IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Camille & Fiodor


Share | 
 

 Camille & Fiodor

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
alianci
PisanieTemat: Camille & Fiodor   Nie Lip 30, 2017 8:02 pm


Najwyższa pora wyłączyć histeryczne zadawanie pytań. Przestać zastanawiać się, dlaczego to wszystko w ogóle się dzieje. Uniknąć niepewności, zignorować wielki, neonowy znak zapytania wiszący tuż nad głową, pogodzić się z faktem, że już nie ma odwrotu. Po wszystkim, co w przeciągu ostatniego kwadransa przeżyli, nie było miejsca na wątpliwości: należało zacisnąć zęby, zgrzytnąć nimi w milczeniu i posłać jeszcze jedno, krótkie spojrzenie w stronę blondynki, która – cóż za miła zmiana taktyki – w końcu postanowiła milczeć. To z jej winy – tu Fiodor nie miał żadnych wahań w obarczaniu dziewczyny pełną odpowiedzialnością – rzeczywistość przybrała gęstą, niepewną, dławiącą konsystencję, pewien stan skupienia, do którego z mozołem musiał się przyzwyczaić, by odzyskać upragnioną władzę nad sytuacją. Klucząc po szachownicy światłocienia, śledził wzrokiem opustoszałe uliczki i dwa, nienaturalnie długie cienie, które podążały za nimi krok w krok – mrok na dobre zagnieździł się w oknach śpiących paryżan, zawędrował do cichych zaułków, pod ławki i nieliczne kępki krzewów. Choć najkrótsza droga do mieszkania zajęłaby niespełna dwie minuty, musieli unikać oczywistych, suto oświetlonych szlaków: z kolei w półmroku opuszczonych uliczek zmysły lubiły płatać figla.
Raz, niespełna trzydzieści metrów od celu podróży, odniósł wrażenie, że coś niewidocznego czatuje w najbliższej bramie, że ciemność przelewa się tam w jeszcze gęstszą ciemność i wiruje ociężale w rytmie płytkich, groźnych oddechów – jednym, płynnym ruchem pchnął dziewczynę do zbawiennego cienia muru, w absolutnym milczeniu przysuwając palec do ust blondynki, najwyraźniej już gotowych wyrazić wzburzony protest.
Cicho.
Posłał jej krótkie, ostrzegawcze spojrzenie, samemu zanurzając się w ciemnej plamie rzucanej przez wysoki mur; nieopodal coś zaszurało cicho, coś przemknęło wszerz wąskiej uliczki, jakiś cień wypadł z pozornie opuszczonej bramy i pomknął w przeciwną stronę, na moment wypełniając ciszę stłumionym echem kroków. Musiało minąć długie, przerywane akordem przytłumionych oddechów pół minuty, nim Fiodor zdecydował się na ostrożne cofnięcie wciąż przytkniętego do miękkich ust opuszka palca – w tym niespiesznym geście zagnieździło się wahanie, jak gdyby do samego końca nie dowierzał, że dziewczyna rzeczywiście ma zamiar milczeć.
Co jedynie potwierdzało opinię, którą zdołał sobie o niej wyrobić.
Nim nagły przypływ adrenaliny na dobre oblepił kości, Chirjakow w milczeniu wskazał podbródkiem uliczkę, już po sekundzie samemu zanurzając się w półświetle najbliższej lampy – miodowa, delikatnie przygaszona poświata stanowiła ostatnią przeszkodę na drodze do kamienicy, której ciemny zarys odcinał się od pogodnego, rozgwieżdżonego nieba.
Trzydzieści metrów.
Niesłychane, że kiedyś – w bardzo odległych, bardzo dawnych i bardzo nierealnych czasach – podobały mu się miasta nocą. Doceniał walory skąpanej w ciszy Moskwy, opływającego w złocie Leningradu, nawet białych monumentów Waszyngtonu – po zmroku ulice ukrywają mnóstwo niespodzianek i wyobrażenie o nich jest czyste, niczym hotelowa pościel albo papier notatnika. Za każdym rogiem mogło wydarzyć się cokolwiek, a to cokolwiek w tamtych czasach znaczyło dla Fiodora znacznie więcej od całej topograficznej wiedzy.
Pary również oczarowywał od pierwszego wejrzenia, mało istotne, czy chwilowo znajdujący się pod okupacją – wypełniony historycznymi budynkami, owiany duszącą mgiełką europejskich dziejów; być może właśnie tak wyglądał Babilon, nim zaczęto budować tam wszelkie wątpliwe wieże. Już w trakcie pierwszego tygodnia pobytu natknął się na prostytutki, widział zalanego w sztok recepcjonistę, zdołał nawet natknąć się na kilku Romów, też czymś mocno nakręconych, choć u nich to kwestia mentalności. Paryż sprawiał całkiem niezłe wrażenie – do momentu, w którym nie trzeba było obawiać się gestapowskiej pałki niesprawiedliwości.
To ostatnie, przeklęte trzydzieści metrów pokonali wyłącznie w oparciu o ułudę sprzyjającego losu, który lada moment mógł zmienić zdanie i odgrodzić dwójkę spóźnialskich spacerowiczów od wysokich drzwi prowadzących do królestwa spokoju oraz bezpieczeństwa. Raźne ukłucie sukcesu Fiodor zaakceptował dopiero, gdy wciągnął do płuc zatęchłe powietrze klatki schodowej, zatrzaskując drewniane skrzydło tuż za plecami wciąż – o dziwo – milczącej blondynki. Zamiast natychmiast poprowadzić ją w górę wąskich schodów, przez chwilę trwał w bezruchu, bez jednego mrugnięcia wbijając spojrzenie w jasną plamkę jej twarzy, która odcinała się od panującego w kamienicy mroku, jeszcze gęstszego od tego, który pozostawili na zewnątrz.
Była to ostatnia okazja, by się wycofać – przecież mógł zostawić dziewczynę na dole i powiedzieć, że do końca godziny policyjnej ma jeszcze pięć godzin, dobrej nocy, miło było poznać. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby ją tu porzucił, strzepując z barków ciężar, który – poniekąd wbrew własnej woli – przyjął. Nawet pomimo paryskich ciemności, jakie zalegały na parterze klatki schodowej, wahanie Fiodora było widoczne jak na dłoni i spotęgowane zostało przez przerażającą świadomość pokory, z którą blondynka zgodziła się na współpracę i podążenie za – obiektywnie sprawę ujmując – obcym mężczyzną. Równie dobrze mogła stwierdzić:  czekałam, aż to powiesz.
I właśnie wtedy Fiodor zorientował się, że nic o niej tak naprawdę nie wie.
Zupełnie nic.
Do góry – cichy szept poniósł się stłumionym echem po opustoszałym korytarzu, wraz z wydźwiękiem słów wędrując w górę schodów; tym razem to Francuzka ruszyła przodem, jak gdyby Chirjakow uznał, że nastała najwyższa pora, by mieć ją na oku – i jakby to ona, a nie ważący dwukrotnie więcej mężczyzna, stanowiła faktyczne zagrożenie. Ten osobliwy, milczący pochód zatrzymał się dopiero na trzecim piętrze przy akompaniamencie charakterystycznego dźwięku, z którym klucz otworzył zamknięty na trzy spusty zamek. Fiodor przestąpił próg, po omacku odnajdując włącznik i lekkim pchnięciem kciuka zapalając światło.
Raczej nikt nie spodziewał się apartamentu, ale niemal opustoszałe, jakby dopiero co organizowane po przeprowadzce mieszkanie budziło irracjonalne poczucie bezradności – najwyraźniej pośród rozlicznych umiejętności lokatora zabrakło tej, która pozwala na skomponowanie znośnego wystroju. Chirjakow nie czekał, aż blondynka zechce dokładnie zapoznać się z niewielkim wnętrzem salonu połączonego z kuchnią – tuż za jej drzwiami cicho szczęknęły zamykane na powrót drzwi, na stoliku z klekotem wylądowały klucze, a sam Fiodor nagle znalazł się przy kuchence, niemal gniewnie ustawiając na niej tęskniący za czasami świetności czajnik.
Możesz zostać do szóstej – w końcu zdołał wydobyć z siebie składne zdanie, które i tak niemal rozmyło się w powietrzu, kiedy przechodził z salono-kuchni do innego, mniejszego pomieszczenia, po chwili wracając z niego z – kolejne zaskoczenie dzisiejszej nocy – równo poskładanym ręcznikiem. – Łazienka jest na lewo, raczej nie zabłądzisz.
Na krótki moment zacisnął usta w wąską, bladą kreskę, zaciekle ignorując przytłumione kurwa, co ty robisz, które rozległo się w jego myślach, kiedy podawał swojemu gościowi ręcznik. Powoli zaczynał rozumieć, chyba wiedział, dlaczego to zrobił, czemu zabrał ją do siebie – to była forma zemsty, jakaś wypaczona próba zademonstrowania, kto jest panem sytuacji, kto nadzoruje i sprawuje władzę, kto wydziela racje żywnościowe, nosi spodnie i parzy w tym domu herbatę.
I właśnie to uspokajało, bo zemsta stanowiła racjonalny wzór, a wykazać się odrobiną człowieczeństwa, empatii lub, o zgrozo, cieniem sympatii, to jak zdemolować fraktal.
Nie powinnaś wspominać o dzisiejszej nocy. Nikomu – zagotowana woda zagwizdała cicho, najwyraźniej przytakując jego słowom – chwycił za nagrzane uszko czajnika, napełniając staroświeckie, rustykalne szklanki w żelaznych koszyczkach wrzątkiem; i być może właśnie te szklanki, ta bursztynowa barwa herbaty, która pod wpływem ukropu uzewnętrzniła aromat, to palące w dłoń gorąco czajnika sprawiły, że w końcu odetchnął głęboko, odhaczając w kalendarzu życia kolejny, przetrwany dzień. – Jeśli bliscy zapytają, gdzie byłaś, wymyśl bajkę o stracie poczucia czasu i spędzeniu nocy u przyjaciółki – zamilkł na chwilę – chyba musiał przetrawić własne słowa – i zaczął dłubać łyżeczką w szklance, po czym potarł szorstki od zarostu podbródek, sygnalizując intensywny namysł, który finalnie wypadł na korzyść dziewczyny.
Kolejnym razem możesz mieć mniej szczęścia, więc podejmij odrobinę wysiłku i zacznij logicznie myśleć – nawet nie syknął, nie skrzywił się, nie rozszerzyły mu się źrenice, gdy uchwycił gorące ścianki szklanek, przestawiając je z kuchennego blatu na niewielki stolik. – Szkoda, by światowa rewolucja straciła orędownika – dodał ciszej, po prostu kiwając głową; widocznie w skali fiodorowej nienormalności, uzbrojona w ręcznik blondynka była na smutnym, szarym końcu – co nie oznaczało, że zniesie kolejne sekundy pod ostrzałem jej spojrzenia.
Niech stygnie, przygotuję ci łóżko – zanim on przyswoił własne poświęcenie i zanim ona zdołała zaoponować, ponownie zniknął za tymi samymi drzwiami, zza których przed kilkoma chwilami triumfalnie powrócił z ręcznikiem. Jak na kogoś, kogo jedynymi gośćmi byli Lykov i Berezina (oboje na domiar złego potrafiący sami zaparzyć sobie herbatę), radził sobie nieźle.
Najwyraźniej diabelnie mocno pragnął, żeby ten dzień nareszcie dobiegł końca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Pon Lip 31, 2017 12:13 pm

Zadawanie jakichkolwiek pytań było już chyba faktycznie bezcelowe; wszakże po co wciąż błądzić pytającym wzrokiem po skąpanych w ubogim świetle gazowych latarni uliczkach, po półmroku zaułków, a później próbować odczytać cokolwiek z twarzy swojego przewodnika, skoro niektórych odpowiedzi po prostu nie da się poznać - a przynajmniej nie empirycznie, nie indukcyjnie.
A przynajmniej nie dzisiejszej nocy.
Camille w milczeniu podążała za mężczyzną, kilkakrotnie w ciągu całej trasy oglądając się za siebie. W przebłysku geniuszu ściągnęła też buty na małym, zdradliwie głośnym obcasie, aby nie wydawać przy chodzeniu najmniejszego dźwięku. Parę razy zdawało jej się, że słyszała niepewne kroki rozbrzmiewające za nimi, czasem też, że rozległ się jakiś niezidentyfikowany trzask (paranoja nie ustawała w wysiłkach, aby podsunąć Francuzce, iż ten dźwięk to przeładowywana broń). Kiedy jednak niemo próbowała skonsultować swoje obawy z towarzyszem, spojrzenie Hebuterne napotykało tylko skupienie i uwagę, malujące się na jego twarzy z równą jednostajnością i natężeniem.
Droga dłużyła jej się niemiłosiernie. Zaczynała mieć wrażenie, że zaczęli kluczyć w sieci dokładnie tych samych schodów, przejść i murów, Camille przestała je rozróżniać. Wpadła jej nawet do głowy myśl, że może tak wygląda jej boska kara; wręcz na wzór syzyfowej - za swoją krnąbrność oraz kłótliwość będzie już w nieskończoność i w milczeniu pokonywać kolejne metry paryskiego bruku, nigdy nie będąc w stanie dotrzeć do celu.  
Na jej twarz wpłynął delikatny uśmiech, ale pozbawiony chociażby cienia wesołości. Ten moment odrętwienia jednak nie trwał długo, bo wyrwana z zamyślenia została (dosłownie) pchnięta pod mur, a na jej ustach spoczął palec nakazujący milczenie. W pierwszym odruchu Camille zamarła, w drugim chciała krzyknąć i na znak protestu odepchnąć od siebie mężczyznę, ale szybko, w półmroku, wyłapała jego spojrzenie nakazujące spokój i przylgnęła plecami do zimnej ściany, próbując wyostrzyć wszystkie zmysły i dostrzec źródło potencjalnego niebezpieczeństwa; na którego widok nie musiała długo czekać. Jakiś zgarbiony kształt wychynął z jednej z bram, po czym - w akompaniamencie własnych kroków - oddalił się od skrytej w cieniu dwójki. Dziewczyna próbowała nie oddychać, później brać powietrze w płuca tylko do połowy, jednakże jakkolwiek ciche nie byłyby jej próby, miała wrażenie, iż brzmią jak rzężenie gruźlika.
Cień po chwili zniknął z ich pola widzenia, a Hebuterne odetchnęła cicho z ulgą, nie chcąc nawet roztrząsać kim mógł on być, jaką wymówkę na przemierzanie ulic o tej porze mieć. A zwykle przecież lubiła dorobić sobie teorię, czy dwie, odnośnie - tych szczególnie niecodziennych - zachowań obcych ludzi.
Chociaż, pomyślała, taka zabawa chyba jednak traci na atrakcyjności w momencie, gdy stwierdzasz, iż obiekt obserwacji mógłby cię z powodzeniem zamordować i utrudnić weryfikację zwłok przez własną rodzinę.  
Zauważyła oczywiście, iż palec został odsunięty od jej ust nie bez chwili zawahania, na co zareagowała ciężkim, zmęczonym spojrzeniem; w założeniu miało ono pytać naprawdę sądzisz, że teraz krzyknę? naprawdę?
Ale chyba nie powinna się dziwić, iż została tak oceniona.
Nie kryła widocznej ulgi, gdy jej towarzysz ruchem głowy wskazał na jedną z kamienic: czy ten widok naprawdę oznaczał koniec szaleńczego spaceru i oddalenie się coraz wyraźniejszej wizji natknięcia się na jakiś nadgorliwy patrol? Kiwnęła głową na znak, iż rozumie i na wzór mężczyzny zanurkowała pod poświatę lampy dzielącą ich od celu, mając wrażenie, iż oto właśnie lekkomyślnie wystawia się na pierwszą linię ostrzału, całą swoją postawą ciała krzycząc, że bierze udział w czymś nielegalnym i podejrzanym.
W końcu zamknęły się za nimi drzwi kamienicy, zapanowała zupełna ciemność i cisza. Camille również tkwiła bez ruchu, stopniowo przyzwyczajając wzrok do nowej warstwy mroku. Wahanie (pół!)Ruska było wręcz namacalne, a dylemat - chociaż niewypowiedziany - zdawał się przytłaczający i ciężki też dla dziewczyny, która wyczuła, iż właśnie ważą się jej losy. Ich myśli, na pozór różne, lawirowały wokół tego samego tematu.
Czemu doprowadziła do sytuacji w której to nie ona ma ostatnie słowo w sprawie, nawet tak - pozornie - prozaicznej, jak to gdzie będzie spać? Powinna powiedzieć mu, że zostaje tutaj, że wiele dla niej zrobił, ale od teraz decyduje sama i że do świtu przeczeka właśnie w tym miejscu. Że nie wejdzie z nim nigdzie, nawet jeśli on tak zadecyduje - bo przecież jest odpowiedzialna i rozsądna, a nie lekkomyślna. Nie kieruje się niewyjaśnialnymi emocjami, złudnymi przeczuciami. Jest niezależna, zawsze na swoich własnych warunkach.
Powinna nalegać, żeby odprowadził ją do mieszkania, albo pójść tam po prostu samej - a nie, jak pierwsza naiwna owieczka, ślepo podążać za tym mężczyzną, zgadzać się na jego warunki; nawet jeżeli miały jej pomóc przeżyć tę noc, nawet jeżeli miałaby się wręcz za to skąpać w poczuciu płynnego spokoju, jaki chwilami spływał na nią tak gwałtownie, że zastanawiała się w ogóle skąd wynikają jej obawy?
Nie do pomyślenia.
Zachowywała się jak głupia, naiwna dziewucha, ale pomimo tej świadomości nie była w stanie wykonać żadnego kroku.
Chciała pierwsza przerwać milczenie i poinformować go, że zostaje tutaj - w ciemnym, zatęchłym korytarzu - nie mogąc znieść myśli, iż w zasadzie to właśnie czeka na to, aż obcy mężczyzna stwierdzi, że nie popełnia błędu, pozwalając jej wejść do swojego mieszkania.
I wtedy szept dochodzący z mroku kazał jej iść do góry.
Wbrew całej dyspucie, która rozgrywała się w niej wciąż na nowo i na nowo, skierowała swoje kroki na schody i zaczęła się po nich piąć, stąpając najciszej jak tylko mogła, wciąż trzymając swoje buty w dłoniach. O ile wcześniej nie wiedziała co nią kieruje, to teraz była już kompletnie skołowana. Czy znowu nie ściągała na siebie niebezpieczeństwa; czy znowu nie pakowała się w sytuację, która ją przerośnie?
Camille Hebuterne, co ty w ogóle wyprawiasz?
Nie znała nawet imienia tego człowieka.
Chociaż jej myśli szalały, nie potrafiłaby wykrzesać z siebie tyle niepokoju i realnego przekonania o irracjonalności swoich poczynań, żeby zawrócić w którymkolwiek momencie ich drogi.
Kiedy otworzył drzwi i zapalił światło, omiotła wzrokiem widoczną część mieszkania. Szczerze nie wyglądało ono na szczególnie używane, było raczej kiepskim zobrazowaniem definicji słowa dom. Było zupełnie, jakby wprowadził się wczoraj - brakowało tylko walających się pudeł. To wcale nie uspokoiło myśli Camille, wręcz przeciwnie - nakazało przypuszczać, iż ten mężczyzna nie jest szczególnie zakorzeniony w tym miejscu; co nadawało mu pewnej tymczasowości i ulotności, jakby ta iluzja bezpieczeństwa miała się zaraz rozpaść, a Hebuterne brała mimowolny udział w jakimś okrutnym spektaklu.
Wzdrygnęła się mimowolnie, kiedy zamknął drzwi.  
Niepewnie odłożyła buty obok szafki z kluczami. Jej pewność siebie postanowiła na chwilę wyparować; nie byli na jej terenie, nie byli nawet na terenie neutralnym - znajdowali się pod jego całkowitą jurysdykcją; dobijająca świadomość. Próbując odzyskać nieco rezonu, Camille próbowała wytłumaczyć sobie, iż wcale nie jest na jego żadnej, cholernej, łasce. To był jej wybór - dobrowolny. I zawsze mogła z niego zrezygnować, pomijając oczywiście fakt, że wiązałoby się to z próbą odnalezienia drogi powrotnej do swojego aktualnego lokum - co jak zostało wielokrotnie przedyskutowane przez Camille w myślach - było pomysłem dość poronionym i samobójczym. Ale wciąż pozostawało opcją.
Stała w jednym miejscu, przyglądając się gniewnym poczynaniom gospodarza. Na słowa o godzinie szóstej, skinęła tylko głową na znak, że rozumie. Ręcznik, z pewną dozą zaskoczenia, również wzięła od niego w milczeniu, nie mogąc zdobyć się na to, aby wydobyć z siebie dźwięk formujący się w słowo dziękuję.
Na wzmiankę o wspominaniu o tej nocy komukolwiek, parsknęła.
- Zapewniam cię, że moi bliscy o to nie zapytają. - są za bardzo zajęci zdradzaniem ojczyzny, bezczeszczeniem nazwiska i jak znając życie, to także nienawiścią do mnie. - Mogłabym powiedzieć jedynie bezdomnemu kotu, który czasem przychodzi po jedzenie. A wątpię, że nawet on chciałby słuchać. - na pozór obojętnie wzruszyła ramionami. W końcu wykonała jakikolwiek krok i podeszła do stolika z herbatą, wciąż w jednej ręce dzierżąc ręcznik.
- To była logiczna kalkulacja... pod pewnym względem. - powiedziała po chwili namysłu, nieco urażona jego słowami. Niedoczekanie, żeby pokornie przyjęła zarzut o nielogicznym myśleniu. - Statystycznie rzecz biorąc, w ciągu dnia jest większe prawdopodobieństwo rewizji i sprawdzania dokumentów. Wszędzie jest... ich więcej. - nie wspomniała, że w jej logicznej kalkulacji zabrakło miejsca na aspekty takie jak godzina policyjna, czy agresywne pijaczki. - Poza tym nie jestem amatorką. - dodała nie bez pewnej wyższości, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, jak żałośnie brzmi to z jej ust w obecnych okolicznościach. - No, ale nawet najlepszym niestety zdarza się potknąć. - rozejrzała się wokół, jakby na potwierdzenie swoich słów. - A rewolucja potrzebuje odwagi i zaangażowania, szerzenia myśli, nie biernego czekania, aż kiedyś po prostu nastanie. - po tych słowach delikatnie dotknęła szklanki wierzchem dłoni, od niechcenia sprawdzając jej temperaturę. Oczywiście lekko się sparzyła.
- Łóżko? - powtórzyła, faktycznie chcąc zaoponować. Pan domu nie wyglądał na kogoś, kto - ku uciesze wielu gości - prowadzi wysokostandardowy pensjonat oferujący wiele miejsc noclegowych. W tym mieszkaniu było raczej jedno łóżko i chociaż do tej pory Camille nie zastanowiło, gdzie dokładnie spędzi tę noc, to jednak odbieranie gospodarzowi szansy na wyspanie się, wydało się dziewczynie niehonorowe z jej strony. Rozejrzała się wokół, szukając ewentualnej kanapy na której mogłaby się położyć.
Nie znalazła.
Nie za bardzo wiedząc co ma ze sobą teraz zrobić (udać się do łazienki, poczekać w salono-kuchni, wzniecić łóżkowo-brako-kanapowy bunt?) i nie chcąc tkwić w miejscu jak sierota (którą wciąż nieprzerwanie w tej marynarce przypominała), podążyła za mężczyzną do tajemniczego pokoiku, który pewnie był po prostu sypialnią. Ponownie poczuła się nieco niezręcznie, tak stojąc w drzwiach, przyglądając się tylko i czując, że jest źródłem pewnej niedogodności, kłopotu.
- Nie musisz się poświęcać. Jakoś sobie poradzę. - oznajmiła dziarsko od progu, rozglądając się po malutkim pomieszczeniu. Znowu ją zaskoczył, chcąc dobrowolnie odstąpić łóżku dziewczynie, która parokrotnie i z takim namaszczeniem zwyzywała go. Nie potrzebowała nadmiaru łaski. Poza tym, nawet Camille musiała przyznać, że otrzymała już całkiem pokaźną ilość poświęcenia jak na tę jedną noc. Jej wzrok padł na mężczyznę. - Jak ty się w ogóle nazywasz? - zadała w końcu to, zdawać by się mogło, pytanie padające raczej na początku każdej znajomości; w pewnym sensie to się nawet zgadzało, bowiem ta dwójeczka nie wiedziała o sobie w zasadzie nic. Dziewczyna stwierdziła jednak, że jeśli i tak zamierza tutaj spędzić noc, to może wypadałoby wreszcie dowiedzieć się u kogo. A skoro nigdzie w jego mieszkaniu nie natrafiła (bardzo osobliwe!) na - chociażby ułożony z plastikowych literek - napis XYZ WITA W SWOICH SKROMNYCH PROGACH, to postanowiła sama rozwiać tę wątpliwość. Dużo wątpliwości, dużo pytań - ale to jedyne wydało jej się na tyle neutralne, aby faktycznie padło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Pon Lip 31, 2017 10:00 pm

Lepiej o nic nie pytać; lepiej nie pytać wcale, bo cała ta sytuacja nadal jest dziwna – gdyby przez ostatnie pół godziny nie narażał własnego życia dla dziewczyny, którą jeszcze przed tygodniem gotów był utopić w beczce lagera, zaśmiałby się sam do siebie – bo wciąż wymyka się wszelkim zdroworozsądkowym ramom. Fiodor chciał wierzyć, że o poranku obudzi się rześki i wyspany, przez zaciągnięte zasłony wpadnie smużka złotego słońca, dzień będzie trzeźwy, czysty i pięknie błękitny, i ostatnie, o czym mógłby pomyśleć albo co mogłoby go spotkać podczas tak malowniczej introdukcji dnia, to na wskroś uparta blondynka z potarganą torbą wypchaną propagandowymi ulotkami.
Już samo to powinno zniechęcić Fiodora do otwierania drzwi przed tą furiastyczną dziewuchą.
Jeszcze w drodze do mieszkania poważnie rozważał piękne, widowiskowe samobójstwo; nienawidził siebie za samczą dyrektywę, która nakazała mu porzucić wszelkie racjonalne normy i zobligowała do pomocy; nienawidził za to, że zmarnotrawił tak wiele czasu na czcze, słowne przepychanki i z góry skazaną na brak rozstrzygnięcia walkę; nienawidził w końcu za nagły zryw wypaczonej szlachetności, w myśl której postanowił zaryzykować całą przykrywkę dla kogoś, kto – obiektywnie rzecz biorąc – nie znaczył dla Fiodora absolutnie nic.
Ale w przyszłości mógł okazać się przydatny – i najpewniej właśnie to w mrokach parteru przeważyło na korzyść dziewczyny. Nienawidził więc siebie i jednocześnie dziękował wszelkim możliwym bóstwom przypadku za podobny splot wydarzeń: byłby przecież bzdurą, nie mężczyzną, gdyby zostawił ją samą na pastwę paryskich bastionów wykolejeńców i choć od tamtej pory pluł sobie w brodę z dokładnością co do minuty, mógł być pewien jednego.
Dziewczyna miała wobec niego – całkiem dosłownie – śmiertelny dług.
I to podwójny, jeśli doliczyć do rachunku zagwarantowanie noclegu, herbatę oraz, rzecz niesłychana, ręcznik. To, że konstrukcja podobnej piramidy wdzięczności wymagała od Fiodora niesamowitych pokładów cierpliwości, samozaparcia oraz ryzyka, stanowiło sprawę drugorzędną w obliczu ewentualnych korzyści. Przecież te ulotki, te ulotki stanowiły materialny dowód na zaangażowanie dziewczyny nie tylko w szerzenie jedynej, słusznej doktryny, ale również w struktury, które przez samych okupantów określane były jako Ruch Oporu.
Czuł się tak, jakby upiekł dwie bieługi na jednym ruszcie, nie wkładając w kulinarny proces ani odrobiny wysiłku – chociaż niezaprzeczalnie było go od groma. W spokojnym, stonowanym rozegraniu tej partii do końca zawadzał wyłącznie charakter blondynki, który raz za razem zaskakiwał Fiodora świeżymi pokładami uporu i wiary we własne (dość zresztą wątpliwe) umiejętności.
Zaledwie raz sprawiła mu miłą niespodziankę, z nieprzymuszonej inicjatywy niwelując odgłosy kroków i zdejmując obuwie. Jej poświęcenie zauważył dopiero, kiedy zdał sobie sprawę, że nie słyszy absolutnie nic, co w towarzystwie blondynki było rzeczą nietypową – podobnie jak widok bosej kobiety na nocnych ulicach Paryża i to z dala od dzielnic, gdzie podobna widokówka stanowiła nieodzowny element najstarszego zawodu świata.
Za podobną domyślność, za równie zapalczywą chęć do współpracy i umiejętność zachowania milczenia, gdy jest to konieczne, gotów był znaleźć tamtych trzech obszarpańców, ostatecznie rozwiązać ich kwestię, poobcinać im kapuściane łby – dopiero teraz Fiodora tknęły rzucane na odchodne obelgi, jak gdyby sukinsyn rzeczywiście mogło go urazić – i wręczyć je blondynce jako wojenne łupy, zawieszone na przerdzewiałym łańcuchu. Przy odrobinie inwencji twórczej dorzuciłby komplet pościeli. I dwie torby orzechów.
Mściwe urojenia musiały zostać zepchnięte na dalszy plan, ustępując szybkiemu rachunkowi sumienia – bo oto stali naprzeciwko siebie w mroku klatki schodowej, mierząc się czujnymi, wilczymi spojrzeniami, i zastanawiając intensywnie, w którą stronę ruszyć. Wwiercał wzrok w ciemność, ale był w stanie dostrzec wyłącznie cień, który – choć blisko na tyle, by czuł jego zapach – wciąż pozostawał jedynie cieniem wyposażonym w zamazane, niewyraźne ruchy. Utknęli w nieracjonalnym impasie, otępiali, zmęczeni, obdarci z wściekłości, jaka jeszcze przed kwadransem napędzała myśli oraz słowa – Fiodor niemal czuł, jak zaczyna przekształcać się w ciężką, twardą bryłkę skomponowaną z opiatów i grudkowanego budyniu. Aby wyspać się, ochłonąć, wygnać z mięśni napięcie, musiałby wskoczyć do tej słodkawej, brudnej brei i starać się nie płynąć: ale o odpoczynku nie mogło być przecież mowy, nie w obliczu gościa, którego miał przyjemność podejmować. Oboje popisali się niesłychaną naiwnością i czymś na wzór doskonale wyćwiczonej intuicji – jak gdyby dotychczas nieodkryty zmysł podpowiadał im, że jakkolwiek nieracjonalne lub zwyczajnie głupie wydają się zapadające decyzje, muszą zostać podjęte.
Bo tak miało być.
Tak musiało być?
Fiodor szybko zrozumiał, że nie mogą trwać bez końca w bezruchu, zastanawiając się, w którą stronę ruszyć – zagrożenie było mniej bezpośrednie niż dotychczas, nie zamykało się w utartym schemacie niemieckiego patrolu, oscylowało raczej wokół rosnącego ryzyka błędów, które mogli popełnić. Im dłuższy namysł, tym większe prawdopodobieństwo popełnienia obyczajowego, logicznego lub sytuacyjnego lapsusu. Należało działać bez szczególnego namysłu, bo na tym etapie nocy – jakkolwiek dramatycznie to nie rozbrzmiewa – namysł był zbędny. Jedyna droga prowadziła w górę, do mieszkania, do kilku ciasnych ścian, w których nie krążył nawet najdrobniejszy atom zadomowienia, było za to wiele niedopowiedzeń i tajemnic, jak gdyby lokator nie chciał zdradzić przed samym sobą sekretu własnego pochodzenia. Fiodor uchylał przed dziewczyną drzwi tak, jakby wpuszczał ją do antycznego pałacyku własnych trosk i niepewności, jakby pokazywał jej fragment rzeczywistości, która dotychczas pozostawała niedostępna; rzeczywistości rozgrywającej się w tandetnej scenerii trzy plus jeden – burdel, restauracja, hotel. Niewiele brakowało, by po chwili przytłaczającego milczenia, gdzie jedynymi punktami odniesienia był metaliczny szczęk uderzającego o kuchenną kratkę czajnika, ciche skrzypnięcie drzwi i jakieś odległe echo odsuwanych szuflad, rozległo się jego zrezygnowane westchnienie.
To w stylu krótkiego eh, gdy pragnie się powiedzieć coś albo bardzo ważnego, i przemknie to przez gardło wyłącznie przebrane w kostium banału, albo gdy po prostu chce się stwierdzić do dupy z takim życiem. Zmęczone, powątpiewające eh, zwiastujące słowa, które prędzej czy później opuszczą usta – Fiodor mógł mieć dosyć emocji na dzisiejszy wieczór, ale nadal uparcie żłobił dziurę w całym, byleby tylko wydobyć z niej kolejne informacje, bo jego zakrojona na szeroką skalę paranoja właśnie tego oczekiwała. I choć cała ta sytuacja powoli zaczynała wbijać mu się twardymi kantami w dupę, nie zamierzał odpuszczać – nawet wtedy, kiedy zaskoczenie dziewczyny nagłym przypływem gościnności i słowa, jakie moment później padły z jej ust, stanowiły kolejny gwóźdź, który przybił Fiodora do tej opłakanej, obleczonej w dziecięcą bezradność chwili.
Już zdążyliśmy ustalić, że nie masz nic wspólnego ze swoim ojcem – odparł z zaskakującym spokojem jak na kogoś, kto nie chciał mieć nic wspólnego z własnym, choć w rzeczywistości łączyło ich więcej, niż był w stanie przyznać. Być może dlatego w słowach Fiodora przykucnęło coś cynicznie wyrozumiałego. I bardzo gorzkiego. Jego głos miał w sobie niejasny posmak rozgryzionej tabletki na zgagę - z pozoru coś nieprzyjemnego, w rzeczywistości niosło ulgę. – Koty z kolei nie słuchają nigdy, to nic osobistego – jeśli miał zamiar dodać jej otuchy, niewiele z tego wynikło, bo ledwie moment później – już znad siwych obłoczków dolatujących z zalanych wrzątkiem herbat – dodał ciszej: – Choć wcale się mu nie dziwię…
Nieszczególnie przejmując się tym, że może (i że na pewno był) zostać usłyszany. Być może dziewczyna miała rację, jeszcze w uliczce doktora Babinskiego przypuszczając na niego frontalny atak jak mały, hałaśliwy piesek – najwyraźniej zasługiwał na porządne obszczekanie, skoro sam pomimo zmęczenia i pozornej polubowności nie był w stanie zrezygnować z wygodnego sweterka cynizmu. Fiodor najwyraźniej potrzebował czynnika, który zaabsorbuje go na tyle, by mógł rozładować zaistniałą sytuację, czegoś, co pozwoliło mu się pozbierać, dać czas, aby odbudował (i podbudował) nieustępliwą pozycję, wyhodował na powrót nieustępliwe mięśnie i wyprostował sztywny kręgosłup zasad.
Czy twoja statystyka uwzględniła liczebność cywili w dzień i po zmroku? – stuknął łyżeczką – raz, drugi, trzeci – o brzeg szklanki, wypełniając ciszę poirytowanym szczęknięciem szkła zderzającego się z metalem. – Szanse na przeszukanie wzrastają… cóż, dwudziestokrotnie, podobnie jak czujność patrolów – obojętnie wrzucił łyżeczkę do zlewu, najwyraźniej nie mając zamiaru fatygować się jej umyciem. Po tym zobojętniało-oschłym geście na moment zapadła cisza, głęboka jak studnia, czarna jak naftowy odwiert, przerwana dopiero kolejnymi słowami Fiodora, który wbijał poważne – i pozbawione choćby cienia dotychczasowego pobłażania – spojrzenie w dziewczynę.
Potrzebuje też odpowiednich przygotowań i liczebności, a nie miałaś ani jednego, ani drugiego, poza rzekomym planem – uniósł nieznacznie brwi, litościwie spuszczając zasłonę milczenia na pobrzmiewającą w tonie blondynki wyniosłość – kogo chciała przekonać?
Jego czy siebie?
Bez różnicy – starania spełzły na niczym.
Zgaduję, że skromność nie jest twoją mocną stroną – to dodał już w ruchu, wymykając się spod jej spojrzenia i znikając za kolejnymi drzwiami – wolał nie być obecny przy ewentualnej kaskadzie zarzutów, które lada moment mogły dolecieć z salonu; już i tak nie potrafił otrząsnąć się ze zdumienia nad tonem jej drobnego głosu mającego w sobie stanowczość dyktatora. Był pewien, że przez kolejny tydzień śnić mu się będzie liczba zdarzeń, jakie doprowadziły ich do tego punktu – momentu, w którym słuchał komunistycznych prawd głoszonych przez bezimienną, aktualnie szarżującą próg jego sypialni dziewczynę.
Nie poświęcam się – zapowiedział, niezrażony protestami; to nie była wielka, niezapomniana przygoda, raczej złudzenie lub wypaczony kabaret z tą dwójką w roli głównej – i jemu wcale nie było do śmiechu. – Poza byciem zapaloną komunistką, jesteś też nieszczególnie zdolną, ale jednak – złodziejką. Wolę mieć pewność, że nie uciekniesz w środku nocyteraz masz środek nocy, uparty, stary ośle, a skoro ona nie chce skorzystać z oferowanych wygód, jej strata z jedyną cenną rzeczą, jaką tu posiadam.
Na moment przerwał zapalczywe oblekanie jedynej poduszki w świeżą poszewkę, która – biorąc pod uwagę wyposażenia mieszkania – stanowiła drugi z dwóch kompletów pościeli.
Moim czajnikiem – zabrzmiał poważnie – poważniej, niż kiedykolwiek dotychczas, przyoblekając na twarz wyraz pełnej gotowości do walki, zupełnie jakby ten obdrapany, emaliowany dar cywilizacji stanowił święty Graal całego przemysłu czajnikarskiego – i kto wie, może właśnie tak było, może jego intensywna czerwień śrubowała wartość do zawrotnych sum?
Nie mam siły, zamiaru ani ochoty na kolejną sprzeczkę. Ta dyskusja dobiegła końca – dla podkreślenia wagi własnych słów, które wydźwiękiem i nieustępliwością przypominały wyrok sądu najwyższego lub – jeszcze poważniej – rozkaz babci, by dojeść mięsko, trzepnął potężnie kocem, wypełniając powietrze galaktyką niewidocznego w półmroku kurzu. Od porządkowego ścielenia oderwało go dopiero kolejne pytanie dziewczyny, tym razem – a może nareszcie? – będące najbardziej adekwatnym zagadnieniem od samego początku tej piekielnej przeprawy.
Interesująca zasada. Musisz znać imię każdego mężczyzny, z którym spędzisz noc? – nie potrafił powstrzymać cienia uśmiechu – ciężko stwierdzić, czy bardziej rozbawionego, czy jednak cynicznego – nim triumfalnie wygładził ostatnią z fałd koca, dopiero wtedy poświęcając pełnię uwagi blondynce. Zasługiwała naprawdę – choć prawdziwe kłamstwo zdawało się adekwatniejszym określeniem dla imienia, które chwilę później padło z jego ust. – Lazare – nim przyszło jej do głowy pytać o nazwisko, liczbę rodzeństwa i ewentualne byłe żony, ruszył w stronę drzwi, najwyraźniej zdeterminowany, by opuścić sypialnię, wrócić do herbaty, a później uwić czujne gniazdko w stojącym przy ścianie fotelu. Jednak przekora – która nagle otrząsnęła się z letargu, z trzaskiem rozprostowała kości i właśnie uśmiechała się leniwie – nakazała Fiodorowi, aby zatrzymał się w progu, oparł ramieniem o framugę i niespiesznie, jakby miał do stracenia całą noc (a czy nie miał?), sięgnął do guzika marynarki, którą jeszcze przed dwoma kwadransami pospiesznie narzucał na drżące ramiona dziewczyny.
Odzyskam ją?
Kolejne z neutralnych pytań, na które odpowiedź wydawała się oczywista – czy jedynie próba odwrócenia uwagi od faktycznego problemu, jakim była nadchodząca batalia o miejsce spania?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Wto Sie 01, 2017 12:20 pm

Furiastyczna dziewucha kierowała się w swoim życiu kilkoma nienaruszalnymi zasadami - jedną z nich była właśnie ta niezależność, której Camille tak zaciekle pilnowała; brak długów - jakiejkolwiek natury - u kogokolwiek. Przestrzeganie takich dyrektyw, w jej mniemaniu, pozwalało utrzymywać się na powierzchni powodzenia bez zbędnego balastu przyczepionego do nogi; bez gryzącej świadomości, iż jest się komuś coś należną. Bez realnego, honorowego przymusu do odpłaty za wyświadczoną przysługę. A co dopiero za uratowanie życia.
Taki to był właśnie wybór; udać się z urokliwymi panami na stronę i przypuszczalnie pożegnać się z tą - marną, bo marną – egzystencją, albo zostać naznaczoną powinnością odpłaty za ryzykowanie i uratowanie życia. To dopiero było eh.
Dobrze, że jednak nie dostała tych głów swoich oprawców jak na tacy – bo wtedy jej dług chyba byłby niemożliwy do spłacenia. Chociaż teoretycznie wizja była kusząca!
Do Hebuterne oczywiście nie doszło, że jej życie zostało właśnie wycenione jako karta przetargowa w grze wymiany informacji; w grze o której sama nie miała pojęcia, tak w zasadzie. I w której była tylko drobnym, ledwie palącym się ogniwem - mniejszym, niż sama kiedykolwiek chciałaby przyznać.
Pozornie nie była człowiekiem wierzącym w wielkie cuda; uzdrowienia, objawienia, namaszczenia czy inne cyrki na kółkach. Nie wierzyła nawet w potencjalne, małe cudeńka dnia powszedniego; zdawać by się mogło, że już dawno obdarta została z jeszcze dziecięcej niewinności, utraconej bezpowrotnie w przytłaczającej, wojennej rzeczywistości, napierającej na nią brutalnie za każdym razem, gdy tylko otworzyła oczy.
Zatem chyba bez problemu powinna połączyć fakty i doszukać się w działaniach swojego wybawiciela interesowności, którą kierowali się - w mniejszym, bądź większym stopniu - wszyscy mieszkańcy tego okupowanego miasta. Wojna zmieniała Paryż w prawdziwy żer; ale nie tylko dla drapieżników. Każdy chciał przetrwać - jedynie garstka próbowała nie robić tego po najmniejszej linii oporu.
Albo, jak w przypadku Camille, nie po cichu i nie z pokorą, widząc w tym jedyny sposób, aby uratować godność. I to nawet za cenę życia, które - tej nocy - jednak szczęśliwie zachowała.    
I pomimo tego, że teoretycznie posiadała pewną, podpartą przykładami, wiedzę na temat ludzkiej natury, zwłaszcza w obliczu skrajnych, narażających  wydarzeń, to jednak wciąż naiwnie, nie do końca chyba świadomie, brnęła w ślepą myśl, iż szlachetność zatriumfuje. I ideały, które napędzają do dokonywania niemożliwego, do pokonywania granic i śmiertelnych wrogów. Przekarmiony papierowymi bohaterami oraz ich potyczkami o moralność umysł Camille potrafił generować dziwną, przekrzywioną wizję rzeczywistości. Pozbawioną trywialnych, przyziemnych motywacji - co, notabene, już nieraz się na dziewczynie zemściło. I pewnie miało to zrobić jeszcze nie raz. Pytanie tylko: kiedy?
W tym ciemnym korytarzu Camille jednak nie myślała na tyle trzeźwo, aby to analizować, ponieważ dusząca irracjonalność sytuacji była tak dojmująca, iż wykluczała z jej poczynań i decyzji jakąkolwiek logikę; której w tym momencie również nie starała się dostrzec w działaniach swojego towarzysza. Jego motywacje miały dla niej, póki co, pozostać wygodną, gotową do interpretacji, zagwozdką.
Z leniwą przekorą, dystansem i ironią kogoś, kto wie, iż nie zmieni swojego karygodnego postępowania, Camille pomyślała, że jest prawdziwą mistrzynią w uciekaniu przed niebezpieczeństwem. Zwłaszcza tak chętnie, bezrefleksyjnie wchodząc do tego ziejącego pustką mieszkania, za mężczyzną o tyle od siebie wyższym, o tyle postawniejszym. Całkiem nieznajomym.
Ale, tak naprawdę, było już o wiele za późno na takie myśli - skoro powiedziało się A, trzeba było powiedzieć i B. A najlepiej to od razu wyśpiewać cały alfabet, zachowując pozory niezmordowanego, stalowego charakteru i takiego też nastawienia.
Hebuterne stwierdziła w myślach, że ktoś, kto mieszka w taki sposób, nie planuje pozostać w danym lokum na dłużej; chyba, że faktycznie jest w trakcie przeprowadzki? Z drugiej strony odniosła jednak silne wrażenie, że mieszkanie dziwnie przystaje do charakteru swojego mieszkańca: z pozoru całkowicie przeciętne, wypełnione niewieloma sprzętami o ściśle określonych funkcjach i o nieco przytłaczającej atmosferze; ale pod tymi dokładnie przestrzeganymi pozorami, utwierdzała się w dziwnym przekonaniu, kryło się więcej. I to więcej kazało jej się uważnie rozglądać, jak gdyby ze ścian, czy tych kilku mebli, miała wyczytać tajemnicę tkwiącą w dzisiejszej nocy. 
- I w zasadzie tyle wystarczy wiedzieć na jego temat. - ucięła, rzucając swojemu gospodarzowi badawcze spojrzenie, próbując odszukać, skąd w jego głosie ten dziwny spokój; podszyty czymś na wzór cynizmu, ale jednak nie tego zwyczajowego, którego pełno było zwykle w słowach skierowanych do Camille.  
Oczywiście, że usłyszała uwagę na temat kota.
Oczywiście, że nie zostawiłaby jej bez swojego komentarza.
- Przynajmniej mi nie odpowie i nie będę musiała się z nim użerać, niektórzy mogliby się od niego tego uczyć. - odparowała, również nie przejmując się faktem, iż jej słowa i ta delikatna uszczypliwość rozbrzmiały na tyle głośno (chodź starała się powiedzieć to tak cicho, jak wcześniej mężczyzna), aby jej rozmówca doskonale usłyszał. Prawda była taka, że oboje nakręcali się tymi uwagami i coraz to nowszą porcją cynizmu, jakby stanowiły one swobodny pomost między tą niecodzienną, pozbawioną znamion kojącej powtarzalności rzeczywistością, a ich wyuczoną, w pewien sposób przewidywalną życiową rutyną. Camille tak radziła sobie z towarzyszącą niepewnością, która uwierała ją w tej chwili nieznośnie, obdzierając z poczucia swobody. Musiała się jakoś bronić i osłonić, a to był jej stary, wyświechtany sposób, odgradzający ją od ludzi i sytuacji, które z jakichś powodów ją przerastały – bądź, tak jak w tym wypadku, tylko mnożyły pytania, których nie miała prawa zadać.
- Przyznaję, że do moich obliczeń mógł wkraść się pewien malutki błąd. - wysłuchała go początkowo w milczeniu i przyznała w końcu z ociąganiem, akcentując wyraźnie ostatnie słowo. Wytrzymała i odparła jego poważne spojrzenie, wwiercające się w nią intensywnie. Nie należała do typu ludzi, którzy głośno i przy ludziach chcieli analizować swoje porażki; zwłaszcza tak uwłaczające. Wolała szybko zejść z tematu, najlepiej od razu rozpocząć proces zapominania i nigdy więcej o tym nie wspominać. - Mój plan był dobry.- dodała jeszcze pod nosem, trochę jak naburmuszone dziecko, wciąż i wciąż próbując walczyć o tę swoją resztkę zszarganej okrutnie dumy. Udawała, że nie widzi tych jego nieznacznie uniesionych brwi. Tak, doskonale wiedziała co oznaczają. I tak - doskonale wiedziała, że miał rację. Ale wolałaby przywiązać sobie do kostki kamień i skoczyć z klifu do morza śródziemnego, niż to przyznać.
- Za to twoją mocną stroną na pewno nie jest takt. Ani uprzejmość. - zawołała za nim, kiedy się oddalał; niczym dezerter!, miała ochotę wykrzyknąć. Ale to już chyba byłoby za dużo; nawet jak na niewyparzony język Hebuterne, która w denerwującym zwyczaju miała najpierw się odzywać, dopiero później myśleć.
Już, już chciała protestować (bo przecież, no halo, jest początkującą złodziejką, ale radzi sobie świetnie?!), ale zanim to zrobiła, zamarła na dwie sekundy, wpatrując się w mężczyznę, który przerwał na chwilę przewlekanie poduszki.
I, dosłownie niesłychane, ale uśmiechnęła się z rozbawieniem po raz pierwszy w jego towarzystwie. I nie był to uśmiech wymuszony, ale całkowicie szczery, posłany mężczyźnie w odpowiedzi na jego poważne i groźne spojrzenie.
- Nie martw się, dopóki nie nosisz swastyki na ramieniu, twój cudowny czajnik jest całkowicie bezpieczny. - odparła z równą powagą, kładąc wolną dłoń na piersi w ramach przyrzeczenia. Nie była byle jaką złodziejką (oprócz tego, że niezbyt wykwalifikowaną i dość pechową), miała przecież nienaruszalne zasady!  
Poza tym, miała jeszcze jedną, bardzo charakterystyczną cechę - słowa wypowiedziane na wzór "to koniec dyskusji" działały na nią jak płachta na byka (szczególnie wymawiane tonem nieznoszącym sprzeciwu), nastrajając Camille do podważenia wszelkich ustaleń, a także do walki o ostatnie słowo; które, jak można się domyślić, wręcz uwielbiała mieć.
- Ta dyskusja się jeszcze nie zaczęła. - uściśliła z całkowitym spokojem, przyglądając się z uwagą całemu procesowi ścielenia łóżka. Swoim uporem mogłaby obdarować dosłownie całe wojsko. - Nieee, o imię pytam tylko cynicznych komunistów, którzy wyzywają mnie od wariatek. - powiedziała na wpół wesołym tonem, kręcąc głową z ironią w udawanym rozbawieniu; zupełnie jakby było to oczywiste! Posłała mu ciężkie spojrzenie.
Nie było jej do śmiechu.  
Lazare - nagle ten bezimienny mężczyzna uzyskał konkretną tożsamość; coś, nakazywało sądzić, że nie jest jedynie złudnym wytworem klątwy, którą rzuciła na Camille ta przedziwna uliczka doktora Babinskiego.
Nie zdążyła skomentować tego w żaden sposób.
Zaskoczona, kierowana pierwszym, ofensywnym odruchem chciała strzepnąć jego rękę sięgającą guzika marynarki. Zatrzymała się jednak w połowie ruchu, zadzierając głowę do góry i wbijając jasne, harde spojrzenie w jego twarz, jakby w geście rzucanego wyzwania.
- Odzyskasz ją bez walki tylko wtedy, kiedy przyznasz, że nie jestem wcale taką kiepską złodziejką.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Wto Sie 01, 2017 8:37 pm

Furiastyczna dziewucha (gdyby tylko zechciał zastanowić nad tym określeniem, dostrzegłby jego niekompletność: nie oddawało przecież całego spektrum nieracjonalnych zachowań, które tak zapalczywie reprezentowała sobą domorosła komunistka) nie sprawiała wrażenia kogoś, kto posiada w sobie złożony mechanizm przebaczenia. Była daleka od okazania skruchy, przyznania się do winy i pokornego przyjęcia wyroków losu, który tej konkretnej nocy przybrał formę nieszczególnie uprzejmego, dość oschłego i ponad wszelką miarę nieprzewidywalnego nieznajomego. Trudno określić, skąd czerpała energię na nieustanne batalie z rzeczywistością, niepomyślnym splotem okoliczności oraz – co do tego Fiodor był całkowicie pewien – całym światem. Niestrudzone perpetuum mobile uporu, rozbuchanego mniemania o sobie i niewyjaśnionej potrzeby górowania nad innymi w niemal każdym aspekcie dość ponurej teraźniejszości: nie chciał wierzyć, że to wszystko mieści się w metrze pięćdziesiąt (z kapeluszem) i tylko szuka okazji do ujrzenia światła dziennego, do wybuchu, do odnalezienia wentyla, przez który uleci zebrana w ciele para. Nie do końca potrafił również przejść do porządku dziennego (nocnego) z myślą, że z własnej inicjatywy trzyma pod dachem tykającą bombę złożoną z twardych jak granit przekonań, płomiennej kompozycji moja racja jest racją absolutną i tendencji do wyrzucania z siebie krzykliwych, niekoniecznie przeznaczonych dla uszu osób trzecich uwag.
Tak, furiastyczna dziewucha nie odzwierciedlało w pełni uwięzionego pod blond czupryną temperamentu.
Jak miałby pogodzić się z myślą, że przez kolejne sześć godzin (właściwie pięć, z sytym zapasem czterdziestu sześciu minut) przyjdzie mu spędzić w towarzystwie kogoś, o kogo istnieniu dzisiejszego popołudnia nie pamiętał? Kogoś, komu daleko do samego szczytu listy potencjalnych gości, których Fiodor z chęcią ugościłby w skromnych progach paryskiego mieszkania. Kogoś, kto – bądźmy szczerzy – w pewnym stopniu zasługiwał na karę, jaką chcieli wymierzyć trzej lekko podchmieleni, lekko rozochoceni, lekko niezorientowani w powadze sytuacji jegomoście. Przecież gdyby nie dość nieudolna próba realizacji rzekomo dobrego planu, żadne z tej dwójki nie tkwiłoby teraz w bezkrwawym impasie, zastanawiając się, jakie grzechy popełnili w poprzednim wcieleniu, skoro teraz przyszło im pokutować w ten sposób. Wściekłość, która towarzyszyła Fiodorowi jeszcze w uliczce doktora Babinskiego, teraz powoli zmieniała front i szukała w umyśle wygodnego, nadającego się na przytulne gniazdko miejsca – Chirjakow miał za swoje: konsekwentnie podsadzał dynamit pod wszystkie mury, jakimi odgradzała się od niego dziewczyna, a kiedy zaoferował jej schronienie – nacisnął detonator. Od włosów po pięty krążyła w nim obsesja nad sprawowaniem całkowitej kontroli, tymczasem blondynka – intruz na jego własnym terenie – zaburzała ten odwieczny podział, od chwili opuszczenia uliczki nie zdobywając się na żadne, nawet najdrobniejsze ustępstwo.
I to Fiodora irytowało.
A gdy coś go irytowało – był konsekwentny w próbie odzyskania pełni władzy, choć przecież już sam sposób, w jaki postrzegał dziewczynę, brzmiał niedorzecznie. Jak rozszlochane, płaczliwe wyznania w nieznanym języku, azerbejdżański dramat w pięciu aktach: w jednej chwili posądzał ją o lekkomyślność, skrajny brak odpowiedzialności, zalążki kiełkującej głupoty i nawet histerię, a w następnej niechętnie przyznawał, że jest pierwszą osobą w Paryżu, u której dostrzega podobny zapał. Jeszcze nikt w tym mieście – nie w obecności Fiodora – tak zaciekle nie walczył z wszechobecną rezygnacją, nikt nie ryzykował równie wiele za ideę, w którą równie nieustępliwie wierzył, nikt nie był gotów na współmiernie kolosalne poświęcenie.
W rzeczy samej był w tym mieszkaniu ktoś niedorzeczny – i nie była to drobna blondynka, tylko Fiodor. Fiodor i jego paranoja, w której nie chciał przyznać przed samym sobą, że na jakimś poziomie – atomowym, komórkowym, najgłębszej warstwy naskórka – zwyczajnie się bał. Bał się, bo furiastyczna dziewucha wytworzyła wokół siebie wypaczone pole magnetyczne, niewidoczną otoczkę emitującą uparte jak ich właściciela fale, które sprawiały, że wyższy o dwie głowy mężczyzna odczuwał niepewność, kiedy tylko wyciągał dłoń w jej kierunku. Był niemal pewien, że gdyby przebił się przez to biopole, wdarł łapskami w otaczającą ją aurę i podjął jakąkolwiek próbę podkreślenia, kto stanowi w tym mieszkaniu ostateczną instancję, ona odskoczyłaby jak oparzona i zniknęła równie prędko, co pojawiła się tej majowej, na wskroś przeklętej nocy – niemal jak mgła, którą można rozwiać nieskoordynowanym ruchem zobojętniałych na subtelności dłoni.
Nikt nie wymaga, żebyś się użerała – nie tylko litościwie przemilczał temat ojców – najwyraźniej nieszczególnie zachwycony myślą, że w ogóle został poruszony – i płynnie przeszedł do udzielania wiekopomnych rad. Nie miała ochoty na słowne potyczki, w których raz za razem dostawała srogie cięgi? Droga wolna, niech złoży broń, zamilknie urażona, splecie ramiona na piersi i uraczy zwycięzcę potępiającym spojrzeniem – po czymś takim nie musiałaby silić się na uszczypliwości, które równie dobrze mogła ciskać w stronę głazu: pewnie zareagowałby bardziej żywiołowo od Fiodora. On sam nie wiedział, ile w tym obopólnym przerzucaniu się prowokacjami szczerości, ile zaś zwykłej potrzeby posiadania ostatniego słowa – najwyraźniej żadne z nich nie wiedziało, kiedy opuścić, i wyłącznie bezpośrednie zagrożenie życia mogło (na moment) zakopać topór wojenny. Dlatego, kiedy już postanowił zdobyć się na cień polubownego tonu, pomyślał, że nie jest źle – mogło być gorzej. Mógłby ponownie stracić kontrolę nad emocjami, pozwalając, aby narastająca pod skórą wściekłość ponownie wypełzła na wierzch. Mógł sprowokować znacznie ostrzejszą wymianę zdań, dodając – całkiem szczerze – że z ich dwójki to nie ona, lecz on bez przerwy musi się użerać.
Z pyskatą gówniarą, która nie wie, kiedy zamilknąć.
Za błędy się płaci – w tym cichym, ledwie słyszalnym pomruku przycupnęło coś na wzór przestrogi, jakby – ponownie – chciał uświadomić jej skalę bezpieczeństwa, na jaką się naraziła. Tu już nie chodziło o podpitych Francuzów ani niemieckie patrole, sprawa sięgała znacznie głębiej – wypchana ulotkami torba narażała życia przynajmniej kilkunastu osób, których nazwiska w końcu by wyrwano z ust nieostrożnej właścicielki listonoszki.
Prędzej czy później zaczęłaby mówić – wbrew samej sobie.
Napoleon też miał dobry plan, kiedy ruszał na Moskwę. Wszyscy wiemy, jaki był tego finał – z niejakim zaskoczeniem obserwował nagłą zmianę mimiki jej twarzy, zupełnie jakby wraz z cieniem naburmuszenia zmuszona została do porzucenia maski nieustępliwości. Pomyślał, że naprawdę nie jest źle – choć dezorientacja ledwie moment później skoczyła w nim jak rtęć we wrzuconym do wrzątku termometrze. Wychodząc z salonu, zostawił za sobą pozornie udobruchanego diabła, jednak nie minęło kilka sekund, a ten donośnie – jak na standardy Fiodora, zbyt donośnie – wyrzucał z siebie kolejną porcję obelg.
Jedynie szacunek wobec samego siebie zabronił mu teatralnego przewracania oczami – choć kusiło. I to piekielnie.
Nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej – odparował natychmiast, tym razem nie przejmując się faktem, że sam podniósł głos o przynajmniej kilka tonów, narażając sąsiadów na bezsenność – wysilanie krtani nie było konieczne, bo drobny cień już stał w progu sypialni, ale pochłonięty poduszką (czy raczej: uderzaniem w nią nieco mocniej, niż było to konieczne) Fiodor nie zdawał sobie sprawy ze zniwelowania odległości.
Do czasu.
Podczas czajnikowego wykładu nastąpiły dwie zmiany, jedna po drugiej, gwałtownie jak letnie burze; najpierw zauważył obecność dziewczyny – i ledwie moment później jej uśmiech.
Tak szczery, że nawet wrodzona podejrzliwość nie odnalazła w nim choćby cienia zakłamania. Naprawdę się uśmiechała – a próbując odzyskać utraconą powagę, robiła to jeszcze szerzej, wymuszając na Fiodorze reakcję. Jakąkolwiek reakcję.
Okradasz nazistów, oddajesz biednym? Robin na miarę naszych czasów – w jego tonie zamigotała niejasna iskierka ostrożności, z jaką dobierał słowa – a wszystko przez kąciki ust, które drgnęły zdradziecko, na kilka sekund unosząc się do góry w udatnym – i chyba szczerym – przejawie uśmiechu. Było coraz gorzej: natychmiast posądził ją o prowadzenie podstępnej gry, dzięki której mogła utrzymać sytuację pod kontrolą.
Bo chyba nie chodziło o pierwszy przejaw obopólnej szczerości?
Ta dyskusja wcale nie powinna mieć miejsca – dodał pospieszne (i od serca), przez moment podziwiając dzieło rąk radzieckich, które w tym konkretnym przypadku przybrało formę znośnie pościelonego łóżka. Starał się nie myśleć o własnym zmęczeniu, o uciekających godzinach snu, o powrocie do pracy o siódmej rano – to przecież przyziemne, należące do innej rzeczywistości banały. Na pewno nie do tej, w której aktualnie utknął.
Nie cyniczny, tylko zdystansowany. I nie wyzywa, ale stwierdza fakty – tym razem nie miał złudzeń co do udatnego odgrywania rozbawienia, na co sam Fiodor nie potrafił się zdobyć. Czas na ironizowanie minął dawno temu, pozostawiając ich w teraźniejszości, w której liczyła się wyłącznie potrzeba doprowadzenia pewnych spraw do końca – spraw przybierających symboliczny wymiar użyczonej z dobroci serca (naturalnie) marynarki.
Problem w tym… - rozpoczął spokojnie, obserwując, jak dłoń dziewczyny zamiera w pół gestu pomiędzy odtrąceniem jego ręki a cofnięciem się do poprzedniej pozycji; rozbawiło go to wahanie, ten moment namysłu, przez który straciła jedyną okazję do jawnego protestu.
Kolejny błąd czy niewykorzystany potencjał?
… że jesteś. Kiepską i pozbawioną instynktu samozachowawczego – nie mógł pozostać dłużny na spojrzenie, które mu rzuciła – w jasnych tęczówkach kryła się zbyt wielka dawka wyzwania, by tak po prostu je zignorował, wymigując się gładkim kłamstwem, mogącym mu przejść przez usta równie łatwo, co setki mu podobnych.
Ale nie miał zamiaru kłamać. Ani ustępować.
Naprawdę chcesz ze mną walczyć? – choć wciąż brzmiał spokojnie, w spojrzeniu, które wbił w jej – nie mniej hardy – wzrok, wyraźnie zalśnił cień przestrogi. Nie lubił, gdy ktoś rzucał podobne słowa na wiatr – ale jeszcze bardziej nie cierpiał, kiedy się od nich wymigiwano. – I wierzysz, że poradzisz sobie lepiej od tamtej trójki? – w sekundzie, w której nacisk zaciśniętych na guziku palców znacznie się nasilił, nastąpiło lekkie, wyważone szarpnięcie – gdyby włożył w nie więcej energii, oderwałby zapięcie od pętelki i został z nim w dłoni; jednak ten niespieszny, choć odarty ze zbędnej delikatności gest wystarczył, by wybrzuszyć materiał zbyt dużej marynarki i przyciągnąć dziewczynę bliżej o dwa, może trzy centymetry.
Herbata przestygła.
Irracjonalne stwierdzenie, na swój sposób komiczne, szczere, lecz – przede wszystkim – rozładowujące napięcie, które nagle zawisło w powietrzu, nadając mu gęstej, otumaniającej konsystencji.
Na jak długo?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Sro Sie 02, 2017 1:20 pm

Trzeba było przyznać, że pomimo wachlarzu cech - często zgrzytających ze sobą nawzajem - które można by przypisać Camille, faktycznie brakowało jej łatwości w przyznawaniu się do winy, do błędu, do pokornego znoszenia konsekwencji własnych decyzji, które powinny leżeć w zasięgu tylko jej odpowiedzialności. Pozornie ciężko byłoby złamać jej ducha, czy podeptać - ten wręcz nieskończony - płonący z dziecięcym zacięciem entuzjazm. I faktycznie, jeżeli już, to zwykle traciła rezon tylko na chwilę, czego zresztą nienawidziła dawać po sobie znać; wolała, kiedy ludzie mieli ją nawet za lekkomyślną wariatkę, ale taką o stalowej woli i mocnym charakterze. Nie znosiła, gdy ktoś dostrzegał to, co kryło się pod tym płaszczykiem, tak szczelnie zapinanym przez Camille - bo sama uważała to za słabość. Mimo wszystko, poddawana brutalnym próbom własnego charakteru (na przykład takim jak ta dzisiejsza), nabierała coraz więcej cynizmu w stosunku do rzeczywistości. Bo z czasem zakradającą się rezygnacją, póki co, udawało jej się dobrze walczyć - pomagał jej w tym temperament równy wybuchowi bomby atomowej i maniakalna chęć walki i buntu. Chciała wierzyć, że poddawanie się, w obliczu nawet najokrutniejszych okoliczności, po prostu nie leżało w jej charakterze. Do tego zresztą dążyła, próbując kwestionować nawet najmniejszą część rzeczywistości, która jej nie pasowała - a dłuższa stagnacja absolutnie nie była w stylu Hebuterne.  
Która, swoją drogą, zwyczajowo nie uznawała także i półśrodków, więc niezbyt dobrze władała sztuką kompromisów i ustępstw; racja, ciężko stwierdzić skąd brała tę energię potrzebną na uparte forsowanie rzeczywistości pod swoje widzimisię. Czasem sama odnosiła wrażenie, że jej walka przypomina raczej desperackie próby uratowania się od zatonięcia i spychanie w głąb umysłu myśli, że prędzej czy później i tak może pójść na dno. A nawet sobie w tym niechcący pomóc.
Dlatego tak bardzo wkurzała ją świadomość (którą próbowała obecnie blokować z całych sił), że jej tajemnica została mimowolnie uchylona przed kimś, kto nie powinien zobaczyć w jej oczach nawet sekundy zawahania, a co dopiero jawnej, desperackiej prośby o pomoc. Że ciężko będzie jej zmyć wrażenie bezbronności, które jej wtedy towarzyszyło - nawet za pomocą prowokujących i irytujących uwag, którymi teraz, a jakże, sypała. Z tego względu nie potrafiła też okazać jawnej wdzięczności mężczyźnie, który zrobił dla niej więcej, niż kiedykolwiek mogłaby od niego oczekiwać i spodziewać się. I nie umiała też w milczeniu po prostu przyjąć wygód z których on na jej rzecz rezygnował - właśnie jak to przeklęte łóżko. Dziwiło ją to, a po jej umyśle wciąż rozbijały się pytania o powód jego niewytłumaczalnych działań - na ten moment mogła jednak spokojnie przyjąć, że po prostu wspomaga towarzyszkę w potrzebie. To było logiczne.
Jednak ta odpowiedź wydawała się dziwnie niekompletna. Zwłaszcza zważywszy na samą naturę gospodarza, który postępował w sposób nierówny, ciężki do interpretacji, co stanowiło dla Hebuterne utyskujące wyzwanie - do którego jeszcze nie przywykła, bowiem zwykle ludzie stanowili znacznie łatwiejsze równania, bez tylu frapujących niewiadomych. Tak, on stanowił zagadkę. Camille już wiedziała przynajmniej, że jej gospodarz nie jest tym ślepym tchórzem - i w zasadzie na tym jej, niezbyt rozległa, wiedza na jego temat się kończyła. Oprócz tego, że promieniował jakimś dziwnym rodzajem wystudiowanego spokoju, który działał tak kojąco i kazał Camille podążać za nim niczym jak ćmie za światłem (w tym wypadku do jego mieszkania), to wzbudzał w niej też pewien rodzaj cichego, mimowolnego (o i to jak bardzo cichego!) respektu spowodowanego jego postawią; co nie znaczyło oczywiście, że stawała się pokorna; a wręcz przeciwnie.
No i nie przeszkadzało to mu we wzbudzaniu w dziewczynie rosnącej irytacji z niemalże każdym swoim następnym słowem. Frustrował ją także fakt, iż to ona zdawała się być tutaj bardziej wytrącona z równowagi.
- Dziękuję, o łaskawco. - odparła, prychając cicho. Nikt jej do tej pory nie wytłumaczył, że gdyby zostawiła pozornie skończoną słowną przepychankę bez nic niewnoszącej odpowiedzi, to wcale nie zginęliby w nagłym wybuchu kamienicy, a świat z powodzeniem poradziłby sobie bez jej kolejnej uszczypliwości, którą bezmyślnie wcisnęła jako reakcję na - pozornie nieprowokującą do obronnej reakcji - wypowiedź mężczyzny.
Chciała jak najszybciej zejść z tematu swojego błędu. Tak, doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że nie powinna opuszczać mieszkania po zmroku. Sama. Z torbą wypchaną propagandowymi ulotkami. Ciężko było jej teraz się tłumaczyć przed swoim rozmówcą (a także przed sobą) z tego co wcześniej pchnęło ją do takiej głupoty. Pamiętała, że wtedy mogła przedstawić sobie doskonałą, merytoryczną motywację; nie pamiętała jedynie jaką.
Może już wtedy straciła kontrolę nad rzeczywistością i logiką; może nie miała żadnego wpływu na to, że i tak utknie w tym mieszkaniu dzisiejszej nocy?
- Możliwe, że miałam nieco więcej szczęścia niż Napoleon. - przyznała polubownie, po cichu, wręcz już się modląc, żeby tylko zeszli z tego tematu; czuła się upokorzona rolą pokornego uczniaka odbierającego kazanie. Doszła jednak do - bardzo odkrywczego - wniosku, że w tym wypadku jej próby udawania, iż miała nad tamtą sytuacją jakąkolwiek kontrolę były po prostu żałosne. Próbując bronić swojego genialnego planu wypadała po prostu na zdesperowaną i bezmyślnie upartą; wiedziała o tym. I wiedziała też o tym, że nie była w stanie przekonać ani jego, ani siebie, niestety. Fakty i oczywistości nie były po jej stronie.
Stojąc w drzwiach sypialni, Camille zdobyła się tylko na pokręcenie głową z dezaprobatą, czego mężczyzna nie mógł widzieć. Nie skomentowała tego w żaden sposób.
Zwłaszcza, że moment później próbowała już ukryć ten zdradliwy uśmiech.
- W pewnym sensie owszem. W końcu jestem biedna. - odparła, dalej próbując zniwelować swoje oznaki rozbawienia. Dostrzegła, że - również po raz pierwszy - mężczyzna także się uśmiechnął; a raczej, że na jego twarzy można było zauważyć cień uśmiechu. Atmosfera na moment przestała być tak drażliwa i napięta, ale Camille nie chciała dopuścić do porzucenia czujności; pomimo tego, że chwilowa wizja złożenia broni wydała się tak kusząca. Skąd mogła wiedzieć czy nie zostanie zaskoczona nagłą, zimną reakcją, która skutecznie ukarze ją za chwilę słabości?
Jednakże logika sobą, a mimowolny uśmiech sobą.
- O, po raz pierwszy się ze sobą zgadzamy. Bo, owszem, nie powinna mieć miejsca. - ciekawe zjawisko; z głupiej dyskusji o miejsce do spania zrobić potyczkę o kontrolę nad sytuacją, nad którą oboje zainteresowanych miało pewną obsesję. Może i Camille była potwornie zmęczona, może to świeżo posłane łóżko i zdawało się ją przywoływać do siebie słodkim głosem; jednakże odwróciła od niego wzrok, nie bez ociągania, ale za to będąc pewną, że nie może dać za wygraną.
- Tak. Pseudo-fakty wypowiadane z dystansem góry lodowej. Jest się czym pochwalić. - dodała, nie siląc się już na udawane rozbawienie. Mogła zostawić bezowocną, ciągnącą się dyskusje bez słowa? Teoretycznie. A praktycznie? Musiała jeszcze dodać coś od siebie; na szczęście nie zdążyła nic ponad to.
Z uwagą i czujnością patrzyła na - z tej perspektywy widocznie wyższego - mężczyznę, który wciąż trzymał ten cholerny guzik od marynarki.
Nie mogła dać się wytrącić z równowagi, ani dać po sobie poznać śladu jakiejkolwiek niepewności; która mimowolnie ponownie się w niej narodziła.
I pogłębiła, gdy dystans pomiędzy nią, a gospodarzem zmniejszył się.  
Co ciekawe jednak, Camille wcale się nie bała, nawet gdy poczuła pociągnięcie; i to nie z rodzaju tych delikatnych. Jej spojrzenie pozostawało jednak nieustępliwe. Jedynie atmosfera, już i tak gęsta, zdawała się dziwnie kurczyć, szczelnie oblepiając tę dwójkę, zmuszając dziewczynę do szybszego oddechu.
- Problem w tym... - podjęła równie spokojnie, kładąc dłoń na ręce, która trzymała zapięcie od marynarki, zatrzymując się na niej na moment. Spojrzenie wciąż utrzymywała na tym samym poziomie, ani na chwilę nie odwracając wzroku od jasnych oczu mężczyzny, które zdawały się ją przestrzegać przed rzucaniem podobnych wyzwań. Gdyby została zapytana, czemu w tym momencie nawet się nie zlękła, to chyba nie potrafiłaby udzielić jednoznacznej odpowiedzi; oprócz łaskoczącego niepokoju, paradoksalnie, czuła też pewną dziwną wiarę w bezpieczeństwo swojego położenia.
Całkiem możliwe, że było to przeświadczenie zupełnie złudne.
- Że nie każdą walkę można wygrać za pomocą pięści. - dokończyła, podejmując przerwaną próbę odtrącenia jego ręki, nie przeciągając już dłużej momentu styczności ich dłoni. Zastanawiające, doprawdy, czemu nie zrobiła tego z wściekłością i od razu; zwłaszcza w rekacji na tę krzywdzącą, nieprawdziwą uwagę o jej okołozłodziejskich umiejętnościach. Tymczasem jednak wciąż uważnie wpatrywała się w jego oczy, nieprzerwanie zadzierając głowę do góry. Marynarki, póki co, nie ściągnęła.
- Świetnie. - lakonicznie skomentowała wzmiankę o herbacie, nie tracąc ani grama czujności skierowanej w niego. Napięcie wciąż falowało, działając na Camille, o dziwo, hamująco, powściągając jej ewentualny wybuch. - Chętnie się napiję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Nie Sie 06, 2017 8:41 pm

Lekkie niedopowiedzenie, coś na wzór naumyślnego przeoczenia w literaturze faktu – w tej niewielkiej, pozornie nieszkodliwej blondynce zgrzytały nie tylko ambiwalentne do granic absurdu cechy charakteru.
Ona cała była zgrzytem.
Jak pajęczynowe pęknięcie na przedniej szybie samochodu, coś niedopasowanego do utartego schematu rzeczywistości, drobne kamyczki w dobrze naoliwionych trybikach – niewielkie, choć katastrofalne w skutkach niedopatrzenie, coś, co stanowczo nie przypadło mu do gustu i, o słodki paradoksie, budziło cień sympatii. Fiodor wciąż nie znał jej imienia, jednak był pewien, że gdyby tylko mógł je wypowiedzieć, zgrzytałoby między jego zębami jak drobinki piasku; dotkliwie i irytująco. Winę za sprawianie wrażenia nieustępliwej, nieracjonalnie upartej, niewysłowienie wręcz butnej nie ponosiły wyłącznie cechy charakteru dziewczyny – na całokształt niepokorności składał się cały zestaw gestów, mimiki, tonacji głosu, w końcu postawy niewielkiego ciała.
Wystarczyło, by zmarszczyła lekko zadarty nos, a Chirjakow czuł, jak zalewa go fala dławiącej irytacji. Wystarczyło, żeby butnie splotła ramiona na piersi, a chciał dosadnie wyłuszczyć jej, że buta to ostatnie uczucie, na jakie może sobie pozwolić – zapewne potrafiła nabrać innych na postawę, którą z taką pieczołowitością kreowała, ale Fiodorowi daleko było do ślepej ufności we wszystko, co widzi.
Przecież sam przez większość życia udawał kogoś, kim nie jest.
Przejrzenie iluzorycznej skorupki, za którą ukrywała się blondynka, było o tyle łatwiejsze, że dziewczyna z pewną powtarzalnością opuszczała gardę – on z kolei zauważał każde zawahanie, każdą niespójność zachowania, każde, najdrobniejsze potknięcie w jej malowniczym teatrzyku gestów i słów. Podczas pierwszego spotkania była znacznie uważniejsza, choć trudno wyobrazić sobie, by mogło różnić się drastyczniej od tego, które przeżywali teraz – wtedy, w Le Dome, uwierzył w jej histeryczne poczucie obywatelskiego obowiązku, w cień zamysłu, który kierował próbą kradzieży okupanckiego portfela, w końcu w całkowity brak zdrowego rozsądku.
Dziś – zwłaszcza od chwili, w której pozwolił, by przekroczyła próg jego mieszkania – nie był tego pewien.
Chciał wierzyć, że bez problemu rozwikła zagadkę komunistycznej bojowniczki (o wolność naszą i waszą), ale szczątkowe odpryski prawdy, które dostrzegał pod założoną maską, nie mogły dostarczyć mu pełnego obrazu sytuacji. Owszem, była nieco krzykliwa, nieco nieprzewidywalna, nieco zbyt porywcza – co nie oznaczało, że (jak sądził jeszcze godzinę temu) jest doszczętnie głupia. Była jak muzeum estetycznych niedopowiedzeń, pawilon znaków zapytania – im dalej brnął w próbę rozwikłania tajemnicy, tym mocniej zaplątywał się w kolejnych faktach, półprawdach i domysłach. Była na tyle dumna, żeby zrezygnować ze spędzenia reszty nocy na jedynym, w miarę wygodnym meblu w zasięgu wzroku? Ulotki, które tak rozpaczliwie zbierała ze schodów uliczki doktora Babinskiego, były jej dziełem czy jedynie pełniła funkcję nieszczególnie sprawnego kolportera? Wypowiadane przez nią słowa stanowiły jedynie udatnie prowadzoną rozgrywkę, czy naprawdę zaangażowała się w nieustanne, zwerbalizowane ataki? I – rzecz najbardziej uwierająca, cierń niepewności wbity w korę mózgową – czy rzeczywiście wierzyła w ideę komunizmu, czy poddała się chwilowemu trendowi stania w całkowitej opozycji do oblegającego Paryż nazizmu?
Zbyt wiele znaków zapytania, stanowczo za mało odpowiedzi i do tego jedno, jedyne źródło, które mogło rozwiać wątpliwości – ona.
W labiryncie znaków zapytania pocieszało go wyłącznie jedno – sam stanowił dla niej zagadkę, zestawienie niewiadomych o tyle dotkliwsze, że znacznie trudniejsze do przejrzenia. Widziała, jak poradził sobie z rozochoconymi napastnikami, pozwolił, by domyśliła się jego politycznych sympatii, zaprowadził ją do miejsca, które domem było jedynie z nazwy, w końcu zdradził imię – co z tego, że fałszywe – pod którym rozpoznawali go sąsiedzi i pracodawcy.
Mogła wierzyć, że wie wiele, ale nie miała pojęcia, że to dopiero przedpokój, przedsionek, coś w rodzaju zaplecza tego, co można określić jako prawdziwe – i że nie dowie się niczego więcej, jeśli Fiodor sam nie zdecyduje, by podsunąć jej kolejny fragment układanki.
Jednak w tej chwili oboje byli zbyt zajęci prowadzeniem wojny podjazdowej, aby podjąć próby rozpracowania spiętrzonych zagadek; ona się irytowała, on – dostrzegając jej reakcję – robił to samo i finalnie żadne nie było w stanie w końcu odpuścić, przerwać tę serię nieustannych kuksańców, które – poza budzeniem jeszcze większego poirytowania – nie służyły niczemu konstruktywnemu.
Nie ma za co, o niewierna – wciąż brzmiał spokojnie, choć coś w jego twarzy – chyba sposób, w jaki zmarszczył brwi na dźwięk prychnięcia – nieco zaburzało odbiór niezmąconego braku zainteresowania. Niedomyślny, prostolinijny mężczyzna, któremu nawet do głowy nie przyszło, że najeżona jak zaszczuty kot dziewczyna chce zakończyć niewygodny dla siebie temat; to, że z jego ust padały racjonalne argumenty, jedynie pogłębiał reakcję obronną, którą Fiodor przypisywał na wskroś pyskatej osobowości, nie zaś nieudolnym próbom zmiany tematyki. A przecież wystarczyło, by przełknęła odrobinę własnej dumy i powiedziała dość – nic nie sprawiłoby mu większej przyjemności niż zaoszczędzenie kilku minut, własnego głosu i przede wszystkim nerwów, które tracił na czcze przepychanki.
Miałaś mnie – tym razem prostuje się nieznacznie, z udatnie odgrywaną dumą, z lekkim uniesieniem podbródka i spojrzeniem utkwionym w gościa, który nadal intensywnie poszukuje jakiegoś punktu zaczepienia w tym pokoju. – To więcej niż nieco – powiedział to głośniej, znacznie głośniej niż polubowny półszept dziewczyny, jak gdyby nagle postanowili zamienić się rolami i podziałem emitowanych decybeli. Skoro ona nie była w stanie wyrazić pełnego uznania dla zasług, jakie wyświadczył jej dzisiejszej nocy (nie liczył na odznaczenia i medale, zwykłe bez ciebie nie dałabym rady naprawdę by wystarczyło – jednak dla niej najwyraźniej i to było zbyt wielkim wyzwaniem), sam musiał podkreślać ich wagę.
Fakt, że robił to na głos, z pełną świadomością irytacji, jaką może wzbudzić – to zupełnie inna sprawa.
Nie potrafił pojąć logiki (lub jej braku), którą kierowała się dziewczyna – trafiła do ciepłego, statycznego, najwyraźniej bezpiecznego miejsca, w którym pod jej nieobecność jest idyllicznie spokojnie. Mogła obwarować się w sypialni i spędzić całą noc w umiarkowanie wygodnym łóżku, pozwalając, by z jej ciała uleciało wspomnienie śmiertelnego zagrożenia. Zamiast korzystać ze wszystkiego, co w przypływie naiwnej łaskawości postanowił podarować los, uparcie toczyła wojnę z góry skazaną na klęskę.
I to z kimś, kto nie był jej wrogiem.
Zaskakująco subtelnie przemilczał wzmiankę o biedzie, nie mając ochoty na wygłaszanie pustych frazesów – o byciu biednym wiedział więcej niż połowa okupowanych paryżan, więcej, niż cały ten kraj, a już z całą pewnością znacznie więcej, niż stojąca w drzwiach sypialni dziewczyna. Bieda była czymś, co kojarzyło mu się ze wszystkim, do czego nie chciał wracać. To jak wleźć ponownie w stare ubranie, w którym kosi się trawnik, i iść w nim do knajpy.
I ostatni, naciesz się chwilą – cień uśmiechu, który w przejawie szczerości na moment rozgościł się na jego ustach, czmychnął gdzieś bezpowrotnie, pozostawiając Fiodora z twardym przekonaniem, że jakakolwiek próba przekonania jej do skorzystania z gościnności mija się z celem.
Nie chciała po dobroci? Będzie siłą.
Teraz na dodatek manipuluję faktami? I jestem zdystansowany? – niewiele brakowało, a powtórzyłby prychnięcie dziewczyny sprzed kilku chwil – na szczęście odpuścił sobie ten element teatralności, wpatrując się w jej twarz spojrzeniem, jakim mógłby obdarzyć szczekającego po nocach psa sąsiadów. – Chyba mnie przeceniasz – zakończył z oschłością, o którą nie podejrzewałby się po kilkunastu godzinach pracy i kilkudziesięciu minutach nieustannej wojenki, której zakończenie ponownie odwlekło się w czasie. Źle odebrał jej zarzuty, zbyt osobiście: wypowiedziane przez dziewczynę słowa smakowały jak lekko sfermentowane truskawki, mdłe i cierpkie jednocześnie, i choć chciał uznać, że były niczym więcej, jak tylko bzyczeniem much nad zostawionym na słońcu mięsem, leżały zbyt blisko prawdy, aby tak po prostu je zignorował.
Tym razem to Fiodor chciał zmienić temat – i to jak najszybciej.
Czasem wystarczy trochę sprytu – przyznał z dziwnym spokojem, tylko cudem odnajdując w siebie ostatnie bastiony obojętności – bastiony, które zadrżały w posadach, kiedy poczuł na dłoni ciepły dotyk dziewczyny, niespieszny i zbyt zdeterminowany, by zdołał przed nim uciec. Był to ledwie moment, krótki, ulotny moment, kiedy światło w salonie wydawało się bardziej intensywne, a każdy oddech znacznie głośniejszy. Moment, w którym nie wiadomo, robić dalej: umrzeć pod dotykiem ciepłej skóry? wyjechać? nie zareagować? Moment, kiedy może zdarzyć się wszystko, bo wszystko się wydarza, bo świat nagle zamyka się w trzech podstawowych schematach: mężczyzna na kobiecie, kobieta na mężczyźnie albo to, co zaszło teraz – kobieta i mężczyzna przedzieleni wyłącznie smużką skąpego, sztucznego światem.
Co ponownie stawia cię na przegranej pozycji – słowa padają z jego ust dopiero wtedy, kiedy dotyk dłoni znika – co nie oznacza, że wraz z nim znika ciepło, które osiadło na skórze jak niewidoczna gołym okiem warstewka złożona z wahania i niepewności.
Świetnie – powtarza to słowo, zauważając, że jakimś cudem – kiedy zdołał wykonać całą sekwencję ruchów? – odpiął guzik marynarki, cofnął dłoń i niemal zderzył się plecami z framugą drzwi, jakby chciał wyrwać się z dusznej, przesyconej napięciem mikroatmosfery. – Nie mam cukru – cztery sylaby wystarczyły, by zdołał odetchnąć, odsunąć się na bok i w końcu wyrwać na brzeg, na orzeźwiające, pozbawione niejasnego wyczekiwania powietrze. Nie uciekł – wykonał za to taktyczny odwrót, już po chwili znikając za drzwiami łazienki, które zatrzasnął za sobą nieco zbyt głośno jak na nocne warunki.
Najwyraźniej tam chwilowo było najbezpieczniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Pon Sie 07, 2017 7:52 pm

Im zmęczenie dotkliwej dawało o sobie znać, tym Camille ciężej było nieprzerwanie pozować na niewrażliwą na swoje położenie i towarzyszące mu okoliczności. Gdyby naprawdę była tak niepokonana, jakiej wrażenie próbowała wywołać, na pewno z większym powodzeniem udawałoby się jej odepchnąć od siebie myśl o łóżku, złożeniu głowy na poduszce, chwilowym odpoczynku od rzeczywistości, która - zdawało się Hebuterne - przez ostatnią godzinę zmieniła się dla niej nieodwracalnie.
Nie potrafiłaby jednak powiedzieć, co dokładnie miało to dla niej oznaczać.
Obecnie bazowała na cichym instynkcie, który w dziwny sposób kierował jej poczynaniami. Mimo, że nie do końca logiczny, pozbawiony poczucia rozsądku, to jednak pełnił dla Camille rolę ślepego (i najwyraźniej głuchego) przewodnika. I chociaż, o dziwo, kazał jej wielokrotnie tej nocy zamilknąć, nie mogła posłuchać, bo wrodzona paranoja podpowiadała jej, że przecież dla jej godności to sprawa życia i śmierci - nie może milczeć, nie może pozwolić, aby ktoś wykorzystał sytuację, aby nad nią zatriumfować! Możliwe, że gdyby tak bardzo nie skupiała się na swojej własnej irytacji i na słownych przepychankach (które tylko pogłębiały złość), mogłaby skupić się na bardziej ostrożnej ocenie sytuacji, swojego gospodarza i jego, wciąż niejasnych, motywacji. Rozsądnym wydawało się też, aby po prostu przestała mnożyć w głowie pytania, zamilkła, położyła się, spróbowała przespać tę parę godzin i o godzinie szóstej opuściła to mieszkanie, a z całego zdarzenia wyciągnęła odpowiednie wnioski.
Póki co, na to się nie zapowiadało.    
Gdyby Camille miała świadomość, że ten mężczyzna, przedstawiający się jako Lazare, tak zręcznie i bystrze podłapuje jej każdy, nawet najmniejszy, moment zawahania, niepewności, luki w jej pieczołowicie tkanej ułudzie, chyba pogrążyłaby się w poczuciu całkowitej zgryzoty i frustracji. A także złości na samą siebie (ale na niego też, znając zdolności do dzielenia się odpowiedzialnością przez Hebuterne), za to, że tak łatwo dała się zdekonspirować. Jednak prawda na temat jej znajomego, była znacznie bardziej skomplikowana, złożona i rozwleczona na wiele poziomów; Camille, rzecz oczywista, nie miała pojęcia, że dostrzega jedynie skrawek góry lodowej, wyłaniającej się niepozornie na powierzchnię.
Ta nieskładność jego osoby, malutkie urywki całości, które dostały się w jej dłonie, nie tworzyły niczego logicznego, wręcz przeciwnie - miała wrażenie, iż każdy kawałek należy do zupełnie innej układanki, nawet pomimo tego, że posiadała ich już kilka; z jej zasobem wiedzy na temat tego mężczyzny, były całkiem bezużyteczne. Nie potrafiła ułożyć żadnego schematu, wobec którego on działał - jasne, wydawałoby się to dość oczywiste; ratuje biedne dziewczątko w potrzebie, oferuje mu nocleg, robi herbatkę, a później klepie po główce na pocieszenie, udzielając jednak przy tym stosownej, wychowawczej reprymendy. Jednak te wszystkie niuanse, wojny prowadzone w milczeniu, walka o kontrolę, a nawet te nierówne słowne bitewki, czasem okraszone jakimś cieniem uśmiechu, skutecznie wykolejały wizerunek jej gospodarza jako nieskomplikowanego, dobrego bohatera, który znalazł się o dobrej godzinie w dobrym miejscu - nie mówiąc już o jego postawie, którą zdawał skutecznie odgradzać od jej słów, ani o jego całkowitej nieustępliwości. Ale to, co najbardziej sprawiało, iż sytuacja daleka była do zamknięcia w ramach przewidywalności i utartego planu działania w niej, zdawało się nieuchwytne, ciężkie do skategoryzowania - pozostawało jedynie z tyłu głowy, uwierając.
Intrygowało ją to, oczywiście, że tak. Z tym, że pytania, nawet zadane głośno i wyraźnie, nie zapewniają odpowiedzi - a tym bardziej nie tych prawdziwych.
I jeszcze to głupie, głupie, głupie, ale wszechogarniające poczucie spokoju, które wynikało z jego obecności - tego Camille naprawdę nie potrafiła wytłumaczyć. Ale widocznie to tylko podburzało - wrodzoną i wybujałą - skłonność do pyskatych odpowiedzi, rzucanych niemalże na oślep przez Hebuterne. Pozornie naprawdę działała całkowicie wbrew - domniemanemu, bo domniemanemu, ale wciąż - instynktowi samozachowawczemu, negując wszystko co powiedział i robił jej gościnny kolega, stawiając uparty opór nawet wobec bardzo miłej, pełnej poświęcenia (!) propozycji oddania jej łóżka. W głowie Camille jednak to tak nie wyglądało, zwłaszcza zważywszy na fakt, że w zasadzie to jeszcze bardziej by oznaczało, że jest na jego łasce - a ona wręcz kurczowo chciała zatrzymać chociaż tę namiastkę kontroli, próbując zrobić to w najbardziej znany sobie sposób.
Tym razem to ona miała ochotę przewrócić oczami. Najchętniej sama skończyłaby ten temat, ale miała wrażenie, iż sprawi tym wrażenie kapitulacji, która, oczywiście, była całkowicie poniżej jej poziomu - nie mogła jawnie uciąć dyskusji. Toczyła walkę z góry skazaną na klęskę, zdawała sobie z tego sprawę, a każda próba obrony wydawała się pogrążać ją jeszcze bardziej. Wiedziała o tym, bo to on miał rację, nie ona. I to było w tym wszystkim najgorsze.
Była o krok od stwierdzenia, że ten mężczyzna jawnie się nad nią znęca. Jej modły o zakończenie tego uciążliwego tematu nie zostały wysłuchane.
Swoimi słowami i dumną postawą - a jakże - zirytował ją niemalże natychmiast. Gdyby tylko miała jakieś nieośmieszające ją w tym wypadku argumenty, ah!, ale by mu wtedy powiedziała do słuchu - teraz jednak musiała zważać na to, aby się po prostu nie ośmieszyć; co było o tyle trudniejsze, że podirytowanie zaczynało w niej buzować z coraz większym natężeniem.
Czy gdyby stwierdziła na głos, że w końcu i tak by sobie poradziła, czy wypadłaby dziecinnie głupio?
Sama odpowiedziała sobie na to pytanie.
- Tak, zrozumiałam to. - odpowiedziała powoli, starając się nie cedzić słów i nie dawać widocznego upustu złości na niego i na całą sytuację. Czemu tak uparcie przypominał jej, że faktycznie nie dałaby rady bez niego? Ta świadomość, którą próbowała od siebie odpychać, uparcie powracała do niej właśnie przez jego słowa. - Może i przyznaję, że... że przerwałeś to w dobrym momencie. - zamiast znowu zasłaniać się za buńczucznymi uwagami, postanowiła nie schodzić z tego, z wielkim trudem utrzymywanego, na wpół polubownego tonu. W opozycji do jego podniesionego głosu, swojego nie podniosła - jakby łudząc się, że ten temat wreszcie magicznie zniknie. A to naprawdę było dla niej wielkim poświęceniem, niemalże aspirującym do rangi powiedzenia prostego dziękuję. Które to powinno paść - wiedziała - a pewnie ta dyskusja w końcu by się zakończyła.
Z twarzy Camille również zniknął już uśmiech, który bardzo niespodziewanie zagościł tam jeszcze przed paroma chwilami. Bojowo uniosła jedną brew, nie odpowiadając już jednak nawet słowem. Doskonale wiedziała, że batalia o miejsce do spania jeszcze się nie skończyła; bowiem Hebuterne zdecydowanie nie zamierzała dać za wygraną, nawet pomimo tego, że zmęczenie dobierało się do niej bardzo podstępnie.
Paradoksalnie jednak, zastanowiło ją w przez moment, czy w ogóle byłaby w stanie teraz zasnąć.
- Nie przeceniam, teraz to ja po prostu stwierdzam fakty. - odparowała na widok spojrzenia, którym ją obdarzył - nie odwróciła jednak wzroku, wytrzymując to potępienie ziejące z jasnych tęczówek Lazare. Oschłość nie robiła na niej już wrażenia tego wieczoru, zdążyła przywyknąć, ale tym razem zauważyła jakąś drobną zmianę; czyżby jej rozmówca po raz pierwszy faktycznie przejął się jej słowami?
Nie sprawiło jej to przyjemności.
I wtedy wydarzyła się ta dziwna rzecz. A w zasadzie to już następna tej nocy.
- Nie. Mnie gubi pech. - odparła spokojnym, metodycznym tonem, wobec swojego mniemania o sobie zgodnie z prawdą. W ciągu tego momentu, dosłownie przelotnej chwili, mogła zaobserwować dwie zmiany - jedną w nim, jedną w sobie. Obie opierające się na niepewności i napięciu, które niebezpiecznie zafalowało, niemalże dzwoniąc jej w uszach - poczuła się obdarta z każdej, kiedykolwiek nałożonej maski, wystawiona na jego spojrzenie. W tej konkretnej minucie nie było to dla niej jednak problemem, tak jakby jej zwyczajowa walka ze światem była częścią zupełnie innej rzeczywistości, która teraz zdawała się jej nie dotyczyć. Nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu, nie zaoponowała już, kiedy guzik marynarki został odpięty; ani kiedy mężczyzna wziął dłoń; ani też kiedy sam się cofnął.  
- Nie słodzę. - jej słowa wybrzmiały cicho dopiero wtedy, kiedy zamknęły się drzwi łazienki, nie była zatem pewna, czy w ogóle je usłyszał. Camille stała jeszcze chwilę w przejściu, wbijając niewidzące spojrzenie we framugę. Nie, nie wiedziała co się wydarzyło; poczuła się kompletnie zagubiona, wręcz przybita - bo to, że kontrolę nad otaczającą rzeczywistością straciła już jakiś czas temu, wiedziała. Ale to, że traciła kontrolę nad samą sobą, było nowością.  
Wróciła do kuchnio-salonu, zdjęła w końcu marynarkę i przewiesiła ją na oparciu krzesła - razem z ręcznikiem, który do tej pory wciąż dzielnie dzierżyła. Wygładziła sukienkę, jakby to miało jej pomóc wrócić do całkowitej równowagi i poczucia bezpieczeństwa. Nie pomogło. Wzięła w obie dłonie zrobioną wcześniej herbatę i tak stojąc z nią, wpatrywała się przez chwilę w ciecz, nie podejmując jednak żadnych działań. Zatrzaśnięcie się w małej sypialni i doczekanie tam świtu zdawało się kuszącą opcją; rano spokojnie mogłaby się wymknąć, przy odrobinie inwencji twórczej napisać nawet karteczkę z lakonicznym dziękuję!, zostawić ją gdzieś w widocznym miejscu i uspokoić sumienie; wrócić do swojego mieszkania, przespać pół dnia i spróbować uspokoić rozedrgane jestestwo, uciekając się przed sobą do logicznych tłumaczeń... tego wszystkiego.
Ale oczywiście nie zrobiła tego.
Upiła łyk herbaty, rozglądając się po pomieszczeniu. Jak to się stało, że się w ogóle tutaj znalazła? Czuła się obco, a jej poczucie spokojnej pewności wyparowało wraz z zatrzaskującymi się drzwiami łazienki - i nie, nie zamierzała się do nich dobijać. O dziwo wcale nie oskarżała mężczyzny o ucieczkę, w pewnym dziwnym sensie potrafiła to zrozumieć; a tak jej się przynajmniej wydawało. Czy chciał się odciąć od niej, od sytuacji przytłoczenia, a może miał jej zwyczajnie, po ludzku dość? Bardzo możliwe, ale jej dywagacje tak naprawdę niczemu nie służyły, bo jak wyjaśnić coś, co dla Camille nie układało się w wytłumaczalny i logiczny ciąg, tylko w jakiś dziki szlaczek, poprzerywany i bez zamysłu? Sytuacja przerosła ją już któryś raz tej nocy, a ona mogła tylko stać oparta o szafkę i zastanawiać się, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi.
Ale nie długo - bowiem jako człowiek czynu, a nie rozlazłej bezczynności, nie mogła dłużej stać z tą herbatą jak ostatnia sierota, czekając na nigdy nienadchodzące zbawienie. Nie mogła długo tkwić w takim impasie, więc bezczelnie postanowiła też przerwać łazienkową sielankę swojego gospodarza; a to dlatego, że wciąż towarzyszył jej lęk przed tą duszącą irracjonalnością, która zamknie ją w czterech ścianach tej kuchni - tak jak miało się to stać w uliczce doktora Babinskiego.
Z całych, natężonych sił, próbując nie zabrzmieć desperacko, postanowiła zadać jedyne - niezbyt mądre zresztą - pytanie, które przyszło jej do głowy. I które mogło nosić znamiona rozładowujące napięcie.
Zapukała delikatnie dwa razy w drzwi łazienki.
- Mogę zapalić? Przy otwartym oknie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Wto Sie 08, 2017 11:50 pm

Wszystkie padające słowa były tak desperackie, tak nieracjonalne, tak dziwne, że wykraczały poza wszelkie granice zimnolubnej kalkulacji; zmęczenie osiadające na powiekach, wiszące w powietrzu zawiesiste grudki ciągłego poirytowania – Fiodor chciał wierzyć, że to wszystko go nie dotyczyło, że był ponad nagłymi porywami nieustannego podenerwowania, jakie budziła w nim obecność dziewczyny. Oboje byli mistrzami we wmawianiu sobie pewnych rzeczy, jednak on – w przeciwieństwie do niej – nie musiał udowadniać całemu światu, że więcej w nim siły i niezależności niż w całej Francji Vichy.
Nie musiał, bo świat – w tym butna, zaciekle wierząca we własną zaradność, niezawisłość oraz samowystarczalność blondynka – doskonale o tym wiedział.
Jego autosugestie ograniczały się więc do odczuć, jakie budziła niepozorna (tylko i wyłącznie pod względem gabarytowym) postać. Fiodor chciał wierzyć, że dziewczyna wywołuje u niego jedynie smutek, kiepską, rozpełzającą po całym ciele obojętność – i że napięcie, niejasny cień obaw, nieustanna potrzeba przeciągnięcia rozmowy choćby o kolejną wymianę słownych ciosów to wyłącznie projekcja zmęczonego umysłu. Nic ponadto. Okłamywanie samego siebie było o tyle wygodniejsze, że odpychało na bok wszystkie wątpliwości i nawarstwiające się znaki zapytania – choć sprawnie poradził sobie z wyjaśnieniem, dlaczego jej pomógł, wciąż nie potrafił znaleźć racjonalnego uzasadnienia dla rozmowy, jaką nadal toczyli.
Przecież nie chodziło tu o przekonanie dziewczyny do własnych racji – wiedział, że dokonał tego przed dobrymi kilkoma minutami, pod warstewką poirytowania oraz oślego uporu dostrzegając słaby odblask polubowności. Przyznała przed sobą własne błędy, zrozumiała, jak wielkiego ryzyka się dopuściła i jak tragiczny byłby jej koniec, gdyby nie nagła pomoc – jednak Fiodor nieustannie powracał do tego tematu, jak gdyby sam jego wydźwięk sprawiał mu irracjonalną przyjemność. A przecież tak nie było; nieszczególnie obchodziły go dalsze losy blondynki, jeszcze mniej jej odczucia i już z całą pewnością nie czerpał radości z prowadzonych przepychanek – mimo to uparcie odmawiał zawieszenia broni, przerwania tematu, machnięcia ręką na wszystkie jej docinki i spokojnego doczekania do świtu. Najwyraźniej wciąż nie dojrzał do głośnego przyznania przed samym sobą, że nie tylko nie mógł, ale nie chciał jej tam zostawić – choćby na Paryż ktoś miał spuścić sarin i defolianty. Nie było takiej możliwości. Nie dzisiaj, nie teraz, i w ogóle w żadnych okolicznościach.
Miała zbyt wiele przed sobą – całe to rozkołysane, zasmarkane życie. I Fiodor, w mentorski, naznaczony doświadczeniem sposób, najwyraźniej chciał jej to życie zagwarantować – zaczął całkiem nieźle, od uratowania go przed przedwczesnym finałem. Dość iluzji, roztaczanych przez niedopowiedzenia, zręczne uniki i węgorzowato-śliskie kłamstwa. Nie miał najmniejszego zamiaru być wyłącznie miłym wspomnieniem; musiał wyprostować się, napiąć mięśnie i działać, kształtować, pomagać, reprezentować to, czego wymaga pieprzony patriarchat. Allez, mon cheval!
Tyle tylko, że mierny był z niego nauczyciel – zniesmaczony, marudny, odrywający z nudów nalepki z każdej butelki piwa, wpadający w lepkie bajorko wściekłości pod byle pretekstem, wysłany tutaj z delegacją z Kraju Rad, nieustępliwy, na wskroś cyniczny. Mierny, mierny nauczyciel.
Ale jeśli to miało w jakikolwiek sposób ukształtować tę dziewczynę – zapalczywą komunistkę – jeśli za kilka tygodni dzięki niemu miała wpinać sobie w wewnętrzny kołnierzyk sukienki broszki z sierpem i młotem, odmalować ściany sypialni na czerwono, jeśli miała przez resztę życia wierzyć w ideę światowej rewolucji, walki klas i marksistowską teorię społeczną, to nie ma sprawy,  jeśli chciała znosić obecność Fiodora, iść nad ranem zrywać propagandowe plakaty, pluć na nazistów, wybijać szyby w burżuazyjnych sklepach, to naprawdę, nie ma najmniejszego problemu.
Nauczy ją wszystkiego.
Miał to szczęście, by obserwować, jak komunizm buduje się od podstaw, dlatego rysowanie jej nowego, lepszego świata będzie lekko smutne. Tu było trudniej, niż w Związku Radzieckim – tu wszystko wydawało się lekko spłaszczone, nieprawdziwe, pozbawione głębi, obdarte z zapalczywości, która płynęła ulicami Moskwy wraz z krwią tych, którzy ginęli podczas kolejnych czystek. Dlatego musiał przygotować lekki substytut, kit, tani bazarek zamiast najprawdziwszej prawdy – więc może pewnego dnia opowie jej, śmiejąc się sam z siebie, jak to kiedyś, dawno temu, w innej rzeczywistości, czasie i galaktyce, wystrzał z krążownika wysadził powietrze, zdetonował całą aurę i wszyscy ludzie rewolucji powstali z kolan. A gdy Europę przestanie skuwać faszystowska zaraza, być może – tylko być może – zabierze ją do innych, równie zapalczywych komunistów, z którymi będzie jej lepiej niż z trzydziestoletnim starcem, który potrafi już tylko obojętnie lustrować otoczenie przekrwionymi oczyma, cedzić na jego temat cyniczne uwagi, coraz bardziej zamykać się na świat i czekać, aż zatrują go jego własne, krążące w żyłach toksyny.
Jednak w tej chwili, tej nocy, nie była gotowa na nic – na nic, poza próbą ukrycia prawdy o sobie pod kolejnymi warstewkami kłamstw. Nawet, gdyby chciał w nie uwierzyć, w te wszystkie butne deklaracje i harde spojrzenia, nie potrafiłby zignorować krótkich przebłysków niepewności, które wykwitały pod ciężkimi kotarami pozorów. Obserwując chwilowe wahania, miał niejasne wrażenie, że jednak nie dostrzegł wszystkiego, że dziewczyna zdołała coś zagrzebać i zakopać, ukryć tak głęboko, iż nawet jego spojrzenie – dwie błękitne, skute lodem pozornej obojętności sadzawki – nie potrafiło dojrzeć sedna.
Dlatego pozwalał jej na kolejne słowa, na toczenie rozmowy, na ledwie powstrzymywane bluzgi, które chciała ciskać pod adresem niewzruszonego wybawiciela – im mocniej się irytowała, tym mniej ostrożna była, a im mniej ostrożna była, tym więcej mógł dostrzec. Zupełnie jak teraz, gdy niemal bezgłośnie poruszyła ustami, a powietrze zaczęło wirować wokół niej, świat – wraz ze światem Fiodor – wyczekiwał na  kulminację, puentę, na to, co padnie z jej ust.
Miło słyszeć, że przyswoiłaś lekcję – zabrzmiał niemal polubownie, bez trudu wychwytując to lekkie, z trudem hamowane rozedrganie, jakie towarzyszy kumulującej się złości. Fascynujące, że dzięki oscylowaniu wokół tego jednego, omówionego z każdej strony tematu, wciąż potrafił wzbudzić jej irytację.
A może nie chodziło o temat, lecz o niego?
W ostatnim momencie. Nigdy nie dopuść do podobnej sytuacji – musiał jakoś – i na dodatek szybko – odbić podobny akt bezinteresownego dobra oraz głośnego przyznania mu racji. Nie można wystosowywać w kierunku Fiodora takich chrystusowo-pojednawczych gestów; jest złym człowiekiem i kawałem chama, więc alergicznie reaguje na nagłe kapitulacje kogoś, kto wydawał się niezjednany. – Wystarczy dostrzegać ryzyko nawet tam, gdzie pozornie go nie ma. Wtedy przynajmniej nic cię nie zaskoczy – to nie był czas ani miejsce na mentorskie porady, ale skoro ona w końcu opuściła gardę, on musiał się zrekompensować – a podobne oczywistości nie kosztują zbyt wiele, może kilka straconych sekund, lekkie zmęczenie strun głosowych, nic więcej. Pozwalają za to zebrać myśli i opracować taktykę w obliczu nagłej zmiany rozkładu sił na tym niewielkim, mieszkalnym froncie; jej kolejne słowa nie są w stanie wywołać zamierzonego efektu, bo Fiodor już skupiał myśli na czymś innym, nieco tracąc na ostrości spojrzenia – i tylko na tym.
Które dla odmiany naginasz pod własny punkt widzenia – nie chciał przypuszczać kolejnego, werbalnego ataku – zwyczajnie wytykał jej hipokryzję, jawnie odwołując się do słów, które jeszcze kilka chwil temu skierowała pod jego adresem. Naprawdę musieli brnąć w to głębiej? Był pewien, że jeszcze kilka minut podobnych dywagacji, a każde kolejne słowo padające z ust dziewczyny będzie uaktywniać w nim mini-migrenę, popapraną wersję anty-akupunktury.
To dopiero przygnębiające – nie zraża go ani metodyczny ton, ani spokój, z jaką wypowiedziała zdanie o pechu. Też odkrycie; w tym mieście każdy, kto nie nosił munduru, prędzej czy później padał ofiarą igraszki losu i mało istotne, czy nazwał ją pechem czy nazistowską zarazą, należało zacisnąć zęby i żyć dalej.
O ile wciąż posiadało się podobną możliwość.
Chyba właśnie taką taktykę zastosował Fiodor, wyrywając się z gęstej mgiełki niedopowiedzeń, która oblepiła tę dwójkę jak druga, syntetyczna skóra. Wiedział, że musi się od niej odgrodzić, wyrwać spod jasnego spojrzenia, zniknąć, zanim będzie za późno – więc zostawił blondynkę w drzwiach z tym niejasnym poczuciem dezorientacji, które zostanie jej do końca życia i które towarzyszyło również jemu. Poczuciem, że gdzieś, kiedyś, poznała mężczyznę wlepionego w kliszę wojennej rzeczywistości tak, jak gdyby był z zupełnie innego filmu, że w jego mieszkaniu padła ofiarą iluminacji, że w zamknięciu pomiędzy framugami przez ułamek sekundy zobaczyła świat jako ambiwalencję, fotomontaż, malowany w sierpy i młoty, rondelek z odgrzewanym chaosem.
Że kiedyś ledwie sekundy dzieliły ją od prawdziwej tragedii.
Za zamkniętymi drzwiami łazienki karambol gęstej atmosfery nieco się przerzedził.  Nagle zapadła cisza, jak miła odmiana po całym stuleciu nieustannego dudnienia wojennych bębnów.
Wsuwając dłonie pod zimną wodę, nakazał sobie spokój. Głęboki oddech. Jeden i drugi. Wrażenie, że za moment stanie się coś nieodwracalnego, w końcu odpuściło – już nie wisiało nad nim jak kowadło nad rysunkowym bohaterem komiksu, więc – paradoksalnie – natychmiast poczuł brak.
Niedosyt. Słaby cień tęsknoty?
Jak gdyby fakt, że już nie wdycha złotego pyłku, który naświetlał ich jeszcze przed momentem, rzeczywiście mógł wywołać poczucie pustki. Dla równowagi wystarczyło przypomnieć sobie o czymś nieprzyjemnym, tak jakby miał obciążyć sobie nogi, żeby nie odfrunąć. Nie zamierzał, nie chciał i rzeczywiście nie roztrząsał tego, co jeszcze przed chwilą nieśmiało wykluwało się w jego myślach – fala lodowatej wody na twarzy wystarczyła, by przywrócić myślom klarowny, chłodny, wyważony nurt, wymywając z umysłu wszystkie niedopowiedzenia. Nawet ulotne wrażenie ciepła, które ogrzewało i paliło, rosnąc w środku jak słupek dodatniej temperatury, przestało mieć znaczenie. Jedyne, czego nie zdołał odzyskać, to rachuba czasu – do rzeczywistości wrócił dopiero wtedy, gdy usłyszał ciche pukanie do drzwi, które odbiło się w jego umyśle potężnym hukiem górskiego wodospadu. Przez krótki, irracjonalnie zatrważający moment nie potrafił przypisać tego dźwięku do konkretnej osoby, jakby wytarł obecność dziewczyny z myśli wraz z kropelkami wody osuszonymi przez ręcznik – dopiero jej głos, stłumiony przez prowizoryczną granicę, ponownie wepchnął rzeczywistość na dawne tory.
Papieros będzie dobrą rekompensatą – te słowa wypowiedział już w trakcie otwierania drzwi – ostrożnie, by z impetem nie uderzyć w stojącą za nimi dziewczynę – i dopiero, gdy dłoń puściła klamkę, uświadomił sobie, że gdzieś pomiędzy uspokajaniem galopu myśli a obmywaniem twarzy, pozbył się udręczonej po całym dniu doznań koszuli, zamieniając ją na nie mniej udręczoną przez życie podkoszulkę – rozciągniętą na tyle, by zdradziecko odsłoniła fragment blizny rozpełzającej się od łopatki do prawego boku. – I wystarczy za dziękuję – udawanie, że wszystko jest pod kontrolą (nie było), przychodziło łatwiej, gdy mógł skupić się na drobnych zadaniach – pierwszym z nich było wyminięcie blondynki, drugim chwycenie za wciąż nietkniętą herbatę, trzecim – zgaszenie światła. Czwarte i piąte zlały się w jedno: Fiodor podszedł do kuchennego okna, krótkim szarpnięciem odsuwając zasłony, które do tej pory ukrywały wnętrze mieszkania przed światem zewnętrznym. W trakcie szóstego, małego wyzwania – otwierania szerszego skrzydła okna – wychylił się nieznacznie do przodu, stawiając letnią herbatę na zewnętrznym parapecie i wolną dłonią klepiąc ten wewnętrzny, jakby wydawał blondynce krótkie, choć z gruntu życzliwe polecenie.
Siadaj.
Wciąż się nie przedstawiłaś – zauważył spokojnie, unosząc lekko głowę – w stronę bezchmurnego, zobojętniałego nieba o barwie rozlanego atramentu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Sro Sie 09, 2017 8:57 pm

Jednym z wielu, wielu życiowych pragnień Camille (plasującym się gdzieś zaraz za dowodzeniem Wielką Francuzką Czerwoną Rewolucją, ale jeszcze przed wizją swojej starszej siostry kajającej się w rozpaczliwych przeprosinach za każdy przytyk z jej strony) było prawdziwe, nieudawane poczucie niezależności i niezawisłości, które byłoby zakorzenione w Hebuterne tak głęboko, że biłoby od niej jasnym, pewnym blaskiem, oślepiającym każdego potencjalnego innowiercę. To nie tak, że faktycznie nie poczuwała się na panią swoich czynów czy, w ogóle, życia - wielokrotnie wzięła je już w swoje ręce, udowadniając, przede wszystkim sobie, że jest zdolna do wywrotowego działania na rzecz własnego losu.
Być może ta prężnie kiełkująca obsesja wynikała z doświadczenia ogromnej ilości lekceważenia, którym tak często - i z wielkim natężeniem - była na przestrzeni lat obdarzana. Jego źródło dziewczyna dostrzegała w kilku aspektach swojej osoby: we wzroście - to przede wszystkim, w płci - co stanowiło natychmiastowy reaktor irytacji i głębokiego poczucia krzywdy, a nawet w kolorze włosów - czego zwykle nawet wolała nie komentować, próbując nie zniżać swojego poziomu dyskusji do rozmówcy posługującego się takową retoryką; co bywało ciężkie, zważywszy na proporcjonalny wręcz wzrost gniewu w odniesieniu do powtarzalności wciąż tych samych kawałów o blondynkach. Boki zrywać.
Musiała, musiała zaznaczać swoją siłę na każdy możliwy sposób; bała się zesłania na banicję składającą się z protekcjonalności i nieposzanowania jej wybujałego poczucia odrębności - zwykle skutecznie radziła z tym sobie właśnie poprzez nieugiętą dyskusję.
I faktycznie, nie potrafiłaby sobie wyobrazić, że ktoś w podobny sposób mógłby potraktować jej gospodarza - pan z uliczki postanowił go zbagatelizować i nie skończyło się to dla niego ani trochę korzystnie. Zwykle takie niesprawiedliwości widoczne w sposobie traktowania jej w porównaniu z kimkolwiek innym, stanowiły dla Camille prawdziwą, demotywującą zgryzotę; o tyle bolesną, że idealnie widoczną. Też chciałaby działać w ten sposób - może niedosłownie lejąc oprychów po ciemnych ulicach (ale to w zasadzie trochę też) - i budzić automatyczne, nawet ciche poszanowanie swojej osoby, bez tej ciągłej walki, bez udowadniania na każdym kroku, że ma w sobie więcej ikry niż większość mieszkańców tego otępiałego, kolaborująco-zastraszonego miasta.
I chociaż jej niepozorność mogła być prawdziwym, całkiem przydatnym atutem, to częściej bywała jednak źródłem nieporozumień i zażenowania.
Camille postrzegała siebie jako prawdziwą orędowniczkę (póki co teoretycznego) komunizmu - dziwiło ją na przykład to, że chociażby w szeregach Résistance ta najsłuszniejsza doktryna i jej wyznawcy traktowani są z rezerwą; dziewczyna była jednak pewna, że niedługo przejrzą na oczy, dostrzegając, że to socjalistyczne zjawisko z całym swoim dobrodziejstwem inwentarza jest lekarstwem na wszystkie ojczyźniane problemy. Poza swoim oddziałem nie spotykała się z wieloma przejawami komunistycznej myśli, dlatego fakt, iż natrafiła na żywy, władający językiem rosyjskim (!) dowód na to, iż płomień czerwonego socjalizmu nieprzerwanie płonie, napawał ją wręcz dziecięcą nadzieją.
Oczywiście dobrym, początkowym krokiem wprowadzania nowego ustroju byłoby pozbycie się nazistów z terenów okupowanych, a później zniszczenie ich w zarodku; Hebuterne była niemalże pewna, że strawiona wojną Francja w końcu potraktuje komunizm jako powiew świeżego powietrza, które ponownie tchnie życie w ich kraj, bo przecież przed wojną też nie był idealny - ale ich pokolenie miało szansę to naprawić; ta myśl napawała dziewczynę nieokiełznanym podekscytowaniem. Oczyma wyobraźni naprawdę widziała siebie na czele pewnego rodzaju komunistycznej krucjaty, która ustanawia nowy porządek, ukręcając łeb tej nazistowskiej, zaplutej hydrze. Były to czcze, naiwne mrzonki, których na szczęście nikomu nie zdradzała, ale fakt pozostawał faktem - Camille Hebuterne rwała się do walki i oporu. Jednym z problemów, które oprócz jej własnej, duszącej irytacji mogłyby wystąpić podczas takich swoistych komunistycznych lekcji, udzielanych jej łaskawie przez tego oto cudem odnalezionego wysłannika Manifestu, był fakt, iż nie uznawała autorytetów; zwyczajnie miała w zwyczaju podważanie co drugiej decyzji i rozporządzenia, rozdrabniając ją na części pierwsze, analizując pod własnymi kątami. Tak jak i on mógłby wypaść w roli nauczyciela miernie, tak i ona nigdy nie była przykładną uczennicą, która pokornie dawała się bić po dłoniach linijką za swoje przewinienia - nie starała się wypracować w sobie umiejętności pójścia na kompromis, czy chociażby śladowego poszanowania dla instytucji, będąc dla nauczycieli prawdziwym utrapieniem.
Jednak do tej pory żaden z nich nie chciał jej uczyć rewolucji.
A to był przedmiot, który akurat zdawał się fanatycznie interesować Camille.
Której, notabene, cierpliwość naprawdę była na wykończeniu - a to dlatego, że jej próba p o l u b o w n e g o zakończenia tego uciążliwego tematu nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Wręcz przeciwnie; miała wrażenie, że mężczyzna czerpie przyjemność z przedkładania jej morałów, które zdawały się nie mieć końca, niebezpiecznie podburzając podirytowanie dziewczyny.
- Dziękuję za te złote rady, teraz na pewno wstąpię na drogę światła i bezpieczeństwa, kimże ja byłam, zanim mogłam ich wysłuchać! - porady, zwłaszcza udzielane tym tonem (i przez niego), były zdecydowanie na szczycie alergicznej listy Hebuterne. Pożałowała swojej wcześniejszej układności, bowiem wcale nie pomogła jej ona w ukróceniu cierpień tego maltretowanego wypłosza, którym był temat jej samotnej, prawie samobójczej wyprawy i następujących po niej ewentualnych konsekwencji. Może i było to głupie, nawet bardzo, ale chciałaby mu dobitnie pokazać, że nienienie, wcale nie przyswoiła żadnej lekcji i że jest w stanie powtórzyć swój wybryk i to tylko po to, aby poklepać po głowie własną przekorę.
- Nic bardziej mylnego, to było całkiem obiektywne. - stwierdziła oschle, próbując nie dać się wyprowadzić z równowagi zarzutami o hipokryzję. Naprawdę nie mogła się nadziwić temu, iż zirytowanie powodowane przez różne słowa tego mężczyzny jest w stanie buzować w niej z tak niezmordowaną siłą; wciąż na nowo i na nowo. I dlaczego, skoro kosztuje ją to tyle nerwów, nieustannie brnie w te bezowocne dyskusje z taką determinacją, jakby bojąc się całkowicie zamilknąć? Kolejne pytanie doliczone do puli.
Szczerze się zdziwiła, gdy drzwi od łazienki zostały otwarte. Liczyła się z tym, że jej pytanie zostanie napiętnowane gardzącą ciszą, znamienną dezaprobacie dla podobnych propozycji - ale na pewno nie spodziewała się, że jeszcze zostanie podchwycone. Kiedy zdążyła przywyknąć do myśli, że tej nocy nie zdziwi jej już nic, że zdążyła już pozbierać porozrzucane resztki wystudiowanej obojętności, to jednak nieustannie zostawała uświadamiana, że wstrząsom, w które obfitowały ostatnie momenty, nie ma końca.
Łaknęła spokoju, tego spokojnego ciepła i całej jego intensywności, której zdążyła zasmakować na przestrzeni kilku sekund.
Camille nie zdążyła dokładnie przyjrzeć się mężczyżnie, kiedy ten ją wyminął. Wiedziała, że łudzenie się, iż z jego twarzy będzie można odczytać cokolwiek; chociażby cień wytłumaczenia, coś, co posłuży jej za narzędzie do interpretacji swojego własnego rozbicia, było próżne. Mimo to, uważnie, ale też nieco panicznie, śledziła go wzrokiem, próbując doszukać się źródła jego umiejętności swobodnego manipulowania jej spokojem, raz obezwładniającym i błogim, a w następnym momencie będącym już u kontroli nad jej całkowitym rozwarstwieniem - z którego próbowała podnieść się z godnością; na tyle, na ile pozwalała jej sytuacja i nerwowość, którą próbowała ukryć.
Rósł w niej lęk, współmiernie z poczuciem całkowitej dezorientacji i chęci powrotu do tego konkretnego momentu, w którym jej to nie dotyczyło.
Istotnie, tę chwilę wspominać będzie jako całkowicie wyciętą z rzeczywistości, nieprzystającą do wojny, ani do świata w którym żyli - było tak, jakby ten mężczyzna został nagle doklejony do tego, zwykle, ograniczonego obrazka.  Czuła się tak jak za każdym razem, gdy sytuacja wymykała się spod jej decyzyjności - teoretycznie jednak wciąż była w stanie kierować swoimi poczynaniami, swoimi słowami. Dlaczego zatem miała wrażenie, iż jej realny wpływ na wydarzenia maleje?
- Miałam na myśli tylko siebie. - stwierdziła, podążając za nim z powrotem do kuchni. Jej badawczy wzrok oczywiście zdążył wyłapać zdradę rozciągniętej koszulki; jednakże cisnące się na usta pytanie nie przeszło jej przez gardło. Natychmiastowo zdusiła też w zarodku chęć, aby - samymi tylko opuszkami - dotknąć blizny i w ten nierealny sposób odkryć prawdę o niej. O nim
Naprawdę zaczynała martwić się o swoją poczytalność.
Ta szrama mogła stanowić także kolejny fragment układanki; ale paradoksalnie Camille mogła zauważyć tylko puste miejsce po zagubionym kawałku, którego wciąż brakowało, a który mogłaby ułożyć na swoim polu z cichym, satysfakcjonującym kliknięciem - gdyby tylko wiedziała jak. Bądź gdyby przynajmniej orientowała się w tym, co tak naprawdę układa. Miała wrażenie, iż znajduje coraz więcej niewiadomych, które nijak nie chcą współgrać jako spójny obraz - czemu, dla odmiany, nie mogła otrzymać od łaskawego losu jakiejś prostej odpowiedzi, w zamian za te same liche odpryski?
- Ale niech stracę. - to był dość osobliwy sposób na okazanie wdzięczności, szczególnie wyrażony w tych słowach, ale chyba musiał wystarczyć. Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni sukienki naznaczoną ciężką egzystencją paczkę papierosów, pieczołowicie konserwowanych na ciężkie chwile.
Takie jak te, przykładowo.
Usiadła na parapecie - bo tego chciała, bo tak jej było wygodnie, a nie dlatego, że on jej to zasugerował, o czym świat poinformowała lekko zmarszczonym nosem i uniesionym podbródkiem. Położyła papierosy obok herbaty od zewnętrznej strony, wcześniej wyciągając sobie jednego z paczki, nie bawiąc się w kurtuazyjny proces częstowania. Proszę, niech bierze.
- Camille. - powiedziała, przekładając papierosa do lewej ręki, a drugą wyciągając w jego kierunku; oczywiście w geście uściśnięcia sobie dłoni - cóż to było za trzaskające utarty schemat patriarchatu posunięcie! Miało jednak głębsze znaczenie; zarządzało chwilowy rozejm, nieokreślony rodzaj porozumienia, ale pewnie dość krótki, zwłaszcza zważywszy na wciąż wiszącą w powietrzu batalię o miejsce do spania. W założeniu ruch ten miał wypaść czysto i luźno, w opozycji do niewytłumaczalnej atmosfery i napięcia, których przelotne uczucie wciąż utrzymywało się w Hebuterne, próbującej jednak w żaden sposób tego nie okazać i podobnie jak mężczyzna, chcąc ukryć roztrzęsienie pod płaszczykiem potencjalnie zwykłych (czyli tak wybitnie miłych) słów i gestów - jakby w obawie, że gospodarz wykorzysta tę duszną chwilę przeciwko niej. Zanim jednak Lazare zdążył zareagować, dodała - A, nie mam zapałek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Sro Sie 09, 2017 11:42 pm

Nieodparta, często pozbawiona racjonalnych filarów potrzeba poznania drugiego człowieka to ciężar, którego wagę dostrzega się dopiero po czasie. Poznanie wymaga olbrzymich pokładów cierpliwości, słuchania, obserwowania i czytania z gestów przez całe dnie, noce, być może tygodnie, a nawet lata. Poznanie jednoznaczne jest z przetrząsaniem czyichś myśli i próbami wślizgnięcia się w obcą skórę, z rozbijaniem kogoś na cząstki elementarne i składaniem go od podstaw w spójną całość; poznanie wymaga umiejętności wyłuskiwania ze skorupki pozorów oraz znoszenia widoku krwi sączącej się z nieświadomie zadanych ran – i jeśli nie jest się gotowym na podobne poświęcenie, lepiej zrezygnować od razu, już na początku tej ścieżki. Z drugiej strony – całkowicie paradoksalnie – czasem najłatwiej otworzyć się przed kimś, kogo zna się najmniej. Potrzeba mówienia bez ogródek i bez ciągłego zastanawiania się nad tym, co padające słowa mogą dla kogoś innego znaczyć, sprawiała, że zupełnie odlegli i obcy ludzie – tak, jak odległa i obca była ta dziewczyna – nagle okazują się atrakcyjnym partnerem do dialogu.
Lub nieustannej, pozbawionej racjonalnego końca kłótni.
Mało istotne, jak zaciekle Fiodor wmawiałby sobie, że wie całkiem sporo o goszczonej przez siebie blondynce – i tak rozmijałby się z prawdą. We własnym, nieustępliwym przekonaniu uwierzył, że od samego początku tej znajomości kierował się żelazną logiką, co było, rzecz jasna, wyłącznie łagodnym sposobem na stwierdzenie, że tak naprawdę nie respektował zasad żadnej logiki. Zbyt pochopnie pozwolił, aby ta relacja – nieco hiperboliczne określenie dla współzależności, na jaką zostali dziś mimowolnie skazani – rozwinęła się w skrajnie nieprzewidywalny sposób, co stało się oczywiste dopiero wtedy, gdy nie potrafił zrezygnować z nieustannego poruszania tematu, który budził w dziewczynie równie jawną irytację. Balansował niebezpiecznie blisko cienkiej granicy cudzej cierpliwości, jak gdyby oczekiwał, że pod wpływem napięcia, na jakie narażał nieszczęsną (i wyraźnie podenerwowaną) rozmówczynię, wszystko co chciała ukryć, staję się widoczne, wypełznie na powierzchnię i obnaży się w sztucznym świetle żarówki.
Nic bardziej mylnego.
Nie mógł poznać jej cichych marzeń, pobudek, jakimi kierowała się podczas dzisiejszej wyprawy, obaw, które – zupełnie nieświadomie – wywoływał w niej samą swoją obecnością, bo pod naciskiem słów zamknęła się w sobie jak skorupiak. Zadziałały wszystkie mechanizmy obronne, tajemnica skryła się pod twardą osłonką, słowa nie wyrażały niczego, poza zmęczeniem i irytacją, być może występujących nawet nie w tej kolejności. Nie wiedział, w jaki sposób postrzegała (bądź chciała się postrzegać) ta na pierwszy rzut oka nie budząca szczególnego respektu dziewczyna, bo w trakcie kolejnych, cynicznych docinek, stracił jedyną okazję na zadanie jej tych sakramentalnych pytań – jedynie potwierdzając tym ludową prawdę, jakoby życie było pasmem zmarnowanych szans.
Dlaczego wierzysz w socjalizm?
Naprawdę uważasz, że francuscy komuniści tworzą realną siłę?
Skąd w tobie tyle zapalczywości wobec idei, z którą niemal nie masz styczności?

Doskonale wiedział, że ukierunkowana zawziętość była u kobiet straszną bronią – a zawziętość ukierunkowana nieświadomie bronią jeszcze straszniejszą. Brakowało mu jednak pewności, z jaką kategorią ma do czynienia w jej przypadku – z zasady przejawiała równie jadowitą zajadłość czy było to zwykłe, wystawione na potrzeby dzisiejszej nocy, przedstawienie? O to również mógłby zapytać.
Gdyby tylko nie wypowiedział jej wojny werbalnej, która stanowiła tylko i wyłącznie reakcję obronną na zamieszanie, jakie w jego dokładnie przemyślanym mirażu życia zaprowadziła z pozoru niepozorna komunistka. Urojone obawy za jej sprawą przekształciły się w realne zagrożenie, które przybrało na silne, gdy nie miało ku temu podstaw – w chwili, w której czas zastygł w bezruchu, jakby oczekiwał na rozwój wydarzeń, a atmosfera wokół nich przybrała gęstość doprowadzonej do wrzenia melasy. Fiodor w napięciu wyczekiwał, aż to irracjonalnie, bezpodstawne, nie na miejscu uczucie zechce go opuścić, podświadomie wiedząc, że skoro strach ma końcowe stadium – stadium, po którego osiągnięciu człowiek przestaje się bać, choćby zagrożenie znajdowało się tuż obok – to również to (nie potrafił znaleźć adekwatnego określenia, co jedynie mocniej skłębiało kłaczek paniki lęgnący się gdzieś z tyłu głowy) musiało mieć swój punkt kulminacyjny.
Uniknął go, znikając za drzwiami łazienki – co i tak nie zdołało uratować Fiodora przed urojonymi obawami, które wciąż kłębiły się w umyśle. Wszystkie niedopowiedzenia, blade znaki zapytania, nawarstwiające się braki odpowiedzi były jak woda z zatrutej studni. Nie istniała bezpieczna dawka, nie było również skutecznego antidotum – choć przecież każda emocja ma konkretne, określone źródło . Źródło, które tym razem pozostało niejasne, abstrakcyjne, skryte za kolejną budzącą irytację niepewnością. Potrafił bez trudu określić, dlaczego musiał wyrwać się z tej dusznej, oblepiającej całe ciało atmosfery, ale nie umiał wskazać konkretnej przyczyny zadręczających go – i na szczęście szybko skazanych na banicję – obaw.
Chociaż odpowiedź, całkiem dosłownie, znajdowała się na wyciągnięcie ręki.
Nie ironizuj – zmarszczył pół-gniewnie brwi, cierpliwie odpierając nagłą salwę sarkastycznego tonu, który tak brutalnie nie współgrał z – bądź co bądź, nadal nieco wściekłą – autorką wypowiedzi. – Nie każdemu z tym do twarzy – paradoksalnie (i całkowicie nieświadomie) udzielił jej kolejnej wskazówki, być może jedynie dorzucając drewna do strzelającego płomienia irytacji. Tym razem jednak nie miał zamiaru przypuszczać na niej personalnego ataku – zwyczajnie wypowiedział na głos to, co kilka sekund wcześniej stwierdził w myślach przy niemałej aprobacie zdrowego rozsądku. Dławiący bagaż życiowych doświadczeń podpowiadał mu, że w pewnych sytuacjach – i ta chyba się do nich zaliczała –  bzdurę bezpodstawnie psującą mu nerwy mógł powstrzymać wyłącznie inną bzdurą, dorównującą poprzedniej bezsensownością i obdartą z logicznych zasad, odwiecznych prawideł bądź brutalnych zakazów.
Może masz rację – co za nagła zmiana odgrywanych ról; tym razem to Fiodor zdobył się na polubowny ton, najwyraźniej nieszczególnie zrażony oschłością tonu dziewczyny. Skoro tak bardzo pragnęła przeforsować choć jedną tezę, która padła z jej ust dzisiejszej nocy, ta była najbliżej prawdy i do tego nie wymagała od Chirjakowa szczególnych poświęceń – być może odrobinę łagodności w głosie oraz zdobycie się na słabą imitację uśmiechu. – Wszyscy mamy swoje powody.
W jakimś stopniu musiał zdawać sobie sprawę z tego, że zbyt swobodnie pogrywa z jej cierpliwością i pokładami dobrej woli, że przejawia zbyt drastyczną ambiwalencję we własnych zachowaniach, by zapewnić dziewczynie jakikolwiek stały punkt zaczepienia. Kiedy wydawało się, iż w jego reakcjach zaczyna przejawiać się logika, jakiś cień zamysłu, choćby błahy odprysk namysłu, nagle robił coś, co przeczyło zdrowemu rozsądkowi bądź nieśmiałym oczekiwaniom. Nie mógł być przewidywalny – ani dziś, ani jutro, ani przez całe życie, w którym rutynowość czynności stanowiła synonim dla rychłego końca kariery.
I własnego istnienia – choć to dla Fiodora nie znaczyło zbyt wiele.
O ile jednak do własnej nieprzewidywalności był przyzwyczajony, o tyle nigdy nie potrafił zaakceptować, że coś – lub ktoś – może przejawiać równie zagorzałą nieobliczalność. Dzisiejszej nocy u źródła stochastyczności zachowań, emocji, a nawet zwykle wyważonych reakcji, leżała – a raczej dumnie stąpała po kuchni – drobna sylwetka o wielkim duchu. Nie chciał w to wierzyć, ale dziewczyna rozpylała wokół siebie niepokojącą syntezę zagadkowości i niespożytkowanej energii, i czegoś jeszcze – czegoś, co przyciągało jak miód, wywabiło go zza bezpiecznej granicy łazienkowych drzwi i zmusiło (zmotywowało?), by po raz kolejny zabrał głos, przedłużając tę i tak pozbawioną czasowych ram noc.
Musisz wyrażać się precyzyjniej, mężczyźni nie są zbyt domyślni – frontalny atak na braci w wierze i wyłuszczenie własnej słabości, która była niczym więcej, jak tylko utartym stereotypem – jeśli chodzi o wyłudzanie drobnych, nikotynowych przyjemności, Fiodor osiągnął absolutne mistrzostwo, posuwając się nawet do równie błahych chwytów, wszystkich tych kretyńsko pseudozabawnych odpowiedzi. Dlaczego właśnie teraz uaktywnił się w nim ten parszywy impuls złotych wskazówek? Problem w tym, że nawet gdyby chciał – a chyba nie chciał – nie potrafiłby zdobyć się na więcej, bo podświadomie przeczuwał, że choć noc wkrótce dobiegnie dla nich końca, to będzie dopiero początek. Początek tego, co tak naprawdę ma się stać, miał to przeczucie przez cały ten czas – przeczucie, które obróciło w popiół drobny triumf zdjętej marynarki, które przerażało i nieśmiało nakłuwało szczęściem, zalepiając usta skuteczniej niż stołowa łyżka gęstego miodu. Choć może to i lepiej – przynajmniej nie musiał mówić zbyt wiele, wciągając w płuca ciepłe, majowe powietrze, którego nie obchodziła niemiecka okupacja, komunistyczne dążenia i małe tragikomedie rozgrywające się za drzwiami zamkniętych mieszkań w Butte-Montmartre. Dzięki milczeniu – nawet temu pozornemu, bo przecież jego wzrok robił setki fotografii na minutę, dokładnie zapamiętując cały wachlarz obrazów: ona sięgająca po paczkę papierosów, ona siadająca na parapecie kuchennego okna, ona marszcząca nos w ten zabawny sposób, który dostrzegł jeszcze w uliczce – dzięki temu milczeniu mógł zachować własne tajemnice. Nawet, gdyby zadała trafne, bliskie prawdy pytanie, nie odsłoniłby przed nią niczego, co mogło stanowić zagrożenie – sekrety Fiodora, przynajmniej niektóre z nich, były trwałe i nie pękały nawet wtedy, gdy ktoś próbował po nich skakać, choć czas miał na nie wyraźny wpływ; prędzej czy później któryś otwierał się jak ostryga w morskich głębinach i tylko czekał, aż ktoś zanurkuje, by wydobyć go na powierzchnię.
Camille – powtórzył jej imię powoli, z namysłem, jakby rozkładał na czynniki pierwsze każdą literę, z której się składało – Camille zabrzmiało w jego ustach równie egzotyczne (a może naturalnie?), co wypowiedziana w uliczce doktora Babinskiego towarzyszka, najwyraźniej mając posłużyć jako synonim dla tego drugiego. Rozsmakował się w Camille na tyle, by dopiero po chwili – już po wyciągnięciu papierosa z paczki – dostrzec jej wyciągniętą dłoń.
Był to widok zaskakujący mocniej niż trójka oprychów i komunistka – a przynajmniej znacznie mniej prawdopodobny. Przez kilka sekund jedynie obserwował jej rękę, odnosząc niejasne wrażenie, że gdyby tylko zdecydował się na wykonanie pojednawczego gestu, mógłby połamać wszystkie kosteczki.
Na szczęście nie połamał, co zrozumiał już w trakcie uścisku, gdy bez problemu zamknął drobną dłoń w pułapce silnych palców. Nie był pewien, jak długo trwał dotyk – sekundę, dziesięć, pół minuty? – nim zdecydował się cofnąć rękę, po raz kolejny pozwalając, by osiadło na nim ciepło jej skóry. W przeciwieństwie do pierwszego kontaktu, tym razem daleki był od nieracjonalnej paniki, bez słowa wycofując się w stronę kuchenki – ze spokojem, jakby robił to setki razy, pochylił się nad palnikiem, odpalając wsuniętego między wargi papierosa od niewielkiego płomienia, który zatlił się na niebiesko, by po chwili zgasnąć.
Co robisz zawodowo? – pytanie zadał w trakcie sekwencji czynności – energicznego prostowania się, zaciągania papierosem i powracania na to samo miejsce, które jeszcze przed momentem opuścił. – Poza irytowaniem swoich wybawców i miernymi kradzieżami – uniósł nieznacznie brwi, ze swobodą obserwując wciąż nieodpalonego papierosa Camille. Kto wie, jak długo wystawiałby jej cierpliwość na próbę, gdyby nie drobny kredyt wdzięczności, który otrzymał wraz z uszczupleniem zapasów w paczce – bez pośpiechu zaciągnął się dymem, pozwalając, aby w oblepiającym ich mroku na czerwono rozżarzyło się oczko papierosa, którego wyciągnął w jej stronę, by mogła odpalić własną używkę.
Szarmancko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Pią Sie 11, 2017 12:24 am

Mechanizm obronny, który na przestrzeni lat został wypracowany przez Camille, był bardzo czuły i podatny na jakąkolwiek próbę ingerencji w niego - a to zapewne z powodu paranoi, która podszeptywała, iż każdą, najmniejszą (widoczną) słabostkę można dowolnie wykorzystać; szczególnie w dyskusji - bardzo eufemistyczne stwierdzenie - takiej jak ta. Natura tej rozmowy, składającej się z cynicznych przytyków, moralistycznych banałów i zaskakujących, krótkich kapitulacji, nakazywała nieustanną czujność, nawet bardziej wzmożoną niż zwykle. W wypadku Hebuterne nie było jednak mowy o tym, aby wciąż zachowywać ją na jednakowym poziomie, zbyt emocjonalnie reagowała na każdą kłótnię, nieświadomie się tym odsłaniając; to była następna rzecz, którą Camille chciałaby wypracować. Dystans, niewzruszenie, umiejętność emocjonalnego odcięcia się - to, albo chociaż zdolność do wyciszania irytacji i podenerwowania, które tak często przesłaniały jej zdolność trzeźwego myślenia, nakłaniając do nieprzemyślanego postępowania pod ich jarzmem.
W jej oczach wizerunek mężczyzny wyglądał obecnie właśnie mniej więcej tak - tylko kilkakrotnie udało jej się dostrzec w nim jakąkolwiek oznakę poruszenia. Albo do perfekcji opanował wystudiowaną obojętność, albo zwyczajnie naprawdę ciężko było przykuć jego uwagę, bądź wytrącić z równowagi; Camille osobiście stawiała na tę drugą opcję. I, szczerze, frustrowało ją to, ponieważ obsesja, która raz po raz dochodziła do głosu, podszeptywała jej, iż z kolei ona zdecydowanie zbyt często się przed nim odsłania, między innymi próbując się tak desperacko bronić w tej jałowej dyskusji. Gdyby jeszcze duma pozwoliłaby jej zwyczajnie zamilknąć i złożyć broń, zadać mu jakieś sensowne pytanie na nurtujące ją tematy, zamiast ciągnąc bezsensowny temat; chociaż teraz, dla odmiany, nie mogła sobie zarzucić, że nie próbowała podejść do niego w polubowny sposób, chcąc w tym wyręczyć swojego bezdusznego oprawcę. Na tej swojej zwyczajowej nieustępliwości Camille bardzo często traciła, przykładowo - dzisiaj. Gdyby faktycznie odpuściła, zamiast ciągnąć przepychankę, wreszcie mogłaby spróbować, krok po kroku, wyłudzić nieco wyjaśnień.
Ale oprócz upartości, która nie pozwalała jej tak łatwo uznać - wiadomego już - triumfu swojego przeciwnika, było w jej w jej dążeniach do podtrzymywania tych wszystkich słownych przepychanek coś jeszcze. W kłótni łatwiej zachować dystans, odgrodzić się, obudować swoje wahanie i niepewność poprzez górę, tak naprawdę, pozbawionych większego sensu słów. W tej sytuacji podświadomie chyba po prostu chciała, trochę bezskutecznie, ukoić swoje nadszarpnięte poczucie równowagi, odgradzając się od źródła swoich obaw i zachodzących w niej - przeczących sobie nawzajem - reakcji. Amplituda emocji, którą wywoływał w niej Lazare, była doprawdy niepokojąca. Wrząca wściekłość skutecznie gaszona była przez rozleniwione poczucie kojącego spokoju, który zachęcał do odprężenia się, a w tamtym konkretnym momencie nawet do całkowitego porzucenia otoczki buty, hardości i wszelkiej innej broni, którą tak kurczowo dzierżyła i za pomocą której próbowała się od niego odgrodzić.
Wysiłki nie przynosiły rezultatów.
Przerażało ją to. Przerażało, ponieważ nie mogła tego kontrolować, nie mogła wyjaśnić, nigdy wcześniej nie doświadczyła podobnej niemocy w odniesieniu do swoich poczynań; niemocy do czegokolwiek. Czy mogła mieć nadzieję, że wraz z brzaskiem odzyska całkowitą racjonalność i władzę nad sobą, że jej niepoczytalność i chwiejność jest efektem zmęczenia i sytuacji w której niemalże otarła się, prawdopodobnie, o śmierć?
Na myśl przyszło jej jednak inne, zatrważające pytanie; czy ona w ogóle chciała mieć taką nadzieję?
Poprzez rozmowę pozbawioną znamion nieustannej walki trudniej jest zachować pozory, łatwiej jest się za to pogubić - chociaż to chyba nie grozi komuś, kto zabłądził tak bardzo, że może już tylko ruszyć do przodu i pożegnać porządek dnia poprzedniego? Tak, Camille od dłuższej chwili miała świadomość nieodwracalności sekwencji wydarzeń, które zaprowadziły ją do tej kuchni. Jednakże to, że były one dopiero początkiem (czego?), doszło do niej wraz z momentem zamykających się drzwi łazienki, przerywających niewyjaśnialną i wyrwaną z rzeczywistości chwilę, których echo trzasku jeszcze przez chwilę niosło się w umyśle dziewczyny, napawając ją jedyną całkowitą pewnością, której doświadczyła tej nocy.
Nie miała kontroli nad niczym.
Dlaczego przyjmowała to z takim dziwnym spokojem; gdzie podział się drgający kącik ust, zwiastujący napad rozpaczy? Bądź, w świetle utraty nadzoru nad samą sobą, nawet histerii?
- Ależ ja nie ironizuję, przecież wciąż tu stoję i tego słucham. Słuchanie życiowych wskazówek, ale przyjemność. - odparła, całkowicie jawnie, a także męcząco i dość bzdurnie, pokazując co sądzi o tonie Wielkiego Moralisty. W przypływie dziecięcej, głupiej przekorności (której od lat się nie wyzbyła) najchętniej dodałaby jeszcze, że nie obchodzi jej, że z ironią nie każdemu jest do twarzy - bo jej przecież nie obchodzą takie idiotyzmy (!!!) jak zakręcony loczek, czy inna opaseczka dodająca urody; dlaczego zatem miałaby się martwić tym, że cokolwiek jej ją odejmuje?!
Na szczęście powstrzymała się od dodawania tej złotej, błyskotliwej i nieodzownej w tej dyskusji, uwagi.
Polubowny ton mężczyzny całkowicie wytrącił ją z równowagi; gdyby popijała herbatę, teraz z pewnością by się nią zakrztusiła.
Czy ona dobrze usłyszała?
Może masz rację?
Chyba oboje byli zdolni do takich szokujących posunięć. I oboje nie byli na nie w ogóle przygotowani; Camille od razu zaczęła wietrzyć podstęp, doszukując się w jego wypowiedzi jakiegoś sarkazmu, a zaraz też podstępu. Odczekała nawet trzy sekundy, aby sprawdzić, czy nie padną jakieś następne słowa, całkowicie zmieniające sens poprzednich.
I jeszcze ta imitacja uśmiechu, którą dostrzegła na jego twarzy - nie do tego przyzwyczaił ją jej gospodarz. Nie wiedziała jak ma zareagować na podobne słowa, poczuła się wręcz skonsternowana; a już na pewno zdezorientowana. Ten mężczyzna, pomimo pozornego zaznajomienia się z sytuacją i jego nieprzewidywalnością, wciąż wywoływał w niej nowe fale zdziwienia. Nie potrafiła odgadnąć schematu - zaczęła przypuszczać, że żaden po prostu nie istnieje. I to bardzo ją konfundowało.
Zrozumiała też, że poruszany temat musiał go dotyczyć osobiście, a za jego odpowiedzią musiała kryć się jakaś większa prawda.
Oczywiście nie zapytała.
- Racja. - odparła krótko i dając upust zmęczeniu, westchnęła lekko. Kolejna zastanawiająca rzecz - zamiast celebrować sukces przyznania racji (zwykle były to istne fety, okraszane przez triumfujące uśmieszki, uszczypliwe pytania, spojrzenia ciskane z wysokości święcących zwycięstwo argumentów), wolała tego nie ciągnąć; zupełnie jakby nagła, wyczuwalna łagodność w jego głosie nakazała jej natychmiastowy odwrót. Brak jakiegokolwiek punktu zaczepienia odnośnie jego słów, reakcji, jego całej osoby napawał ją lękiem, zwłaszcza w odniesieniu do swoich działań, które wymykały się spod jej ścisłej władzy. Wiedziała, że ma w zwyczaju działać pod presją chwili, emocji (zwłaszcza gniewu), że ma skłonność do nieobliczalności, często zakrawającą na brawurową głupotę, ale jednak poczucie, że jest częścią czegoś, na co nie ma wpływu, nie potrafiło jej opuścić. A niewytłumaczalne czyny i tak naprawdę cała osoba tego mężczyzny tylko ją w tym przeświadczeniu utwierdzały.
Irracjonalne, zupełnie irracjonalne.
- A tak, zauważyłam. Na przykład mylicie znaczenie słów "puść mnie, parszywa kapitalistyczna świnio" z "chętnie udam się z panem do pana meliny, monsieur". - ah, wiadomo, nie przepuściłaby okazji do podjęcia ataku tego rodzaju, nawet dla samej zasady hołdowania takim stereotypom - tej nocy szczególnie. Co jednak nie oznaczało, że tak uważała, bo przecież jako krzewicielka także i feministycznej myśli - która była całkiem mocno zakorzeniona w pannie Hebuterne - musiała wiedzieć i proklamować, że mężczyźni są niedomyślni w równym stopniu co i kobiety.
Zdecydowanie i na to potrzebowała ulotek.
Przyglądała mu się, gdy powtórzył jej imię. Sam fakt, że rozbrzmiało ono w jego ustach, wydał jej się odrealniony - chociaż tak naprawdę już nie wiedziała, co mogłaby tym określeniem - ze spokojnym sumieniem - mianować, wszystko w równym stopniu zdawało się wypływać poza ramy rzeczywistości. Jego Camille przez chwilę dźwięczało jej w uszach; miała wrażenie, że dźwięk własnego imienia, zwykle tak zwyczajny i utarty, przeszył ją na wskroś.
I, paradoksalnie, ponownie stał się powodem rozlewu spokoju, który okrył ją z subtelnością otulającej, aksamitnej kołderki.
Z zamyślenia wyrwał ją dotyk jego dłoni na swojej wyciągniętej ręce; czyżby w ogóle zapomniała, że wyciągnęła ją w tym niecodziennym geście, który miał zatwierdzić ich znajomość? Jego uścisk był pewny, mocny. Ciepły.
Następne pytanie zbiło ją z pantałyku. Nie dość, że musiała na szybko otrząsnąć się letargu i ostrożnego przyglądania się swoim reakcjom, to nagle odnalazła tajemniczy pomost, który łączył tę wyrwę w czasie, w której obecnie tkwiła, a z rzeczywistością z której pochodziła. To pozwoliło jej na moment skupienia.
Oczywiście Lazare nie mógł tego wiedzieć, ale zadał - i sformułował - to potencjalnie niewinne pytanie w taki sposób, że ją zabolało. I to na kilku płaszczyznach. Po pierwsze dlatego, że to co robiła, było dalekie od tego co chciała robić. Przerwana nauka, rzucona szansa, porzucone życie - ten ciąg ułożył się w jej myślach w zaledwie paru sekund, pozostawiając w Camille pewien niesmak. Po drugie dlatego, że wcześniej naprawdę nie żartowała - była biedna, chociaż głód, w mniejszym czy większym stopniu, zdążył chyba poczuć już każdy paryżanin uchylający się przed współpracą z okupantem. Po trzecie ona naprawdę postawiła sobie za punkt honoru wyżyć za cenę niemieckiego łupu, widząc w tym swój mały odwet za odebranie jej całego życia.
I bywało bardzo ciężko; młoda Francuzka, mieszkająca do tej pory w całkowitym dostatku, na każdym kroku mierzyła się z życiem, o którym do pewnego momentu, tak naprawdę, w ogóle nie miała pojęcia - wstyd jej było przyznać do jakich realiów była kiedyś przyzwyczajona.
- Wbrew temu, co mówisz, nie jestem aż tak marną złodziejką. Może, gdybyś nie przeszkadzał, sam byś to stwierdził. - powiedziała powoli, wbijając niewidzące spojrzenie w papierosa, którego wyciągnął w jej kierunku mężczyzna. Dopiero po chwili zrozumiała czemu to zrobił - zaraz wzięła od niego używkę, za jej pomocą odpaliła swoją i zwróciła właścicielowi, podając mu ją. Wciąż zastanawiała się nad tym ile mogła zdradzić, ile wyjawić na swój temat; za niektóre słowa mogłaby z powodzeniem skończyć w siedzibie gestapo, wisząc głową w dół. Jednakże nić dziwnego zaufania, którym niejako obdarzyła go, w ogóle idąc tutaj, wciąż trwała. Pozostawało pytanie: czy miała siłę udzielać prawdziwych odpowiedzi? Pozbyć się maniery, nabytej przez okupacyjne okoliczności, która nakazywała jej kluczyć i wymyślać, ukrywać każdy skrawek prawdy? Czasem sama się zastanawiała jakie ma tak naprawdę znaczenie to co powie - tak wiele różnych wersji wielokrotnie podawała. Dlaczego i tym razem nie mogła po prostu udzielić wymijającej odpowiedzi, albo chociaż skryć się całkowicie pod płaszczykiem następnej ilości cynizmu, bądź sarkazmu?
- Studiowałam, teraz już nie. Ale za to niemieckie portfele pomagają przeboleć stratę, zwłaszcza jeżeli wie się, czyje robią to najlepiej. - odparła na jego pytanie, zdradzając prawdę; chociaż oczywiście bardzo okrojoną. Pytasz co robię zawodowo? Ano, po tym jak uciekłam z domu kolaborantów, rzuciłam studia na rzecz wolnościowych pobudek i przystąpiłam do komunistycznej odnogi Ruchu Oporu, zaczęłam robić propagandowe ulotki i szkolić się w fałszerstwie dokumentów, żeby przeżyć okradam też nazistów, a nie ich OBSŁUGUJĘ, czy mam teraz zacząć wymieniać swoje hobby?! - kiedy ułożyła w głowie tę głupią, skróconą i absolutnie nieprzeznaczoną dla czyichkolwiek uszu, wypowiedź, uświadomiła sobie, jak wiele tak naprawdę ten mężczyzna już o niej wie. I że nie są to rzeczy o których dyskutuje się podczas sobotniego deserku. Czemu nie napawało jej to lękiem?
Jej instynkt samozachowawczy chyba naprawdę postanowił wyjechać w odwiedziny do dalekich krewnych.
- A ty? Lejesz piwo nazistom, ratujesz niewiasty w potrzebie i tak na zmianę, uwzględniając jeszcze ciche proklamowanie rewolucji? - nie chciała, żeby w pierwszej części zdania wybrzmiał wyrzut, ale tak już miała; ciężko pozbyć się nawyku wiecznego oskarżania. Zaciągnęła się papierosem, nie spuszczając spojrzenia z rozmówcy. Pamiętała też, że nie jest tu jedyną osobą, która może (co więcej, na pewno to robi) przedstawiać półprawdę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Sob Sie 12, 2017 10:12 pm

W pewnym momencie tej nocy, w punkcie zwrotnym tuż przed rogatkami całkowitego szaleństwa, w ostatnim etapie wyścigu ku rekordowi nieracjonalności stało się jasne, że ludzkie błędy niewiele różnią się od aspiracji, lęków lub fantazji – wszystkie powstają za sprawą drugiego człowieka. Zawsze należy o tym pamiętać, bo – nie licząc niektórych odmian paskudnych chorób – wszystko, co trapi ludzi, wyrządzają sobie sami.
Jeśli więc przebywał w tym mieszkaniu ktoś, kogo za przebieg tej rozmowy powinien winić Fiodor, był nim wyłącznie on sam. Zamiast oczekiwać od, obiektywnie rzecz biorąc, zupełnie obcej dziewczyny racjonalizmu, powściągliwości, przejawów dobrej woli bądź zwykłego trzymania języka za zębami, sam powinien uciąć czcze kłótnie i słowne ataki już na samym początku, oszczędzając sobie czasu, nerwów oraz – przede wszystkim – niewyjaśnionej satysfakcji, którą czerpał z samego faktu, że wciąż rozmawiają.
Jak przeciętni, wyjęci poza nawiasy ludzie, odcięci od okupacyjnych realiów i mogący tracić energię na podobne błahostki.
Skoro – przynajmniej w teorii – był tym bardziej wyważonym, rozsądnym, dojrzalszym elementem układanki, nie powinien tak łatwo poddawać się ciągłym prowokacjom, podświadomie przeczuwając, że nie wyniesie z nich niczego poza kilkoma mentalnymi siniakami. Chirjakow oddałby wiele, by w wiszącym nad nimi powietrzu, powietrzu, które wrzało nie pod wpływem tego, co wypowiedziane na głos, lecz tego, co zostało przemilczane, było coś jeszcze. Jakiś głos rozsądku. Jakieś echo wytłumaczenia. Jakaś prawda objawiona. Jakiś skarb racjonalizmu. Coś, co pozwoliłoby mu wepchnąć myśli na utarte szlaki spod znaku jedzenia, pieniędzy i ich braku, planowania trzech kroków na przód, misji, która ciążyła nad nim jak ołowiana, gotowa plunąć pociskami chmura. Wiedział, że gdy myśli o czymś więcej – o rzeczach leżących poza kręgiem jego obowiązków – z góry skazuje się na samobiczowanie. Jest zdekoncentrowany, zupełnie jak teraz – z  rozkojarzonym błędnikiem, jakby coś nagle rąbnęło go w skroń. Wypatrywanie cudownego objawienia nie miało najmniejszego sensu, ponieważ źródło zakłóceń przez cały czas znajdowało się tuż obok, niestrudzenie emitując niewidoczne gołym okiem fale, lekkie, wybijające z rytmu bodźce, które uniemożliwiały skupienie panicznie rozpierzchniętych myśli.
Wina Camille zamykała się wyłącznie w prostym twierdzeniu, że nie była taka, jak inni ludzie – wszystkie te identyczne twory okupacyjnej rzeczywistości, których trajektorie ruchów, reakcji oraz lęków były w stu procentach zbieżne. Mijani na ulicy przechodnie – nieświadomie obserwowani, prześwietlani jak więzienne spacerniaki – różnili się od siebie wyłącznie szczegółami, drobnymi pęknięciami na maskach, jakie przywdziewali przed opuszczeniem własnych mieszkań. Fiodor oceniał ich i opisywał, grupował w podzbiory, katalogował, przypisywał im miejsca w przepastnym archiwum myśli oraz skojarzeń. Z Camille uczynił to samo – już po pierwszym spotkaniu otrzymała łatkę, ładnie opisaną, równą etykietkę, którą jeszcze dzisiaj parokrotnie przyklepał dla pewności, że trzyma się na swoim miejscu.
Ale teraz – kiedy sam stał przed nią jak rozproszony atom, bezładnie i bez skutku próbujący powrócić do jednolitego stanu skupienia, złączyć się w sensowną całość – wszystko, co dotychczas o niej wiedział (czy też: co uważał, że wie) musiało zostać poddane rewizji. Przylepiona etykietka nagle okazała się bezużyteczna, błędna, nieoddająca sedna sprawy, które wciąż leżało poza zasięgiem jego percepcji, ukryte pod dziurawą, ale nadal nieprzebytą warstwą pozorów, za jakimi skrywała się dziewczyna. Kilka odprysków prawdy nie stanowiło wyczerpującej odpowiedzi, co więcej – zamiast zaspokoić ciekawość, jedynie ją podsycały, pchając Fiodora do wypowiedzenia jeszcze jednego zdania, do przedłużenia rozmowy o kolejne sekundy, do posłania jej następnego spojrzenia. Sam był sobie winien: zamiast brnąć w gąszcz pytań pozbawionych wyjaśnień, powinien odpuścić, ponownie skatalogować blondynkę, ten wieczór, wszystko, co między nimi padło. Przecież tak łatwo jest zapomnieć – wystarczy nie rozpamiętywać wspólnych mianowników, każdej z tych chwil, które dzielili, wystarczy stanowczo wyrwać się z niedopowiedzeń i półprawd, wyrzucić z umysłu wszystkie dlaczego?. To nie było trudne – a przynajmniej łatwiejsze od przeciągania tej nocy i wszelkich jej następstw w czasie. Drobny szkopuł polegał na tym, że Fiodor nie lubił prostych zadań.
Uwielbiał za to wyzwania.
Wolałabyś pływać w Sekwanie i wsłuchiwać się w szum przybrzeżnych trzcin? – po raz kolejny targnął się na pozbawiony wesołości, mirażowy uśmiech, na brudną ambiwalencję zaklętą w ponurym wydźwięku słów i pozornym rozbawieniem przejawiającym się w uniesionych kącikach ust.
Choć już na pierwszy rzut oka było widać, że wcale nie jest mu do śmiechu.
Bo zapewne to w nich ktoś odnalazłby twoje zwłoki – podarował sobie moralizatorki ton oraz święte oburzenie jej wypowiedzią; skoro miała zamiar wściekać się za to, że stoi bezpieczna, zdrowa i żywa w mieszkaniu kogoś, kto uratował jej skórę (i wyłącznie resztkami dobrej woli powstrzymywał się przed tym, aby jej nie złoić), posiadała do tego prawo – bezpodstawne, ale jednak prawo. Fiodor najprawdopodobniej w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu minut zdołał wykreować swoisty układ immunologiczny, który cierpliwie zbywał wszystkie docinki, obrażone tony i przesycone niechęcią gesty – jednak nawet najdoskonalsza fortyfikacja nie mogła uchronić go przed  wrażeniem, że utknął w skondensowanym, organicznym budyniu, w olbrzymiej puszce po mleku, którą ktoś bez przerwy potrząsał, niestrudzenie siejąc w jego umyśle chaos. Zmęczony, do cna obdarty z choćby prób zdobycia się na cień sympatii, myślący wyłącznie o tym, że za cztery godziny ponownie będzie wolnym człowiekiem w cichym mieszkaniu – będąc w tym stanie, mógł skapitulować, odwrócić się na pięcie i zaszyć pod szorstkim materiałem świeżego prześcieradła. Nikt nie miałby Fiodorowi tego za złe, być może pogratulowałby sobie w myślach właściwego wyboru i szybko zasnął snem sprawiedliwego, gdyby nie ten drobny szkopuł, który uderzył w niego jak rozpędzona furmanka cegieł.
Camille popełniła olbrzymi błąd, kiedy po krótkim, cichym racja wydobyła z siebie westchnienie – równie krótkie i ciche, co wypowiedziane przed sekundą słowo, ale posiadające o wiele potężniejszą siłę sprawczą.
Nagle zrozumiał, że przez cały ten czas miał do czynienia nie z wrogiem, nie z przeciwnikiem, którego należy zrównać z gruntem i dla pewności przydeptać, nie z kimś, kto zasługuje na wytknięcie wszystkich błędów popełnionych tego dnia – ale z dziewczyną, precyzyjniej: młodą kobietą, która otarła się o brutalną śmierć. Z kimś, kto niemal stracił życie, próbując robić to, co uważa za słuszne, wyłamując się poza szereg, działając wbrew zagrożeniu i konsekwencjom. Kimś, kto był zdany na łaskę zupełnie obcego, dwukrotnie cięższego, wyższego o półtorej głowy mężczyzny, u którego sama aparycja wzbudza podejrzenia co do snutych zamiarów.
Na tym etapie, po tylu werbalnych ciosach, bezwzględnych upomnieniach i nieprzychylnych spojrzeniach, mógł sobie pogratulować subtelności.
A później mocno uderzyć głową w mur.
W myśl kobiecej logiki nie czasami oznacza tak, mogli uznać to za przyzwolenie – mierna próba obrócenia śmiertelnego zagrożenia w feralną pomyłkę spełzła na niczym, z czego zdał sobie sprawę już w trakcie mówienia, ale było za późno, aby zamilknąć. Nagle poczuł się sam ze sobą jak skończony – i po raz pierwszy nie użyje tego słowa nad wyrost – pojeb, bo czy wciąż miał prawo uważać się za osobę poczytalną, skoro zaczął robić rzeczy, których tak naprawdę nie chciał, a z drugiej strony nikt też nie wydał mu żadnego rozkazu? Pewnie właśnie w ten sposób postrzegała go Camille: jako klinicznego świra, który z empatią spotkał się wyłącznie raz, podczas kartkowania słownika wyrazów obcych, i który posiada równie wiele subtelności, co ślizgająca się na lodzie żyrafa. Niby jak miał przebić otaczającą dziewczynę blokadę, skoro dotychczas ograniczał się wyłącznie do uderzania pięścią w słabe punkty, oczekując przy tym, że w końcu nie otrzyma ciosu zwrotnego? Dobitnie czuł, że dotarli do granicy, że jeszcze jedna, dodatkowa szpila wbita jej w tej chwili załatwi sprawę, rozwiąże wszystkie problemy niedopowiedzeń i sprawi, że nie odezwą się do siebie nigdy więcej.
I właśnie wtedy stchórzył, na usprawiedliwienie własnego zachowania natychmiast wyszukując zgrabny argument: rozklekotany, pozbawiony zręcznego konserwatora umysł Fiodora uroił sobie, że Camille, która się nie odzywa, to Camille, której nic nie grozi, ergo – dobrze, że zachował milczenie. Ma już przecież dziesięć ran kłutych od jej słów, po co mu jeszcze jedna? Podświadomość natychmiast podjęła wyczerpującą próbę wyplucia tej pozbawionej emocjonalnego, racjonalnego i logicznego podłoża troski (o siebie czy o nią?), jaka zagościła w jego umyśle przed kilkunastoma sekundami – chciał zwrócić wszystkie niechciane reakcje jak obiad z zepsutego mięsa, zapomnieć o całej litanii wyrzutów skierowanych pod własnym adresem, otrzepać się z lodowatych dreszczów, które przebiegły mu po plecach, gdy w trakcie odbierania przywłaszczonego papierosa opuszki ich palców zetknęły się na moment.
Nie miał na szczęście czasu, aby rozkładać na czynniki pierwsze własną reakcję – zadane przed momentem pytanie wciąż pobrzmiewało mu w uszach, a gryzący w oczy dym skutecznie odwracał uwagę. Chirjakow uznał, że to szalenie zabawne, ten cały proces wymyślania historyjek na swój temat, pakowania ich w absurdalne, wykreowane na potrzeby sytuacji szczegóły i powtarzanie ich tak długo, aż zaczną brzmieć prawdziwiej od prawdy. Sam przecież żył z i dzięki kłamstwom, od lat będąc każdym, tylko nie Fiodorem – nawet teraz, z papierosem w ustach oraz wzrokiem wbitym w profil towarzyszki, miał w sobie więcej z Francuza, za jakiego miał uważać go Paryż, niż z Rosjanina, w którego istnienie każdego ranka powątpiewał. Wiedział, że to zaledwie kwestia czasu, dwie, może trzy kolejne przykrywki, a rozmyje się całkowicie, z pierwszego, prawdziwego życia zachowując jedynie spojrzenie – jedyny pomost, który łączył go z rodzicami.
Nie przeszkodziłbym, gdybym nie zauważył. Ale zauważyłem – nagle przypomniał sobie o zimnej już herbacie, która wciąż cierpliwie stała na zewnętrznym parapecie – zamilkł na moment, uniósł szklankę do ust i niemal natychmiast tego pożałował, z mimowolnym, zadziwiająco szczerym grymasem odstawiając ją na poprzednie miejsce. – Co oznacza, że jesteś miernym złodziejem, ci dobrzy nie dają się złapać – zakończył tak gorzko, jak gorzka była herbata, do której strzepnął popiół z papierosa.
Temperatura na zewnątrz nieznacznie spadła – oddalona o kilkanaście metrów lampa kładła na otoczenie jasny filtr, aż wszystko zrobiło się na moment wyraźniejsze. Nawet (a może zwłaszcza) siedząca obok dziewczyna, która tym razem całkowicie porzuciła otoczkę butności: został jedynie głęboko skrywany, domyślny smutek i cień wyrzutu utopiony w tafli jasnych oczu. Fiodor zrozumiał, że musi coś powiedzieć, nim zupełnie pogrążą się we własnych myślach, we wszystkich niewykorzystanych, utraconych szansach, które do dziś ścigają ich z przeszłości.
I tyle. To dość frapujące zajęcia – napełnił płuca gęstym dymem, docierając do połowy papierosa, co najwyraźniej było wyraźnym znakiem stop dla dalszego palenia – nim odłożył papierosa na parapet, zgasił rozpalone oczko o framugę i zdmuchnął z wierzchołka popiół wymieszany z tytoniem. – Niemal brakuje czasu na plucie do piwa – coś – chyba bardzo szybki, bardzo blady i bardzo odrealniony cień uśmiechu – przemknął mu przez usta, nim podparł podbródek na dłoni, cierpliwie czekając, aż Camille skończy palić. Chociaż zmęczenie coraz śmielej dawało o sobie znać, Fiodor wyraźnie czuł, że coś tyka w powietrzu jak ogromny, zawieszony nad nimi zegar, aż czas zatrzymał się kompletnie wraz z ostatnim tchnieniem papierosa dziewczyny. Patrzył na nią przez moment bez strachu, jak gdyby próbował wwiercić się we wszystkie myśli, wszystkie wspomnienia, wszystkie emanacje, które ukrywała – bez skutku.
To chyba finał tej przygody lub zaledwie jej początek – nomenklatura i tak była bez znaczenia. W jednej sekundzie wciąż opierał się o parapet, w kolejnej – prostował gwałtownie, nie dając Camille nawet sekundy na sprzeciw.  Demarkacyjna bariera została złamana wraz z momentem, w którym objął ją w pasie prawym ramieniem, lewe wsuwając pod lekko ugięte kolana – zanim odczuł na własnej skórze, że mógł być to zły pomysł, gorszy od roli bohatera w ciemnych uliczkach, już zdołał poderwać dziewczynę w górę i wziął ją na ręce.
Była lekka, jakby zamiast kości miała wydmuszki.
Cicho – wyrzucił z siebie stanowczo, w pewnym stopniu ostrzegawczo, ubiegając żądania (bo przecież nie prośby) o postawienie na ziemię. Po trzech krokach stwierdził, że niemożliwość zjednoczenia, z którą jeszcze nie wygrali, chwilowo przestała mieć znaczenie – po czterech, że wciąż nie wydrapała mu oczu. Po siedmiu zakończył krótką wędrówkę do sypialni, gdzie – ubrany w świeżą pościel – na dopełnienie czekał ostateczny triumf dzisiejszych potyczek.
Zostały nam cztery godziny snu – gdy z wysokości niespełna dwudziestu centymetrów swobodnie usadził ją na brzegu łóżka, echem powróciły do niego jego własne słowa wypowiedziane jeszcze w uliczce.
Od kiedy istnieją jacykolwiek my?
Zawahał się. Ponownie. Zawahał się, bo niepotrzebnie powrócił do tego pytania, bo wciąż trzymał dłoń na plecach Camille, czując pod opuszkami palców miękki materiał sukienki i przyjemne ciepło bijące od jej ciała – z rodzaju tych, które pomagają zasnąć, nienachalnie osiadając na skórze, powiekach i wewnętrznej ściance płuc, zamieniając wdychane powietrze w późnonocną, pozbawioną melodii oraz słów kołysankę. Musiało minąć kilka długich sekund, by cofnął dłoń, powoli, z lekkim wahaniem w ruchu, który – zamiast gwałtownie odskoczyć – gładził palcami materiał sukienki aż do wcięcia w talii, jakby chciał wyrównać wszystkie nierówności.
Dobranoc.
Bezpieczne słowo, bezpieczny krok w tył – właśnie w ten sposób chciał zakończyć ten dzień.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Nie Sie 13, 2017 11:42 am

Winni chyba, tak naprawdę, byli oboje; zamiast zakończyć tę szaleńczą batalię, którą od dłuższego czasu toczyli z nieustającą (chociaż mogłoby się zdawać, że z dość nierówną w pewnych momentach) zaciekłością, brnęli w grzęzawisko rzucanych na oślep słów i uwag, nieprowadzących do niczego - oprócz do obopólnej irytacji i zadrapań, których nie chcieli sobie, za żadną cenę, pokazać. Wysiłek, który Camille wkładała w stan całkowitej gotowości do odparowania na słowną szermierkę, był niewspółmierny z rezultatami, bowiem wciąż czuła się na przegranej pozycji, będąc od nowa uświadamianą o co, tak właściwie, się otarła. Słowa Lazare raniły, szczególnie konfrontowane ze wspomnieniem rosnącego, panicznego strachu, towarzyszącego jej w uliczce, który to próbowała, z nieustającym wysiłkiem, od siebie odepchnąć.
Mimo to, Hebuterne chciała mówić. Tak się broniła, tak stawiała opór; bo jak inaczej miałaby to robić? Pod słowami, z których łatwo i - w miarę - logicznie mogła się wytłumaczyć, łatwiej było się skryć; one potrafiły sprawnie podtrzymywać iluzję nieustraszonej, świadomej i pozbawionej lęków kobiety. Bała się, że milczenie, które wymusza pilniejsze skupienie uwagi na samych zdradliwych gestach i mimice, za bardzo ją obnaża - ukazuje dziewczynę, którą chciała zepchnąć na krańcowy margines osobowości. Dziewczynę, która była przerażona; całkowicie zatrwożona tym, co po kolei ją spotykało i, przede wszystkim, skrajnie wykończoną nieustanną walką pozbawioną rezultatów, niemal o krok od pierwszego stadium histerii.
Czasem ta dziewczyna dochodziła do głosu - objawiała się poprzez trzęsące się dłonie, drżący, zmienny ton głosu Camille, której jednak udawało się opanować i ponownie przywrócić rezon, nie szczędząc sobie krytycznej oceny i w myślach wyzywając od najgorszych tchórzy. A, w słowniku Hebuterne, tchórz równoznaczny był z najczarniejszą obelgą - co, swoją drogą, dowodziło, iż bardzo polegała na pozorach i mylnych wrażeniach, skoro to właśnie tchórzowi zawdzięczała zdrowie, życie i ciepłą herbatę.
I skoro to właśnie tchórz, na równi z niezaprzeczalną skłonnością do wyprowadzania jej z równowagi, działał kojąco na jej zebrany, kotłujący się pod powierzchnią lęk, uciszając - a co więcej - rozmywając go, napełniając w zamian głupim, zgubnym poczuciem, że wszystko się jeszcze ułoży; że nie zginie przyduszona przez sztandar, pod którym walczy i dla którego wszystko poświęca; że w tej okupacyjnej, przytłaczającej rzeczywistości jest miejsce na poczucie bezpieczeństwa i swoistego ładu.
Do których, absolutnie, nie powinna się przyzwyczajać.    
Powinna za to przywrócić się do porządku, racjonalności, uciąć te urojenia, które przejmowały nad nią kontrolę; ale cóż z tego, że tak brzmiały jej myśli, skoro były odcięte od jakiegokolwiek podłoża sprawczego - były, niczym innym, jak tylko marnymi próbami ukołysania rozchełstanego sumienia, cicho zarzucającego jej ponowną lekkomyślność i całkowity brak kontroli oraz wyjaśnialności w działaniach.
Znacznie łatwiej byłoby jej, gdyby potrafiła obedrzeć Lazare z nieprzewidywalności, zamknąć jego słowa, jego czyny i jasne spojrzenie w jakimś schemacie, po czym obudować go zgrabnym wyjaśnieniem w kontekście całej sytuacji, przewiązać wstążeczką, pomachać na pożegnanie i po prostu nigdy więcej - swoim zwyczajem - nie wracać do tego, co sprawiało, iż czuła się jak w łagodnej fazie choroby dwubiegunowej, którą ten mężczyzna pogłębiał w niej każdym swoim słowem i zmianą tonacji, każdym dotykiem.         
Nie było sensu w doszukiwaniu się wyjaśnień; a nawet w kategorycznym żądaniu ich.
Czemu miałaby domagać się czegoś, czego sama nie potrafiła udzielić?
Ta świadomość, chociaż niewygodna i niepokojąca, również w końcu przyszła do Camille - tej nocy po prostu nie istniało logiczne wytłumaczenie jej działań.
A, przynajmniej, nie takie, którego była w stanie teraz udzielić. Bazowała na czystym instynkcie; tak to przynajmniej odbierała.
- Przynajmniej te trzciny nie wygłaszałyby kazania przez trzy godziny. - odburknęła już resztkami sił, które powoli dobijały do swojego kresu. Camille poważnie zaczęła się martwić, że zaraz zacznie brzmieć płaczliwie; tak rozpaczliwie pragnęła końca tej, znacznie przedłużającej się, kazanio-dyskusji. Miała nieodparte wrażenie, że znajdując obszar, w którym niezaprzeczalnie nad nią góruje, Lazare postanowił go całkowicie wykorzystać, zmieniając tę farsę w jej całkowitą udrękę. Wizja, którą przed nią kreślił, już wielokrotnie i mimowolnie, do tego czasu, zdążyła jej przemknąć przed oczami i naprawdę miała jej zwyczajnie dość; zwłaszcza, że - jak sama przeczuwała - jeszcze do niej niechybnie powróci, nawet pomimo zwielokrotnionego trudu, aby zapomnieć o tym, co się wydarzyło.
I o tym, co mogło się wydarzyć.
Doprawdy, lepiej radziłaby sobie z jego słowami, gdyby wierzyła, że jej wymięte, spanikowane burżuazyjne świnie, rzucane zdecydowanie za głośno jak na takie okoliczności, faktycznie dołożyły się do klęski jej oprawców. A nie, że o jej życiu zdecydował ktoś, kogo do tamtej pory zdążyła jedynie zwyzywać, życząc mu w miejscu pracy pożaru i najazdu całej hordy gestapo.
Teraz mogła być jedynie zażenowana swoim zaślepionym gniewem.
Ale ponieważ ośrodek negatywnych emocji wygodniej było jej lokować w kimś innym, oczywiście, raz po raz, słała swojemu rozmówcy ciężkie spojrzenia, w duchu odmawiając kategorycznego przerwania jałowej, bolesnej dyskusji. Nie mogłaby pozwolić, aby w tej sytuacji z jej ust padło słowo dość, które, z pewnością, przyniosłoby niewysłowioną ulgę i jej i jej wybawcy.
- Dziwne, jeszcze nie słyszałam, żeby ktokolwiek uznał bluzgającą i szarpiącą się kobietę za zachęconą. - skomentowała cierpko, delikatnie kręcąc głową. Jej wskaźnik irytacji ponownie, ale póki co delikatnie, zafalował, bowiem podobne stereotypy, te na temat kobiet oczywiście (viva la hipokryzja), budziły w niej uśpioną - ale, bądźmy szczerzy, bardzo często budzoną - wściekłość. A tym bardziej, jeżeli były używane w jej własnym kontekście. W poszanowaniu dla swoich, już i tak bardzo nadszarpniętych, nerwów, powstrzymała się od wyłuszczenia - głośno i dobitnie - że ona, swojej kobiecej logice (i ogólnie kobiecej logice!), nie ma nic do zarzucenia. Jej feministyczne pretensje i próby nawrócenia świata musiały poczekać, przynajmniej do świtu, bo zwyczajnie nie miała siły ich forsować. Wiedziała, że to stanowiłoby tylko zapalnik kolejnej przepychanki, którą toczyliby przez kilkanaście minut, żadne niezdolne do rezygnacji i kapitulacji - Camille może i była płomienną orędowniczką dyskusji, ale nie była masochistką; zdążyła zauważyć, że Lazare zbyt celnie dobiera bolesne uwagi, aby teraz, kiedy była psychicznie i fizycznie wymęczona, sprowokować ich cały strumień. Nie potrafiłaby zachować, tego już i tak z trudem utrzymywanego w rozmowie, dystansu.
Jednakże, tak jakby wcale ta cała noc już i tak nie była wystarczającym paradoksem, Camille nie mogła, nie chciała zamilknąć - i jeżeli kolejna, mordercza dysputa miała być jedyną okazją do wymiany słów między nimi, to dobrze. To wtedy mogła to ciągnąć.
Na szczęście chwila złożenia broni (na jak długo?) uratowała ją przed koniecznością rzucania następnych uwag; nieodzownością w zajęciu umysłu czymś, co nie było odpływaniem w świat niedopowiedzeń i powłóczystej atmosfery, tak dojmującej i momentami tak przytłaczająco realnej, że zdawała się być jedyną rzeczywistością - kiedykolwiek - znaną Camille.
Ten papieros był wybornym pomysłem, nawet pomimo tego, że stał się powodem lekkiego uścisku w czaszce; niezbyt przyjemnego, ale całkiem znajomego. Pusty żołądek i wyczerpanie, wymieszane z nikotyną, sprawiły, iż dziewczynie trochę zakręciło się w głowie.
Mimo to, reakcja mężczyzny na zimną herbatę nie uszła jej uwadze. Co więcej, widząc jego mimowolny grymas, uśmiechnęła się w lekkim rozbawieniu; szczera reakcja ciągnęła za sobą szczerą reakcję - oczywiście do pewnego momentu, co musiała zaraz w myślach dodać.
- Jestem początkującym złodziejem, to różnica. Ale udaje mi się przeżyć, więc jak widać, radzę sobie. - odparła, nie siląc się nawet na oburzony ton; nie mogła nic poradzić na taką niewielką wiarę w jej złodziejskie umiejętności, a przynajmniej już nie dzisiaj. Musiała przyznać, że tamtego dnia mogła być bardziej uważna, czuła na wszelkie bodźce, a nie tylko skupiać się na okradanym obiekcie. Jako dobry złodziej, do którego miana aspirowała, powinna wykazać się większym zmysłem orientacji.
Po tych słowach zaciągnęła się papierosem, potęgując wrażenie, jakoby miała dostać, z powodu tej dawki tytoniu, migreny. Jednakże wypuściła dym i zaciągnęła się jeszcze raz, rozkoszując się czymś tak normalnym. Cóż za odmiana.
- Plujesz boszom do piwa? - z rozpędu i z nagłego, rozbudzonego entuzjazmu, podsyconego jeszcze przez ten niewyraźny cień uśmiechu (nie była pewna, czy w zasadzie tylko się nie przewidziała) na twarzy Lazare, użyła wyrażenia, które podchwyciła w szeregach Ruchu Oporu; często słyszała, że członkowie Résistance tak wyrażają się o nazistach. W zasadzie to nie wiedziała, czy wyraz ten funkcjonuje w powszechnym użyciu, ale nie podjęła próby zreflektowania się, aby nie zwracać większej uwagi na swój ewentualny błąd.
Zastanowiło ją, czemu wypalił papierosa tylko do połowy.
Czy to jakiś nawyk?
Oszczędza na później?
Ale i tym razem nie zapytała. Swojego wypaliła całego, po czym powstrzymując nieładny odruch ciśnięcia ogonka za okno, położyła niedopałek na parapecie. Wszakże co by się mogło stać, gdyby nagle jakiś cierpiący na bezsenność patrol, został obrzucony papierosowym deszczem?
Wyprostowała się, mając w planach sięgnięcie po zimną, gorzką herbatę, mając nadzieję, że nieco ona zniweluje smak tytoniu, który zdawał się łączyć z dyskomfortem towarzyszącym każdemu ruchu głowy. Zanim jednak zdążyła to zrobić, dostrzegła spojrzenie, które na niej spoczęło; nie potrafiła wyjaśnić zmiany, która zaszła w oczach mężczyzny; była jednak widoczna. W tym momencie chciała go o coś zapytać, zapytać o cokolwiek, byle tylko rozproszyć uwagę i przerwać ten proces infiltracji - przed którym, uświadomiła sobie, nie potrafiła się skutecznie bronić. Zwyczajnie nie wiedziała jak.   
To był zaledwie moment. W następnym wykonał gwałtowny ruch, sprawiając, że na sekundę - którą to trwało - Camille zamarła. Nie zdążyła sobie nawet nawrzucać, że chyba naprawdę straciła rozum i poczucie realności, skoro postanowiła pójść z tym mężczyzną do jego mieszkania, nie mając żadnej namacalnej gwarancji, że nie skończy przerobiona na - sprzedawane na czarnym rynku - kiełbaski.
W następnej sekundzie, zanim jeszcze zdążyła odskoczyć na tyle, aby niemal wypaść przez okno, poczuła, że objął ją w pasie i wsunął rękę pod jej nogi, podrywając z parapetu. Chciała krzyknąć, chciała zacząć wierzgać, chciała przekląć tego mężczyznę, który rościł sobie prawo do uciszania jej, a co więcej, podnoszenia jej - i to bez jakiejkolwiek konsultacji. Bez zgody. Bez uprzedzenia.
W tym momencie powinna zacząć obmyślać gorączkowy plan ucieczki.
Ale zamiast to zrobić i pozwolić, aby strach zmotywował zastrzyk zbawiennej adrenaliny do krwi, niezbędnej do działania i zamiast próbować się wyrwać (co byłoby przecież w tej sytuacji całkowicie usprawiedliwione), Camille ograniczyła się tylko do wystosowania paru słów - niewspółmiernych okolicznościom, nagle jawiąc się przed nią (ponownie?) niepewnie - które nie odniosły jednak żadnego rezultatu..
Cicho - to słowo zadziałało prowokująco, chociaż nie od razu; a to z powodu świętego oburzenia, które na kilka chwil odebrało jej zdolność mówienia, zapowietrzając wzburzeniem.
- Postaw mnie, do cholery, w tym momencie mnie puść! - jeszcze bardziej denerwował ją fakt, że cała sytuacja zdawała się dla mężczyzny zerowym wysiłkiem fizycznym; tak, jak gdyby dziewczyna spodziewała się, że przynajmniej jej buta i nieustępliwość będą nieco ciążyć.
Cała wędrówka z kuchni do sypialni nie trwała długo; jednak wystarczająco, aby Hebuterne przeszła przez całą gamę i paletę odcieni frustracji i gniewu, którym nijak nie potrafiła dać ujścia.- Co ty robisz?!
W końcu Lazare usadził ją na brzegu łóżka. Przecież to było całkowicie wbrew wszelkim regułom, nie tak zdobywało się zwycięstwa ani święciło triumfy w jej świecie; Camille przygotowywała się na dyskusyjną wojnę podjazdową, a nie bezceremonialne - i dosłowne - wrzucenie do łóżka. To nie ona miała je dzisiaj zajmować. Ona miała poczuć smak satysfakcji płynącej z faktu, że wciąż jest u ścisłej kontroli; w niej widziała nikłą szansę na przywrócenie swojej równowagi, przypieczętowania tezy, że i tak dowodzi. Że, pomimo rozbicia, jest w stanie przeforsować swoje zdanie.  
Ten mężczyzna nie szanował żadnych zasad.
Chciała mu nawrzucać, chciała krzyknąć, całkowicie ignorując sen sąsiadów. Jej poczucie sprawiedliwości i wyrównanych szans zostało skrzywdzone i czuła, że byłoby to wystarczającym powodem, aby w obronie swojego honoru trzasnąć drzwiami i wyjść prosto na spotkanie wszelkich niebezpieczeństw, które w porównaniu z jej obecnym rozedrganiem zdawały się wręcz śmiesznie nijakie.
- Nigdy. Więcej. Tego nie rób. - była tak wściekła, że dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że właśnie zainsynuowała, wbrew wszelkim zdroworozsądkowym przesłankom, że jeszcze się spotkają i że Lazare w ogóle mógłby mieć jeszcze okazję, aby ponownie wykazać się takim szaleństwem i zlekceważyć ją w ten sposób.
Zorientowała się, że mężczyzna wciąż trzyma dłoń na jej plecach. Natychmiastową reakcją powinno być odskoczenie od niego na drugi kraniec łóżka, zresztą zaraz po tym, jak dostałby w twarz; dlaczego, zatem, żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła?, a wręcz przeciwnie - pod jego dotykiem gniew zaczął ustępować, zostawiając jedynie gorzki, przejrzały posmak w ustach i zmęczenie, które było tak dojmujące, że aż wzmagało pojawiające się pieczenie oczu; oczywiście nie zamierzała płakać, to była sprawa jej dumy - albo tego pozostałego z niej okruszka, który Camille postanowiła otoczyć nabożną czcią.
Chciała wierzyć, że irracjonalne poczucie spokoju jest jedyną (już i tak osobliwą) emocją, wywołaną w niej w zetknięciu się jego dłoni z materiałem sukienki, wygładzonej tym nieśpiesznym gestem. Chciała wierzyć, że właśnie, po raz kolejny, wbrew jakimkolwiek racjonalnym przesłankom, nie przypieczętowuje losu, którego jeszcze nie rozumie. I w końcu chciała wierzyć też, że każde działanie i słowo da się wytłumaczyć; w formie, która wyda jej się jutro sensowna.    
Bo teraz nic nie miało sensu.
A na pewno nie gest, który wykonała.
Zanim Lazare zdążył się oddalić, zakończyć ten sądny dzień w sposób, który wydawał się - w miarę możliwości - normalny, zaraz po dobranoc, Camille, kierowana impulsywnym odruchem, złapała za jego rękę, chcąc go w pół kroku zatrzymać. Przez moment nie liczyło się, że uzna ją za niepoczytalną wariatkę. Poczuła, że w zetknięciu z jej skórą dłoń ma zimniejszą; ale wciąż ciepłą, kojącą. I nie chciała puszczać, chociaż wyraźnie mogła odczuć zaniepokojenie własną reakcją. Nie wstała z łóżka, zadziałała błyskawicznie i instynktownie, ulegając wrażeniu, że kiedy mężczyzna zniknie za drzwiami, zniknie też jej szansa na sen, na spokojne złożenie głowy na poduszce. Poczuła coś w rodzaju paniki, jakby obawy o stratę - a na to nie mogła już sobie pozwolić, za dużo jej odebrano; wciąż odbierano. Przez chwilę po prostu patrzyła na niego, wwiercała w jego twarz spojrzenie jasnych tęczówek, próbując otrzymać jakąkolwiek odpowiedź na pytanie dlaczego?, oddech się uspokajał, panika powoli ustępowała miejsca równowadze, przychodzącej wraz ze zgubnym spokojem - dziwnym, podstępnym, potrzebnym.
Ale i czymś jeszcze.
- Nie. - nie było jej stać na nic innego. W zasadzie nie wiedziała, czy Lazare to usłyszał; Camille sama miała problem z dosłyszeniem własnego głosu. Może on w ogóle nie należał do niej?
Bo przecież nie było już żadnej kontroli. I słów, które mogłyby ją okryć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Wto Sie 15, 2017 12:02 am

Nikt o zdrowych zmysłach i choćby zalążku rozsądku nie robi takich rzeczy – nikt w tych czasach nie pozwala sobie na szlachetne porywy rycerskości, byleby dogonić kilkusekundowe, ulotne wrażenie, że w tej jednej, konkretnej chwili jest władcą swego losu. Fiodor przez całe życie uważał się za jedną z dziesiątek tysięcy ofiar komunistycznego racjonalizmu, w którym nie było miejsca na wrogą – lub jakąkolwiek inną – ideologię. Pewnie stąpał po bruku twardych zasad socjalistycznej rzeczywistości, każdym kolejnym krokiem wstukując je w umysł coraz głębiej, coraz pewniej, z coraz potężniejszym oddaniem.
A teraz stracił grunt pod nogami i reguły zniknęły. Nie było ich – wystarczyła chwila nieuwagi, by myśli stały się bezdomne, jak zahipnotyzowane krążąc wokół tego samego, jasnowłosego schematu, zlepionego z błękitnych tęczówek, ciepłej skóry, fragmentów wypowiadanych zdań. Co miał zrobić? Co powinien zrobić? Co mógł zrobić? Zamiast spokoju snu – tego upragnionego, którego wizję pielęgnował przez ostatnią dobę – doświadczył przeczucia, że nadciąga niebezpieczeństwo. Nie wiedział, w jaki sposób je zażegnać, ponieważ nie miał pojęcia, skąd i w jakiej formie nadciągnie – a przecież powinien wiedzieć. Zawsze wiedział, nawet wtedy, gdy całe lata temu (całe lata brzmi jak wieki, choć minęło niespełna pół dekady) tłukł się po piaskach Kara-kum, po tym spalonym słońcem krańcu świata, gdzie nie było jeszcze szosy, nie wytyczono nawet dróg gruntowych, a jedynymi mieszkańcami okolicy były widoczne czasem sylwetki hien albo stadko zastygłych w bezruchu kozic o pierwszym brzasku. Wtedy zagrożenie było oczywiste – temperatury, odwodnienie, turkmeńscy separatyści – i można było z nim walczyć, najczęściej całe dnie przesypiając w rozpadlinach skalnych, a wieczorem lub nocą ruszając w pościg albo urządzając zasadzki na przełęczach chriebiet Bolszoj Bałchan. Fiodor doskonale wiedział co robić, jak reagować, z czym się mierzyć, do czego strzelać, mógł odpoczywać bez irracjonalnej zależności od kogoś, kogo nawet nie znał, mógł wciskać podbródek między kolana i czekać, aż powróci cisza i okryje go zasłoną pustynnego pyłu, mógł być spokojny o wszystko – nawet własne, niewiele warte istnienie.
Wtedy życie było łatwiejsze – nie musiał obawiać się, że ktoś odkryje o nim prawdę, że ktoś – przypadkowo uratowany, przypadkowo wyrwany z mroku godziny policyjnej, przypadkowo atakowany przez słowa, których siła rażenia pozostawała tajemnicą – dowie się, kim Fiodor tak naprawdę jest. Że ktoś pozna go na wylot, wbijając telepatyczny wziernik w napiętą korę mózgową i dostrzegając wszystkie eksterminowane w zalążku emocje. Że – w końcu, bo to przecież nieuniknione – przerazi się tym, co zobaczy, całą tę skalę śmierci, apatyczności, bezdusznych egzekucji, hekatomb ofiar, palców we krwi, dłoni we krwi, rąk unurzanych we krwi po same łokcie.
To nie były historie na dobranoc dla pechowych dziewczynek spotkanych w ciemnych uliczkach. To nie były opowieści dla uszu innych niż te, które musiały wsłuchiwać się  w krzyk umierających. To nie było coś, czym można chwalić się przypadkowym przechodniom, choć jakaś część jestestwa – ten drobny, wciąż żywy, choć agonalny fragment – właśnie tego pragnęła. Zwerbalizować, wyrzucić z siebie całe zło, wypluć na bruk wraz z nieśmiałym oczekiwaniem wybaczenia lub zrozumienia, lub potępienia, lub obrzydzenia – obojętne.
Po wszystkim, co przez lata w ciszy gromadził w umyśle, każdą kolejną kropelką krwi – cudzą bądź swoją – podlewając ogród zła, wszystko było mu obojętne.
Najwyraźniej każdy człowiek czegoś żałuje.
Ale nie każdy może sobie pozwolić na to, by wyrzuty sumienia go ograniczały.
Prawdziwy problem – i prawdziwa wina – Camille polegały na tym, że w całym spektrum rzeczy nierzeczywistych, które niemal każdego dnia napotykał Fiodor, sama była jak zwieńczenie tego zestawienia, jak ktoś z innej i jednocześnie dokładnie tej samej bajki. Pojawiła się nagle, bez ostrzeżenia, konkretna, ukształtowana i od razu przechodząca do sedna sprawy – podejmując nieudolną próbę kradzieży, szukała siebie, własnych szans oraz przypadkowych ścieżek małych triumfów.
Obdarzając napastników wyszukanymi epitetami, jedynie spotęgowała to wrażenie, poza irytacją budząc u Chirjakowa coś jeszcze.
Słaby cień uznania, które kilkakrotnie – w ramach kary przeplatanej z nagrodami – cofał lub ponownie jej przyznawał?
Trzygodzinne kazanie? Najwyraźniej wybrałem niewłaściwą ścieżkę kariery – oczywiście zbagatelizował kobiecą skłonność do przesady; oczywiście zbył Camille kolejną, tym razem dość skąpo wyważoną, porcją sarkazmu; oczywiście pomyślał – dlaczego nadal ciągniemy temat? – i, oczywiście, nie zrobił nic, aby go zakończyć. Czasami potrafiła zaskoczyć celnością uwag (choć stanowczo nie w tym momencie), co skłaniało Fiodora do chwilowych refleksji – często miała rację w swoich błyskawicznych osądach? Najczęściej miała rację? Niekiedy? Nie mógł się o tym przekonać, nijak nie posiadał możliwości, aby to sprawdzić, bo z każdym padającym słowem zaczynał patrzeć na świat jej oczami. Katalogowała ludzi, zupełnie jak Chirjakow, chociaż kierowała się odmiennymi kryteriami – po Paryżu krążyli wyłącznie tchórze, burżuazyjni wrogowie ludu, skostniali konfidenci, bojownicy czerwonego sztandaru, przeciwnicy czerwonego sztandaru, przyszli orędownicy czerwonego sztandaru. A on? Fiodor-Lazare? Tchórz czy orędownik? Bojownik? A może lepiej, żeby nie pytał?
(Przecież sam doskonale znał odpowiedź: walczył, ale teraz stygnie. Trochę (za bardzo) władczy. Wirtuoz w wyprowadzaniu komunistek z równowagi. Życie z nim to istne piekło).
Z łatwością przychodziło mu nadtapianie grubej otoczki butności, za jaką skrywała się dziewczyna i  jeszcze łatwiej obdzierał ją z odległości umownych centymetrów – to zresztą nie było trudne, skoro sama tak wiele ułatwiała, poddając się wznosząco-opadającym falom niestabilności, które z beztroską ścierających się płyt tektonicznych wywoływał Fiodor.
I nie życzę ci, żebyś kiedykolwiek usłyszała – ucięcie tematu szybkie i pewne jak uderzenie tasakiem; skoro pragnęła wierzyć – chociaż szczątkowo – że pojęcie człowieczeństwa (zwłaszcza u wyraźnie podchmielonych, pozbawionych moralnego kręgosłupa mężczyzn) wciąż posiada prawo bytu, nie miał zamiaru wyprowadzać jej z błędu.
Życie samo to zrobi – raczej prędzej, niż później.
Najwyraźniej zdołał wyczulić się na nagłe wahania nastroju (to dopiero stereotypowe) Camille, ponieważ nie umknął mu cień poirytowania, który na moment zasnuł twarz dziewczyny niemal równie suto, co papierosowy dym. Kto wie, jakie jeszcze życiowe porady miał w zanadrzu – ktoś, swoją drogą, powinien zacząć je spisywać – gdyby nie pomyślał z cieniem rozżarzonej rezygnacji
Czy ty, bęcwale, próbujesz ponownie stanąć z nią w szranki?
całkowicie zarzucając ideę udzielania kolejnych wskazówek. Nawet chwilowa, irracjonalna przyjemność, jaką czerpał z udowadniania logicznych dziur w niespójnym planie, którego Camille tak zaciekle broniła, przestała stanowić wątpliwe źródło późnonocnej rozrywki. Znużyła ich nierówna wojna podjazdowa, znużył strumyk nieustannych przytyków, nawet oddychanie stawało się nużące, gdy nadal ciążyła nad nimi wizja kolejnej bitwy – tym razem tej oscylującej wokół mglistego wspomnienia łóżka. To jednak nadal była przyszłość: nieszczególnie odległa i niezbyt bajeczna, lecz wciąż leżąca poza sferą tego co tu i teraz, które zamykało się w kilku momentach zbawiennego milczenia oraz papierosów. Fiodor obserwował – bez szczególnych prób ukrycia własnych poczynań – jak Camille wypuszcza z ust kłęby dymu tak potężne, że poważnie zastanowił się nad obecnością i filtra, i tytoniu w tym, co paliła. Chyba miał zamiar wystosowania w jej kierunku sensownego, niepodszytego kolejną porcją życiowych rad komunikatu, ale światło latarni przepalało mu spojówki, zaś smak tytoniu osiadał na kubkach smakowych, przytępiając pozostałe zmysły. Nie chciał zadręczać się właściwym dobieraniem słów, a ten chwilowy remis, niewymowny, odgórnie narzucony impas był gwarantem względnego spokoju, który trwał, dopóki nie rozerwało go echo kolejnych, padających z ust Camille sylab.
Wciąż próbowała go przekonać – uparcie, naiwnie, na swój sposób przygnębiająco. Jakby samo przyznanie racji przez Fiodora miało nadać jej działaniom jakiś uszlachetniony wymiar.
Nic bardziej mylnego.
Jeszcze. Dopóki za rękę łapią cię nie Niemcy, a tchórzliwi barmani – w niemal lustrzanym odbiciu powtórzył grymas, jaki towarzyszył mu podczas upijania zimnej herbaty, lecz tym razem nie było w nim nic szczerego. Jawnie i po raz kolejny dzisiaj odwoływał się do jej tchórzliwego przytyku, dobitnie sygnalizując, że dalsze próby argumentacji zostaną sprowadzone do mianownika całkowitego absurdu. W tej chwili balansował niebezpiecznie blisko granicy cierpliwości, doskonale wiedząc, że jeszcze kilka słów, kilka źle dobranych gestów, kilka zmarszczeń brwi za dużo, a przekroczy mistyczny punkt i ponownie zanurzy się w czerwonej mgiełce wściekłości.
Na nią, na siebie, na Paryż, na ból, który odezwał się z tyłu głowy wraz z głuchymi uderzeniami serca.
Nie częściej niż histerycznym wariatkom – oświadczył przy akompaniamencie uwznioślonej tonacji, tym razem jawnie przenosząc na nią spojrzenie, nie potrafiąc się nadziwić, że wciąż potrafiła odnaleźć w sobie dość sił, aby popaść w ten nurt entuzjastycznej radości. Poddając się afektom, nie zważała na słowa – błąd – lecz Fiodor w przypływie pobłażania nie uznał za stosowne, by zwrócić jej uwagę – kolejny błąd.
Zapewne powinien. Zapewne znów ubrałby własne słowa w otoczkę życiowych rad. I zapewne prędko by tego pożałował.
W ciągu całej serii nocnych wydarzeń zdołał zrozumieć wyłącznie jedno: aby pomóc Camille, musiał –o słodki paradoksie – zrezygnować ze wszelkich prób pomagania. Jej potrzeba samorealizacji, samowystarczalności oraz gryzącej się z tym wszechkontroli nie akceptowała interwencji z zewnątrz, najwyraźniej każdą z nich traktując jako atak na własną niezawisłość. Dlatego postanowił milczeć.
Dlatego postanowił działać.
Dlatego cierpliwie znosił każde żądanie postawienia i każdą potrzebę wyjaśnienia, co robi – jak gdyby nie było to oczywiste. Nie łudził się, że dziewczyna zechce zachować posłuszne milczenie (miałaś być cicho, wymamrotał podczas kolejnej salwy oburzenia blondynki), jednak jakaś część umysłu Fiodora chciała jej podziękować za rezygnację z prób wyswobodzenia się i nabicia niecnemu tragarzowi kilku siniaków. Gdy wziął Camille na ręce – gdy podjął się tego zadania bez wysiłku, za to z milczącą determinacją – dopiero wtedy tak naprawdę zrozumiał, w czym rzecz; być może już nie chodzi o nieustanne prowadzenie słownych potyczek, o dominację, o tyranię, o mentorowanie. Przycisnął ją do siebie – najwyraźniej podczas dwóch ostatnich metrów sądząc, że lada chwila się wyrwie – tak, jakby miał zamiar przez nią przeniknąć; jakby chciał odczytać jej myśli przez milczący przepływ ciepła z ciała do ciała, jak gdyby ich żyły lada moment miały zawiązać się na ciasny supełek, zaś oni sami przemienić się w plamkę słodkiej leguminy. A potem – nagle, bez ostrzeżenia – nadszedł ten moment zawahania podczas cofania dłoni i Fiodor poczuł się tak, jakby połknął szklankę spirytusu.
Spokojnie, to się więcej nie powtórzy.
Ponieważ zrozumiał, że brutalnie przeskoczył mur, którym się otaczała, że sam zburzył granicę, która miała pozostać nieprzekraczalna, że jeśli teraz ktoś ponosi winę, to wyłącznie on.
I wtedy – po  raz kolejny tej nocy – poczuł uścisk jej dłoni.
Zaskoczony zamarł w pół kroku, zastygając pomiędzy odwróceniem się a posłaniem jej ostatniego spojrzenia – które i tak pomknęło w stronę Camille, najwyraźniej domagając się wyjaśnień, poszukując odpowiedzi na niewypowiedziane, podszyte współczuciem pytanie.
Dlaczego to sobie robisz?
Natychmiast dostrzegł, jak bezradna, wyzuta z sił, obdarta z pewności siebie była w tym momencie – i zrozumiał, że ona też to dostrzega. Że zacznie wyrzucać sobie własną słabość, którą tak zaciekle próbowała ukryć i co niemal się udało, że nie ma już wpływu na własne reakcje, ponieważ zdrowy rozsądek odmówił współpracy, a wszystkie słowa, gesty oraz odruchy, które wykonywała, wymykały się wszelkim próbom zracjonalizowania.
Że – w końcu – nie potrafiła być nieugięta, skoro właśnie ugięła się pod ciężarem własnych słabości, wypowiadając to jedno, najprostsze nie; on zaś nie wiedział, tak jak zwykle, tak jak nigdy nie miał pewności – czy jeśli kobieta tak mówi, to należy poddać się rozkazowi, subtelnie napierać dalej, czy też przekroczyć wszystkie bariery i podjąć tę jedną, pozbawioną odwrotu decyzję?
Nieważne – przecież od początku wiedział, co należy zrobić.
Dość walk na dzisiaj – to nie był komunikat trudny do rozszyfrowania: jest zmęczony, koniec na dziś, daj spokój – więc dlaczego, zamiast wyswobodzić się z jej uścisku, po chwili wyraźnego wahania powielił odwrotność wcześniejszych działań i postawił ten jeden, kluczowy krok w stronę łóżka? Dlaczego – wciąż pozwalając, by kurczowo zaciskała palce na jego ręce – uniósł drugą, wolną dłoń i przyłożył ją do gładkiego policzka dziewczyny, tym jednym, drobnym gestem wnikając w jej aurę, w to molekularne, ciepłe promieniowanie?
Nie musisz mi niczego udowadniać – koniuszki palców zadrżały niemal nieuchwytnie, kiedy powoli, metodycznie wsunął je między złote pasma włosów na skroni, opuszkiem kciuka gładząc miękką skórę policzka. Uspokajająco, niespiesznie, w rytmie łagodnym jak kołysanie.
Śpij – ten ostatni moment był decydujący: chwila, zanim usiadł na brzegu łóżka, cofając dłoń, sekunda wahania, nim pozwolił, by druga ręka pozostała w uścisku Camille, krótkie mgnienie, podczas którego  wypuścił cicho powietrze z płuc, jak puszczony od tyłu na gramofonie szept. – Zostanę, śpij.
Coś się zaczęło, coś zmieniło, coś chwilowo zaburzyło porządek świata.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Wto Sie 15, 2017 7:46 pm

Nie wiedzieli o tym - a przynajmniej Camille nie zdawała sobie sprawy - ale oboje tkwili w sieci utkanej z niewytłumaczalności, zawisłej gdzieś tysiące kilometrów ponad okupacyjną rzeczywistością, każdym swoim irracjonalnym ruchem sprawiając, że sidła zacieśniały się jeszcze bardziej, coraz dotkliwiej wpijając się w nich ostrymi włóknami.  
Hebuterne miała wrażenie, że znajduje się w tej pułapce całkowicie osamotniona. Bo chociaż nie dostrzegała szczególnej, jasno wytłumaczalnej motywacji (chyba, że wyłącznie ratował czerwoną towarzyszkę w potrzebie? całkiem to logiczne, chociaż może to zwykła przyzwoitość?), wpływającej na działania Lazare, to jednak podświadomie obsadzała go w roli ciemiężyciela; nagłego ośrodka jej całkowitego skupienia, od którego nie potrafiła, nie mogła, nie chciała uciec. I ona, zresztą zupełnie jak on, także odczuwała strach, wietrzyła niebezpieczeństwo - ponieważ zależność fizyczna to jedno; do myśli, że uratował jej życie, mogła przywyknąć (w każdym razie k i e d y ś); ale myśl, że w starciu z nim traciła całkowitą i niezawisłą niezależność psychiczną, którą do tej pory z sukcesami, dokładnie i ostrożnie okopywała, napawała ją wręcz mrożącym przerażeniem.
Gdyby było to jednak jedyne uczucie, którego doświadczała, linia obrony byłaby znacznie łatwiejsza do opracowania; tymczasem spójność emocjonalna, którą do czasu dzisiejszej nocy udawało jej się i zachowywać i nazywać, została całkowicie, bezpowrotnie?  zburzona.
Bowiem, wraz ze strachem, falami przychodziło też to uspokojenie, odznaczające się chwilowymi przebłyskami czegoś. Czego, póki co, Camille wolała nie tykać, pozwalając, aby dryfowało swobodnie, niekiedy obdzierając ją z wystudiowanej hardości.
Niech to szlag.
Mogła mieć do siebie szereg pretensji - o niedokładne ukrywanie słabości, o utratę rezonu, o zmieniające się natężenie zaangażowania w słownych bitewkach; ale czy mogła wyrzucać sobie, że - nikt inny - a właśnie on skłaniał ją ku bezmyślnemu(!) brnięciu w rozmyte, paranoiczne opary tej nocy, że zamiast grzecznie wykonać krok w tył i po prostu przeczekać do rana, po czym rozpocząć proces zapominania i dokładnego zacierania każdej emocji, ona wciąż tkwiła w miejscu, próbując gorączkowo - zupełnie, jakby kończył się jej przeznaczony na to czas - odgadnąć zagadkę, na którą odpowiedź, zdawać by się mogło, tliła się zaklęta w jasnych, chmurnych oczach Lazare.
Z tym, że rozwiązanie, które tak desperacko chciała dostrzec, wcale nie nadchodziło, a wręcz przeciwnie - obrastało coraz grubszym pancerzem, mnożąc niewiadome, wywołując całkowity zamęt w ogólnej klasyfikacji, którą Camille - istotnie - posługiwała się w ocenianiu ludzi, natychmiast skazujących ich na wieczny pobyt w określonej kategorii.
Oczywiście całkowicie odmienną kwestią był fakt, że pozory naprawdę mogły mylić.
Po ich pierwszym spotkaniu z Lazare było podobnie, nie miała problemu z uznaniem go za przeciwieństwo błędnego rycerzyka, swoistą apoteozę bezczynności i strachu - zdawał się być taki sam jak wszyscy oni, jak codziennie mijane twarze, naznaczone obawą i poddaństwem, uciekające przed głębszą myślą oceniającą ich pasywność.
Zdawał się być jak oni, jak jej rodzina.
Ale dzisiejszej nocy ten mężczyzna zburzył jakikolwiek porządek, który Camille zdążyła zaprowadzić i w sobie i w swojej pieczołowicie składanej rzeczywistości. Zadrżała jej pewność z którą tak beztrosko oceniała wszystko i wszystkich - wszakże jego nie potrafiła osądzić, miotała się jedynie, samej próbując obronić się przed nieznanym; obezwładniającym i - z pewnością - niebezpiecznym.
Paradoks swoich własnych działań ją przytłaczał, ale nie podejmowała próby wyswobodzenia się z niego; bała się ciszy, dlatego mówiła, ślepo ciskała uwagami. Ale chciała też słuchać, każde jego słowo rozłożyć na czynniki pierwsze, zastanowić się ile jest w nim prawdy, co ono oznacza w kontekście jego osoby, zadać te wszystkie pytania, które w zastraszającym tempie narastały, chciała wysłuchać. Podskórnie czuła, że ociera się jedynie o skrawek powierzchowności, którą przybierał jej gospodarz.
Ale, oczywiście, lepiej było dalej dyskutować o niczym, próbując z bezmyślnym uporem przeforsować to, co zostało stracone już w momencie rozpoczęcia dyskusji.
Camille, brawo, ty niekoronowany mistrzu w sztuce detektywistycznego poszukiwania prawdy.
- Jeszcze nie jest za późno na święcenia, możesz zostać klechą, oni też tam lubią wiernych klękających pod siłą morału. - wyważona porcja sarkazmu, którą Lazare wcześniej naszpikował swoją odpowiedź, mogła posłużyć Camille jako wygodna furtka do zakończenia tej farsy - wszakże nie atakowała jej aż tak osobiście, dając moment wytchnienia od rozwodzenia się nad jej, już kilkakrotnie uświadomioną (ale cóż i tak z tego wynikało? raczej nic, walka pozostanie walką), lekkomyślnością. Jednakże nic podobnego, brnęła dalej, prowokując do nowych porcji odpowiedzi, które - zapewne - i tak miały ją jedynie wytrącić z równowagi. O tak, mogła z całkowicie spokojnym sumieniem stwierdzić, że na temat swojego rozmówcy wie jedno - jest złotym medalistą w wytrącaniu jej z ręki oręża opanowania.
I w przywracaniu go.
Camille miała w tym momencie ochotę wykrzyczeć w paryski eter nocy jedno słowo; jak?!
Była pewna, że nie otrzymałaby żadnej odpowiedzi - w tym mieście nic nie wydawało się tej nocy żywe, zaledwie oni przy otwartym oknie.
Na szczęście nie skomentowała już w żaden sposób jego przeznaczonego dla niej życzenia, szybko ucinającego cały temat - nie było nic, co mogłaby dodać, nic, co brzmiałoby na tyle sensownie, aby w świetle - nie tak dawno - zaprzeszłych wydarzeń, wybrzmiało na tyle dziarsko i energicznie, żeby to ona pozostawiła po sobie ostatnie słowo, które jednak zwykle wolała mieć. Za dużo w niej było zrezygnowania, za dużo goryczy z powodu, iż faktycznie prawie się nie dowiedziała.
Jednakże spokój, nawet ten odgórnie narzucony, polubownie uznany przez dwie strony, nie mógł w tym wypadku trwać długo - zdawali się wręcz genetycznie niezdolni do tego, żeby zamilknąć, bądź chociaż powstrzymać potok ironii i wbijanych sobie nawzajem szpil, prawie każdą wypowiedzią nakręcając tę karuzelę paradoksu coraz szybciej.
Ale gdyby przestała się kręcić, Camille przychodziłoby zachowywać pozory jeszcze trudniej; co i tak, ze względu na liczbę dotychczasowych potknięć, zdawało się już nieco żałosnym procesem.
Tak, zwykle przyjemność płynąca z usłyszenia wyrażenia masz rację i jego różnych kombinacji była słodka, prawie niewyczerpanie - ale tym razem jednak nie chodziło o satysfakcję, a o kontrolę, po którą Camille nieustannie próbowała sięgnąć. Którą próbowała odszukać w znany sobie sposób.
- Ale, popatrz jakie zdziwienie, nawet taki tchórzliwy barman potrafi zaskoczyć! - w założeniu chciała nieco rozładować atmosferę, przywdziewając nawet delikatny uśmiech i siląc się na wymuszoną wesołość; widmo tego ślepego tchórza ciągnęło się za nią nieustannie, było powodem wstydu z powodu własnej skłonności do powierzchownego oceniania sytuacji, uznawała też za wysoce niestosowne(!), aby w ogóle o tym wspominać, zwłaszcza, że głośno cofnęła swoje słowa i to jeszcze tam w uliczce. Nie chciała jednak podburzać Lazare jeszcze bardziej (chociaż, pomyślała z przekorą, co by się stało, gdybym teraz go jeszcze podirytowała?), widząc, że delikatnie - ale widoczniej niż do tej pory - stężała mu twarz, ściągnięta irytacją i, z pewnością, także i zmęczeniem.
Nie zdążyła odpowiedzieć na te histeryczne wariatki (po chwili ożywienia, które tak zdradziecko utorowało sobie drogę na zewnątrz, były jak kubeł zimnej wody) i z kolei samej otrzeć się o brzeg cierpliwości, bo - dosłownie - została poderwana do góry, co szybko sprawiło, że zapomniała o zalążku rozjątrzenia; wszakże z całkiem innego powodu błyskawicznie przekształciło się ono w wybuch dezorientacji i wzburzenia.
Nie, nie mogła pogodzić się z tym, że jej jasne żądania zostały tak gładko zignorowane - wcale nie chciała się czuć tak bezbronna i zatrwożona jak w tamtym momencie, kiedy na ostatnim odcinku drogi przycisnął ją do siebie.
Chciała za to poczuć impuls, ba!, w ogóle jakąś wole, aby podjąć próbę wyrwania się: w zamian jednak otrzymała ciepło bijące od ciała Lazare.
- Mam nadzieję. - odburknęła cicho, próbując przełknąć gorycz niespodziewanej i wymuszonej porażki. Nie miała też siły przekonywać się, czy jeżeli wyskoczy i pobiegnie w jakiekolwiek inne miejsce w mieszkaniu, nie zostanie z powrotem zawleczona do łóżka, które chwilowo stanowiło metaforę jej klęski - bo, pomimo swojej upartości, całych pokładów bojowego nastawienia i woli walki, dość słabo wypadłaby w starciu o tyle wyższym i postawniejszym przeciwnikiem.
Zadziałały jednak całkiem inne mechanizmy - mogła jedynie w szoku spoglądać na swoją wyciągniętą rękę i wyrzucać sobie, że całkowicie dała się zawładnąć słabości, błyskawicznemu odruchowi i niewyjaśnialnej panice. Dostrzegła pytanie w jego spojrzeniu, do cholery, sama je sobie zadawała; ale czy było to mądre, skoro tak naprawdę obawiała się odpowiedzi, która mogłaby paść?
Przez chwilę sądziła, że Lazare odejdzie, zostawi ją samą w półmroku, skaże na cztery bezsenne godziny; tak zinterpretowała jego słowa. Ale, wbrew im, nie strzepnął jej ręki, a cofnął się i sam wyciągnął dłoń w geście pogładzenia jej policzka. A ona się nie uchyliła.
Nie uciekła przed tą nieoczekiwaną pieszczotą, nawet nie drgnęła w oczekiwaniu na szok; ale on się nie zjawił, pojawiło się za to rozluźnienie, skutkujące delikatnym przymknięciem powiek. Czuła, jakby cała przylgnęła do dotyku zaledwie opuszka jego palca, pozwalając, aby całe dotychczasowe napięcie, każde niebezpieczeństwo tej nocy - to namacalne, ale i to jedynie odczuwalne - ulatniało się w rytmie jego ruchu.
I uwierzyła mu. Zgodnie z tym co powiedział, nie musiała mu nic udowadniać, nie teraz, kiedy pozwoliła, aby otoczka pozorów całkowicie opadła, nie dając mu odejść, wzbraniając się przed postawieniem granicy w postaci ściany. W kluczowym momencie mogła się odciąć, świadomie pozwolić, żeby za Lazare zamknęły się drzwi - nie zrobiła tego. Wbrew rozsądkowi, wbrew każdej racjonalnej myśli, która przemknęła jej dziś przez głowę.
Nie było już żadnego odwrotu, ani nadziei na przejęcie kontroli - czemu nie napawało jej to lękiem, który obecnie stanowił jedynie rozmyte wspomnienie, uginające się całkowicie pod dotykiem i słowami tego mężczyzny?
Delikatnie, niezauważalnie wręcz zadrżała, gdy cofnął dłoń z jej twarzy.
Poczuła senność, która miała prawo bytu jedynie wtedy, gdy Camille nie trwała w przekonaniu, że musi być w nieprzerwanej gotowości do odparcia ataku - ciepło bijące z niepoluźnionego uścisku wprowadziło ją w stan spokojnego letargu, podtrzymanego przez wybrzmiewające zostanę, którego uczepiła się równie kurczowo, co wcześniej i dłoni Lazare - zupełnie jakby ta była jej ostatnią deską ratunku, która pozwoli się jej utrzymać na powierzchni.
To nie był czas na wytykanie sobie słabości czy na analizowanie swoich poczynań; to teraz nie miało znaczenia. Żadnego.
Liczyło się jednak to, że zostanie.
Co jednak nie tłumaczyło faktu, że - wciąż trzymając jego rękę - posunęła się wgłąb łóżka, robiąc obok siebie więcej miejsca, porzucając już jakiekolwiek przesłanki, które kazałyby sądzić, że zdrowy rozsądek nagle postanowił powrócić.
Nie miała siły udawać, że tak jest, nie widziała w tym sensu.
Naprawdę - nie musiała nic udowadniać.
- Bądź. - opowiedziała cicho, sennie, kładąc głowę na świeżo-obleczonej poduszce.
Tak, coś się zmieniło i po raz pierwszy Camille nie poczuła strachu, uświadamiając sobie tę zmianę, która - tak naprawdę - była dopiero rychłą zapowiedzią, początkiem.
Czuła tylko zmęczenie i to kojące ciepło, które w końcu całkowicie ją obezwładniło - czy to właśnie nie tego, między innymi, obawiała się przez cały ten czas?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Nie Wrz 03, 2017 12:43 am

Zdołał pogodzić się z myślą, że na kilka chwil utracił kontrolę – ale teraz namacalnie czuł, jak ją traci. Było tak, jak gdyby wpadł w poślizg. Jakby pierwszy raz w życiu jeździł na nartach. Jakby zaciął się hamulec w samochodzie pędzącym ku przepaści.
Nie ma nic gorszego. Głupszego.
Powinien dożywotnio zakazać sobie wstępu do meandrów własnych myśli. Powinien sam się wykląć, bo – odsłaniając przed nią pilnie strzeżoną tajemnicę własnego mieszkania – popełnił błąd. Najpospolitszy z błędów. Pozwolił jej na uzyskanie przewagi; mało istotne, że trwała zaledwie chwilę, mało istotne, że przestała odgrywać jakiekolwiek znaczenie w obliczu jego niekwestionowanego triumfu.
Nie tolerował zwierzchnictwa kogoś, kto nie miał ku temu prawa, predyspozycji, wojskowych stopni ani zimnej krwi – tak, jak nie tolerował myśli, że pozwolił jej na kilka ułudnych momentów przewagi, biernie wyczekując, aż wtargnie do jego codzienności (conocności) w barwnej sukience i z butnym uśmieszkiem. Chcieć kogoś stłamsić z tak prozaicznych powodów – dla samego faktu stłamszenia – to najgorsza z motywacji. Pragnąc zawładnąć kimś tak, że nawet ona nie będzie w stanie zachować własnej suwerenności, to świństwo. Nie chce się już wtedy tego, co rzeczywiście może się wydarzyć. Chce się władzy absolutnej. Chce się uznania. Chce się snu.
Pomyślał, że jeszcze nie jest za późno, by przerwać tę tragiczną farsę, ale myślenie do niczego nie doprowadziło – do mieszkania, w którym Fiodor na pamięć znał kolejność ustawionych na półce książek, powoli zaczął wlewać się wymykający wszelkiej kontroli chaos. Drobny, jasnowłosy i siejący spustoszenie z zaciekłością powodzi stulecia, szalejącego na wybrzeżu huraganu lub średniowiecznej epidemii.
Pewnie dlatego uznał, że jest niezła w tej pozbawionej zasad grze. Doskonale wiedziała, w jaki sposób ukryć prawdziwe uczucia – przed innymi zapewne codziennie odnosiła sukces, ale on dostrzegał jej technikę, bo sam robił to przez cały czas. Nie była lalunią – interesujące kobiety nigdy nimi nie są.
Interesująca kobieta to przeciwnik. To ktoś, z kim można zmierzyć własne siły.
Dostrzegł to jeszcze, kiedy opierał się o framugę, taksując ją wzrokiem z góry do dołu, z dołu do góry. Dopiero po czasie miał zrozumieć, że podczas tamtych kilku chwil – jeszcze nim niemal utonął w duszącej atmosferze – delektował się powstrzymywaniem nieuchronnego. Każde słowo, które padało z ust Camille, miało smak przeterminowanego leku, ale on – poniekąd autodestrukcyjnie – gotów był przyjąć kolejną dawkę. Nie wiedział, skąd wzięła się ta pobłażliwość; nigdy w życiu nie stosował taryfy ulgowej wobec kogoś, kto zaszedł mu za skórę jak dębowa drzazga – może z wyjątkiem swojej pierwszej, poważnej dziewczyny. Jeszcze w Wojskowej Szkole Dowódczej. Przypomina sobie ją teraz, nie wiedzieć czemu: miała złote włosy z grzywką; kiedy się śmiała, mrużyła oczy tak bardzo, że zwężały się w dwie kreski. Była jak z coniedzielnego komiksu wydawanego na ostatniej stronie gazety, słodka jak zwierzątko. Coś do niej czuł, to było być może to coś, co inni ludzie czują do kotków – ale Camille była daleka od tego obrazu, nie miała z nim nic wspólnego. Nie mogła, skoro pod jej skórą tkwiły żyletki, a pod językiem cyjanowodór, kompresując w sobie paradoksalność przynajmniej trzech paryskich dzielnic. Była jak dziewczynka pędząca ku przepaści. Starała się ranić z uśmiechem, odgradzać od każdej, niewygodnej emocji, wygrywać nawet te potyczki, które z góry skazane były na porażkę.
Wroga każdemu, kto chciał jej pomóc, kto dobrze jej życzył. Do momentu, w którym nie uczepiła się kurczowo jego dłoni, Fiodor sądził, że Camille unika ciepła jak zarazy – po godzinie taksujących, zaczepnych, butnych spojrzeń był tego pewien. Miała potężnie rozwinięte poczucie własnej godności i za żadną cenę nie dałaby po sobie poznać, że każdy moment zawahania ją boli. Nie winił jej za to, skoro sam od lat ze skutkiem stosował podobną taktykę. Nie winił nawet wtedy, kiedy przestała patrzeć mu w oczy, a wszystko, co mówiła, brzmiało jak daj mi już spokój. Gdy w milczeniu obserwował jej ciemną, zarysowaną na tle otwartego okna sylwetkę, wolał nie zastanawiać się, w którym momencie tej nocy wszystko zaczęło się pieprzyć.
Gdyby zaczął to roztrząsać, mógłby dojść do wniosku, że źle było od początku. Zwłaszcza w ich głowach, bo ulegali mirażom.
Szybko mnie rozpracowałaś – włożył w te słowa dość ironii, aby nawet zmęczony minionymi wydarzeniami umysł zdołał uchwycić jawnie kpiącą nutę. Był to jedynie kolejny mechanizm obronny, następna warstewka oschłości, za którą łatwiej ukryć własne wahanie. – Lubię, kiedy klękają – słowa wciąż rozbrzmiewają mu w uszach, tymczasem Fiodor – gdzieś w środku, podczas wypowiadania tego durnego lubię, kiedy klękają, mentalnie uderza się dziesięć razy w czoło. Ona tylko czeka na równie niedojrzałe stwierdzenia – było tak, jakby sam wciskał jej w dłoń nabity pistolet.
Zamilkł na dłuższą chwilę, najwyraźniej pragnąc oszczędzić sobie kolejnego, równie widowiskowego faux pas. Winił zmęczenie (bo przecież nie siebie, to nigdy nie była jego wina) – gdy nie śpi się od ponad doby, wszystko zaczyna się przeobrażać. Dźwięki ukrywają się pod cieniutką skórą otoczenia, pod drewnianymi podłogami, zakurzonymi dywanami, farbą na ścianach. Kolory przybierają inny stopień nasycenia, wyblakły i słabszy, jakby brudny po zimie. Wszystko porusza się trochę wolniej. W takich okolicznościach przystosowanie, dostosowanie i przestrojenie ciała do nowych warunków jest niezbędne. Zmiana tempa oddechu. Zmiana myślenia. Zmiana konstruowania zdań.
Zmiana samego siebie na wersję nieco bardziej znośną niż zazwyczaj. Odrobinę przystępniejszą?
Posiadającą więcej pokory, dzięki której mógł zbyć milczeniem wzmiankę o tchórzliwym barmanie i umiejętności zaskakiwania. Oboje wiedzieli, że to jego atut – nieprzewidywalność, którą zaprezentował dzisiejszej nocy przynajmniej kilkukrotnie, najwyraźniej mając za nic poczucie stabilności Camille. Nie chciał, aby czuła się pewnie, bo im pewniejsza się stawała, tym prędzej mogła zdobyć przewagę – i choć robił wszystko, by raz za razem traciła rezon, w niewyjaśniony sposób niósł jej ukojenie.
Ten jedyny w swoim rodzaju spokój morza po gwałtownym sztormie.
Sądził, że będzie mu to przeszkadzać – a przynajmniej bardziej, niż przeszkadzało teraz, gdy nie odpowiedziała choćby słowem na jego przytyk. Doskonale widział, jak Camille przełyka własne słowa, jak cierpliwie sama tłumaczy sobie, że zasłużyła na wszystko, co właśnie usłyszała – przecież nie był niesprawiedliwy. Nie zarzucał jej niczego, czego nie zrobiła, nie wypowiedziała bądź nie pomyślała, we własnej (dość subiektywnej) prawdomówności kierując się umiarkowanie szczerymi intencjami. Skoro bez ofiar w ludziach dobrnęli do momentu, w którym potrafią stłamsić cisnące się na usta słowa, istniała spora szansa, że status quo dotrwa do rana – wystarczyło jak najprędzej przerwać wszelkie dysputy i zasnąć. Lub chociaż udawać, że się zasnęło, zwyciężając tym kilkaset minut względnego spokoju.
Gdyby pozwoliła mu odejść, właśnie tak by to wyglądało – gdyby sam odszedł, scenariusz byłby podobny.
Ale ona nie pozwoliła, a on nie zdobył się na postawienie kroku w stronę drzwi, raz na dobre kończąc tę noc. Co nim kierowało? Spojrzenie, którym jeszcze przez chwilę ją obdarzał, zmuszając, aby nie odwracała wzroku? Te kilkanaście sekund, podczas których podszedł do niej, musnął opuszkami palców policzek, zaledwie dotykiem przeganiając wszystkie niepewności, wahania, przestrachy i napięcia?
A może – zaledwie może, bo nie wydawało się to prawdopodobne – była to jego niezależna, integralna decyzja, niepodatna na zewnętrzne bodźce, wewnętrzne intencje i pozaziemską interwencję? Nie chciał o tym myśleć, doskonale dostrzegając, w jakim momencie utknęła Camille. Z jakiego mrocznego miejsca własnego umysłu go zawołała, oczekując, że samą tylko obecnością uratuje ją przed pogrążeniem się we własnych obawach. Być może podjąłby kolejną próbę cichego odwrotu, gdyby nie poczuł pod palcami ciepła miękkiej, młodej skóry i drżenia, które przeskoczyło na muskające policzek opuszki; pomyślał, że Camille musi mieć w środku jakiś zepsuty mechanizm, który nie chce przestać pracować, więc całe jej ciało dygocze, przez moment poddając się tym tąpnięciom. Sam mógł jedynie podejrzewać, że drżenie nie kończy się na ciele, że są to raczej  drgawki duszy, niemogącej przejść do porządku dziennego z sytuacją, w której się znalazła.
Kiedy Camille mówi bądź, jej głos na chwilę rozpęka, obniża się o pół tonacji, w końcu niemal niknie pośród cichego szelestu pościeli, który towarzyszy ucieczce drobnego ciała w głąb łóżka. Obserwując tę wędrówkę, zauważył,  że wciąż tkwi w niej trochę prawdziwej bezradności. Przypominała kogoś, kto już stracił równowagę, ale nadal balansował na granicy upadku, przymykając oczy w obawie przed ujrzeniem otchłani.
Nie mógł zostawić jej w tym stanie, w marazmie półsnu dość czujnego, aby zauważyła zniknięcie dłoni, którą nadal trzymała w uścisku własnych palców.
Nie mógł, choć przecież miał zrezygnować dziś ze snu w łóżku – i snu w ogóle. Może nie zostałby, gdyby ugryzł się w dłoń do krwi, gdyby się schlał, gdyby uderzył w coś głową albo wjechał motocyklem z prędkością stu sześćdziesięciu na godzinę w mur, albo gdyby skoczył z Pont Neuf.
Wszystko, wszystko byłoby mądrzejsze od zajmowania miejsca tuż obok niej, opierania pleców o twardą, nieprzystępną ścianę i milczącego obserwowania, jak jej policzek zanurza się w miękkim azylu poduszki. Już nie była jak nabita broń, jak wtedy, w Le Dome ani nawet kilkadziesiąt minut temu w uliczce. Wtedy wyglądała inaczej – coś ją zamazywało, zmieniało, może światło, może pora dnia. Może zdziwienie Fiodora. Wtedy była mniej wyraźna.
Teraz widzi ją w całej okazałości – prawdziwą i niezafałszowaną.
Camille – nie wie, jak długo trwał w pozbawionym ruchu milczeniu – minutę? Dwie? Nie dość długo, by zasnęła, najwyraźniej nie potrafiąc całkowicie porzucić rozsądnej czujności. – Dobrze się spisałaś z ulotkami.
Jej włosy są koloru lipowego miodu – kiedy ujął w palce pasemko, które opadło na policzek, pomyślał, że nigdy ich nie farbowała. Znów zamilkł na moment, odgarniając jasny kosmyk za ucho i najwyraźniej ważąc kolejne słowa – musiał je wypowiedzieć teraz.
Przecież niemal od początku dążył do takiej okazji.
Musisz być cenna dla Résistance – powiedział znacznie ciszej, niż przed momentem, uważnie wypatrując każdej zmiany na pozornie pogrążonym w spokoju profilu. – I możesz być cenna dla światowej rewolucji.
Ten film nigdy nie zszedł z afisza. Nie dało się puścić w niepamięć torby wypchanej ulotkami, nie dało się żyć tak, jakby nie istniała – dlatego czekał, aż nadejdzie odpowiedni moment. Na poruszenie dwóch, drażliwych tematów, na próbę dowiedzenia się czegokolwiek.
Chciałabyś tego?
Wciąż pozwala, aby zaciskała palce na jego dłoni – mocno i kurczowo, z cieniem niepewności pod opuszkami; musiała minąć chwila, zanim wykonał jakikolwiek ruch, nim w końcu zdecydował, że zrezygnuje z niewygodnego opierania pleców o ścianę i zsunie się niżej, na pozbawioną poduszki połowę łóżka. Teraz dzieliło ich kilka marnych centymetrów – na tyle niewiele, by nawet w słabym świetle, które wpadało przez okno, mógł dostrzec cieniutką, złotą rzęsę na jej policzku. W pierwszym odruchu pragnął ją zdjąć – wyciągnął nawet dłoń, jednak w połowie drogi do celu porzucił ten pomysł, zamierając w podszytym wahaniem bezruchu. Nie trwało to długo – ręka odnalazła nowy kierunek, niespiesznie zatrzymując się na wcięciu w talii, w miejscu, gdzie sukienka załamywała się na ciele, pod ciężarem dłoni Fiodora jedynie podkreślając subtelne załamanie. Wiedział, że tym gestem zmotywuje ją do rozchylenia powiek – wiedział również, że skoro on był w stanie dostrzec rzęsę, ona zauważy spojrzenie, które od dłuższej chwili badało jej twarz, po raz kolejny formułując już raz zadane pytanie.
Pytanie o diametralnie odmiennym wydźwięku, czego najlepszym świadectwem był dotyk dłoni – tych wciąż splecionych w uścisku i tej, która nieznacznie zmarszczyła materiał sukienki, niespiesznie wędrując wzdłuż załomu talii, aż do łagodnego łuku biodra.
Chcesz tego?


Ostatnio zmieniony przez Fiodor Chirjakow dnia Sro Wrz 06, 2017 7:37 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Wto Wrz 05, 2017 1:40 am

Nic głupszego ponad to.
Ponad balansowanie na granicy samokontroli; ponad nieme poszukiwania odpowiedzi na pytania, których nie zadała na głos; ponad uleganie niewytłumaczalnym impulsom; ponad pogrążanie się w ciągu bezcelowych, niekończących się dysput.
I w końcu ponad zachwianie poczuciem własnej suwerenności. I - co chyba najgorsze? - ulegała tej bezzasadności całkowicie z własnej woli, skoro, z beztroską dziecka burzącego klockową konstrukcję budowaną cały dzień, metodycznie ignorowała każdą drogę ucieczki, która się przed nią tej nocy otwierała.
Mogła się wycofać - i to kilka razy.
To, co nią kierowało, było czymś więcej niż zwyczajową przekorą, która kazałaby jej złamać zasady, zignorować rozsądek i wystąpić przed szereg na spotkanie niebezpieczeństwa. To było coś nowego, bowiem nie podlegało klasyfikacji określającej zagrożenia w które obfitowało życie w okupowanym mieście - dlatego, że to on był inny, uświadomiła sobie, inny niż zakładała przy ich pierwszym spotkaniu, inny niż kiedykolwiek mogłaby przypuszczać, jeżeli właśnie nie stałaby teraz obok niego, chłonąc nocne, paryskie powietrze. Odmienność, która czyhała na jej - zdawać by się mogło - najmniejsze potknięcie, kryła się w jego taksującym spojrzeniu, słowach podszytych ironią, w ich niespodziewanych i obopólnych kapitulacjach, które zaraz przekształcali w kolejną porcję walk, w przelotnych dotykach, a nawet w jego bliźnie, którą wcześniej przed Camille odsłoniła jego koszulka.
Decyzję, i to już jakiś czas temu, podjęła podświadomie, ale dopiero teraz powoli mogła sobie ją sobie uświadamiać; teraz już się nie cofnie.
Nie może. Nie chce.
A może już od samego początku nie chciała? Powstrzymując go od odejścia jeszcze tam w uliczce, posłusznie podążając za nim do mieszkania, pukając do drzwi za którymi się zamknął, nie wyrywając się, gdy ją podniósł, a w końcu nie pozwalając też, aby ją zostawił.
Czuła się jak w rozpędzonym pociągu jadącym ku przepaści, której Camille może tylko biernie wyglądać przez otwarte okno.
Przecież nie była typem człowieka, który z pokorą i spokojem z boku przygląda się rozwojowi wypadków, pozostawionym samym sobie; Hebuterne była żywą proklamacją aktywnego działania, nie uginała się pod pasywną uległością wobec niczego, a tym bardziej nikogo - pierwszy raz w życiu poddała się jednak wrażeniu, że została wrzucona w wir nieuniknionego ciągu wydarzeń, które za nic miały jej wybujałe poczucie odrębności.
Zupełnie tak jak Lazare.
I tak już (a może od samego początku?) nie mogła zatrzymać tego pociągu, zatem dlaczego nie miałaby chociaż popodziwiać widoków?
Głęboką, życiową prawdą jest także to, że kiedy dosłownie słaniasz się na nogach, w głowie kręci ci się od zbyt łapczywie wdychanego tytoniu, a ty - pomimo umownego rozejmu - tylko czekasz na kolejną porcję chłodnych uszczypliwości, które chcesz przyjąć z wystudiowaną godnością, po prostu nie możesz się nie roześmiać, słysząc zdanie takie jak lubię, kiedy klękają.
I faktycznie, te słowa przywołują na twarz Camille mimowolny uśmiech, poprzedzający kiepsko tłumiony chichot - równie dojrzały, co i samo stwierdzenie.
Zmęczenie działa nie tylko na jej gospodarza.
Na naszpikowaną ironią uwagę uśmiechnęła się tylko wymuszenie w udawanej skromności. 
- I pewnie najlepiej, kiedy błagają? - zapytała z lekką kpiną, nie mogąc się powstrzymać przed niepodchwyceniem tematu. Nie byłaby przecież sobą; nawet jeżeli analizując tę rozmowę później miałaby stwierdzić, że lepszym wyjściem byłoby po prostu przemilczenie tej wstawki.
Lazare dodał Camille nieco pewności siebie, pozwalając, aby przez parę sekund zakosztowała ponownie rozluźniającej się atmosfery - no, przynajmniej rozluźniającej dla niej. Zdążyła jednak już się przekonać, że takie momenty nie trwały między nimi długo, raz z jej winy, raz z jego - zupełnie jakby ta nierówna gra o kontrolę wymagała przerw po których powracali do rozgrywki z jeszcze większą zaciekłością.          
Walka o swoje zdanie, o niezależność i o całkowitą kontrolę nad sytuacją stanowiły już integralną część Camille, która na każdym stawianym kroku próbowała toczyć bój z rzeczywistością; zasadniczo nie było to już dla niej nic nowego.
Wstrząsającą nowością były za to momenty w których zapominała, że powód, dla którego musi toczyć taką codzienną walkę, w ogóle istnieje. To zdradzieckie ukojenie, które niósł jej Lazare i po które Camille - z coraz większą desperacją - nie wahała się sięgać. To było uzależniające i bezczelnie burzyło jej ułożone, pozornie przygotowane na każdy wypadek, jestestwo, które ignorując przesłanki o wiszącym nad jej głową niebezpieczeństwie, podstępnie łaknęło więcej.    
Tonęła w morzu paradoksu.
Tonęła z przeświadczeniem, że nie jest w stanie samej wypłynąć na powierzchnię.
Chociaż do tej pory przecież jakoś się jej to udawało; nawet jeżeli w obliczu mnożących się w jej życiu kryzysów ulegała nerwom i emocjom, zachowywała wewnętrzną (widocznie tylko pozorną) stabilizację.
Jej równowaga wcale nie została zatracona w momencie, gdy dzisiejszego wieczoru niemalże spojrzała śmierci w oczy; absurd!, ale to właśnie ten mężczyzna, który kilkakrotnie doprowadzał ją na skraj gniewu i wzburzenia, a później na przemian impertynencko okrywał ukojeniem, stał się powodem rozbicia pobudzającego całą gamę bolączek, tak skrzętnie na codzień przez Camille ukrywanych.
A mimo to składa głowę na poduszce, zamyka oczy, nie rozluźnia uścisku (boi się, że Lazare jednak postanowi wstać?), ulegając skradającemu się spokojowi, wymuszającemu spokojniejsze tempo oddechu.
Który jednak gwałtownie przyśpiesza, gdy w ciszy rozbrzmiewa jej imię wypowiedziane jego głosem - nie otwiera oczu, nie będąc pewną czy to przypadkiem nie efekt rozstrojonej pracy przysypiającego umysłu; ale padają też następne słowa, które z sukcesem wyrywają ją z objęć senności.
Słowa, które i tak poddają w wątpliwość jej przytomność. I jego trzeźwość.
Ponownie czuje jego dotyk, ale tym razem trwa on tragicznie krótko; tylko do momentu w którym pasemko jej włosów zostaje przywrócone na prawowite miejsce.
Nie otworzyła oczu, nawet nie odpowiedziała - nie udawała, że śpi, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że on wie, że nie. Bała się jednak, iż zachęcona przez swoje rozedrganie i jego odczuwalną, uspokajającą obecność, w końcu powie o słowo za dużo. Ale następnego stwierdzenia nie mogła już pozostawić bez odpowiedzi - chociażby nie bez zdradliwej, mimowolnej reakcji. Nie było też sensu w wypieraniu się czy udawaniu, że nie wie o czym mówi Lazare - ona nie zachowała należytej ostrożności, on był zbyt bystry; zresztą, w sytuacji gdy wprost pod czyjeś stopy wypada stos propagandowych ulotek, nie potrzeba nawet szczególnej przenikliwości, aby połączyć ze sobą tak oczywiste fakty.
Z pewnością jednak nie był też osobą, której mogła wcisnąć jakąś zgrabną historyjkę, która zaprzeczałaby jakoby Camille miała cokolwiek wspólnego z paryskim ruchem oporu. Doskonale potrafiła wyobrazić sobie minę Lou, gdyby ta się dowiedziała, jak łatwo Hebuterne dała się spalić; za coś podobnego - taką beztroską nieostrożność - ludzie potrafili płacić własnym życiem. Czemu zatem ona miałaby się od nich różnić?
Niechcący odsłoniła się przed kimś, kogo spotkała w swoim życiu zaledwie dwa razy - przed kimś, kto samą swoją obecnością mnożył pytania, nie udzielając na nie żadnych odpowiedzi.
Camille, geniuszu.
Z tym, że ona się nie bała. Czy to awaria jej - już i tak nadpsutego - instynktu samozachowawczego czy może coś zgoła innego?
Nie było sensu w udawaniu, że nie wie o czym mówi Lazare - nie miała na to siły, zresztą byłoby to całkowicie bezcelowe. Milczeniem potwierdziła jego słowa; sama do końca nie wiedziała czy faktycznie jest cenna dla Résistance - raczej chciałaby być. Nie otworzyła oczu, nie pozwalając, aby błysnął w nich niepokój; który i tak delikatnie osiadł na jej twarzy, zmuszając do chwilowego zaciśnięcia ust.
Pytanie o chęć czynnego udziału w rewolucji miało dla niej charakter retorycznego, wszakże od dawna żyła w przeświadczeniu, że właśnie po to się urodziła. Z całych sił pragnęła zostać dzieckiem przewrotu.
- Kim ty, do diabła, naprawdę jesteś, że w ogóle możesz ocenić moją przydatność? - odparła cicho pytaniem na pytanie, zauważając także i swoją szansę dowiedzenia się czegokolwiek na jego temat. Bądź co bądź, przypadkowi przechodnie nie zadają pytań na temat chęci przysłużenia się światowej rewolucji - nawet ci, którym zawdzięcza się życie.
Usłyszała, że zsunął się niżej - wiedziała też, że umościł się zaraz obok niej. Bez poduszki, którą egoistycznie zagarnęła.
I może dalej uparcie trzymałaby oczy zamknięte, gdyby nie dłoń, która niespodziewanie spoczęła na jej talii. Rozchyliła powieki, dając sobie parę sekund, które przyzwyczaiły jej wzrok do ciemności rozproszonej jedynie przez wpadające przez okno światło.
Nie wiedziała, że jest tak blisko. Dostrzegła jego badawczy wzrok, który zdawał się szukać czegoś w jej twarzy - zdawał się szukać odpowiedzi, którą sama chciałaby odnaleźć.
Odpowiedziała mu karykaturą śmiałego spojrzenia, załamującego się pod ciężarem zadanego na głos pytania i niespiesznego ruchu jego dłoni, który - na wzór poprzedniego - niósł ze sobą łagodne uspokojenie, rozmywające niepokój i wahanie.
Jak mogła kiedykolwiek sądzić, że są w niej tak głęboko zakorzenione, skoro pod jego dotykiem ustępowały z łatwością muchy od niechcenia strzepywanej z ramienia?
Porażająca jasność tej myśli ją przeraziła. Miała też wrażenie, że jakiekolwiek słowa, które padną w tym momencie z jej ust, nie będą niczym innym niż tylko zwykłym ciągiem głosek - pustą formą. I że nie będzie miało znaczenia, jak bardzo by chciała, aby zabrzmiały one śmiało, pewnie. Niezachwianie. Czuła, że natura tego pytania wykracza poza namacalność obecnej sytuacji - tak to odbierała, warząc w myślach rozbrzmiewające nieustannie chcesz tego?
W obliczu tak sformułowanego pytania odpowiedź ucinająca wszelakie wątpliwości nasunęła się Camille sama.
Przez parę - długich, bardzo długich - sekund jedynie wpatrywała się w jego twarz w milczeniu, nawet nie zastanawiając się nad swoją reakcją, po prostu w całkowitym spokoju go obserwując, bezskutecznie próbując przeniknąć przez warstwę niewiadomych, która szczelnie do niego przylegała.
Przełknęła ślinę.
- Tak. - odparła w końcu szeptem; i to zgodnie z prawdą, po raz kolejny uchylając się pod swoją słabością. - Ale to nie do końca wybór. - dodała, podczas gdy jej dłoń - ta wolna, bowiem druga pozostała w niepoluźnionym uścisku - powędrowała ku jego twarzy, delikatnie dotykając jego policzka samymi tylko opuszkami; o dziwo Lazare nie zniknął, ona też nieprzerwanie trwała.
Ale zostali tylko oni; bo Paryż, ze swoją blaknącą, zakneblowaną przez godzinę policyjną duszą, całkowicie się rozmył.
Bez pośpiechu i w skupieniu, z pewną dozą fascynacji przysługującej ślepcom, badała jego twarz, sunąc palcami po policzku i linii żuchwy.
- A ty chcesz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Sob Wrz 09, 2017 5:18 pm

Solidarni we wspólnocie wniosków i podobieństwie sposobu, w jaki chcą widzieć świat – byli ze sobą połączeni na długo przed Le Dome, uliczką doktora Babinskiego, mieszkaniem na rue Seveste, ognikiem, od którego jeden papieros odpalił drugiego. Zatracanie się w podobnych okolicznościach – w ciasnej klatce bez snu, w której ciało rozpuszcza się na wieki, skrywa w okryciu trzeciej skóry, tam, gdzie niewiadoma przekracza granice tego, co znośne, i przekształca się w trzaskające sylaby wypowiadanych słów – nie mogło być bolesne. Nie potrafił dostrzec w tym słabości – jak mógłby, skoro skutecznie odpychał fakt jej istnienia? – to wszystko ciasno oplatając etykietką postępującego i nieuniknionego w tym zawodzie obłędu.
Było zupełnie jak na wojnie – identyczne napięcie, wyczekiwanie na nieuchronność wydarzeń, pełna świadomość, że każda decyzja ciągnie za sobą szereg łańcuchowych reakcji; zmysły, wytężone do granic skali boleści, odbierały rzeczywistość z zachłannością wymierzoną w feerie bodźców – zapachy, dotyk, barwy, każdy z nich rozpadał się na części pierwsze, drobinki, okruchy, już nie ziarenka, ale galaktyki pyłków, wszystko zaś po to, by w końcu zsyntetyzować się w zupełnie nowy, niepowtarzalny twór, którego nigdy nie uda się odtworzyć. Fiodor – czujny, kurczliwie uczepiony ostatniej nici kontroli, sam we wszechświecie własnego ciała – wiedział, że obecność Camille nie była dla niego sposobem na wyrafinowane zaspokojenie. Stanowiła ciąg dalszy czegoś więcej, powieść na żywo, scenariusz, który naprędce spisywał nadgryzionym ołówkiem. Jego powieść. Jego scenariusz. I ona sama – będąca zupełnie jak literatura, która staje się życiem. A może odwrotnie?
Życie przeobrażające się w dramat?
Uporczywie umniejszał we własnych oczach jej sylwetkę, podskórnie odczuwając, że pewnych rzeczy – pewnych osób – nigdy się nie zapomina, nawet jeśli uczyni się wszystko, by ich nie pamiętać. Pewne rzeczy – pewne osoby – są na zawsze i zawsze żyją w umysłach; on z kolei nie był pewien, czy chce sztucznie przedłużać istnienie Camille.
Czy jest gotowy, aby pamiętać ciepły dotyk, miękkość skóry, złoto włosów, siłę spojrzenia, butne słowa, wesoły uśmiech, niepewność, którą chwilami dzielili.
Nie był pewien, czy zwyczajnie chce zapomnieć, czy pragnie dokonać czegoś przeciwnego – nie musieć pamiętać, skoro dotyk, skóra, włosy, spojrzenie, słowa, uśmiech oraz niepewność nadal będą mu towarzyszyć.
Wraz z nią całą, obecną jak nigdy dotąd, zawsze obok, zawsze na wyciągnięcie ręki, zawsze zatopioną w zagrożeniu – bo ktoś w końcu by się dowiedział.
Ktoś w końcu poinformowałby kogoś innego, ogniwo po ogniwie w całym łańcuchu zażyłych informatorów, aż do głowy bestii, którą wszyscy trzymali na uprzęży.
Ktoś w końcu zapukałby do drzwi mieszkania na rue Seveste i wykorzystał ten jeden, jedyny słaby punkt, którego Fiodor nigdy nie posiadał.
Którego nie zamierzał posiadać.
Bawiła go myśl, że jeszcze przed sekundą nie wiedział, jak zareagować – przecież znał reguły, przez lata posłusznie naginał się pod ich ciężarem, nieustannie wbijał je w umysł jak wyjątkowo długi cierń, z każdym przejawem posłuszeństwa dociskając go coraz głębiej, coraz mocniej, coraz bardziej wyrzekając się własnego chcę na rzecz cudzego musisz.
Tak było łatwiej. Zdecydowanie wygodniej.
Bez zbędnych rozterek tego szczątka duszy, który wciąż nie obumarł.
I choć pieczołowite odgrywanie determinowanej sytuacją chwili nigdy nie przysparzało mu kłopotów, niemal odczuwał wdzięczność, że chociaż przez moment – te kilkanaście rozpromienionych tłumionym chichotem sekund – nie musiał udawać.
Rozbrzmiewającą w głosie Camille kpinę, tak odmienną od nagłego zastrzyku wesołości, który towarzyszył jej jeszcze przed momentem, skwitował niespiesznym uniesieniem brwi – tak karykaturalnie poważnym, jak to tylko możliwe. Skoro zamierzała ciągnąć tę grę, on – po raz kolejny dzisiejszej nocy – nie mógł pozwolić, by miała ostatnie słowo.
Najlepiej – zdradziło go własne ciało – nie zamierzał trzymać w stalowych ryzach uśmiechu, który nie tylko zabłądził na usta, ale dotarł również do oczu, niebezpiecznie pogłębiając dotychczas drzemiące w ich kącikach zmarszczki. Zestaw cech drastycznie odległych od tych dostrzegalnych u niej, na czele z wciąż młodą skórą, pozornie niepodatną na upływ czasu.
I w pełni podatną na uśmiech.
Zwłaszcza, kiedy proszą o więcej – nie kpił, nie nabijał się – wypowiedział za to otwartą wojnę wobec słów, które jeszcze przed momentem padały z ust Camille. Wystarczyło skierować tok tej – z założenia absurdalnej – rozmowy ku zupełne nowym rejonom absurdu, by wymazać niezręczność, nieistniejące z perspektywy czasu ukłucia złości, wszystkie te frustrujące drobiazgi, do których nie warto wracać. W końcu musiał toczyć nieustanną walkę z własną nadmównością (wypowiedział zbyt wiele słów w zbyt krótkim czasie – więcej, niż przy Katyi odkąd przybyła do Paryża) oraz z dociekliwością Camille (zadawała trafne pytania, dostrzegała to, czego nie powinna, wyskubywała z niego atomy prawdy) – w tym wszystkim nie mogło być żadnych wahań, żadnych przejściowych szarości pomiędzy czernią i bielą podejmowanych decyzji, żadnej skruchy determinowanej obłudną interesownością. Każdy ruch policzony, zważony, podzielony. Bilans zysków i strat uwzględniony w podprogowej kalkulacji, która cały czas była w nim obecna, która nie potrzebowała racjonalności i logiki, z jakiej został pozornie obdarty. Jego umysł był jak najbardziej precyzyjna waga świata, zaświatów i okolic, zasługi i przewiny odmierzone z dokładnością do tysięcznej części miligrama zbawienia. Albo potępienia. Dobrze, że nie przyszło mu żyć w Egipcie faraonów; wtedy musiałaby uznać, że jego serce zostanie rzucone na pożarcie demonowi z głową krokodyla.
Bo przecież od samego początku – nieświadomie i wbrew własnej woli – wiedział, jaki będzie wynik ważenia, choć nie wierzył w boski odważnik. A może jednak wierzył i właśnie dlatego w noce takie, jak ta – noce udręki oraz wahań – musiał uciekać sam przed sobą, nie potrafiąc nawet przyznać, że ona – również nieświadomie, również wbrew własnej woli – okazała się ucieczką doskonałą? Wymuszała na nim  sprzeczne z instynktem samozachowawczym działania i sama zachowywała się wbrew zasadom postępowania wpajanymi bezbronnym kobietom. Nie miała nic wspólnego z rozsądnym ważeniem ryzyka i racji, nasuwała za to dość tragiczne skojarzenie z bólem – była nie tyle gorączką, co znanym od lat cierpieniem, które wymaga czasu, cierpliwości i milczenia.
Zwłaszcza milczenia, zwłaszcza z jego strony – nie mogła przecież poznać Fiodora, każda jej próba rozpracowania rozbijała się o skałę określaną jako Lazare, ktoś na tyle odległy i jednocześnie bliski oryginału, by nie było wiadomo, co jeszcze jest prawdą, a co już kłamstwem podawanym w gęstym sosie złudzeń. Nawet, gdyby na srebrnej tacy zaserwował jej surowe fakty o lokatorze tego mieszkania – i tak byłyby kłamstwem. Dla Camille Fiodor nigdy miał nie zaistnieć – w końcu coś, o czym nie wiemy, nie ma prawa bytu, ale jeśli już wiemy, wystarczy o tym nie mówić, aby nie istniało – to z kolei do serca wzięła sobie ona, wytrwale milcząc na temat Ruchu Oporu.
Wsłuchiwał się w jej ciszę przez chwilę – cisza po raz pierwszy tej nocy, cisza przy jego uchu, cisza jak półprzezroczysta mgiełka nad jego policzkiem pokrytym zarostem. Zwlekał z powiedzeniem nikomu cię nie zdradzę. Nie chciał sypać banałami, nie chciał przerywać milczenia, chciał, by trwało aż do świtu – bo tylko ono mogło pchnąć ich w stronę snu. Jednak Camille postanawia mówić – a Fiodor postanawia to wykorzystać.
Kim ty, do diabła, naprawdę jesteś, by sądzić, że możesz zadawać mi takie pytania? – przewrotna parafraza jej słów niemal niknie w materiale pościeli – nagle dobrze znany zapach i rąbek wykrochmalonego materiału na twarzy mają służyć do ukrycia cienia uśmiechu, tym razem bardziej statecznego od tego, który towarzyszył Fiodorowi ostatnio. – To zależy kogo chciałabyś we mnie widzieć. Komu mogłabyś zaufać – dodał ciszej, ledwie półszeptem – kiedy szepczemy, nie możemy kłamać – zamykając na moment oczy.
Niedobrze.
Pod powiekami czaiły się obrazy, ulotne i porwane. Kobiece spojrzenie jak szaro–błękitne szkiełka, książki, dużo książek, przyćmione światło biblioteki załamane we wspomnieniach niczym w pryzmacie, na samej krawędzi – kiedy otwierał oczy, słysząc w uszach gwałtowne bicie serca – doleciał go charakterystyczny zapach czytelnianego kurzu, szelest przewracanych kartek, niewielki szkic na skrawku papieru.
Zapomnij.
Niemal każdej nocy walczył z własnymi dusiołkami, ale ten, który właśnie siadał na jego klatce piersiowej, stanowił o wiele poważniejsze zagrożenie – czuł, że nadchodzi, że zbliża się do łóżka, że skrada po chłodnych deskach mieszkania. Rozbudzenie, którego podszewkę znał aż za dobrze i która utkana była z ciepłego oddechu, zapachu kobiecego ciała, promieniującego przez opuszki palców ciepła; nie widzieli się od dawna, aż nagle nadeszło, pojawiło się niespodziewanie wraz ze spojrzeniem, które Fiodor dostrzegł w miejscu, gdzie jeszcze przed momentem skrywała je długa kurtyna rzęs.
Nagle zaczął się zastanawiać, czy można puścić w niepamięć propozycję, która nie tylko obraża, ale też boli. Czy uczucie bezpieczeństwa i spokoju należy cenić wyżej niż godność. Czy jeszcze może się wycofać – to był nierozważny pomysł, chwilowe zaćmienie umysłu i taktu, już nigdy więcej nie ponowi propozycji.
Myślał tak naprawdę, czy po prostu bardzo chciał tak myśleć? Brzydkie odstępstwa od zasad dobrego wychowania były jego specjalnością – dlaczego teraz miałoby być inaczej?
Bo przecież nie było – kiedy z jej ust padło ciche tak, scenariusz ostatnich godzin tej nocy stał się klarowny. Jednoznaczny. Pozornie przewidywalny.
Pozornie.
W cieple jej dłoni nie było nic przewidywalnego: idealnie rozgrzewała jego skórę schłodzoną bezsennością i zmęczeniem. W błękicie jej oczu, dostrzegalnym nawet teraz, nie było nic przewidywalnego: wewnętrzny blask spojrzenia doskonale rozpraszał cienie nocy. W spragnionych ustach nie było nic przewidywalnego: ich zarys zabierał zmęczenie osiadające na twarzach, na rzęsach, na duszach.
W jego odpowiedzi nie było nic przewidywalnego: słowa po raz pierwszy były szczere.
Nie – cicha, jaka zapadła, była odrobinę zbyt długa, by mogła uchodzić jedynie za zabieg retoryczny; dopiero po chwili nastąpiła poprawka w imię uczczenia prawdy. – Nie wiem.
Pozwolił, by wyciągnęła w jego stronę dłoń, pozwolił, aby ciepłe opuszki palców musnęły szorstką skórę policzka, kłujące rubieże żuchwy, mięsień, który niepewnie drgnął pod skórą, w końcu poddając się jej dotykowi.
Rano znikniesz, a jeśli zostały w tobie resztki rozsądku, nigdy tu nie wrócisz. Zostaną jedynie pytania. Dodatkowa szklanka w kuchni. Zapach na poduszce. I, mam nadzieję, czajnik – nie wykonał nawet najlżejszego ruchu, nie zdobył się na najmarniejszy cień uśmiechu, kiedy słowa zatoczyły okrąg i powróciły do sprzeczki, jaką toczyli nad tym samym łóżkiem, w którym teraz dominował przejmujący spokój. – A ja stracę jedyną szansę, żeby do was dołączyć.
Musiał przełamać bezruch, zrobić cokolwiek, by odzyskać kontrolę – tyle, że jego dłoń już dawno porwała się na nieprzynależną jej autonomię, docierając do granicy wyznaczanej przez materiał sukienki i nieosłoniętą niczym skórę uda – prawdziwa proza instynktu, dramat popędu, liryka pożądania, uroki ciepłych, majowych nocy. Krew w żyłach gęstnieje, niczym nie przypominając wartkiego strumienia krwinek; była jak lawa boleśnie przedzierająca się przez ciasne korytarze ciała – tym rodzajem bólu, który niesie długo wyczekiwane ukojenie, aż nieracjonalnie wyczekuje się kolejnej porcji bolesnych ukłuć i tłoczonej aortami magmy.
Nie jesteś mi niczego winna – chociaż oboje wiedzą, że to kłamstwo, żadne nie wypowie tego na głos – ona, bo jest zbyt dumna, on – bo jego serce na moment zgubiło rytm, nie do końca wiedząc, co począć z krwią tak gęstą i gorącą; aż do chwili, w której zamarło w bezruchu, wsłuchując się w ciche echo kurczowych oddechów.
Pogodził się z tym, że dłoń – ostrożnie szukająca jej ciała pod materiałem wiosennej sukienki – wyrwała się spod jego kontroli i przestała obawiać samotności dopiero wtedy, gdy palce trafiły na pergaminowy skrawek wewnętrznej strony uda; tam, gdzie było ciepło i delikatnie; tam, gdzie sam wyznaczył granicę, nie przesuwając palców o marne dwa centymetry w górę.
Pamiętaj o tym, kiedy przyznasz, że mogę być przydatny – mówił cicho, niwelując umowną barierę pomiędzy ciałami; mówił wprost do ucha, pozwalając, by jego oddech – gorący jak nagły powiew tropików wśród majowej nocy – łaskotał odsłonięty fragment jej szyi; mówił z pełną świadomością, że już nigdy nie będą dla siebie obcy, że już nigdy nie popatrzą na siebie tak jak poprzedniego wieczoru w uliczce, że przekroczył ostatnią granicę, kiedy jego usta – kierowane wyłącznie rozrysowaną w pamięci mapą – odnalazły drogę do jej ust; bez udawania, że to tylko przelotny pocałunek na dobranoc, bez zbędnych wahań i niedomówień – to było zbyteczne, skoro to właśnie w tej sekundzie intencje stały się jasne, obdarte z wygodnej otoczki kłamstw.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Nie Wrz 10, 2017 9:13 pm

Nie żyli w czasach, które łaskawie pozwalały na posiadanie jakichkolwiek słabości - wymagały raczej gotowości do poświęceń w imię wyższych idei, rozmytych sztandarów i walk z wiatrakami; a chwile, takie jak te - dziwnie niestabilne, wolne od obciążającego rozsądku, a co za tym idzie, niepodlegające grawitacji - nie powinny stanowić części tego spływającego krwawą niesprawiedliwością obrazka.
A jednak się na niego składały. I to z całym swoim dobrem inwentarza, odcinającego tę noc od rzeczywistości, która ostatkami sił próbowała jeszcze wedrzeć się między nich, rzężąc w cichych błaganiach o zachowanie poczytalności.
Nie, żeby Camille miała skłonności do zbytniego wykazywania się roztropnością, faktycznie zbyt często się jej wyzbywała, ale zdecydowanie posiadała parę swoich stalowych zasad, których maniakalnie przestrzegała - na przykład odcinanie się od jakichkolwiek zewnętrznych bodźców, które zagrażały jej oczywistej niezawisłości. W końcu przecież uciekła z domu, zostawiając za sobą własną rodzinę - rodzinę, która nie tylko przyniosła wstyd nazwisku, ale także i za nic miała honor płynący z niepodległości wobec okupacyjnej hydry, którą nieustannie karmiła własną służalczością, łakomiąc się tylko na pozorne korzyści. Hebuterne tak - wydawać się mogło - łatwo odrzuciła ojca, matkę i siostry, nie będąc w stanie gnić w tym wygodnickim środowisku, które odbierało jej poczucie niezależności. Za to też oczywiście zapłaciła, wciąż płaciła - bo paradoksalnie to ona była skąpana w atmosferze porzucenia, od której cierpła skóra. Ale odrzuciła sentymenty na rzecz własnej autonomii. Był to wybór z którym musiała żyć, obok którego budziła się każdego dnia, co rano porażona wymownością ciszy, witającej ją zamiast siostrzanego Camille, no rany boskie, ile można spać?!
Ale teraz sama - z własnej woli, co za paradoks - pozwalała, aby jej upór i konsekwencja w odtrącaniu osobistych tkliwości ustąpiły jak wobec obietnicy niedorzecznej wspaniałości, której tak naprawdę nie ma, bo nie może być.
Bo Camille trwała w stanie bojowego zawieszenia, zdolna tylko do walki, a nie do uległości; bo postawiła wszystko na jedną kartę, uciekając przed jedynymi powodami, które były w stanie zaważyć na jej suwerenności; bo to zdradzieckie, niewytłumaczalne, kierujące ruchami i słowami uczucie, które kazało jej wciąż zatrzymywać Lazare, było cichym zwiastunem jej ewentualnej zguby, która nieustannie kusiła wizją dziwnego spokoju i poczucia bezpieczeństwa?
Dostrzegała coś wściekle bezczelnego, wręcz brutalnego, w łatwości z jaką on wdarł się w jej życie i zmusił do wręczenia pragmatyzmowi biletu w jedną stronę, mając za nic ten pieczołowicie zaprowadzony porządek, który od jakiegoś czasu trzymał ją w ryzach, nie pozwalając, aby uległa szalonej słabości i zwyczajnie nie pomaszerowała pod siedzibę gestapo czy innych szwabskich odraz, histerycznie żądając zwrotu jej życia. I prawdopodobnie będąc odstrzeloną na miejscu.
O dziwo (!) jednak nic takiego się nie wydarzyło; jedynie coraz bardziej załamywała się pod nagłą nieumiejętnością ukrywania swoich prawdziwych reakcji, tych niewymuszonych, dalekich od wystudiowanego, godnego chłodu, który tak bardzo chciała nieustannie utrzymywać (z marnym skutkiem, co prawda) - uważała, że mógł jej tylko przysporzyć więcej szacunku ze strony otoczenia; często niestety rozmytego przez pryzmat niepozornej, drobnej aparycji. I koloru włosów. I płci.
Dużo małych, ale krzykliwych bolączek się w niej kryło, dużo.
Amtosfera rozluźnienia bzdurną wymianą zdań dotknęła nie tylko Camille; dziewczyna, nie bez pewnej dozy zdziwienia, spostrzegła, że stężałe rysy Lazare również rozluźniają się w uśmiechu, który zdawał się rozprzestrzeniać na całą jego twarz, docierając nawet do oczu, wyłuskawszy z nich wypaczoną, momentami zabawną dla Camille powagę.
- I co, często proszą? - dopytała, nie przestając się uśmiechać, w opozycji do niego dalej brnąc w kpiarski ton. Jakże łatwo było się zasłonić za kpiną, która w mniej radykalny sposób potrafiła wyjaśnić utrzymujący się na twarzy uśmiech, rozszerzający się w odpowiedzi na słowa Lazare. Nie wiedziała czy to ich dziesiąta, czy może już pięćdziesiąta, próba przekładania swoich słów ponad słowa tego drugiego - było tak, jakby próbowali zaklinać rzeczywistość, udając, że mają wystarczająco dużo czasu, aby spierać się w nieskończoność i lawirować wokół tematów, które zaistniały tylko z powodu ich własnej nieustępliwości, ignorując stos piętrzących się niewiadomych, które powinny zostać wyjaśnione. A przynajmniej według zdroworozsądkowych norm, które zezwalają na ostrożną swobodę wobec osoby - nie mówiąc już o zostawaniu u niej na noc - o której posiada się jakiekolwiek podstawowe informacje. Oczywiście, Camille znała jego imię, wiedziała też naturalnie, gdzie mieszka i teoretycznie - na obowiązujące standardy - był to dość szeroki zakres wiedzy; dlaczego zatem miała wrażenie, że nie wie nic? I to nic tylko się pogłębia, dusząc w zarodku pytania, które powinny paść, ale zamiast tego kłębią się z tyłu głowy w coraz bardziej przyduszającej gęstości, karmione następnymi odłamkami układanki, pozornie w ogóle niepasującymi do reszty. Hebuterne lubiła wiedzieć, nie znosiła stanu niedoinformowania - czy to możliwe, że teraz zwyczajnie bała się zapytać; ale nie z powodu odpowiedzi, które mogłyby paść, ale raczej ich braku? Przecież nie była upoważniona do żądania wyjaśnień, nie mogłaby zrobić nic, aby Lazare zechciał rozwiać jej wątpliwości - obawiała się granicy, która zostałaby wtedy kategorycznie postawiona. To nie było rozgraniczenie, które mogłaby pokonać prostym nie i wyciągniętą dłonią.
I może udałoby im się przeżyć do rana, bo nawet na tym etapie Camille jeszcze mogła się wycofać - wystarczyło zamilknąć, zamknąć się w sobie, odwrócić plecami do Lazare i zasnąć; albo chociaż udawać, że się to zrobiło, tym samym unikając jego pytań, unikając jego wzroku, unikając jego dotyku. Teoretycznie nie ma nic łatwiejszego niż ułożenie się wygodnie na poduszce, zastygnięcie w bezruchu, w kojących chwilach milczenia, które przykrywają chybotliwe tajemnice, skryte już tylko w nierównym oddechu; wykazującym się sporą dyskrecją, jeżeli chodzi o ukrywanie słów, mniejszą, jeżeli chodzi o ukrywanie wybrzmiewającego, dojmującego i urywanego echa - reakcji na dłonie, których nie da się zignorować, ale od których nie można też uciec.
Już nie.
Camille długo waży odpowiedź, zanim i na jej twarz wpływa lekki cień uśmiechu, usłyszawszy, jak jej pytanie zostało sprawnie odwrócone - chociaż nie otrzymała na nie, tak naprawdę, żadnej odpowiedzi, jest coś krzepiącego w jego słowach, które zdają się ją zachęcać do opuszczenia gardy. Powinna powiedzieć, że nie ma naiwnych. Powinna stanowczo pomyśleć, że nie ma głupich. Powinna kierować się zasadą, że nie ma nieostrożnych. Powinna wiedzieć, że wybierając tak trzaskająco nierozsądną ścieżkę i - jakby tego było mało - pnąc się nią wciąż do góry, naraża nie tylko siebie, wszystkich członków Résistance, ale i całą sprawę - ile razy usłyszała, ile razy sama powiedziała, że zbytnia ufność i lekkomyślność są powodem pewnej klęski? Czy nie dość ich ostrzegano, aby przede wszystkim kierowali się wzmożoną ostrożnością, której brak mogły usprawiedliwiać tylko wymyślne tortury?
Camille nie odrzucała powściągliwości z beztroską, czy bez jakiejkolwiek refleksji - ale ciężko było być tak stanowczym i nieugiętym wobec osoby, która dwukrotnie, i to dosłownie, wyrwała ją z zacieśniających się ramion podążającej za nią katastrofy; wobec osoby, która wkraczając w tę tragifarsę w uliczce, skumulowała w sobie każdą obietnicę spokoju, która potencjalnie mogła tej nocy osiąść na dachach paryskich kamienic. 
- Nie wiesz, że nikomu nie można ufać? - odparła w końcu, zdobywając się na smutny uśmiech. Zabawne, że to z jej ust padały takie słowa, skoro dzisiaj już wykazała się wyjątkowo wybujałą, nieprzemyślaną ufnością, podążając za nim w nieznanym kierunku, licząc podświadomie, iż kieruje się w stronę źródełka spokoju. Czy to z tego samego powodu leżała teraz obok Lazare, trzymając jego rękę, próbując uspokoić oddech; co było o tyle trudne, że najpierw musiałaby chyba uspokoić rozedrgane kawałki duszy, wprawione w ruch na podobieństwo podgrzewanych nanocząsteczek?
Zdawała sobie sprawię z tego, iż tkwiła w stanie, którego nie będzie potrafiła zapomnieć, czy na dobre otrząsnąć się z jego następstw - rezonans tych chwil będzie na nią promieniował, nieuchronnie niosąc ze sobą zmiany. Świadomość mniej ciążąca, jeżeli zrozumie się, iż zakres wpływu na własne zachowania był drastycznie ograniczony.
Z jego winy.
Bo przecież nie z jej?
Niestety, nieważne jak bardzo chciałaby udawać niepodatną na szukające jej palce, na jego ciepło, które wnikało w jej mikroatmosferę z rosnącym natężeniem. Poddawała mu się z nie bez ulgi, zupełnie jakby dopiero teraz mogła naprawdę odetchnąć pełną piersią. Było tak, jakby od początku - już od czasów ich pierwszego spotkania - wiedziała, że do tego dąży, że nie było przypadku w ich konfrontacjach, sposobie oddziaływania, nierównej walce toczonej na polu słów i gestów. Wzrastało w niej też jednak głupie przeświadczenie, że wcale nie uczestniczyli w rozwiązaniu akcji, a raczej dopiero w jej zawiązaniu.
Początku końca?
Dlatego wiedziała, że - w zgodzie z jego słowami - nie ma w niej już ani krzty zdrowego rozsądku, nic, czego mogłaby się uczepić i zachować resztki czujności, nakazujące jej natychmiastowy odwrót.
Pozbawił ją opamiętania, ponieważ nie chciała się cofać; nie chciała iść na przód, a nade wszystko nie chciała teraz pozwalać, aby którekolwiek z nich zniknęło, zostawiając za sobą jedynie mętną toń niedopowiedzeń i wypalonego do połowy papierosa.
Wpatruje się w jego twarz, kiedy pada nie. Widzi walkę całkiem podobną do swojej - i wie, że będzie miała ona identyczny wynik, wie to już, kiedy słyszy nie wiem. Nie zabiera dłoni, bada jego twarz, z większą śmiałością przekraczając granicę zarostu, opuszkami wodząc po policzku, zahaczając nawet o bliznę nad lewą brwią - wyczuwalną, rodzącą następne nieme pytanie. Bez odpowiedzi, rzecz jasna.
Źle wyważona wątpliwość mogłaby sprawić, że Lazare okaże się tylko sztuczką, czymś, co zgaśnie po mrugnięciu iluzjonisty.
- Nie wiem, czy cokolwiek mi zostało. - stwierdziła półszeptem, znów zgodnie z prawdą. Oprócz walki, nie dodała. To czynny opór stanowił o jej sensie; czy była go w stanie zaryzykować dla nęcącego, niezbadanego, ale zatrważająco wszechobecnego uczucia, które niespiesznie skradało się i do niej? Czy to w ogóle była jeszcze jej decyzja? Parę wyjątkowo długich chwil temu stwierdziła na głos, że nie - i chyba było to najbardziej zbliżone do rozmytej prawdy. - Co do czajnika, jeszcze się zastanawiam. - odpowiedziała cicho, maskując pozorną wesołością dramat rozterki, która w niej wzrastała - chociaż Camille też wcale się nie uśmiechała. W słowach Lazare jawiło się widmo rychłej nostalgii, zapewnie dopiero idealnie namacalnej wraz z nadejściem świtu. Póki co jednak nic nie zapowiadało, aby miał nastać - co wcale nie oznaczało, że czas, który Hebuterne miała na podjęcie decyzji, dramatycznie się nie kurczył, wymuszając na dziewczynie parę słów, których echo miało nieść się za nią jeszcze długo, długo.
- Może mogłabym cię wziąć na... spotkanie. - po namyśle pada niepewna odpowiedź. Nie, nie wiedziała, jak miałaby go przedstawić (Lou i jej oszalałaś, Hebuterne?!), przekonać pozostałych, że jest godny zaufania, skoro na potwierdzenie swoich słów miałaby tylko niejasne ukłucie intuicji, swoje nieobiektywne pragnienie jego obecności: Pierre, to Lazare, w sumie to nie wiem o nim nic, świetnie się do nas nada!
Ale z drugiej strony, czy nie potrzebowali każdego, kto chciałby poświęcić się sprawie, kto był gotów zadeklarować, że ma dość pasywności? I kto - sądząc po uliczkowych obserwacjach - mógł być faktycznie przydatny na wielu płaszczyznach?
Oczywiście nie skomentowała jawnego kłamstwa, które padło z jego ust, woląc nawet sobie nie przypominać, że i owszem, jest coś mu winna. Ale może właśnie to było to - włączenie w szeregi Ruchu Oporu, umożliwienie mu walki, poszerzanie horyzontu rewolucji? Taka miała być jej rola, przewidziana w scenariuszu, który nakazywał jej również nieustanne oddalanie się od zdroworozsądkowej logiki?
Wątpliwości niebezpiecznie narastają, krzycząc i wierzgając, aby już po chwili całkowicie zamilknąć, delikatnie uciszone przez jego dłoń pod materiałem sukienki, rozproszone przez ciepło oddechu i wyszeptane do ucha słowa, które jednak nie niosą ze sobą żadnego przesłania - a przynajmniej Camille nie potrafi doszukać się w nich sensu, pozwalając, aby został wypłukany wraz z chwilą zetknięcia się ich ust; wszystko sprowadza się do tego jednego pocałunku, pod wpływem którego jej palce płynnie schodzą z trasy wytyczonej przez wcześniejszy, badawczy dotyk i zaczynają sunąć powoli po jego szyi, zatrzymując się w końcu w jednym punkcie, zdradzając chwilowe, sekundowe wahanie, bo nie ma już odwrotu, Camille Hebuterne, nie ma, koniec, ty to sobie robisz.
To był koniec wszystkiego, do czego kiedykolwiek leniwie przywykła.
- Bo ci ufam. - mówi tylko, dając dojść do głosu bzdurnemu, płynącemu z jej poprzednich dywagacji wnioskowi; całkowitemu absurdowi, odrywając się od spragnionych ust tylko po to, aby zaraz ponownie do nich przywrzeć.  
Oszalała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Pią Wrz 22, 2017 12:26 am

To coś na wzór ostatniego etapu – akt piąty, scena czwarta, zupełniej jakby właśnie w ten sposób miała wyglądać dzisiejsza noc. Jakby musiała tak wyglądać. Obrazek jak pocztówka z wakacji, jak dodatek do kobiecego żurnala – półmrok, rozmazane kontury, z zewsząd bije opływowe ciepło nocy, ukrywające w sobie zagadki, niedopowiedzenia, ciche i przyśpieszone oddechy lub ostatnie echa niewyraźnych zawahań. Nie do pomyślenia, że ledwie kilkanaście metrów dalej zaczyna się linia gazowych latarni, wszystkich tych rozedrganych punkcików, które z utęsknieniem wypatrują świtu, jakby rozpalone przez tajemy krąg pomocy lub Grupę Podtrzymywania w Rzeczywistości. Z tej perspektywy cały świat wydaje się wzburzonym oceanem i tylko tutaj – na rue Seveste pod numerem ósmym – para rozbitków opiera się coraz zajadlejszym atakom sztormu.
Takie noce są niebezpieczne – takie noce przeobrażają się w treść wszechrzeczy, są rześkie i lekkie jak zimna, sprzedawana w Ogrodzie Luksemburskim soda o barwie makowych płatków, takie noce przemijają zbyt szybko, bo natychmiast przegania je nasycony, otumaniony pyłkami dzień, od którego kręci się w głowie. Podczas takich nocy pojawiają się niechciane myśli, odtrącane jak niekochane przez rodziców dzieci – wszystkie te co by było…? i gdyby tak zmienić wszystko?; nieracjonalne pomysły przetykane odważnymi planami, naiwne założenia wyszywane grubą nicią kłamstw wymierzonych w samego siebie. Dla Fiodora nie istniało żadne co by było, gdyby – nie istniały alternatywne scenariusze, prywatne marzenia i ciepłe kraje, w których mógłby mieć tylko jedną parę spodni, jeść wyłącznie owoce i nie odzywać się do nikogo poza barmanem w plażowej knajpce. Była za to rzeczywistość i jarzmo obowiązków, była obroża, łańcuch, bezwzględne posłuszeństwo i niejasna myśl, że gdzieś tam – w bardzo odległym, bardzo nierealnym, bardzo nieprawdopodobnym świecie – niektórzy ludzie rzeczywiście żyją z owocami w dłoni i barem na gorącej plaży, i żaden z nich nie myśli o okupowanym Paryżu, a już z całą pewnością nie o tych, którzy tkwią w nim uwięzieni niczym zamknięte pod kloszem owady. W miejscu takim jak to nie mogło być mowy o bezpieczeństwie – jego poczucie było ułudą, wygodnym mirażem, czymś, w czym łatwo się zatracić. Czymś, w co nie powinno się wierzyć, bo myśl, że Lazare – mało istotne, jak bardzo odporny na okupacyjną rzeczywistość – może zapewnić spokój, była kłamstwem. On cały był kłamstwem – a przynajmniej tak pragnął sądzić, nie do końca wiedząc, jak przejść do porządku dziennego (nocnego?) z myślą, że nie ma absolutnie żadnej możliwości, by wydarzyło się coś bardziej nieobliczalnego. Osiągnęli granice absurdu, wszystko miało już miejsce, limit  zwrotów akcji właśnie się wyczerpał – zaś role, które właśnie odgrywali, były jedynie ostatnią sytuacją do przejścia. Końcową stacją. Metą nierównego wyścigu. Założenie, że każda z dzisiejszych reakcji stanowiła dobrze wypracowany teatr cieni okazało się łatwiejsze do zaakceptowania niż myśl, że przynajmniej kilka – kilkanaście? – zachowań miało w sobie zbyt wiele szczerości, aby były kłamstwem. Wypieranie faktów zwykle przychodziło mu z łatwością – dlatego teraz, przynajmniej przez kilkanaście długich sekund, przynajmniej do momentu, w którym Camille nie odezwała się ponownie, Fiodor całą swoją osobą wyrzekał się własnych uśmiechów, własnych reakcji, własnych prychnięć poirytowania i pełnych politowania uniesień brwi. Chciał wierzyć, że nie były prawdziwe – i przez chwilę rzeczywiście żył w tym przekonaniu absolutnie spokojny, chłodny jak lód, niewzruszony, ukojony, ponownie przekonany o własnej stabilizacji.
Ale to również stanowiło grę – jeszcze żałośniejszą od tej, którą prowadził dotychczas.
W niejasny, niezrozumiały sposób nie potrafił skutecznie się oszukiwać, skoro niespełna metr dalej dostrzegał jej twarz; jasną plamę pośród mroku nocy ozdobioną uśmiechem, w którym nie potrafił dostrzec niczego, poza szczerym rozbawieniem. Zupełnie, jakby doskonale znała jego odpowiedź. Jakby wiedziała, co będzie dalej, ale nie do końca była pewna, do czego ją to doprowadzi.
Ale na tym etapie nawet to nie miało znaczenia, nie dla niej, nie dla takich jak ona.
Nieustannie – odparł gładko, w tej jednej, krótkiej chwili olśnienia, otrzeźwienia lub zwyczajnego tchnienia racjonalizmu, podczas której lód z całego jego ciała wpełzł w końcu do umysłu, w momencie dziwnej ulgi, na którą ciało Fiodora odpowiada głębokim, długim i zupełnie nieplanowanym wydechem, zaczyna rozumieć, że nie ma już ratunku. Że to, co planował jako wygodne źródło dostępu, jako kolejną, cieniutką nić łączącą go z Ruchem Oporu, w rzeczywistości jest ucieczką. Że nie ma prawa udawać obojętności, skoro zaryzykował dla niej wszystko – zastrzelenie, utopienie w Sekwanie, w najlepszym przypadku aresztowanie w dwanaście godzin po tym, jak Camille zniknie z mieszkania. To koniec udawania, koniec przekonywania samego siebie, że definicja kontroli wcale nie została po wręby wypaczona i że jeszcze jest szansa – choćby jej marny cień – na wybrnięcie z głębokiego mułu irracjonalności.
I tylko niejasna myśl, coś na wzór wspomnienia snu zapomnianego wraz z pobudką, obijała się o ścianki umysłu jak osa, która próbuje uciec przez zamknięte okno; myśl, że pod dotykiem Camille wszystko w zaskakująco naturalny sposób, w swoim naturalnym tempie rozpada się, rozkłada na kawałki, że wszystko jest dokładnie tak, jak ma być, wszystko skupia się do tego punktu. On dopiero teraz zaczyna rozumieć – i akceptować – że stracił wszelką kontrolę, że po raz pierwszy jest zupełnie bezwolny, bo kiedy ktoś niejednokrotnie podczas trzech dekach życia prowadził Fiodora na muszce, wlekł  korytarzem na przesłuchanie albo solidnie okładał po twarzy, mógł się ruszyć, mógł coś odpowiedzieć, mógł zachować honor, nawet jeśli dostałby w zęby albo został postrzelony. W tamtych sytuacjach był jakiś mały wentyl, rozszczelnienie; w ich rozgrywaniu się był jakiś element zgody jego, jego pozwolenia.
W tej sytuacji nie miał żadnego udziału. Camille może zrobić wszystko. Może nie pozwolić mu oddychać i wtedy on przestanie oddychać. Może powiedzieć wypij wrzątek, skocz z mostu Mirabeau albo zostaw mnie, dosyć – a wtedy on wypije, skoczy i zostawi. Jej usta nie są jednak w stanie formułować składnych poleceń, zupełnie jak jego umysł nie potrafi zlepić ze sobą logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego. Dlaczego się na to zgodził?
Dlaczego wybiera wygodną bierność zamiast ostrej inicjatywy?
Dlaczego – jeśli już zdecyduje się na jakiś krok – wszystkie prowadzą wprost do niej, z każdym gestem, mimowolnym ruchem i lekkim mrugnięciem powiek jedynie przełamując kolejne granice?
Próbował się uspokoić. Sprawić, aby oddech nie wypadł z rytmu, lecz nie do końca potrafił – nie, kiedy wokół było tak cicho; tak cicho, że jej milczenie, wciąż wydające się czymś nienaturalnym, nagle stało się treścią. W tej ciszy – w tym milczeniu – doskonale słychać znajome dźwięki: symfonię ceglanych ścian, odpadanie złuszczonych płatów farby, szum wody w kaloryferach, ciche pstryknięcia nieuziemionej, schowanej w ścianach instalacji elektryczne i ten jeden, dotychczas zupełnie obcy – miarowe oddechy dolatujące z zawsze pustego miejsca tuż obok.
Naprawdę powinien zakazać sobie wstępu do własnego umysłu. Powinien skazać się na potępienie. Powinien, ale tak naprawdę nie miał najmniejszego zamiaru, bo nagle wszystko było na swoim miejscu. Takie, jak trzeba.
W końcu każdy normalny człowiek powinien mieć kogoś obok – potrzebuje czuć bliskość. Skóra domaga się skóry, zwierzę – zwierzęcia; i nawet zwyczajowy sceptycyzm, to ciche, ironiczne normalny człowiek, normalni ludzie? nie potrafi zakłócić tych kilku chwil nierealności, choć z każdą mijającą sekundą zdrowy rozsądek coraz zacieklej dobija się do zaplecza umysłu. Bo niby co, na litość boską, Fiodor sobie uroił? Nagle zechciał się asymilować? Mieć dzieci? Gotować kaszkę? Trzymać zdjęcia w ramkach z białego drewna?
Idiotyzm.
Wiem – nie potrafił niczego wyczytać z jej twarzy; niczego poza tym, że coś nie pasowało w zgrabnych liniach, łagodnych wypukłościach, a może w zaciemnionych kolorach – gdzieś tkwił mały zgrzyt, jak w niewyszlifowanym diamencie. Patrzył na nią w skupieniu, jak na rebus z gazetki, aż nareszcie kącik ust zadrżał lekko, błękit oczu zalśnił wyzywająco, a z ust padły kolejne słowa – i dopiero wtedy wszystko wróciło do normy. – Ja wymyśliłem tę zasadę – gdy to mówi, czuje na skórze – dokładnie w miejscach, które bezwolnie poddawały się jej dotykowi – raz ciepło, raz zimno, jakby dwie różne osoby na przemian przykładały dłonie do rozpalonego policzka. Zdołał odzyskać część kontroli – dość, aby móc podnieść się i spędzić resztę nocy w fotelu. Dość, by móc odsunąć się od Camille, odwrócić plecami, wsunąć rękę pod głowę, zanurzyć w półśnie.
Mógłby, teoretycznie mógłby to wszystko, ale nic takiego nie robi – bo już rozumie. Oboje to rozumieją. Oboje wiedzą, że zbezcześcili wszystkie granice, przekraczając je przy akompaniamencie zjadliwych uwag i rozładowań elektrycznych przeskakujących pomiędzy kolejnymi zetknięciami skóry. To było jak droga ku nieuchronnemu; choć wiedział, że robi źle, nie potrafił sobie tego odmówić. Jak zachłanne dziecko, które wie, że jeśli zje jeszcze jedną tabliczkę czekolady, zużyje tygodniowy limit słodyczy, jak narkoman, który nie umie zrezygnować z kolejnej porcji opiatów – godził się na wszystko, mając wyłącznie cień wątpliwości, czy aby na pewno może usprawiedliwiać własne decyzje i nawet nie potrafiąc na głos zarysować wyraźnego warunku, nieśmiertelnego, fiodorowego credo spod znaku przychodzisz, gawędzimy, rżniemy się i znikasz – jasna instrukcja, oburzający egoizm, ogromna bezczelność. Tylko tyle mógł jej dać: wygodny pragmatyzm, rozładowanie napięcia i mechaniczną użytkowość ciała jako narzędzia. Ustanowił tę granicę bez słów, bez odwagi, aby wypowiedzieć na głos to, co powinno zostać wypowiedziane, i jakby tego było mało, oczekiwał, że ona – niczego nieświadoma, mogąca co najwyżej przeczuwać konsekwencje – wpasuje się w tą jakże wygodną dla twórcy konstrukcję z cegiełek. Jedna z nich nazywała się egoizm, druga – kłamstwo, trzecia zaś – podłość.
Niewiele brakowało, by dołożył jeszcze czwartą cegiełkę, to nagłe ukłucie niepewności – zupełnie jakby Camille była o krok od nawrócenia starego grzesznika i zburzenia kompozycji, której elementy podważała od samego początku tej nocy. Fiodor był pewien, że jest zdolna zatrząść umocnioną zaprawą z cynizmu i obojętności oraz zbudowaną na fundamentach chłodu i izolacji budowlą – tyle tylko, że nie zdawała sobie sprawy z posiadanej potęgi.
Na szczęście.
Jej kolejnym słowom towarzyszył jego cichy pomruk, coś pomiędzy aprobatą a poddaniem w wątpliwość każdej sylaby, która padła z ust Camille. Powątpiewał, że straciła wszystko, choć sam najlepiej wiedział, jakie to uczucie? Tym jednym, stłumionym dźwiękiem pragnął wyrazić zrozumienie? Chciał odegnać posępną nutę, która zawisła między nimi jak deszczowa chmura?
Nieistotne – chwilę później rozległo się kolejne mruknięcie, tym razem połączone z głośniejszym wypuszczeniem powietrza przez nos; kącik ust drgnął rytmicznie wraz z nozdrzami, które poruszyły się nieznacznie pod wpływem rozbawienia. Noc ukrywała mankamenty opanowania, nie potrafiła jednak zamaskować drobnych zmian atmosfery – wszystkich tych rozładowań jak po silnej burzy, kiedy powietrze staje się klarowne, oddech głębszy, a uśmiech naturalny. Potrzebowała czegoś więcej, niż tylko zaufania, by móc wprowadzić kogoś na spotkanie – wiedział to on, wiedziała ona, nawet ten cholerny czajnik – będący kwintesencją irracjonalności dzisiejszej nocy – musiał mieć jakieś podejrzenia, niecierpliwie nasłuchując z kuchni cichego, protestującego skrzypnięcia łóżkowych sprężyn.
Każdy ochłap obietnicy był lepszy niż nic, zaś wobec kolejnej fali emocji skłębionych w podbrzuszu – dość felerne miejsce na kumulowanie uczuć wyższych – zaskakująco łatwo przyszło mu schować dumę do kieszeni. Lędźwie ponad rozsądkiem, dreszcze wzdłuż kręgosłupa ważniejsze niż godność, pożądanie ponad szczerość. Wstyd – wstyd oraz jej usta, przyjemnie miękkie i ciepłe; smakowały herbatą, która smakowała papierosem. Wcale nie były słodkie, wraz z drugim pocałunkiem stanowiły za to symboliczny moment, nowy początek. W sam raz, aby z lekkomyślnością tyleż odważną, co optymistyczną odrzucić wszelkie wątpliwości – ponieważ w tej chwili nie mogła mu niczego zabronić. Zwłaszcza pod dotykiem delikatnych opuszek, pod ciepłem ust, pod miękkością ciała, które przyciągnął jeszcze bliżej, zaciskając palce na wewnętrznej stronie uda Camille; granica między nimi stała się umowna, bo centymetry odległości przeobraziły się w milimetry, a determinacja, nagły pośpiech i zdecydowanie, z jakimi jego wargi, znaczące przebytą ścieżkę krótkimi muśnięciami w kąciku jej ust, na podbródku, na szyi – tu zatrzymał się na kilka sekund, pozwalając, by czerwony ślad jego zębów pozostał na miękkiej skórze niczym piętno – dotarły aż do obojczyka, nie dawały czasu na namysł.
Być może dlatego kolejne słowa – wypowiedziane znad jednego, dwóch, trzech rozpiętych guzików sukienki, które posłusznie ustępowały pod wyswobodzoną z uścisku Camille dłonią – brzmiały niewyraźnie.
Nie lubię być gołosłowny.
Materac wygiął się pod ciężarem Fiodora, kiedy w trzech oszczędnych ruchach – uniesienie głowy znad czwartego, właśnie poddającego się guzika, obrócenie się na plecy i niespieszne cofnięcie dłoni spod lekkiego materiału sukienki – skierował uwagę na szafkę nocną. Druga z szuflad ustąpiła pod krótkim pociągnięciem, niechętnie oddając skąpą zawartość w silne palce, w których cicho zaszeleściły podniszczone strony książki; nawet w nieśmiałym, wpadającym przez okno świetle można było rozszyfrować przynajmniej nazwisko autora – w końcu ciężko przeoczyć Schillera.
Zwłaszcza w takim miejscu.
Intryga i miłość – szelest kartek niemal zagłuszył jego słowa, kiedy przewrócił kilka kolejnych stron, starając się nie patrzeć na to, z czego zrezygnował na rzecz niemieckiego dramatu. – Powinnaś przeczytać, Schiller nie zostawił na arystokracji suchej nitki. Gdyby urodził się sto lat później, zostałby komunistą – kolejny szelest, tym razem cichszy, niż poprzednie – między palcami Fiodora pojawiła się niewielka, nierówno poskładana kartka, z której przebijał ciemny atrament oraz nieco koślawe litery układające się w kilka nazwisk i wymowny nagłówek. Résistance? André Toussaint (przesłuchać jeszcze raz). Arsène Aliker +. Junge L. f. I jeszcze jedno na samym końcu – nieczytelne, gwałtownie zamazane.
Drobna przysługa, Allardzie.
Miał ją przy sobie esesmański sierżant, niewykluczone, że zapamiętał dane – niespiesznie wyciągnął w stronę Camille dłoń ze świstkiem, drugą rękę zginając w łokciu i podpierając na niej głowę – nim oddał kartkę na dobre, po raz ostatni zacisnął ją mocniej w palcach, wpatrując się w blondynkę ze spokojem. Nie musiał mówić tego na głos – jeśli znała kogoś z listy i ten ktoś rzeczywiście należał do Résistance, powinien na jakiś czas zmienić adres. Wysłać rodzinę na wieś. Wziąć urlop.
Powiedział za to coś innego – coś, co pozbawiało złudzeń wciąż niczego nieświadomych, najbardziej sceptycznych towarzyszy broni Camille.
Ostrzegałem, że mogę być przydatny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Pią Wrz 29, 2017 1:16 am

Każdy przejaw wiary w sprzyjający przewrót losu był zgubny; kuszący, ale całkowicie fałszywy, o czym Camille zdążyła się już przekonać. A przynajmniej sądziła, że tak było, próbując, w teorii oczywiście, być przygotowaną na rozczarowanie i polegać tylko na sobie. W tych gorszych momentach - podczas tych delirycznie jazgoczących, bezsennych nocy, które czasem się jej zdarzały - upór Hebuterne uchylał się przed bezsilnością, a nieustępliwość w walce przed zmęczeniem materiału, skutkując chwilami zblazowanej bezradności wobec rzeczywistości, która wraz z nadejściem świtu – pewnej stałej, której można było wypatrywać, ale po co? – wcale nie pojawiała się z łatwością i subtelnością tego bladego światła, które kiedyś – tak dawno, że prawie nieprawda - o godzinie piątej nad ranem, jak zaobserwowała Camille, miało w zwyczaju delikatnie wpadać przez okno, kruszyć się na krawędziach mebli, rozpędzać się i dopiero zbierać siły na resztę dnia; ale nie, okupacyjna powszedniość nie miała w sobie nic z tej finezyjności, była od razu ukształtowana, niepomna na zupełny brak przygotowania i senność dopiero budzących się mieszkańców Paryża, brutalnie przeskakiwała z granicy godziny policyjnej na oślepiająco jasne, kolejne dwanaście godzin zmagań.
Na zetknięcie się z tak autentycznie bezdusznymi realiami nie można było się przygotować, nie można też było do nich przywyknąć – ale można było trwać w gotowości, próbując sprostać kolejnym upokorzeniom; widokowi własnego miasta, duszonego przez okupację, codziennie poświęcanemu na ołtarzu kolaboracji i bardzo niskich instynktów. Camille to się udawało, naprawdę była czujna, wzmagała w sobie hardość, idealizowała poświęcenie, próbowała grać nieustraszenie wierną idei wolności – chociaż prawda była taka, że czasem zwyczajnie się bała. Kolejnego dnia, kolejnego świtu; strach był wciąż obecny, chociaż z różnym natężeniem i to nawet pomimo faktu, iż Hebuterne próbowała sobie wmówić, że nie boi się tego, co przyniesie jutro, bo wszystko wydarzyło się dzień, dwa, tydzień wcześniej.
Naiwne, krótkowzroczne.
Ale teraz ucichło. I, co gorsza, całe jej przygotowanie i niewzruszenie zostały zaprzepaszczone – i to w tak pokrętny, podstępny sposób, że nie chciała się bronić. Ten spokój był, doprawdy, niebezpieczny, bowiem druzgocząco wszechogarniający i uzależniający – Camille, żałosnymi resztkami wolnej woli, próbowała przekonać samą siebie, iż to musi być jakaś złuda; mamidło, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że po omacku, nieświadomie, a później i wbrew sobie, natrafiła na furtkę do zupełnie innych realiów – takich w których to on stanowi epicentrum wydarzeń, a nie ona. Ona może się tylko ulegle poddawać następnej sekwencji wydarzeń i stopklatek; on, jego uśmiech, jego spojrzenie, jego rozbawienie, jego obojętność, rozdrażnienie. Mogła jedynie liczyć na to, iż uda jej się podejść na tyle blisko, aby zagrzać się w cieple spokoju i bezpieczeństwa, ale tak udolnie, aby jednocześnie się przy tym nie sparzyć.
Albo nie spalić?
Tak, to było absurdalne. Na tyle, aby zastanawiać się, czy naprawdę się wydarzyło, czy naprawdę wciąż się działo. Czy Camille Hebuterne pozwalała na tak jawne zatrzęsienie swoim poczuciem suwerenności? Na zmianę miała już teraz ochotę krzyczeć, wierzgać, uciekać, a zaraz zacząć też się modlić, żeby świt, ucinający tę wyrwaną teraźniejszości i rozsądkowi scenę, nigdy nie nadchodził.
Może gdyby był poranek, a ona nie była głodna, zmęczona, wystraszona minionymi wieczornymi wydarzeniami – może zdołałaby stawić bardziej zażarty opór. Albo w ogóle jakikolwiek. Może gdyby Lazare odciął się od niej kategorycznie, pozostał za drzwiami łazienki – może i ułożyłaby się w fotelu, a rano niepostrzeżenie wyszła. Może gdyby była niewzruszoną, pozbawioną słabości, silną kobietą, którą tak pragnęła być – może i potrafiłaby postawić granicę w momencie, gdy poczułaby, iż traci grunt pod nogami, że gubi swoją niezawisłość, tak usilnie - ale widocznie niewystarczająco - wypracowywaną.
Może to wszystko by jej się udało, gdyby nie ten człowiek – zagadka; gdyby nie ukojenie, którego obietnicą zdawał się być; gdyby nie postradała wszystkich zmysłów i z taką nieroztropną lekkością nie odrzuciła każdej swojej zasady.
Ćma lecąca do światła.
- No, no, profesjonalista z ciebie. – odparła, kiwając głową w udawanym uznaniu; a zdradziecki uśmiech rozbawienia, podatny na tego rodzaju dysputy, wciąż jej towarzyszył. Traciła – straciła – samokontrolę na rzecz kogoś, kogo zupełnie nie znała. Lazare stanowił dla niej luźny zbiór gestów, słów, reakcji; tego promieniującego na nią całą wrażenia, które wywoływał, był spokojem i bezpieczeństwem, zapalnikiem wściekłej irytacji i gniewu Camille. Był wszystkim, oprócz faktów – stanowił wyrwę, niewiadomą luźno poskładaną ze strzępków informacji, które dziewczynie udało się zebrać bądź wydedukować; a, naprawdę, niewiele tego było.
Równomiernie do niewiadomych w Hebuterne rosła chęć odkrywania Lazare – ale niezadane pytania nie miały prawa zostać nagrodzonymi odpowiedzią. Zresztą, zadane również nie musiały. A mimo tych wszystkich enigmatycznych szarad, mimo niepokoju - który pojawiał się nagle, wręcz błagając o chwilę refleksji nad tym, co ty w ogóle robisz, Hebuterne i który cichł równie gwałtownie, duszony z każdym momentem styczności jej skóry z jego skórą – Camille nie zawróciłaby, nie wróciła do stanu wiecznego, nierozproszonego strachu, nawet jeżeli miałoby się okazać, że ustępuje on jedynie przed wymysłem zmęczonego umysłu i przytępionych zmysłów, które karmiły ją fałszywym obrazem uliczki doktora Babinskiego, Rue Seveste i samego właściciela mieszkania pod numerem osiem.
Nawet jeżeli miałoby się okazać, że graniczna godzina szósta rano naprawdę nadejdzie, zmuszając ją do otrząśnięcia się z tej aury nienaturalnego spokoju wywołanego nim, postawienia kroku za próg tego miejsca, do wypowiedzenia tych kilku słów pożegnania, które – prawdopodobnie – padając z ust Camille w uliczce, mogłyby ją jeszcze uratować.
Ale teraz było już dla niej za późno.
Ciężko jest wygrać z nieuchronnością; nawet jeżeli stanowi krzywe zwierciadło dla wypaczonej siły wyższej albo usprawiedliwienie dla własnej niemocy wobec wydarzeń tego wieczoru i całej jego osoby.
Przestawała walczyć ze sobą, z coraz większą rezygnacją przyjmowała swoją własną pozycję, której – póki co – do końca nie rozumiała. Ale która chyba przerastała jej siłę charakteru; jak do tej pory największy powód do dumy Hebuterne – ale teraz udała się w ślady za zdrowiem psychicznym i racjonalnością, a Camille widocznie ją traciła, skoro nagle do zachowania równowagi był jej potrzebny ktoś inny, niż tylko ona sama.
Najgorsze, że uświadomienie sobie tego teraz wcale nie było bolesne, bo odnosiła – głupia, głupia, co ty sobie roisz?! - wrażenie, że tak było od zawsze, ale dopiero teraz była w stanie to zauważyć.
Akurat tej nocy.
Nocy w której cały przytłaczający ciężar paryskiego, majowego powietrza skumulował się w tym małym pokoju, napierając na drobną pierś z taką mocą, że mogła jedynie oddychać coraz szybciej i tym samym – paradoksalnie – truć się hipergęstością atmosfery jeszcze bardziej. Utknęła w błędnym kole.
Słyszy słowa, które jednak szybko rozmywają się pod jego dotykiem; zresztą, nie tylko słowa. Giną ściany, ginie wpadające przez okno światło latarni, ginie jej, jakkolwiek by nie był już szczątkowy, opór. Nie zastanawia się nad tym, co się właściwie dzieje, daje się prowadzić reakcjom swojego własnego ciała i podświadomości – tak jak od początku ich dzisiejszego spotkania. Rejestruje jego pomruki, nawet ten, który zakrawa na rozbawiony; i, co dziwniejsze, ona to rozbawienie podziela, odpowiadając mu w ciemności uśmiechem, nie będąc jednak do końca pewną z czego to rozradowanie wynika.
To wina tego czajnika?
A może kapitulacji i poddaństwa? – jedynych aktywności (bierności?) do których jest teraz zdolna; głupia radość wynikająca z odrzucenia i zignorowania zasad. Nawet swoich.
Nie ma jednak czasu roztrząsać tej zagwozdki, bowiem odległość między nimi zostaje przez niego zmniejszona do minimum, wciąż zakrawającego na bolesne maksimum, a ona czuje muśnięcia niecierpliwych ust w kąciku swoich, na podbródku, na szyi, zaraz też jego zęby na swoim obojczyku; na co odpowiada paznokciami lekko wbitymi w jego ramię i wciąż przyspieszającym oddechem. Zaraz za Camille, na jej wzór, poddają się też guziki kolorowej sukienki, która nagle zdaje się stanowić irytujący balast i kolejną granicę - każdą wcześniejszą przecież metodycznie przekraczała.
I może ona też zostałaby przestąpiona, gdyby nie dłoń Lazare, która swoim zaginięciem pozostawiła za sobą pusty, bolesny ślad pod sukienką, gdyby nie odległość, która nagle między nimi wystąpiła, stając się powodem ciężkiego westchnienia; ulgi?, nie, raczej bolesnej frustracji.
Camille przyglądała się jego poczynaniom z perwersyjną uwagą, wręcz przyjemnością – zupełnie, jakby trącała językiem bolącego zęba, oczekując w kolejce do dentysty; jak w obliczu perspektywy ulżenia w bólu, który trwał już tak długo, że stał się nieco irytującym, ale znośnym, elementem codzienności, której jednak zaraz miała położyć kres.
Ale on nie nadchodził.
Oczywiście z początku nie miała pojęcia czemu została porzucona, tak brutalnie odsunięta, pozbawiona ciepła jego ust – przez kilka chwil ta tajemnica wcale się nie wyjaśniała, chociaż Camille oczywiście nie protestowała i nie pytała; czuła, że nie ma prawa, że i tak zbyt dużo wyrwała dla siebie z ciasnych objęć surrealizmu dzisiejszej nocy – być może limit szaleństwa został osiągnięty, a ona powinna bez słowa wycofać się w to nagle przerażająco smutne, słabe światło latarni, które padało przez okno, pozwolić, aby ukryło rozlewające się w niej drażniące rozgoryczenie.
Które zakołysało się niebezpiecznie, gdy wyciągnął książkę z szuflady.
– Z pewnością po niego sięgnę. – odparła sceptycznie i bez szczególnego przekonania, dławiąc w sobie tę chwilową rozpacz lub długotrwałe rozczarowanie, zawieszając wzrok na jego dłoniach, które sprawnie kartkowały strony, wyławiając z ich mnogości jakąś kartkę.
Camille podniosła się do pozycji siedzącej, wpatrując się w arkusik, który podał jej Lazare.
Junge L.
To nazwisko przykuło jej spojrzenie jako pierwsze; wzrok na tyle przyzwyczaił się do ciemności, że nie miała większych problemów z odczytaniem treści.
Nigdy nic nie było takie jak trzeba, wystarczająco dobre, nigdy nawet nie bywało w porządku. Wszędzie wdzierał się ten zewnętrzny koszmar; obudź się, dziewczyno, obudź, bo wszystko znów jest nieznośne.
Strach ścisnął ją za krtań. Musiała koniecznie powiedzieć o tym Lou. I Lecuyerowi. Zareagowała instynktownie, przez parę chwil przenosząc zszokowany wzrok z notatki na mężczyznę, z mężczyzny na notatkę – jak, kto, skąd?
Usiadła na łóżku, ogarnięta nagłym wzburzeniem, które uleciało z niej jednak jak powietrze z przekutego balonika; z powrotem opadła na poduszkę, przygnieciona bezradnością, wciąż wpatrując się w kartkę; ale ta nie mogła jej powiedzieć już nic więcej, nic ponad zlepek tych liter, których kolejność i szyk pozostawały wciąż te same, niezrażone intensywnością wstrząsu wyrażonego jasnym spojrzeniem.
Co mogła teraz zrobić, ograniczona godziną policyjną i własną słabością, czy w ogóle mogła coś z tym zrobić? Tupnąć nogą? Napaść na gestapo? Iść prosto do Lou i kazać jej wyjechać (gdzie, do cholery?!), po czym spotkać się z odmową?
Świetne alternatywy; równie dobrze mogła po prostu nie robić nic i dalej tępo gapić się w świstek papieru.    
Co, notabene, robiła.
Powoli pokręciła głową, skupiając się na tyle, aby w końcu dostrzec też dwa inne nazwiska – mówiły jej coś, z pewnością je słyszała (kontekst?! – skreślonego Alikiera słusznie powiązała ze swoim własnym oddziałem), zatem ich obecność na tej liście również nie była dobrym omenem. I czemu jedno nazwisko było zamazane?
André Przesłuchać Jeszcze Raz Toussaint.
Co jeszcze mógł im powiedzieć, zastanowiła się, czy to on wydał Lou, czy to jego wina? Jeżeli w ogóle o winie można mówić w kontekście wyłudzania informacji przez tych esesmańskich rzeźników.
Zupełnie odebrało jej mowę; rzadkie zjawisko.
- Nie wierzę. – powiedziała w końcu, przenosząc rozkojarzony wzrok na Lazare. Ale nic tu nie było kwestią wiary - nazwisko Lou, nawet w półmroku, odcinało się na tle bieli kartki. Camille zalało przerażenie; strach o Junge, o Résistance, o siebie, o ich walkę; po nitce do kłębka. Falami, na przestrzeni sekund, przychodziło oburzenie, poczucie krzywdy, w końcu gniew; który, swoim zwyczajem w przypadku Camille, musiał znaleźć jakiś ośrodek na którym mógłby się skupić.
Gwałtownie odsunęła się - wręcz odskoczyła - od Lazare na drugi kraniec łóżka.
- I co, tak po prostu ci to dał?! – zapytała z mocą, wpatrując się w niego hardo. Wszystkie niedopowiedzenia, ten ciężar pytań; w końcu ich nadmiar zaczął przekształcać się w samospalającą się wściekłość, którą Hebuterne – niesłusznie – skierowała w niego.
Zapiski, które wypadły na ulicy z kieszeni esesmańskiego sierżanta, a on je łaskawie podniósł i zatrzymał? Mhm.
W obliczu wiszącego niebezpieczeństwa i całkowitej niemocy, łatwiej było jej zmierzyć się z tym, co w tym momencie było idealnie namacalne.
Przynajmniej w teorii.
Ciężko byłoby jej udawać, że wcale się nie zdenerwowała i że nazwiska niczego jej nie mówią - ale czy ta lista była faktycznie potwierdzeniem na to, że mogła (mogli, musiała pamiętać, że nie chodzi tylko o nią) mu ufać, czy może czymś zgoła innym, czego nie potrafiła dostrzec?
Chyba i tak już nie miała wyboru.
W stosunku do tego człowieka na ani jednym polu.
- Czemu ty to masz? - zapytała nieco spokojniej, ostrożnie lustrując go wzrokiem. - Jak?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Nie Paź 08, 2017 10:04 pm

To wygodny moment – niespieszny i ciepły jak letnie popołudnie, moment, w którym mozolne obracanie w myślach wszystkich detali dzisiejszej nocy nie wymaga potężnych pokładów energii. Należy doceniać takie chwile; leniwe, zawieszone w niebycie ulotnego braku obowiązków, niosące ze sobą echo nieprzećwiczonych scen improwizowanego scenariusza. Wszystkie przypuszczenia niebezpiecznie ocierające się o niepewność, wszystkie znaki zapytania, wszystkie gdybania składają się w spójną całość, spośród której można łatwo – choć niekoniecznie skutecznie – wyłowić błyszczące odłamki prawdy. Lubi składać ze sobą pozornie niedopasowane części; cały ten proces obracania, badania, przypatrywania się, prób logicznego połączenia ma w sobie kojącą rytualność, której efekty zauważalne są natychmiast. Kiedy Fiodor myśli Camille, dostrzega atrybuty solidności – brak zbędnych ozdób, hardo zaciśnięte usta, czujnie drgające płatki nosa, lekko zmarszczone brwi. To wszystko razem i każde z osobna aż zanadto daje do zrozumienia, że ich właścicielka twardo stąpa po ziemi, wiedziona pobudkami, które zwykle nie porywają kobiet do działania. Nie tylko powołuje do życia wielkie zamieszanie, ale stoi pośrodku, tak jakby w ogóle jej ono nie dotyczyło. Źródło ferworu, hałasu oraz zgiełku zamknięte w drobnej sylwetce – pozornie marionetka, o której zapomniał lalkarz, w rzeczywistości demon rodzaju żeńskiego.
Mógłby ją za to podziwiać, gdyby nie poważne wątpliwości, czy uda się jej wytrwać w tej sztuce do końca.
Czynna walka, do której tak zaciekle się rwała, nie toczyła się pod dumnie powiewającymi na wietrze sztandarami – wojny, nawet z wrogiem klasowym, to dziewięćdziesiąt procent czekania. Dwa procent strachu. I osiem procent faktycznych starć – powiedzieć, że to kiepski sondaż, to nic nie powiedzieć. Być może właśnie tu leżał problem; Camille była zbyt na subtelność walki. Zbyt niecierpliwa (pośpiech wiedzie do niedokładności). Zbyt zdeterminowana (za wysoka determinacja przysłania zagrożenia). Zbyt nieprzewidywalna (brak logicznego ciągu w decyzjach prowadzi do nieporozumień). Zbyt nieposłuszna (bo nigdy nie ma czasu, by martwić się o egzekucję poleceń). Fiodor odnosił wrażenie, że pod jasną czupryną nic nie było porządnie poukładane, żadna rzecz nie znajdowała w swojej przegródce, a jednak spośród tego chaosu wyłaniały się słowa na tyle przekonujące i czyny dość imponujące, by wpuścił ją do własnego, prywatnego świata. Wie, że nie powinien był tego robić. Nie powinien zabierać jej ze sobą. Ale pokierowała nim przeklęta ciekawość, zgubne poczucie solidarności, nagły zapał o z góry przesądzonym rezultacie. Wystarczyło, by w uliczce doktora Babinskiego rzucił oschłe do widzenia, dobranoc, postaraj się uciekać skuteczniej – wypowiedziane w pośpiechu, wyścig nóg prowadzących w mrok nocy, kto pierwszy zniknie komu z oczu, kto pierwszy dotrze do domu. Ciepłe majowe powietrze oblepiające ciało, noc coraz krótsza, sen spokojniejszy – właśnie tak powinno zakończyć się dzisiejsze spotkanie.
Nie w ten sposób; nie w jego kuchni, nie w sypialni, nie w łóżku, w którym – sukienka, spodnie, koszulka – nagle odkryli tyle warstw oddzielających ciała od skóry. Siadanie na parapecie, parzenie herbaty, wznoszenie w górę szklanek – tyle całkowicie zbędnych gestów, które oddzielały ich od zdrowej ściany rozsądku. Niezobowiązująca rozmówka o tym, kto jest w czym profesjonalistą i dlaczego – tyle zbędnych słów, słów innych niż te, które chcieli wypowiedzieć.
Chyba to wstrząsnęło nim najmocniej; nigdy dotąd nie wypowiadał tylu słów naraz. I rzadko kiedy było w jego słowach tyle szczerości. Może to wiek (jego czy jej?) wyzwolił Fiodora z podstępnych sideł, w które tak często wpadają mężczyźni – z tego utartego jak leśna ścieżynka przekonania, że milczący oznacza twardy? Może to jej śmiech, te nagłe, niepohamowane zrywy wesołości wyleczyły go z nieufności do słów? A może po prostu nie musiał już odgrywać bezwzględnego samca, bo na przestrzeni lat stał się nim do tego stopnia, że wszelkie udawanie okazało się zbędne?
W kwestii profesjonalizmu mogłabyś się wiele ode mnie nauczyć – nie zraziła go udatnie uznaniowa gra; bardziej interesował go uśmiech, to lekkie, konfidenckie ułożenie ust, którego uczepił się jak ostatniej deski racjonalnego ratunku. Chciał zakończyć rozmowę – powoli zaczynało brakować im słów, nie wiedzieli, jakich definicji używać. Lub może po prostu zapomnieli, jak używa się języka? Nie sposób prosto określić tego słabego echa zażyłości oraz bliskości, które pojawiło się między nimi w tej na wskroś zwyczajnej kuchni. Nie da się jednoznacznie opisać momentu, gdy przesunięto kolejne granice, aż nawet one po czasie stały się zbędne – słowa nie oddadzą stanu rzeczy. Słowa są zbyt ubogie. Słowa nie potrafią odzwierciedlać rozbieganych, nieskładnych, pozbawionych logicznego ciągu myśli, bo mowa ciała to już zupełnie inny język. Inny dialekt. Inny rodzaj pisma – bo gdy rzeczywistość staje się coraz bardziej chaotyczna, nie sposób nadać im racjonalnego sensu, a mimo to z nawet najbardziej nieskładnego ciągu gestów i decyzji można wyłonić spójny obraz.
Zupełnie jak teraz, gdy każdy ruch – intymność podkreślana niespiesznym dotykiem na rozgrzanej, miękkiej skórze uda, bliskość ust kontrastującą z oficjalnym dystansem dzielącym wargi od rozpalonego zarysu obojczyka – zaczynał nabierać coraz wyraźniejszych kształtów, kolorów i bladych światłocieni. Polubił sposób, w jaki jej ciało odpowiadało na każde przekroczenie pozornie nieprzekraczalnych granic – od zaciśniętych na ramieniu paznokci, których lekka natarczywość wywołała przytłumione, nieszkodliwe, na swój sposób przyjemne echo bólu, poprzez coraz szybszy, coraz krótszy i coraz bardziej nieregularny oddech aż do cichego, pojedynczego pomruku, mogącego w równej mierze należeć do niej, co do niego – w syntezie palących skórę dotyków nie było miejsca na podziały.
Przynajmniej nie do momentu, w którym sam ponownie nie wyznaczył granicy, bez ostrzeżenia odsuwając się, przerywając – zdawałoby się nieprzerywalny – dotyk, nagle kierując całą uwagę rzeczy tak prozaicznej jak kartkowanie niemieckiego dramatu. Fiodor lubił kontrasty, ale nawet on powinien wystrzegać się równie drastycznych, co ten – zwłaszcza, gdy towarzyszy mu ciężkie, dolatujące z boku westchnienie. Zarówno ono, jak i następujące po nim pytania zapewne zabrzmiałaby bardziej przekonująco – a może po prostu bardziej w niezawodnym stylu histerycznej wariatki – gdyby nie cztery rozpięte guziki sukienki.
Były jak ostateczny dowód jego triumfu, jak obietnica, która podczas nagłej ucieczki na drugi koniec łóżka jedynie rozszerzyła skalę niewypowiedzianej gwarancji; pociągnięty w dół materiał na moment odsłonił to, czego zaciekle strzegł piąty, wciąż nierozpięty guzik, na wskutek czego Fiodor nie potrafił potraktować słów Camille poważnie – przez moment nie umiał zdobyć się nawet na spojrzenie jej w oczy, najwyraźniej ubolewając, że nie wstrzymał się z Schillerem jeszcze trochę.
To nie moja wina, że czasami tak po prostu mi dają – odparł odrobinę zbyt zaczepnie, ale najwyraźniej nie spodobał mu się kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa; przewracanie oczami uważał za wysoce uwłaczające (nie wiedzieć czy bardziej dla rozmówcy, czy dla siebie) i tylko to przekonanie powstrzymało go przed teatralnością tego gestu. Nie musiał silić się na niewybredne komentarze, w chwilach takich jak te – nie, by było ich wyjątkowo wiele – same padały z jego ust jak lekko nadgniłe, robaczywe śliwki. Najwyraźniej chciał obrócić jej pytanie w farsę, niewiele robiąc sobie z nieugiętego tonu wypowiedzi Camille – jeśli liczyła na moment poruszającej szczerości, czekało ją rozczarowanie. Być może kolejne dzisiejszej nocy – teraz w oczach miał wyłącznie lód. – Potrafię być przekonujący, sama powinnaś wiedzieć o tym najlepiej – dodał tylko trochę spokojniej, bez ostrej nuty irytacji, która towarzyszyła mu jeszcze przed momentem. Skąd ta nerwowość? Próba rozbicia każdego pytania o gruby mur sceptycznej kpiny (kpiącego sceptycyzmu?)
Bał się?
Czy chodziło właśnie o to? Obawiał się, że pytanie po pytaniu, odpowiedź po odpowiedzi, słowo po słowie ona w końcu dokopie się do choćby najmarniejszego ochłapu prawdy? Że – posiadając ten drobny fragmencik – będzie mogła wywierać na nim presję? Wykorzystywać. Szantażować. Grozić.
Uzależnić od siebie, jakby w życiu nie założono mu wystarczająco wielu obroży, łańcuchów i marchewek na kiju.
Poza tym nie jesteś jedynym kieszonkowcem w Paryżu – łagodnie, bez gruboskórnych prób odtrącenia badawczego wzroku, bez jadu, który powoli zbierał się na koniuszku języka, by w końcu zawrzeć się w każdym padającym słowie. Lód w oczach stopniał, gdy Fiodor zrozumiał, że nie powinien się martwić, nie dzisiaj – Camille była równie daleka od prawdy, co podczas ostatniego spotkania; fałszywe nazwisko i fałszywe mieszkanie mogły doprowadzić ją wyłącznie do kolejnego, ślepego zaułka, w którym próżno poszukiwać odpowiedzi. Nie był zagrożony nawet przez chwilę – pozwolił za to, by przemówiło przez niego zmęczenie.
To zawsze jest wina zmęczenia.
Milczał przez dłuższą chwilę, zanurzając się we złowróżbnej ciszy – tych kilkanaście sekund oznaczało lawinę myśli przewalających się przez umysł, tych kilkanaście sekund było wytchnieniem, którego Camille potrzebowała, by wybuchnąć raz jeszcze, tych kilkanaście sekund to cztery powolne wdechy i wydechy podczas snu – stanu, który nigdy nie wydawał się bardziej odległy, co teraz.
To prezent od kogoś, kto też bywa przydatny – dodał w końcu, tym razem zupełnie cicho, tak, jakby nie chciał zostać usłyszany – tak, jakby jej lustrujące spojrzenie zupełnie obdarło go z sił. Niespieszną myśl, że przydatność czasami zdarzy się nawet Allardowi zachował dla siebie, dobitnie wyobrażając sobie, jak wiele pytań może pociągnąć za sobą ta jedna uwaga. Giroux powinien pozostać tajemnicą – przynajmniej do momentu, w którym Fiodor nie odkryje na jego temat więcej faktów, czegoś, co ostatecznie zadecyduje o tym, czy (i jak bardzo) jest przydatny jako sojusznik.
Do świtu nikomu nie pomożesz, połóż się – jakby na potwierdzenie – zwizualizowanie? – własnych słów przyciągnął poduszkę bliżej siebie, wsuwając pod nią ramię; zanim Camille zdołała zadać kolejne, podszyte doskonale już znanym tonem histerycznej wariatki pytanie, powieki Fiodora opadły raz, za to definitywnie. Nie zasnął – nawet nie próbował udawać, że tak jest – ale zamknięte oczy ucinały próby dalszej rozmowy, która dla niego była nieodwołalnie zakończona. Co jeszcze mógłby powiedzieć? Że na żadne z pytań nie udzieli jednoznacznej odpowiedzi? Że próby wydobycia jakichkolwiek informacji rozbiją się o coraz cichszy, coraz bardziej spokojny oddech, stanowiący perfekcyjną wymówkę, by nie mówić niczego więcej? Nie mówił jej o siebie zbyt wiele – na dobrą sprawę nie mówił nic. Przez cały odnosił wrażenie, że nie ma o czym mówić; rzeczy, które działy się w życiu Fiodora, przepływały obok niego jak trujący obłok, wyciek z dziewiętnastowiecznej fabryki chemikaliów, coś, w czym nikt nie powinien się nurzać – przynajmniej nie z własnej woli, nie, kiedy ma wybór, by tego nie robić.
Do tej pory powinna zrozumieć – a przynajmniej zauważyć – że im więcej pragnie z niego wyciągnąć, tym mocniej dociska małżową skorupkę pod którą się skrył. Przekleństwo uporu, który dzielili – wystarczyło raz zadecydować o zachowaniu milczenia, a to mogło zapaść już na zawsze, za grubą kotarą milczenia skrywając wszystkie upragnione odpowiedzi.
Połóż się – powtarza już zupełnie cicho, nawet na sekundę nie rozchylając powiek – nie chciał ryzykować, nie ufał sobie, nie był pewien, czy jeśli zobaczy ją znowu – falującej nieuzasadnionym gniewem, z czterema rozpiętymi guzikami, kosmykiem włosów opadającym na czoło – będzie w stanie uchwycić się tych marnych ochłapów snu będących teraz jedynym ratunkiem.
Od siebie, od niej, od błędów, których nie da się naprawić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   Nie Paź 15, 2017 12:16 am

Nie przysługiwało im zbyt wiele niezagospodarowanych chwil, które mogliby wykorzystać do spokojnych obliczeń, kalkulacji swoich prób i błędów, czy chociażby do wykonania ostrożnego rachunku prawdopodobieństwa, który pomógłby w ustaleniu jednego rytmu oraz przewidywalności wymiany słów, dotyków i spojrzeń, a później także i ich następstw. Które, na tym etapie, pozostawały jeszcze niewiadome, a w zasadzie to nawet marginalne, chociaż ona już teraz wiedziała, że każda z tych chwil, połączonych wspólnym mianownikiem wyzbycia się rozsądku, będzie niosła się w niej nieustannym echem. Zawsze?
Nie potrafiła sobie wyobrazić powrotu do stanu przed.
Teraz jednak liczyło się tylko wpadające przez okno światło latarni, ich ezopowy język, czajnik, pościel, on. Przeładowania atmosfery, zachodzące między nimi, następowały po sobie z subtelnością samochodu roztrzaskującego się o drzewo, a Camille nie ustawała w gorączkowych wysiłkach, aby za nimi nadążyć - nie chciała usypiać czujności, nie mogła, wciąż walczyła z ukrywaniem słabości, które już przecież wielokrotnie dzisiaj odsłoniła. Gdyby udało jej się ustalić jakąkolwiek powtarzalność, wobec której działa Lazare, znosiłaby swój własny stan znacznie lepiej, ponieważ mogłaby się uczepić perspektywy napełniającej ją poczuciem, że jednak uda jej się rozgrabić go z tej nieprzewidywalności - którą traktował ją sukcesywnie od samego początku - tym samym nadając wydarzeniom odpowiedni porządek; biorąc je w swoje ręce.
Jeszcze nie rozumiała, że nie chodzi o to, które z nich ma chwilową władzę.
Nie była z rodzaju osób, które łatwo jest onieśmielić, zmusić do weryfikacji własnych osądów czy analizy słów, tak często wyrzucanych z siebie bez żadnego zastanowienia, a w ciągu jednej nocy - nocy, która nie miała, nie mogła, nie będzie poprzedzała świtu - Lazare zmusił ją do każdej z tych rzeczy. Nie chciała uzależniać się od ludzi, nie uznawała ich zwierzchnictwa na żadnym polu, starała się gromadzić w sobie złoża rezerwy, które mogłaby zastosować w obliczu różnych scysji. I nigdy nie znalazła się w sytuacji takiej jak ta; sugerującej Camille, że przez tych kilka chwil - godzin - jest inaczej, że powoli przestaje się liczyć każdy jej wysiłek włożony w odcinanie się od własnych słabości, skoro przy nim one i tak przez nią przemawiają, delikatnie wymuszając na niej poddaństwo. Jakby wyjątkowo nie było różnicy w tym kim chciałaby być, a w tym kim jest; pozwoliła na odsłonięcie, a sufit nie spadł im na głowę, podłoga się nie rozstąpiła, Lazare wciąż tu był.  
C o na sobie w ogóle wyobrażała?
Czasem czuła, że błysk w jego oku, cień uśmiechu, bezpośrednio skierowane na nią spojrzenie przybliżają ją do naderwania jego powierzchowności, po którą mogłaby sięgnąć i delikatnie, na wzór plastra miodu, odkleić od niego spokojnym i wyważonym ruchem, całkowicie w milczeniu, nie zadając żadnych pytań - po prostu patrząc i chłonąc prawdę. Ale czasem odnosiła też wrażenie, że mężczyzna stawia przed sobą nieprzekraczalną granicę, wysoki mur, pod którym Camille może tylko stać i krzyczeć, a w odpowiedzi usłyszeć tylko, iż to nie są sprawy dla zagubionych dziewczynek.
Jesteś zagubioną dziewczynką, Camille?
Była.
Ale w tej kuchni mniej niż zwykle. Mniej, gdy się uśmiechnęła, jeszcze mniej, gdy jej odpowiedział. Pławiła się w niezrozumieniu samej siebie i swoich słów, zakrawających na następną przepychankę - byle mówić. Połączyła ich niemożność zamilknięcia, strach przed ciszą i jej obnażającą naturą, wygoda płynąca z nerwowych podrygiwań w rytm bezowocnych uszczypliwości - ich ostatnich starć wojny podjazdowej.
- Aha, czyli nie tylko moralista, ale i nauczyciel? - odparła w tym samym tonie, nieudolnie podrabiając zdziwiony podziw, ale nie potrafiąc do końca zetrzeć z twarzy cienia wciąż błąkającego się po niej uśmiechu, podtrzymywanego przez ton Lazare. Czuła się jak Camille z Krainy Paradoksu; chciała to zakończyć, ukryć roześmiany wzrok, zniknąć z tej kuchni, nie doświadczyć wrażenia wrośnięcia w kafelki, ponownie nauczyć się funkcjonować jak zdrowy, racjonalny człowiek - ale z drugiej strony nie była w stanie nawet myśleć o tym, że nić porozumienia, bliskość i uśmiechy ukrywane za nieprzystającymi do sytuacji słowami, mogą zostać przekształcone jedynie we wspomnienie, później w niewyraźny oddźwięk, a w końcu już tylko w suchy dylemat na temat realności każdej z ich interakcji.
Gdy spoglądała na niego w łóżku, po tym, jak się odsunął, uderzyła ją nierzeczywistość wynikająca z różnicy, która wystąpiła pomiędzy tą Camille przed, a Camille po. Rozróżnienie stanowił oczywiście Lazare - tej porannej Hebuterne tęsknota za jego nagłym brakiem nigdy nie zmusiłaby niemalże do ponownego, ścisłego przysunięcia się do niego, zignorowania książki, padających słów, do zduszenia w zarodku chęci pozbycia się każdej bezdusznej warstwy, która ich dzieliła; ta poranna Hebuterne nie znalazłaby się przecież w sytuacji, która wymagałaby od niej podobnego podporządkowania się.
Ale ta wieczorna, a później i nocna, była już całkiem inną historią - resztka zszarganej dumy kazała jej jednak tkwić nieruchomo w miejscu, gdzie jeszcze parę sekund temu spotkała jego dłonie, a nawet rozważyć decyzję o wycofaniu się. Zupełnie jakby wcale nie miała prawa tutaj być, jakby tym razem naprawdę przesadziła, bezczelnie wyciągając ręce po to, co absolutnie nie należało do niej. Po to zapewnienie spokoju, delikatnego ukojenia, które miały pozostać poza zasięgiem jej realnych pragnień. Przekroczyła granicę, która miała pozostać nieosiągalna. A to były konsekwencje? Kara za radosne wymazanie realiów, które nigdy nie pozwoliłyby jej na podobne zapomnienie i oddanie się we władanie własnemu instynktowi, nakazującemu Camille sięganie po jeszcze, jeszcze, jeszcze?
- A może po prostu ty sobie bezczelnie bierzesz? - oburzenie ścisnęło ją za gardło, ponownie podnosząc stan gotowości do odparcia ataku. Pojęła swój błąd, odstręczające działanie własnych słów i czynów - napotkała jego spojrzenie, zimne i nieprzystępne, ponownie przysłonięte za kryształowym, starającym się ją odepchnąć, chłodem. Poczuła się jak intruz - ale tylko na chwilę, ponieważ wybuchowa natura Camille już brała górę, szepcząc jej do ucha zirytowane jak on mógł? Za kogo on się ma? Jest tak bezczelny!, wstań i się pożegnaj. I zapnij te guziki, do cholery, śmieszna dziewczyno.
Ale oczywiście nie wstała. A co więcej, narastający w niej gniew zatrzymał się na granicznym poziomie, aby zaraz powoli rozpocząć wędrówkę w dół skali - gdy ostrość wymierzonego w nią wzroku Lazare zelżała, poczuła, że i jej wściekłość się powoli ulatnia, a oddech nieco zwalnia - ale to był dopiero początek procesu, a falująca pierś dalej zdradzała niemalże skrajne rozchwianie i złość. Zrozumiała też jedną rzecz - on był odporny na jej wzburzone ataki, ponieważ sam bił ją na głowę w sztuce nieprzewidywalności. Nie była w stanie zmusić go, aby zarysował przed nią nawet szkielet prawdy, chociaż jej wybuch absolutnie nie był wynikiem planu i rozsądnej kalkulacji, ale raczej całkowitego poddaństwa wobec nieracjonalnych, skrajnych emocji, reakcji obronnej i... zmęczenia? Jego widoczny opór w odpowiedziach nie spotkał się z jej zdziwieniem, ale raczej z wciąż narastającą frustracją. Refleksja przyszła dopiero teraz, gdy kolejna próba dowiedzenia się czegoś bardziej konkretnego została ponownie zgaszona. Na tym etapie Camille mogła już jednak wyciągnąć pewne wnioski - bo było ich kilka.
On nie był zwykłym barmanem, przypadkowym przechodniem paryskich ulic, a ona mogła jedynie pokornie przystać na propozycję ofiarowania jej tych kilku nieskładnych informacji, które jej oferował, ponieważ wysiłki w pozyskiwaniu odpowiedzi nie odnosiły żadnego rezultatu - nieważne czy były to krzyki, czy subtelne próby podejścia; nawet zwykłe pytania. Hebuterne została potraktowana swoją własną bronią - przekorą. I nad wyraz gorliwą upartością.
Odnajdywała w tym pewną analogię - wbrew pozorom on też wymagał cierpliwości, ostrożnych ruchów, przemyślanych słów. A ona popełniała błąd za błędem, jeszcze bardziej oddalając od siebie widmo niepewnych odpowiedzi.
- Jedyne, do czego mnie przekonałeś, to Schiller. - odburknęła, chociaż wciąż wpatrywała się w niego hardo, niepomna na to, iż guziki z pewnością odejmują jej nieco wiarygodności i powagi. Gdyby je zapięła, jawnie pokazałaby, że żałuje. Że ponownie przegrała z samokontrolą.
Czy on naprawdę miał się okazać przydatny? Chciała tego bardziej, niż mogłaby przyznać. Chciała, ponieważ to oznaczałoby, że po zapięciu sukienki, wyjściu z mieszkania, po ostatnim spojrzeniu tej nocy, skierowanym w stronę tej zagadkowej - ale nagle jakże bliskiej? - twarzy, teraz lekko zaciemnionej przez panujący półmrok, Camille nie będzie musiała się żegnać. Że otrzyma pretekst, wygodną wymówkę. Przyzwolenie na powrót. Nawet nie na dalsze śledztwo, fakty schodziły na dalszy plan. Postradała zmysły, narażała siebie, całe résistance? I to w imię... no właśnie, czego, Camille?
Zadaj sobie to pytanie.
Zanurzyła się w długiej chwili milczenia. Nie skomentowała uwagi o kieszonkowcu, wbiła wzrok w kartkę, analizując jej niezmienną zawartość. Lista tych nazwisk oznaczała prawdziwe niebezpieczeństwo - to nie była zabawa w wojnę, to już była walka, a oni nie mogli pozostać anonimowi. Obecność nazwiska Junge bolała najbardziej, nadając złowrogiej liście rzeczywisty wymiar, przywracając sytuacji namacalność. Czuła, że zawodzi, że już zawiodła - chociaż nie potrafiła wskazać dokładnego momentu w którym ten proces się rozpoczął. Ale może dopiero teraz tak naprawdę miała szansę zabrać sprawy w swoje ręce, pokierować swoim losem, naprawdę zostać różnicą dla świata?
A jeżeli nie dla świata, to przynajmniej dla Ruchu Oporu. I dla niego?
Podjęła decyzję, koniec, klamka zapadła. Musiała pozostać nieporuszona w swoim werdykcie; jak silna, niezależna kobieta, którą była, prawda?
Pusty, zmęczony, ale wciąż rozbiegany i spanikowany wzrok podniosła na Lazare dopiero w momencie, gdy powiedział, że to prezent. Nie zapytała kto jest panem (panią?) przydatnym, gniew ulatywał, pozostawiając po sobie jedynie słabość i zleżały posmak, skutkujący delikatnym drżeniem dłoni. Zauważyła, że jego ton również znacznie przycichł - oboje byli wykończeni ciągłą batalią, oskarżeniami, stawianiem i opuszczaniem granic, pilnowaniem samych siebie. W ciszy, jeszcze się uspokajając, patrzyła jak Lazare zagarnia poduszkę i zamyka oczy. Wiedziała, że nie śpi. Była nawet gotowa - ku przekorze i wbrew jego słowom - pozostać w pozycji siedzącej do świtu, resztkami sił i trzeźwości umysłu próbując opracować jakiś plan działania, coś, co pozwoli jej zdusić w zarodku kiełkujące w niej poczucie bezczynności wobec zagrożenia, które niosła ze sobą ta lista - wciąż spoczywająca w jej dłoni. Zignorowała też jego drugi nakaz, dając sobie jeszcze kilka chwil wytchnienia na opanowanie się, ułożenie myśli; przynajmniej pozorne.
W końcu jej spojrzenie, przenoszone z kartki na niego, z niego na kartkę, na dłużej spoczęło na Lazare - i tam też pozostało. Nie uległa przed nagłym pragnieniem zwyczajnego pogłaskania go, dotknięcia jego twarzy, rozproszenia wyjątkowo przytłaczającego mroku - wpatrywała się w niego ciszy, w końcu ponownie wzdychając, chwilowo żegnając swój okołohisteryczny stan. Pozostało jedynie zmęczenie i poczucie całkowitej niemocy. Wobec niego, wobec siebie, wobec tych zapisanych nazwisk; metafory wiszącego nad głową toporu. Po raz kolejny tej nocy (wolałaby z uśmiechem na ustach dać się pogrzebać żywcem, niż to przyznać) miał rację - do świtu nic nie zdziała. Równie dobrze mogła się położyć - co zresztą postanowiła zrobić, napotykając przeszkodę w postaci  braku poduszki. Następna wojna?
Nie miała już na to siły, na nic nie miała siły, ale była daleka od poczucia senności. Postanowiła się jednak z powrotem się przysunąć, po czym zsunęła się ponownie i w milczeniu ułożyła głowę na jego ramieniu, znajdującego się pod poduszką, przysuwając twarz do jego twarzy - niebezpiecznie blisko, niemalże zahaczając nosem o jego nos. Nie zamknęła oczu, wpatrywała się za to w jego pozornie spokojnie oblicze.
- Jestem wdzięczna, że mi to pokazałeś. - mówi cicho, bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ją słyszy. Nie podejmuje próby rehabilitacji swojego wybuchu, który był według niej jest całkowicie uzasadniony - raczej przyznaje przydatność Lazare.
I w końcu też zamyka oczy.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Camille & Fiodor   

Powrót do góry Go down
 
Camille & Fiodor
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg :: Butte-Montmartre, 16/8-
Skocz do: