kolejnych fal niechęci zalewających Fiodora z każdym następym słowem kobiety; Amerykanka sama w sobie stanowiła zagrożenie dla przykrywki Chirjakowa, która – i przyznawał to z wyraźnie pulsującą żyłką na skroni – w obecności pani Lowe zwyczajnie przestawała istnieć.
Była zagrożeniem o tyle poważniejszym, że dobrze znała swojego przeciwnika – na swój sposób zbyt dobrze, a przynajmniej na tyle, by wiedzieć, że umyślne wtrącenie rosyjskiego akcentu będzie formą betonowej blokady przed odpalonym ładunkiem wybuchowym, jakim w tym momencie był Fiodor. To lekkie ubarwienie pojedynczego słowa sprawiło, że spojrzenie Chirjakowa pomknęło w stronę Niemców, na szczęście chwilowo pogrążonych w rozmowie, po czym jak odbita od ściany piłeczka wróciło na twarz Maxime. Mówiła dalej, ale nie poświęcał jej słowom dostatecznie wiele uwagi – nagle jego dłoń, silna i skoncentrowana, z zaskakującą łagodnością ujęła nadgarstek pani Lowe, lekkim, niespiesznym ruchem wciągając ją między zastawione książkami regały, byle dalej od niemieckich spojrzeń.
Ułatwiło? – to jedno, zakończone lekkim uniesieniem brwi  słowo wypadło spomiędzy jego warg jak pestka pomarańczy; chciał pozbyć się ciała obcego, zanim je rozgryzie i poczuje w ustach pełen goryczy posmak, który dołączy do i tak miernego smaku wypalonego papierosa. – Nie może pani podnieść ręki? –  pytanie zabrzmiałoby o wiele bardziej przekonująco i niewinnie, gdyby nie pozbawiony wesołości uśmiech Fiodora – pozorny przejaw uprzejmości zatopiony został w skondensowanym roztworze kpiny, która właśnie skropliła się w kącikach ust, przekazując to, czego nie mogły przekazać słowa.
Może to kwestia barku – dodał ciszej, spokojnie unosząc rękę; opuszki palców przelotnie musnęły grzbiet przypadkowej książki, która nawet nie stała obok tej poszukiwanej przez Maxime - przez moment rozważał wysunięcie z półki przypadkowego tomiku, lecz wtedy jego dłoń opadła niżej, sięgając po tytuł znajdujący się na wysokości amerykańskiego uda.
Czyli w strefie mocno zdemilitaryzowanej.
Powinna pani poczytać Hoffmanna. Piaskun to właściwa lektura dla kogoś równie autentycznego co jedna z protagonistek.
Doskonale domyślał się powodów - pomijając rzecz jasna fakt, że przed momentem własnym ciałem odgrodził kobiecie jedyną drogę ucieczki, mijając ją w ciasnym przejściu i stając plecami do wyjścia spomiędzy regałów - dla których Maxime wciąż uparcie stała między bibliotecznymi półkami. Jej obecność w Paryżu, choć zaskakująca, sprowadzała się do prostego rachunku: ponownie pracowała dla (w czasie wojny nie do końca) wrogiego wywiadu, jedynie utwierdzając Fiodora w przekonaniu, że podczas pierwszego spotkania w Moskwie pownien skręcić Maxime kark, a nie tylko bark. Dobitnie przekonał się o tym w Waszyngtonie, kiedy ta wściekła suka - chwilowo nie potrafił znaleźć bardziej trafnego określenia - złamała mu nos, zasłaniając się obecnością policji, będąca wtedy jedynym powodem, dla którego Maxime przeżyła. Być może nie powinni rozpamiętywać przeszłości, traktując tę maskaradę obopólnie zadawanego sobie bólu jako formę wyrównania rachunków - tyle tylko, że Fiodorowi daleko było do jezusowej dobroci i jeszcze dalej do nagłych ataków demencji, która pozwoliłaby mu zapomnieć o żywionej wobec tej kobiety nienawiści.
W każdym, najgorszym tego słowa znaczeniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Pon Cze 05, 2017 12:56 pm

Wbrew pozorom wcale nie chciała zwracać na nich niczyjej uwagi. Ostrzegawcze wtrącenie dobrze znanej mu mowy, miało tylko uzmysłowić mu symetrię tego spotkania. W tym kraju oboje zagrażali sobie w podobny sposób. Tam, gdzie brakowało jej siły, nadrabiała sprytem. Tego zabrakło jej kiedy chwycił jej nadgarstek, odciągając ją od jej podstawowej karty przetargowej w tej rozmowie, jakim było niebezpieczeństwo, stwarzane im przez obecność dwojga niemieckich oficerów. Tę kartę straciła, w momencie, w którym ich sylwetki zniknęły jej za regałami książek. Podświadomie wiedziała, że powinna wyszarpnąć rękę z pod pewnego uścisku mężczyzny – instynkt zachowawczy wręcz rwał ją do tego, ale rozum stłumił to pragnienie (kierowane być może najbardziej przykrymi doświadczeniami, nie logiką). Szarpanie się z nim, w miejscu takim jak to, mogło skupić zbyt dużą uwagę pobocznych obserwatorów. Nie była jeszcze pewna, czy chciałaby, żeby ktoś zapamiętywał ja z towarzyszenia rosjaninowi. Rękę uwolniła dopiero, kiedy stanęli pomiędzy dwoma półkami, zamknięci pomiędzy tymi regałami, a ona dodatkowo między ścianą, a sylwetką mężczyzny. Powinna czuć się jak w potrzasku. Zamiast tego, jej wzrok automatycznie szukał kolejnych rozwiązań. Spojrzenie przemknęło pomiędzy grzbietami książek, pozornie za ruchem jego ręki. W rzeczywistości, przez szpary pomiędzy tomami, kontrolowała umiejscowienie pobocznych świadków tej dyskusji. Zachowując czujność, nie zapominała, że największą przewagą dla niej w stosunku do rosłego mężczyzny było otoczenie i korzyści, jakie mogła z niego czerpać.
Niewysoka, niegroźna blondynka na pewno budziła więcej sympatii niż rosły mężczyzna, w którego nawet niewinnym uśmiechu przewijała się niezdrowa dzikość. Wracając do niego spojrzeniem, wyprostowała się, intuicyjnie próbując zmniejszyć pomiędzy nimi różnicę wzrostów. Zaraz potem perlisty śmiech, wypracowany do perfekcji przez pracę w wywiadzie, przebił się przez względną ciszę panującą w tym sektorze Biblioteki. Teraz kiedy miała pewność, że nikt na pewno nie zapomni o jej obecności, poza wzrokiem większości nieopodal stojących osób, bo przynajmniej będzie ją słyszał, rzuciła luźno w odpowiedzi:
Z pewnością nie chce pan, żebym podnosiła rękę. Nie wiadomo, gdzie ta dłoń mogłaby spocząć.
Kolejny z subtelnych przekazów wypełnił powietrze swoją dwuznacznością. Nie znała się dobrze na rachunku prawdopodobieństwa, ale doświadczalnie, zarówno on i ona powinni wiedzieć, gdzie tą dłoń rwało najbardziej. W tym momencie palce oparła na ołówkowej spódnicy, ale co tak naprawdę mogłoby ją powstrzymać przed próbą szturmowania jego twarzy? W ramach ewentualnej konieczności. Scenariusza tego wcale nie chciałaby wcielać w życie. Nie dlatego, ze ostatnie złamanie mu nosa przypłaciła kilkoma dniami bolesnych okładów na rękę. Od tamtej pory wiele się zmienilo. Technika jej obrony również. Zwyczajnie nie sądziła, by posuwanie się do takich środków – nawet jeśli poddawanie się swoim pierwotnym instynktom było kuszącą opcją  – miało sprowadzić na nią dobrą passę.
Obojczyk — w zastępstwie za swoje chęci wprowadzenia małej rzezi, poprawiła mężczyznę niewzruszenie, bo może mógłby ograniczyć swoje lekceważenie do tego stopnia, aby chociaż jego przytyki zabrzmiały bardziej adekwatnie do minionych wydarzeń.
Nie ma pan pojęcia o czym pan mówi — dodała już z przekonaniem, nie w temacie obojczyka, bynajmniej. Ani nawet nie książki, którą zaraz miała skomentować. Dla zachowania pozorów, mogli jednak udawać, że właśnie o niej rozmawiają. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś miał być świadkiem prowadzonej dyskusji.
O ile pamiętam, główną rolę odegrał protagonista. Zresztą doprowadzony do szaleństwa przez charakter kobiecy opowieści. Bardzo realna fabuła. Mało optymistyczna… dla głównej postaci.
Jej wzrok od pewnego momentu cały czas kontrolował ułożenie jego rąk. Nawet podczas kiedy wydawała opinie o treści opowieści. Opinię, na której nie musiała się nawet szczególnie mocno koncentrować, bardzo dobrze znając wspomnianą treść. Bardziej niż ona interesowały ją jednak zamiary znanego jej rosjanina. Jego postawa wyrażała typową próbę odebrania jej animuszu, ale skoro ta się nie powiodła…
Więc jest pan pasjonatem literatury. Co pan myśli o Dostojewskim? Może oficerowie pomogą nam go znaleźć. Zdaje się, że zajmują miejsce w odpowiednich biblioteczkach. Możemy ich też spytać o opinię.
Nie chciałaby naruszać swojej własnej strefy prywatności, dlatego chwytając wskazaną jej książkę, stuknęła nią w pierś mężczyzny, po drodze „przypadkiem” – karcąco – zahaczając ostrym rogiem twardej oprawy o jego dłoń.
Będzie się pan musiał przesunąć, jeśli chcemy rozpocząć tak gorliwą dyskusję o literaturze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   Wto Cze 06, 2017 4:53 pm

Iskierki paraliżującego podejrzenia narodziły się tam, gdzie mieszkał zdrowy rozsądek – najpewniej gdzieś pod splotem słonecznym – i wraz z cichym wydechem popłynęły w górę, rozlewając się w umyśle jak wyładowanie elektryczne. Wszystko, czego świadkiem Fiodor był od niespełna czterech minut (dokładnie dwieście siedemnaście sekund farsy), tak niebezpiecznie ocierało się o absurd, że przez chwilę starał się nie dopuszczać tego do świadomości, ale było za późno.
Nie mógł dłużej zaprzeczać – naprawdę prowadził walkę podjazdową w miejscu, któremu daleko było do choćby namiastki pola bitwy. Myśl, że przyjdzie mu stanąć twarzą w twarz z amerykańskim – w każdym, najgorszym tego słowa znaczeniu – szpiegiem,  jeszcze dzisiejszego poranka wywołałaby w Fiodorze niezdrowy przypływ ponurej wesołości. Teraz wcale nie miał powodów do śmiechu. To nie była żadna przenośnia. Żadne homerowskie porównanie. Żaden wymysł zmęczonego umysłu. Normalny, najprawdziwszy diabeł prosto z cuchnącej otchłani Stanów Zjednoczonych właśnie wyciągał łapy po jego niewinną, radziecką duszę – i czynił to wszystko w samym sercu Paryża, miasta, w którym Chirjakow dotychczas czuł się błogo anonimowy.
Aż do dzisiaj.
Przeczesał palcami jasne kosmyki włosów, wyłamał z charakterystycznym trzaskiem kłykcie. I patrzył.
Patrzył przez cały czas, w trudny z biologicznego punktu widzenia sposób ograniczając mrugnięcia do minimum – zupełnie jakby podczas ułamka dziesiętnego sekundy, kiedy to powieka przysłoni tęczówkę, Maxime Lowe byłaby w stanie wydobyć broń, oddać strzał i wskoczyć na tę samą miotłę, na której tu przyleciała. Nic nie stało na przeszkodzie, aby Fiodor zakończył to spotkanie równie prędko, jak doprowadził je do stanu zimnej wojny; wystarczyło odwrócić się na pięcie i wyjść, nawet nie oglądając przez ramię. Prawdopodobieństwo, że Chirjakow ponownie spotka Amerykankę, było drastycznie niskie – tak długo, jak długo z premedytacją nie szukaliby się pośród paryskich uliczek, mogli żyć swymi wymyślonymi tożsamościami bez obaw, że zostaną zdemaskowani.
Fiodor nie miał jednak gwarancji, że Maxime nie postanowi go szukać – Maxime z kolei nie miała gwarancji, że dożyje zmroku.
Padli ofiarą typowego, wywiadowczego pata, z którego jedyne wyjście stanowiło dalsze, wyczerpujące brnięcie w zaistniałą sytuację; on musiał wiedzieć, co będzie dalej, ona z kolei powinna nabrać pewności, że przy najbliższej okazji nie padnie ofiarą przykrej niespodzianki, w której dużą rolę odegra łamanie czyichś kończyn.
Kusi, bym powiedział to samo – coś w tonie, z jakim wydusił ostatnią sylabę – prawdopodobnie głęboka, obco przeciągnięta nuta, rzucająca długi cień na całą wypowiedź – wyraźnie świadczyło o tym, że w bardziej sprzyjających okolicznościach nie miałby skrupułów, aby pewne sprawy wyperswadować Amerykance siłą. Jej obecność tutaj – nie tyle w bibliotece, co dzielnicy, mieście, kraju, na kontynencie – była wbitą pod paznokieć drzazgą, której pozornie nieszkodliwe bytowanie mogło doprowadzić do paskudnej infekcji. Co powinien zrobić? Kiedy? Jakimi środkami?
Istotniejszy jest efekt, nie nomenklatura – podjął próbę nadania ustom odpowiednio sympatycznego kształtu, by goszczący na nich grymas mógł uchodzić za uśmiech; nic z tego – wciąż myślał wyłącznie o likwidacji celu, jakim nieświadomie (świadomie, zdecydowanie świadomie) stała się pani Lowe. Posunął się nawet do zignorowania jej kolejnych słów, wciąż patrząc tak, jakby lada moment kobieta z niepozornej blondynki miała przeobrazić się w mitologiczną bestię.
Chryste.
Gdzieś w głębi jego umysłu – bo przecież nie duszy – mozolnie kiełkowała nadzieja, ten nieśmiały, ale żywotny jak kot promyk właściwy wszystkim straceńcom, promyk, który każe im wstawać rano, i przyjąć kolejne ciosy, który szepce cichutko, że tym razem będzie inaczej, że kiedyś wszystko się zmieni.
Choć niekoniecznie na lepsze.
Trudno w tych czasach o optymistyczne fabuły, madame. Proszę mieć to na uwadze przy podejmowaniu kolejnych decyzji – zdołał przechwycić celowość, z jaką wpatrywała się w jego dłonie – najwyraźniej każde drgnięcie palców mogło zostać odczytane jako zapowiedź rychłego, pozbawionego logiki i instynktu samozachowawczego ataku, a bardziej gwałtowny gest jako wypowiedzenie wojny absolutnej.
Radziłbym nie poruszać kwestii rosyjskiej literatury w obecności naszych wspaniałomyślnych włodarzy. Z klasyków preferują Goethego – włożył wiele wysiłku w to, aby zniżyć głos do szeptu absolutnego – słowa, których jedynym odbiorcą w całym wszechświecie była Maxime, zawierały w sobie coś więcej, niż tylko próbę uniknięcia literackiej konfrontacji.
Czy właśnie ją ostrzegł przed bezmyślnym szastaniem nazwiskami, które nie powinny dotrzeć do niemieckich uszu?
Nawet, kiedy – jak przypadkowo, jak nieumyślnie! – naruszyła sferę nietykalności Fiodora, ostrym rogiem książki pozostawiając na skórze jego dłoni blady ślad zadrapania, nie drgnął choćby o centymetr.
Bardziej na złość, niż z rzeczywistej ochoty dzielenia tej samej alejki z Amerykanką.
Obawiam się, że to niemożliwe, madame. Jeszcze nie poznałem pani imienia.
W końcu – uśmiech. Nie ironiczny, nie przepełniony kpiną, raczej pełen pobłażania wobec kobiety, która sądziła, że w jakikolwiek sposób wpłynie na jego decyzje. Nie miała podstaw, aby ściągać na nich uwagę osób trzecich, więc – przynajmniej w teorii – powinna pójść po rozsądek do blond głowy i ujawnić choć rąbek zazdrośnie strzeżonej tajemnicy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Biblioteka Narodowa Francji   

Powrót do góry Go down
 
Biblioteka Narodowa Francji
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Pozostałe dzielnice-
Skocz do: