IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Geneviève Astride Hebuterne


Share | 
 

 Geneviève Astride Hebuterne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
cywile
PisanieTemat: Geneviève Astride Hebuterne   Nie Sie 13, 2017 4:25 pm

Geneviève Astride Hebuterne

   

   Sigrid Agren

   
Dane osobowe

   
Imiona: Geneviève Astride
Nazwisko: Hebuterne
Data i miejsce urodzenia: 14 VI 1919, Paryż, Francja
Miejsce zamieszkania: eleganckie mieszkanie w dziewiątej dzielnicy Paryża, a czasami nawet szpital
Stan cywilny: niezamężna
Wykształcenie: nauka w prywatnych szkołach dla dziewcząt z dobrych domów, zdana matura; lekcje baletowe u ex-primabaleriny Teatru Maryjskiego
Zawód: przyszłość paryskiego baletu: tańczy główne role i cieszy się zainteresowaniem samej Edmée Lumiere; koniec rodzinnego honoru familii Hebuterne: kolaborantka, donosicielka, która czasem odwraca wzrok i zamyka oczy z korzyścią dla Francuzów, niekiedy niemiecka prostytutka; starsza siostra, próbująca ochronić Camille i Madeleine za wszelką cenę; autorka listów do kogoś i do nikogo; diabetyczka dwadzieścia cztery na dobę i do końca życia
Rodzina: Anne Marie & Mathieu (rodzice), Camille & Madeleine (młodsze siostry)
Wzrost: 162 cm
Waga: 44 kg
   

   
Historia

30 XI 1929

Wiecie, jak to jest, gdy twoje dziecko – twoje małe, najukochańsze dziecko, oczko w głowie – przelewa ci się przez ręce i w gonitwie myśli ledwo wyłapujesz tę jedną, rozkrzyczaną, skołtunioną paniką, oznaczoną setką jaskrawoczerwonych wykrzykników: ona umrze – teraz, tutaj, za chwilę, na twoich ramionach? Wiecie?
To chwila, której Mathieu Hebuterne miał nigdy nie zapomnieć. To wspomnienie, które w przyszłości miał starannie zabutelkować, opatrzyć etykietą i ustawić w honorowym miejscu na półce najgorszych momentów swojego życia, wspomnienie, które będzie – pełne w swojej  intensywności, gorzko czerwone – prześladować go w koszmarach. Za każdym razem pierś zaboli go tak samo, jakby Bóg sięgał mu do serca, zaciskał na nim swoje powykręcane palce i rwał, rwał, aż wyjdzie ono przez kości, aż powstanie dziura.
Tak to właśnie jest tracić dziecko.
Właśnie tak.
Łzy Anne-Marie zostawiły ciepłą plamę na materiale jego koszuli. Czuł tylko to – ciepło i wilgoć. I dziwną pustkę w ramionach, mimo że spoczywało w nich drżące ciało jego żony; czegoś brakowało, odkąd niespokojna pielęgniarka o twarzy ściągniętej powagą odebrała od niego nienaturalnie chudą Genevie. Schudła. Nie zauważył, że schudła, była trudna sytuacja na giełdzie, jak mógł nie zauważyć, co z niego za ojciec, co z niego, co za ojciec?
Wodził wzrokiem za wykrochmalonymi fartuchami, każdy stukot obcasa o wypolerowaną podłogę traktując jak zapowiedź. Anne jeszcze przed chwilą była gotowa zaatakować przechodzącą pielęgniarkę albo doktora, kogokolwiek, kto mógłby coś wiedzieć, ale teraz tylko wbijała paznokcie w ramię swojego męża. Silniej, gdy skrzypiały drzwi. Słabiej, gdy to okazywało się fałszywym alarmem. I płakała.
— Nie płacz — bełkotał mało zniechęcająco. — Wszystko będzie dobrze.
— Genevie...
— Cicho. Cisza.
Przytuleni do siebie, czekali – na wyrok? Na zbawienie? Hebuterne bał się, że przez ścianę właśnie jest Sąd Ostateczny, a oni nie mogą nic z tym zrobić.
Wreszcie: kroki, które umilkły tuż przy nich; zmęczona twarz lekarza; długi, zatłoczony korytarz, nagle przeobrażony w gabinet o wyszarzanych ścianach obwieszonych schematami ludzkich narządów.
— Choroba cukrowa, na pewno typu młodzieńczego.
Anne Marie rozpłakała się jeszcze bardziej. Pan Hebuterne wbił w doktora wzrok z taką siłą, że miał nadzieję, że chociaż drgnie pod naciskiem jego spojrzenia. On jednak pozostał nieruchomy, jakby wykuto go w marmurze. Zapadła między nimi ciężka od niewypowiedzianych obaw cisza, ta z rodzaju osiadających na nieprzyjaźnie lśniącym biurku, lepiąca się do ubrań – ale nikt nie był na tyle odważny, by ją przerwać, bo każdy miał świadomość, że, cokolwiek zostanie powiedziane, będzie krytycznym ciosem.
Ale to jednak Mathieu pierwszy się odezwał głosem zniekształconym zgrozą:
— To jest śmiertelne.
— Nieleczone, tak. Ale... Ale państwa córka urodziła się w bardzo dobrym czasie, bardzo dobrym… W każdym razie, możemy ją leczyć.
— Aha.
Na nic więcej Francuz nie mógł się zdobyć. Oparł się ciężko o oparcie krzesła ze świadomością, że ta informacja powinna przynieść mu ulgę, ale z jakiegoś powodu nie przyniosła. Było coś takiego w głosie lekarza, że – wątpił.
Genevie, chciał zobaczyć swoją Genevie.
Mężczyzna siedzący naprzeciw wstał z siedzenia.
— Proszę się skupić, zaczniemy od początku.

4 V 1936

Nienawidziła szpitala, bo wiedziała, że kiedyś może z niego nie wyjść – i to nie dlatego, że by umarła (choć nie była to nieprawdopodobna opcja), ale dlatego, że każdy lekarz we Francji był święcie przekonany, że diabetyków powinno trzymać się na szumnie zwanej łóżkiem pryczy pod stałym nadzorem, obejmującym śmiesznie częsty pomiar cukru i wstrzykiwanie insuliny przez pielęgniarki. Nawet rodzice woleliby ją zamknąć w bezpiecznych murach kliniki, by w końcu, we własnym domu, odetchnąć: odprawić opiekunkę z wykształceniem medycznym, która oficjalnie – nawet dla Camy i Mad – została zakwaterowana w jednym z pokoi dla służby z powodu chorowitości najstarszej Hebuterne (przecież nie chcemy, żeby coś jej się stało, jej płuca są słabe, jej serce!), a nieoficjalnie miała czuwać przy niej i zaopiekować się w razie epizodu hiper- lub hipoglikemicznego (tylko dla spokoju sumienia rodziców, po tylu latach sama sobie z tym radziła); porządnie wyprać pościel, która przesiąkła zapachem choroby (to tylko aceton i insulina, Genevie już tak się przyzwyczaiła, że praktycznie ich nie wyczuwała) do tego stopnia, że nigdy naprawdę nie pachniała jaśminem; ciężkie, szklane strzykawki o tępych igłach schować w kasecie i wsadzić na dno zapomnianej szuflady z bibelotami. Mathieu i Anne Marie chcieli dobrze, ale Geneviève tylko denerwowały ich ciężkie westchnienia, zmartwione miny i nierozumiejące spojrzenia.
Jakby chcieli ją wygonić z ich domu. Wyostracyzować.
W takich chwilach cieszyła się, że chociaż Madeleine i Camille nic nie wiedzą i potrafią zachowywać się wobec niej normalnie, po ludzku: bez troskliwych propozycji, pytań z kategorii „a jak twój cukier?”, „może chcesz usiąść?”, rad „nie przemęczaj się”, „nie denerwuj się”, „nie jedz”, „nie myśl”, „nie oddychaj”. Okłamywanie ich – wstawanie przed świtem, żeby tylko nie zobaczyły, jak wsadza palce do zimnej wody, bo znowu, znowu się poparzyła, gdy sprawdzała cukier, żeby nie przyłapały jej na medytowaniu z wysterylizowaną insulinówką w drżącej dłoni nad fałdką skóry – bolało, ale to cena, którą trzeba zapłacić za odrobinę niezabarwionej obrzydliwą litością życzliwości.
Czasami, gdy Geneviève zamykała się w pokoju nagle, w połowie obiadu, a rodzina musiała uznać za wyjaśnienie ciche „rozbolała mnie głowa”, czuła tak wielki, tak ogromny smutek, że myślała, że wypłacze sobie serce.
Skoro każdego dnia jej życie leżało tylko w jej rękach, a kiedyś tak czy inaczej oślepnie albo amputują jej stopy, albo staną się inne, okropne rzeczy z długiej listy powikłań, to czy nie mogła dostać choćby okrucha prawdziwego życia? Tego z nudnymi lekcjami arytmetyki, podawaniem sobie sekretnych liścików pod nosem nauczycielki, zajęciami baletu i zabawą w artystki z Camille? Niejałowego, zwykłego życia w zwykłym domu?
Czy na to nie zasługiwała? Ani trochę?
Tym razem Geneviève wróciła do domu, mimo że sporo się nasłuchała od lekarzy – czuła się wykończona i fizycznie, i psychicznie, i chciała tylko leżeć w ciepłym łóżku, otulona tą chorobową perzyną, z dala od hałasu wielkiego świata jej rodziny, nawet z dala od jej rodziny. Ale ten świat nauczył się jej uwagi bezwzględnie wymagać – świat z twarzą pani Hebuterne – a Genevie nie umiała mu odmówić, tak po prostu, z obawy o to, że swoim zachowaniem mogłaby udowodnić, że się nie nadaje. Pokonała ją cukrzyca. Nie powinna wciąż obracać się na błyszczących parkietach paryskich elit, ale bosymi stopami deptać ścieżki po matowych kafelkach szpitala, chłonąc zapach leków – zamiast perfum, obserwować niknące sylwetki diabetyków – zamiast wytwornych kreacji z włoskiego jedwabiu.
Dlatego dziewczyna zebrała się w sobie, założyła welurową suknię, czarne rękawiczki, upięła włosy. Wylała pół flakonu Chanel N° 5, aby nikt nie wyczuł od niej insuliny. Podkreśliła usta dojrzałą czerwienią. Przypudrowała mocno cienie pod oczami.
I zjawiła się w Operze Garnier u boku ojca jak królowa, uzbrojona w zaprojektowany uśmiech, żeby nikt się nie zorientował, jak wielkim wysiłkiem się tu pojawiła; odczuć mógł to tylko Mathieu, na którego ramieniu wspierała się może trochę zbyt ciężko.
Dla wszystkich, a najbardziej dla siebie, musiała być idealna. Musiała dawać sobie radę – sama, zawsze sama.

13 I 1941

Nigdy nie przestawała liczyć.
Ile cukru na dzień, żeby nie dostać hipoglikemii, ale żeby nie poszło za dużo insuliny. Ile jednostek na śniadanie, ile na obiad i na kolację.
Ile kroków. Ile taktów.
Wszystko dało się opisać matematycznie, wszystko dało się zamknąć w bezpiecznych ramach, umieścić na osi. Genevie lubiła, gdy nic nie wymykało się jej kalkulacji. Patrzysz na kawałek bagietki i widzisz nieomal trzy jednostki, którymi musisz zapłacić za jej zjedzenie (mnóstwo, jeżeli na śniadanie możesz dać najwyżej siedem) – to przyjemne uczucie, zupełnie tak, jakby wciąż miała nad swoim życiem kontrolę.
Baletnica, jeżeli chce coś osiągnąć, musi dzierżyć władzę nad swoim ciałem, nad każdym drżącym z wysiłku i stresu mięśniem. Z widowni nie widać kryształowych kropli potu na czole, oglądający nie mają prawa ich zauważyć, tak samo jak nie mogą usłyszeć obracających się pod porcelaną trybików. W upudrowanej skórze Giselle Hebuterne była zjawą, marą, wiłą, ale w środku wciąż działał terkoczący mechanizm, precyzyjny jak każdy drobny gest kreślony dłonią.
Nie było przypadków. Balet i cukrzyca – czysta matematyka, a ona, z konieczności, sprawna matematyczka.
Geneviève, nie, nie Geneviève, Giselle prostowała powoli kręgosłup, chowając wzgórza wystających kręgów, wyłaniała się z czarnej, świeżej ziemi, która pogrzebała jej truchło ze strzaskanym sercem. Była taka bezradna, gdy wznosiła błagalnie oczy ku niebu. Musieli wierzyć, że sufit był rozgwieżdżonym niebem, skoro ona na skraju szlochu modliła się bez słów. Trochę nagle, trochę niepewnie, może chciała w ostatniej chwili zrezygnować, podniosła się na czubkach palców (raz, dwa, pointe) i wtem – wzniosła patyczkowate ramiona jak brzydkie, paskudne, błoniaste skrzydła, chciała odlecieć, chciała dotknąć…
I opadła znów lekko, i wciąż była martwa, i nic się nie stało, a on patrzył. Mechanizmy trzeszczały w odpowiedni rytm, żeby zsynchronizować ze sobą muzykę, duszę i ciało, z melodią płynęły liczby, raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy, raz, raz, może to jej się tylko tak wydawało?
Czerń sceny nie rozstępowała się przed nimi, chociaż przed taką miłością powinna, skoro to miłość wpędziła do grobu i to miłość z niego wyciągnęła. Albrecht unosił ją tak łatwo, spontanicznie, jakby nie ważyła nic a nic, jakby jej ciało nie było martwe, ohydne, oślizgłe. Ile razy to ćwiczyli? Giselle przechyliła się i skryła martwe oczy za pergaminową zasłoną powiek, ale Geneviève liczyła, błagała w myślach Claude’a, żeby jej nie wypuścił, nie miała do niego tyle zaufania co do Sylvaina, czemu Sylvain musiał skręcić kostkę?
Muzyka rozchodziła się w trzewiach, jak grały skrzypce, tak kręcili się książę i wieśniaczka, tak zmarła Giselle dawała się modelować ukochanemu, giąć się jak on chciał, kręcić piruety, jeden, drugi, trzeci (raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy!) i Albrecht pociągnął ją w mrok, jakby już nigdy nie chciał jej wypuścić z objęć, jakby nie chciał pozwolić, żeby ziemia rozwarła nienażartą paszczękę i ponownie pochłonęła to porcelanowe ciało w całości, pozwalając mu gnić jeszcze bardziej.
Raz, dwa, trzy —— raz, dwa, trzy.
Nigdy nie przestawała liczyć.
Tym razem to Geneviève, nie Giselle, spłynęły łzy po upudrowanych policzkach, gdy rozległy się oklaski. Bukiet trząsł się w objęciach jej sinych dłoni, chociaż trochę nieśmiały uśmiech i chłodne spojrzenie oczu o ciepłej barwie mlecznej czekolady nie zdradzały aż takiego wzruszenia.
Bolało tak bardzo, że płakała o wiele rzewniej niż teraz i krzyczała, że nienawidzi baletu, że nie chce chodzić do madame Krzesińskiej, że nie da rady, krwawiła ręce, w konwulsjach upadała na śliski od potu parkiet i nie chciała się podnosić. Ale dzisiaj sami zaoferowali jej oklaski i dzisiaj nie była już częścią corps de ballet ani nawet koryfejek, i trzymała herbaciane róże o mdlącym zapachu, i nic z tej goryczy już nie miało znaczenia.

19 III 1941

Przyszedł do niej po występie: elegancki w tym fraku szytym na miarę, modnie uczesany, pachnący cytrusową wodą kolońską (chyba Acqua di Parma Colonia, jeżeli mogła wierzyć swojej znajomości perfum) i szalenie galanteryjny. Można było na pierwszy rzut oka rozpoznać w nim tego mitycznego mężczyznę z klasą, do którego wzdychała połowa kobiet świata i który stanowił najwyższe wyobrażenie Mathieu Hebuterne o perfekcyjnym zięciu. Podsumowując, czuć było od niego pieniądzem, dobrym wychowaniem i niezłymi wpływami, co tylko potwierdzał jego ciężki, niemiecki akcent, łatwy do wychwycenia, jeżeli dostąpiło się zaszczytu usłyszenia jego francuszczyzny.
Geneviève spodziewała się go od momentu, w którym zajął miejsce w loży, dlatego gdy usłyszała ciche pukanie do drzwi jej garderoby, a następnie ostrożne, męskie kroki, przybrała zaskoczoną minę. Uniosła brwi i szczelniej opatuliła się szlafrokiem, niby skromnie. Włosy już rozpuściła, by niesfornie opadały falami na ramiona, mocnego makijażu scenicznego – przypadkiem – nie zdążyła zmyć.
Karl odchrząknął cicho. Może był zakłopotany, a może wcale nie: wielcy panowie tego świata, Aryjczycy, chyba nie powinni się peszyć na widok solistki w bodach, rajstopach i podomce?
— Dobry wieczór. Przepraszam za najście. Chciałem tylko… Pięknie pani tańczy. Wspaniała interpretacja Eurydyki.
Wygięła karminowe wargi w uśmiechu – szczerym.
Tak pan myśli? — zapytała spokojnie, łypiąc okiem na bukiet, który trzymał w dłoniach. Białe gardenie. Uwielbiała gardenie. — Dużo pan widział interpretacji Eurydyki?
— Komische Oper zdarzyło się wystawiać Noverre’a. — Mężczyzna też się uśmiechnął i musiała przyznać, że wyglądał wówczas bardzo czarująco. Geneviève pokiwała głową, nawijając na palec kosmyk jasnych loków – i zapadła cisza.
On jednak się jej nie poddał, bo to uczyniłoby to milczenie tylko niezręcznym. Nagle pochylił się lekko, wyciągnął przed siebie rękę z kwiatami przewiązanymi srebrzystą wstążką i powiedział, widocznie pewniejszy siebie, niż przed chwilą:
— To dla pani.

20 IV 1941

O piątej rano świat był jeszcze chłodny i nieprzyjazny, a Paryż ciemny jakby przykryto go czarnym płótnem. Gdy zmęczonymi oczami chłonęła ten widok parę lat temu, pamiętała, że o tej porze powoli zapalały się latarnie. Powolutku, jedna po drugiej, niewidzialna ręka podpalała je niewidzialną zapalniczką. Dzisiaj żarzył się tylko koniec jej papierosa i garść węgielków w kaflowym piecu, które wrzuciła tam z zamiarem ogrzania zimnej kuchni – z marnym skutkiem. Jedynie od kuchenki gazowej biło trochę ciepła, ale niewystarczająco, by Geneviève nie drżała leciutko pod cienką warstwą satynowego szlafroka w orientalny wzór.
Oparła się ciężko kształtnym biodrem o parapet i trzęsącą się dłonią jeszcze raz wsunęła papierosa w usta. Chciało jej się pić, ale wiedziała, że to minie. Zawsze w końcu mija.
Miała zamiar im powiedzieć. Wczoraj, na kolacji, gdy papa tak wwiercał w nią spojrzenie znad lampki wina, próbując przekazać jej niewerbalne „to już dwanaście lat, nie zachowuj się jak dziecko, Genevie”, te proste z pozoru słowa były już na końcu języka, przefiltrowane przez gardło.
Okłamywałam was. Nie miałam do was dość zaufania. Zaślepiła mnie duma. Raz tak wyszło i głupio było się wycofać – ładnie zamienione na przepraszam, mam cukrzycę.
Krótkie. Proste. Jakby dopytywały, mogłaby spanikowana wcisnąć im bajkę o chorowaniu od niedawna – czy coś podobnego. Nie była przecież na tyle odważna, żeby kogokolwiek zaszczycić szczerością od początku do końca.
A jednak się wstydziła.
Nic nowego.
Hebuterne nachyliła się w stronę garnka, łypnęła okiem na strzykawki i stwierdziła, że są już dość zdezynfekowane. Codziennie ten sam rytuał, w którym było coś nieznośnie wytrwałego: pobudka przed piątą, pomiar cukru tabletką, potem test na obecność ciał ketonowych. Wyparzenie szklanych strzykawek. Dwadzieścia sześć jednostek insuliny na cały dzień. Pięć i pół – baza dzienna. Dwadzieścia i pół – na posiłki. Sześć jednostek idzie na śniadanie. Dwie na drugie. Na obiad znowu sześć. Potem dwie to podwieczorek. Pozostaje cztery i pół na kolację. W myślach odliczała, starając się ignorować to, że igła jest tępa jak zwykle, że boli jak cholera, ból promieniował aż do skroni i na pewno po tym zostanie siniak. Nie pierwszy, nie ostatni.
Siedem zaoszczędzonych dawek insuliny po raz kolejny. Kolejny dzień pod niemiecką okupacją, kolejny przeżyty, kolejny wielki sukces.

15 VI 1941

Na fotelach, sofie, puszystym dywanie – wszędzie piętrzyły się kolorowe torebki i puzderka wypełnione wspaniałymi sukienkami, bluzkami, spódnicami, butami i kosztownymi błyskotkami, wszystko w jej rozmiarze, kupione z myślą o niej i teraz tylko jej.
Wzrok Karla wodził za Genevie, gdy ta spacerowała od jednej reklamówki do drugiej, żeby wrócić przed wysokie, wąskie lustro z naręczem ubrań i przykładać je sobie do ciała.
— Podobają ci się? — zapytał zadowolony.
Kochanie, to musiało bardzo dużo kosztować. Wciąż nie jestem pewna…
— Drobiazg. Lepiej powiedz, czy jesteś szczęśliwa.
Bardzo. — Nawet nie zastanowiła się nad odpowiedzią, spoglądając w lustrze na odbicie jasnych oczu Niemca. Patrzyli na siebie chwilę w ciszy, on prawie oceniająco, ona pewnie. W końcu uśmiechnął się z dumą.
— Chciałbym cię zobaczyć na balu w tej kiecce. Będziesz wyglądała w niej pięknie.
Francuzka odwróciła się do niego twarzą.
W tej? — Uniosła lekko morelową, długą sukienkę, którą trzymała w lewej dłoni. Karl kiwnął głową, a Geneviève pomyślała, że wcale jej się ta kreacja nie podoba.  — To chyba nie mój kolor.
Roześmiał się głośno, gardłowo, krótko, podniósł się z sofy w akompaniamencie cichego protestu drogiego obicia i, wciąż widocznie rozbawiony, ucałował ją w czoło.
— Każdy kolor może być twój, Gene. Skoro cały świat może być twój… to dlaczego kolor miałby ci nie pasować, hm? — Z czułością ujął jej twarz w swoje gładkie dłonie. Nawet nie musiała powstrzymywać się od wzdrygnięcia się; zaczynała nawet trochę lubić tego dżentelmena. Tylko…
Nie mogła pozbyć się tej uporczywej myśli, że to wszystko, to wszystko to jakaś forma zapłaty. Chciała ją zignorować i cieszyć się prezentem urodzinowym, ale nie mogła się uspokoić. Lśniący naszyjnik wisiał jej u szyi jak kamień.
Geneviève obróciła się i jeszcze raz krytycznie przyjrzała się sukience, próbowała ją siebie w niej wyobrazić, siebie w ramionach, które trzymały i karabin, i pieniądze. Prześledziła spojrzeniem prostą linię aksamitu, od podłogi do dekoltu – i zrozumiała, że to był błąd, gdy napotkała spojrzeniem własne oczy, a w nich pretensję, zapomnianą, niechcianą.
Zapragnęła krzyczeć. Krzyczeć jak jeszcze nigdy, do nieprzytomności, do utraty głosu. W dupie miała to wszystko, tę sukienkę i ten bal. W dupie miała Rzeszę, lekarzy, insulinę, dietę. Niech ją ktoś stąd zabierze, niech coś wybuchnie, niech ktoś jej strzeli w łeb, niech to się skończy, bo nie poznawała siebie.
Co za puste życie. Co za pusta, pusta Geneviève z pustą głową, pustymi oczyma i pustą egzystencją.
Masz rację, założę ją — stwierdziła. Każdy kolor przecież był jej, tak?

2 IX 1941

Gramofon wygrywał którąś z tych łagodnych melodii von Westerholta, a oni kołysali się w jej takt. Geneviève ułożyła wygodnie głowę w jego zagłębieniu między obojczykiem a szyją; cicho podśpiewywała słowa piosenki. Tak długo ćwiczyła z Karlem niemiecki, którego dobre podstawy opanowała już w szkole (pomyśleć, że wtedy chciała zostać germanistką…), że widmo francuskiego akcentu znikło niemal całkowicie i wiedziała, że był z tego zadowolony. Przez tę świadomość język okupanta smakował w jej ustach jak potłuczone szkło: żłobił rany w podniebieniu i szatkował mięsień. Ale krew nie wypływała spomiędzy warg, były tylko ładnie zaokrąglone słowa niesione muzyką.
Karl powiedział kiedyś, że ładny akcent się jej przyda w nowym Paryżu. W tym, którego nie akceptuję?, chciała zapytać, ale tylko się uśmiechnęła. Nie akceptowała, ale chyba bolesnym przypadkiem zgodziła się na takie miasto.
Nie. Nie przypadkiem, pomyślała Hebuterne z goryczą, kątem oka dostrzegając czerwoną flagę za oknem. Zgodziłam się świadomie.
I to chyba było w tym wszystkim najgorsze.
Karl przesunął dłoń w górę, by sięgnąć do jej włosów. Czuła jego chłodne, kościste palce pianisty w swoich lokach i pozwalała mu je czule gładzić, nie przestając nucić piosenki. Francuzka znała jej tekst już na pamięć, jej kochanek bardzo lubił twórczość Jespera.
— Jak długo? — Szept był tak cichy, że czysty tenor prawie go połknął i drżał jakąś dziwną, niepoznaną dotąd u Karla emocją, zdecydowanie negatywną. Umilkła, zmarszczyła jasne, cienkie brwi.
Co? — odpowiedziała po dobrej chwili, łagodnie odchylając się, by spojrzeć w bystre oczy Niemca. Przymknął powieki tak, że patrzył teraz tylko spod długich rzęs. Geneviève nie mogła odczytać, co gra mu w duszy. Czuła, że puchnie jej gardło – wysoki cukier czy strach? — Co „jak długo”, kochany? — Że też te czułe słówka nie ugrzęzły jej w krtani jak pospolite kłamstwa.
Wyplątał palce z jej włosów i opuścił rękę na talię.
Monsieur Sylvain Arnaud, mówi ci to coś? — wycedził powoli, z wyraźnym wysiłkiem.
Genevie uśmiechnęła się powątpiewająco, wciąż nie rozumiejąc, co się właśnie działo i dlaczego Karl zachowuje się tak dziwnie. Sylvain był przecież tylko drugim solistą, miał grać Albrechta, ale skręcił kostkę. Pocałowali się kiedyś w szatni, ale to było dawno.
To mój kolega z grupy baletowej, uczyliśmy się u jednej profesor — oznajmiła niefrasobliwie. Nagle tknęło ją: — Komuś podpadł?
Mężczyzna zacisnął niespodziewanie szczęki, kości zarysowały się wyraźnie pod cienkimi warstewkami skóry i mięśni. Jesper skończył śpiewać, a po jego słowach pozostał tylko niewyraźny szum.
Spróbowała cofnąć się, ale Karl przyciągnął ją tylko blisko siebie z gwałtowną brutalnością pozbawioną namiętności. Otworzył oczy i w zrywie gniewu ryknął:
— Sylvain, Louis, Jeanne – i kto jeszcze?! Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć, hm?! Zamierzałaś?!
O czym ty…?! Puszczaj! Puść mnie! — krzyknęła Hebuterne z nutą paniki w głosie. Szarpnęła się mocno, odepchnęła rękami od jego piersi, ale Karl był od niej o wiele silniejszy. Znowu złapał ją za włosy, ale tym razem dziko, jakby chciał jej wyrwać je wszystkie. Ze świstem pochwyciła w płuca powietrze w sposób, który sugerował, że pragnęła jęknąć, ale zabrakło jej tchu. — Boli, puść!
— Wszystko ci dawałem… wszystko… sukienki… perfumy… perły… leki dla Madeleine… i oczekiwałem tylko wierności, a ty…
Nie zdradziłam cię! — pisnęła, przez chwilę łapiąc ulotną myśl, że może on ją zaraz zabije – tak ją zmroziła ta wizja, że w ataku paniki rzuciła na oślep rękami, wierzgnęła nogami, byle tylko nie był tak blisko, byle nie musiała czuć jego ciepłego oddechu na swojej twarzy. Dosięgła obcasem (Bogu dzięki za szpilki) jego stopy; uścisk zelżał, więc wykorzystała okazję i rzuciła się do tyłu (a może raczej: zatoczyła), aż wpadła na komodę, która powstrzymała ją przed upadkiem. Genevie, zastygła w przerażeniu, trzęsąca się jak osika, wlepiała oczy wielkie jak monety w Karla.
Skąd on miałby to wiedzieć? Może nie była mu w stu procentach wierna, ale… Co on sobie ubzdurał? Nawet nie wiedziała, kim jest Louis! Sylvain… to było tak dawno… a Jeanne tylko ją malował… Tylko malował! To nie było nic złego…
Nie jesteś sobą. — Pokręciła głową. Chciałaby powiedzieć: „porozmawiajmy, proszę, na spokojnie”, ale bała się odezwać ponownie. I wcale nie chciała o niczym z nim rozmawiać.
Rzuciła niespokojne spojrzenie w stronę uchylonych drzwi od salonu. Niemiec podchwycił ten wzrok; w kilku długich krokach dopadł ich i trzasnął nimi tak mocno, że aż podskoczyła.
— Nigdzie nie wyjdziesz, dopóki nie skończymy mówić — wydyszał.
Teraz przestraszyła się nie na żarty. Nie wiedziała, co robić, nie miała jak się bronić, a jej kochanek tarasował jedyną drogę ucieczki poza oknem.
Proszę, ja cię nie zdradziłam, błagam… — szepnęła słabo.
Zabije ją.
Zabije ją.
Zabije ją.
— Są plotki. — Jej słowa wydawały się rozbijać o ognistą barierę zazdrości Karla. Może w innych okolicznościach fakt, że podejrzewał Francuzów, wydał by się jej przewrotnym żartem – ale teraz nie czuła nic oprócz obezwładniającego przerażenia, przejmującego każdą komórkę ciała. — Czy ty choć raz byłaś z kimkolwiek szczera, Genevie? Mam dość twoich kłamstewek, twoich… Czy ty mnie w ogóle kochasz?
Miała wrażenie, że stoi przed nią dziki zwierz, a nie człowiek, z którym jeszcze chwilę temu tańczyła. W jego oczach czaił się gniew tak wielki, że mógłby nim pobić, zgnieść, spalić, zamordować, a ona czuła się jak nikt wobec jego siły.
Musiała… powietrza.
I wtedy – rozjuszony chyba jej brakiem reakcji – rzucił się. Jak drapieżnik na ofiarę, gdy poczuł, że całkiem ją zdominował. Geneviève zauważyła jego uniesioną rękę, ale nie miała czasu nic zrobić. Na jej twarz spadł pierwszy cios: mocny, gniewny. Odruchowo dotknęła policzka, który na początku nie bolał wcale, za chwilę trochę, a za dwie pulsował bólem tak, że miała ochotę odciąć sobie tę część twarzy.
Pierwszy cios. I ostatni.
Spojrzała na niego z taką złością, że na sekundę stracił rezon, zawahał się, aż dotarło do niego co zrobił – i nastąpiło otrzeźwienie.
— Genevie… — zaczął ostrożnie. W jego oczach malował się strach – niekłamane przerażenie tym, co zrobił.
Nigdy więcej nie waż się przychodzić na moje przedstawienia — wydyszała Hebuterne. — Jeżeli jeszcze cię zobaczę…
— Genevie, nie chciałem, przepraszam, nie chciałem, nie chciałem!
Cała się trzęsła z emocji. Wciąż trzymając się za zaczerwieniony policzek, chwiejnie ruszyła po swoją torebkę.
Musiała stąd wyjść. Musiała stąd wyjść. Wyjść, wyjść, wyjść, teraz, w tej chwili, za wszelką cenę, nieważne, co by jej powiedział, chciała stąd wyjść jak jeszcze nigdy.
Karl podążył za nią jak cień.
— Kupię ci pierścionek. Brylantowy. Nie, pierścionek i kolię. Chcesz kolczyki? Wszystko ci kupię, Genevie, wszystko dostaniesz, wszystko zobaczysz, zabiorę cię do Berlina...
Czy to były... oświadczyny? Na Boga, jak on mógł się jej oświadczyć w takim momencie?
Obróciła się gwałtownie, zaciskając kurczowo palce na pasku skórzanej torby.
Zabiję się! — krzyknęła rozedrganym głosem. — Rozumiesz?! Strzelę sobie w łeb, jeżeli jeszcze cię zobaczę! Jesteś… — aż zabrakło jej słowa ze wzburzenia — jesteś szalony! Nigdy ci nie wybaczę! Zabiję się!
Niemiec cofnął się o krok.
— Nie mówisz…
Poważnie? Nie wiedziała. Wiedziała tylko, że musi go jakoś zniechęcić - a grożenie poważanemu Niemcowi byłoby bardzo lekkomyślne. Więc powiedziała to, wypluła bez zastanowienia pierwsze, co przyszło jej do głowy.
Sprawdź mnie.
Geneviève wybiegła z mieszkania tak prędko, jak tylko mogła, zbiegła koślawo, raz po raz potykając się, po niezliczonych stopniach i dopiero na zewnątrz zatrzymała się.
Nogi odmówiły jej posłuszeństwa: upadła na bruk, zalewając się łzami ulgi i strachu – i chyba jak nigdy nie pragnęła, by obok znalazła się Camille, która by wiedziała.

18 X 1941

— Och.
Bernadette uchyliła śmielej obdrapane z farby drzwi mieszkania na rue Santerre. Nic się nie zmieniło: wciąż była wysoka, smukła, z papierosem wystającym spomiędzy krwistoczerwonych warg i potarganymi włosami w najbardziej ognistym kolorze, jaki można sobie wyobrazić. Siedziały razem w jednej ławce w prywatnej szkole dla dziewcząt i razem stanowiły zgrany duet, który gromadził wokół siebie najładniejsze dziewczyny z rocznika. Długonogie, śliczne i bogate Genevie i Bernadette, które chciałby pocałować twój chłopak.
Potem zjawili się Niemcy – i nie każdy był tak obrotny jak Mathieu Hebuterne, żeby szybko zjednać sobie okupantów. Ojciec Berny był niezłym chirurgiem, ale dzisiaj chyba sprzedawał bilety w Moulin Rouge. A Berna... Po paryskim podziemiu niosła się wieść o jej dyskretnym leczeniu z każdej przypadłości, dezynfekcji i opatrywaniu szeregu ran, wspaniałym talencie plastycznym oraz wyjątkowej ręce do ziół, a swoimi zdolnościami służyła za niewielką tylko opłatą - ku chwale ojczyzny.
Ale Genevie zdarzało się przynosić jej jakieś trudno dostępne drobiazgi: niemieckie słodycze, nylony albo kosmetyki. Wydawała się wdzięczna, chociaż nie omieszkała nazwać jej pół żartem, pół serio szwabską dziwką.
Mimo wszystkich różnic Berna była jedyną, do której mogła przyjść z tą sprawą.
— Od lata cię tu nie widziałam. Zapraszam. — Kobieta otworzyła drzwi na oścież, a sama weszła w głąb zagraconego mieszkania. Hebuterne przekroczyła próg i starannie zamknęła za sobą wejście. Nie musiała nawet się rozglądać - wciąż pamiętała rozkład płócien, podążała starymi ścieżkami wydeptanymi w kurzu przez wiele par butów.
— Wybacz bałagan, ale nie mam kiedy posprzątać. Usiądź. Co cię sprowadza? Przyniosłaś mi coś ładnego? — Berna miała piękny, szeroki uśmiech.
Chętnie bym się napiła twojej herbaty.
Kąciki ust rudej powoli opadły. Machinalnie spojrzała na brzuch Genevie, z roztargnieniem przeczesała skołtunione włosy.
— Nie widziałam cię od lata — powtórzyła powoli, w zamyśleniu.
Hebuterne usiadła na rozklekotanym krześle. Czuła się jak pijana: nie do końca docierało do niej to, co się działo wokół, ale o ściany czaszki obijała się jedna, uporczywa myśl. Musiała pozbyć się problemu - nieważne, jakiej zapłaty Berna by oczekiwała, nieważne, co by się z tym wiązało, nie mogła urodzić. Nigdy, a już na pewno nie niemieckiego bękarta.
W słowniku Genevie nie było takiego słowa jak „dziecko”. Cukrzyca cicho niszczyła ciężarne, wydzierając od nich zmysły b a r d z o dosłownie. Kiedyś czytała, że diabetyczki ślepną w połogu. Nie zawsze, ale to się zdarza.
Hebuterne obiecała sobie: nie mieć dzieci, a teraz nosiła w sobie aryjskiego bachora niby symbol własnego upodlenia.
Chciała zwymiotować. Zamiast tego potwierdziła:
Od lata.
— Kto? — Berna zniżyła głos do szeptu, we wzburzeniu zbliżając się do przyjaciółki. — Wiesz?
Karl.
Kobieta wsunęła ponownie papieros w usta drżącymi dłońmi. Wydawała się tego spodziewać – było coś takiego w jej spojrzeniu – ale wciąż ta wiadomość wywarła na niej duże wrażenie – czego spodziewała się już Geneviève. Nieślubna ciąża to wstyd, ale nieślubna ciąża z Niemcem jest o tyle niewygodna, że stanowi bardzo wymowny dowód szczególnej kolaboracji. A wiadomo, co patrioci robią z kolaborantkami.
Nie mówiąc o tym, że to nie najlepszy czas na rodzinę. Kto mógłby powołać na świat nowe życie z pełną świadomością tego, że ten świat może następnego dnia stanąć w płomieniach?
Po prostu nie mogła urodzić tego dziecka. Dla siebie. Dla jego dobra, tak się przekonywała. Zresztą to jeszcze nie jest dziecko. To nic.
A poza tym Karl na nie nie zasłużył.
Nie byłby dobrym ojcem (nie byłby – zapewne – ojcem w ogóle, gdyby dowiedział się prawdy o jej chorobie, w końcu jego dziecko musiałoby być zdrowe i silne ku chwale Rzeszy), a ona nie byłaby dobrą matką, brzydziłaby się tego dziecka, pewnie nie umiałaby się nim zająć jako kaleka. Genevie wiedziała, że obarczyłaby je winą za swoją krzywdę. Miałoby smutne życie, gdyby jakimś cudem nazistowskie świnie nie pokroiłyby całego świata na malutkie kawałeczki.
To też dla jego (jej? Może to dziewczynka?) dobra.
To co? — szepnęła pozornie spokojnie Hebuterne, spuszczając wzrok na swoje kolana. Spod rąbka wełnianej spódnicy wyzierał beżowy nylon pończoch.
— Idź do łazienki, rozbierz się i usiądź w wannie.

23 X 1941

Nikt się nie zorientował: ani matka, ani ojciec, ani Camille. Nikt się nie zorientował, chociaż Geneviève miała ochotę umrzeć.
Tej nocy śniło jej się, że się wykrwawia. Powoli, w tej porcelanowej wannie, wykrwawia się na śmierć.
Powinna. Pomyślała, że właśnie to powinno się stać.
Nie zasnęła aż do rana.

9 II 1942

Padał śnieg drobny, ale było go tak gęsto, że ledwie rozróżniała nierówną linię horyzontu od białego nieba. Geneviève mrużyła oczy, chowała twarz w szerokim, błękitnym szaliku niby Inuitka, szarpała z zastanowieniem obciągnięte skórą guziki płaszcza, aby w końcu wsunąć obleczoną w rękawiczkę dłoń do kieszeni i obracać tam między palcami zapomnianego, wychłodzonego drobniaka. Miała wrażenie, że czeka na ławce – wcześniej starannie uprzątniętej przez nią z puchu – całą wieczność, choć pewnie nie upłynęło nawet dziesięć minut.
Trzy słowa: kolaboracja. Zdrada.
Insulina.
Powinna jej powiedzieć. Chciała jej powiedzieć.
Powie jej. Tak, dzisiaj – powie jej. Geneviève odetchnęła ostrożnie, powoli, raz po raz przeczesując spojrzeniem mleczną ulicę przed nią, po której snuli się okryci ciemnymi ubraniami Paryżanie, chowający płochliwie głowy w ramionach. Gdy tak starannie wydeptywali ścieżki w śniegu, przypominali jej gawrony: złożone skrzydła to ostra linia ramion wciśniętych jak najgłębiej w kieszenie, dzioby to ledwie wystające znad postawionych kołnierzy czubki nosów.
Camille wysunęła się z budynku naprzeciwko; przyciskała do piersi mały pakunek opakowany w szary papier. Ubrana była w jasny płaszcz, rzucała się w oczy.
Powie jej wszystko, wszystko, wszystko.
Genevie wypuściła miedziaka i uniosła rękę, żeby dać swojej siostrze znak. Młodsza Hebuterne sprawnie przecisnęła się między dwiema kobietami (Niemkami?) z korowodu eleganckich dam, mających w zwyczaju poruszać się po ulicach stadnie, wyminęła grupę dyskutujących anemicznie mężczyzn i niemal z rozpędu usiadła na ławeczce tuż obok baletnicy.
Powiem jej wszystko od początku, powtarzała sobie jak mantrę, gdy uchyliła szalik i posłała artystce charakterystyczny, zdystansowany uśmiech.
Załatwiłaś, co miałaś załatwić?
— Pewnie — przytaknęła, potwierdzając to jeszcze poważnym skinięciem jasną głową. Genevie pamiętała, jak w dzieciństwie wypatrywała tej czupryny, stojąc na czatach – nigdy nie miała w sobie tyle brawury, żeby pomagać Camille w najodważniejszych psikusach, dlatego zawsze pilnowała, by jej nikt nie przyłapał. Niewielu dorosłych interesowało się tym, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami, o które opierała się ta grzeczniejsza Hebuterne. W takich przypadkach jej reputacja ulubionego dziecka rodziców niezmiernie się przydawała – chociaż tak dziewczyna mogła Camie pomóc. Chociaż tak mogła ją… ochronić.
Powiem jej wszystko od początku.

5 III 1942

Po burzy nadeszła cisza; marcowa ulewa przeobraziła się w lekką mżawkę niemal niesłyszanie bębniącą o szyby pysznego mieszkania Hebuterne’ów. Nikt się do siebie nie odzywał, a służba przemykała prawie na palcach po wyłożonych drogimi dywanami korytarzach. Genevie zza ściany słyszała tłumiony poduszką szloch matki, ale zignorowała go; przypatrywała się pokreślonej kartce leżącej przed nią. Napisanie do Challesa byłoby teraz takie proste, ale…
Nie, nie mogła. Nie mogła napisać mu o tym, co się przed chwilą stało, jeszcze nie była gotowa, nie chciała go martwić.
Odłożyła pióro i, uważając, żeby nie pobrudzić się atramentem, wierzchem dłoni otarła oczy. Pył po wybuchu gniewu już opadł, obnażając przed Geneviève prawdziwy obraz sytuacji, niezniekształcony złością, klarowny i – banalnie prosty.
Mogłam tyle rzeczy zrobić inaczej, powtarzała sobie, co i rusz wracając pamięcią do wydarzeń tego wieczoru. Mogłam tyle rzeczy zrobić inaczej, to moja wina.
I to była jej wina.
W uszach wciąż wibrowało jej echo dźwięków, które miały oznaczyć ten wieczór. Krzyk; plaśnięcie ręki (jej ręki, czemu to zrobiła?) o policzek; nierówne kroki Camille; trzaśnięcie drzwiami; bicie ciężkich kropel deszczu.
Zdrajca! — tak jej powiedziała — Jesteś zdrajczynią, Cama!
Dlaczego to powiedziała?
Camille nie wiedziała, co się kryje za czerwonymi opaskami ze swastyką na ramionach nowych gości rodziców. Nie wiedziała – nie mogła wiedzieć – że tu chodzi o coś więcej. Nie rozumiała.
Więc dlaczego Genevie jej tego po prostu nie wyjaśniła?
Jestem tchórzem. Prawda.
Schowała twarz w dłoniach. Oddech. Raz, dwa, trzy. Wydech.
Powoli znowu sięgnęła po pióro. Zdecydowała: napisze coś. Cokolwiek. Pewnie nie wyśle tego ze wstydu, ale…
Ale i tak ci dziękuję, Challes.

24 III 1942

Kochany Challesie!

Zastanawiałam się dzisiaj nad swoim życiem – nad jego ogółem i doszłam do niezbyt odkrywczego wniosku: dwadzieścia trzy lata mojej dotychczasowej egzystencji można zamknąć w zaledwie kilku scenach i listach do Ciebie. To tak, jakbyś odtwarzał taśmę filmową bardzo nudnej produkcji i przeskakiwał wiele klatek, a sens wciąż do Ciebie dociera. Okruchy szarej codzienności, plamy wyrzutów sumienia, złe decyzje. W ich podejmowaniu jestem niezaprzeczalnie najlepsza.

Brak w tym wszystkim jakiegokolwiek celu – nie wiem, czy zgubiłam go po drodze, czy nigdy go nie miałam. Chciałam chronić siostry, ale nie jestem dla nich najlepszym wzorem: są takie odważne i o wiele silniejsze ode mnie, zawsze je trochę podziwiałam. Czy kiedyś pisałam Ci, że mam siostry? Jedna nazywa się Camille, druga Madeleine. Tej pierwszej dawno nie widziałam. Liczę, że jeszcze żyje, chociaż jak ją znam, to na pewno wpakowała się w kłopoty przy pierwszej lepszej okazji. To ten typ człowieka, który rozpycha się w świecie łokciami i z a w s z e (wcale nie przesadzam, naprawdę zawsze!) potrąci nie tego, co trzeba. Bardzo ją kocham, ale myślę, że nigdy mi nie wybaczy tego, co zrobiłam.

Zimno mi i samotno w świecie, Challes. Czy to forma pokuty za poprzednie wcielenie? Coś wesołego, coś smutnego… Jeżeli to pokuta, to sądzę, że Bóg stworzył ją dlatego, że jest taki sam jak palec, bardzo znudzony i zazdrości Nam ciał. Szczęście powinien rozdawać za darmo, prawda? Może wtedy nie byłoby złych ludzi. Bóg jest po prostu zazdrosny – pomyśl, to trochę pocieszające.

Nie wiem już, o czym piszę. Zgubiłam się.

Dziękuję, że chociaż Ty wciąż jesteś. Będziesz?

Genevie

30 III 1942

Gdy za Geneviève zamknęły się drzwi siedziby gestapo, wcale nie czuła się tak, jakby dobrze wypełniła swój obywatelski obowiązek. Wręcz przeciwnie – coś ssało ją w żołądku, ale po takim czasie już się przyzwyczaiła. To nie był jej pierwszy donos i na pewno nie będzie ostatnim, więc przejmowanie się każdą wizytą u gestapowców tylko popchnęłoby ją na skraj załamania nerwowego, jakby na tym skraju nie znajdowała się od zawsze, a i tak nic by nie zmieniło. Ona przecież potrzebowała insuliny, insulina kosztowała pieniądze, a pieniądze mieli Niemcy. Prosta zależność prowadząca ją nigdzie indziej, a właśnie tu.
Wszystko można wyłączyć. Nawet sumienie. Po co je mieć, gdy wokół trwa wojna, a ono jedynie przysparza kłopotów? No więc właśnie.
Genevie je straciła, ale robiąc w głowie szybki rachunek doszła do wniosku, że właściwie straciła już wszystko: siostrę, zdrowie, godność, reputację, dziecko i wiarę. Jaką zrobi różnicę kolejna rzecz do dopisania na liście?
Żadną — mruknęła pod nosem, szczelniej opatulając się starannie wykończonym płaszczem. — Nikomu nie zrobi to różnicy.
Ale nie powiedziała o tym żydowskim bachorze ukrywającym się w piwnicy Berny, mimo wszystko. Chciałaby powiedzieć, że z uwagi na przyjaźń łączącą ją i Bernadette, ale chyba – troszkę – było Genevie tego chłopca żal.
Jakby kiedyś ją o to spytano, ona nic nie wiedziała.

12 IV 1942

Drogi Challesie!

Musisz mi wybaczyć, że ślę dwa listy z rzędu, nie poczekawszy cierpliwie na Twoją odpowiedź na mój poprzedni. Nosi mnie jednak, miota mną, coś jakby – burza pod skórą albo zastęp antycznych bóstw. To chyba ta noc; od jakiegoś czasu Paryż nocą wydaje mi się szczególnie ponury i niespokojny. Mam wrażenie, że coś go boli takim wyjątkowo paskudnym rodzajem bólu, długim i wyczerpującym, i to przez to nie może zasnąć, wierci się, denerwuje, a mnie się ten nastrój tylko udziela. Nie mogę patrzeć na to miasto, takie pozujące wiecznie na obrazy wybitnych malarzy, a takie umartwione. Paryż łamie mi serce, więc zasłoniłam szczelnie okna, zapaliłam świecę (znowu nie ma prądu i czuję się przy tym ogarku niczym dama z epoki napoleońskiej), wyciągnęłam papier – i siedzę, i skrobię list do Ciebie, bo cóż ja innego mogę robić w noc bezsenną, Challesie?

Nie tylko z powodu sprzyjającej ku temu atmosfery do Ciebie piszę. Nie pomyśl, proszę, że jestem może rozhisteryzowaną pannicą, ale gdy patrzyłam na ten Paryż tknęło mnie, że ludzie w okresie wojennym tak nagle znikają i pozostają po nich tylko listy obwiązane niebieską wstążką, schowane w szufladzie sekretarzyka, a to, Challesie, to jest bardzo mało. W takie brzydkie, szpetne noce jak ta cisza z Twojej strony ciąży mi w równym stopniu, co ta usmolona twarz Paryża i nie wiem, co z pustką w środku uczynić – bo już czasami miewam wrażenie, że od listonosza biorę nie kopertę, a część Twojej duszy i że własną duszę Ci oddaję, kawałek po kawałeczku, z tym szarym papierem. I tak to się wymieniamy. Pretensjonalne, co?

Próbuję ubrać w piękne słowa moje zmartwienie, ale znów bełkoczę bez ładu. Chcę tylko prosić, byś dał znak życia choćby krótkim „mam się dobrze”, jeżeli byś na więcej nie miał sił – albo na „mam się źle”, do wyboru, byle zgodnie z prawdą.


Żywiąca nadzieję, że wiadomość zastanie Cię w dobrym zdrowiu,
Genevie

14 IV 1942

Sylvain na początku myślał, że jej chłód to tylko warstwa profesjonalizmu, że zimne oczy są częścią kostiumu, tak jak ten niski, ciasny kok i nowe pointy. W skupieniu odliczała, przybierając coraz inne, coraz mylne twarze, patrząc coraz inaczej: czasem z okropną pogardą, czasem ciepło i przyjaźnie, czasem nawet flirciarsko. Wydawała mu się taka mechaniczna, ale w tej swojej precyzji bardzo naturalna. To było dziwne, ulotne wrażenie. Zakochał się w nim.
Ale im dłużej ją znał, tym bardziej się zawodził. Metodycznie, dzień po dniu, zrywał kolejne zasłony fałszu, pod którymi – nie wiedział, dlaczego – się ukrywała, cierpliwie skuwał lodową skorupę, aby dzisiaj, z butelką czerwonego wina w jednej dłoni, stojąc w ostrym, neonowym świetle, które wpadło przez okno do jego salonu, z gorzką świadomością prawdziwości swoich słów stwierdzić, że Geneviève, jakiej pragnął, nigdy nie było.
Była tylko rzeźba z lodu i niczego oprócz lodu.
Pociągnął zdrowo z flaszki, rozbiegane spojrzenie osadzając na niemal nierealistycznej twarzy Genevie, jak zawsze irytująco spokojnej. Widział ją już wściekłą, kapryśną, sfrustrowaną, gdy nie wychodził jej układ i terroryzowała pianistę krzykiem „jeszcze raz!” (była taką perfekcjonistką, to aż godne podziwu) albo gdy wykłócała się o krój kostiumów – i chciał ją teraz taką zobaczyć. Bardzo, bardzo chciał. Żeby płakała, rzucała przedmiotami, wrzeszczała, bo to oznaczałoby, że jej zależy (a Geneviève chciała płakać, rzucać przedmiotami, wrzeszczeć, bo to oznaczałoby, że jej zależy). Ale Hebuterne była niewzruszona, a Sylvain – chyba jeszcze nigdy tak rozczarowany.
Powinnam już iść — zauważyła na tyle cicho, że szelest sztywnego materiału jej pięknej sukienki prawie połknął te słowa.
Arnaud kiwnął głową.
— To idź. — Zachęta wybrzmiała dziwnym żalem – jakby chciał ją zatrzymać, ale zdał sobie sprawę z tego, że nie miałby jak, więc poddał się, ostatecznie i na zawsze. Nie zwróciła na ten ton najmniejszej uwagi. W milczeniu spakowała torebkę, założyła szpilki. W pomieszczeniu słychać było tylko ich głośne oddechy i brzęk szkła, gdy Sylvain odstawił butelkę.
— Jesteś okropnym człowiekiem.
Znowu brak reakcji. Odwrócił głowę.
Minęła chwila (dwie, trzy?), a on, zmęczony i przybity, tylko wyczekiwał, aż usłyszy jęk zamykanych drzwi. Nie miał odwagi znowu spojrzeć w kierunku Geneviève, to by za bardzo bolało, chociaż wiedział, że nie mogło boleć w ogóle, bo tego wszystkiego naprawdę nie było.
Może powinien być zły? Nie był.
Raptem, gdy już myślał, że to pożegnanie jest skończone, usłyszał jej głos:
Wiem.
Zamknęła drzwi.
   

   
Ciekawostki

   
Znaki szczególne: prawie aryjska uroda, wychudzona sylwetka, elegancka prezencja, mocny zapach kwiatowych perfum Joy maskujący charakterystyczną woń insuliny, nierzadko siniaki i krwiaki na brzuchu, udach, ramionach
Języki obce: francuski (ojczysty), niemiecki (biegle, bez akcentu), angielski (Kali jeść, Kali pić)
Mocne strony: moje maniery są nienaganne, tak samo jak mój akcent; nie pozwalam swojej masce opaść; prawdopodobnie mnie polubisz, gdy jestem taka, jaką chcesz mnie widzieć; mam w sobie determinację i silną wolę, o które byś mnie nie podejrzewał; choroba i balet podniosły mój próg wytrzymałości fizycznej: codziennie kłuję się tępymi igłami, katuję wymagającymi ćwiczeniami i dziś to nie bólu boję się najbardziej; jestem atrakcyjna i wiem, jak to wykorzystać; potrafię podejmować wątpliwe moralnie decyzje (ale czy to na pewno zaleta?).
Słabe strony: strach towarzyszy mi jak wierny pies od kiedy pamiętam, co czyni mnie zwykłym tchórzem; gubię się w sobie; jestem chorobliwą kłamczuchą; Camille i Madeleine to moje czułe punkty; mam cukrzycę, która determinuje rytm mojego dnia i moje możliwości: przy wahaniach cukru trudno podnieść mi się z łóżka, wysoki cukier wywołuje okropne mdłości, a niski oznacza dla mnie uciążliwe słabości, poza tym cukrzyca wpływa na mój humor, a moje rany trudniej się goją; odczuwam zbyt wiele emocji, które gotują się we mnie jak woda w czajniku, a czasem wychodzi ze mnie nawet furiatka; bywam kapryśna jak prawdziwa gwiazda baletu; potrafi zaślepić mnie hebuternowska duma; jestem chronicznie zestresowana i trudno mi zasnąć.

x Wciąż chudnę i to nie dlatego, że brakuje u nas w domu jedzenia, bo jesteśmy na tyle przydatni Niemcom, że na naszym stole znajdzie się wino i eklerki. Problemem jest to, że insulinę trudno zdobyć, a nie mogę się bez niej obyć, więc ją - może nierozważnie - oszczędzam. Nie mogę zjeść więcej, niż dałam sobie na to jednostek. Hiperglikemia to nic przyjemnego.
x Nigdy nie słodzę herbaty ani kawy.
x Pachnę kwiatowymi perfumami Jean Patou Joy, przez które lekko przebija się dziwny zapach insuliny, przywodzący na myśl szpital.
x Rodzice marzyli o wychowaniu mnie według dziewiętnastowiecznego wzorca, zauważając we mnie potencjał na niesamowicie elegancką damę. Umiem więc zabawić towarzystwo rozmową, zorganizować bankiet, zagrać na skrzypcach kilka średnio trudnych utworów i całe dwa utwory na pianinie (trzy, choć do tego się nie przyznaję - dobrze znane mi są bowiem nuty Marsylianki).
x Brak w moim ubiorze przypadkowości. Nawet niedbałość została doskonale zaplanowana. Wśród tłumu zubożałych po wybuchu wojny Francuzek odznaczam się wyjątkową starannością w doborze kolorów i tkanin - oraz jakością ubrań, bowiem na pierwszy rzut oka widać, że są to te z wyższej półki. To, mój dobry niemiecki i uroda sprawiają, że bywam mylona z Niemką.
x Nie mogę spokojnie patrzeć na dzieci. Gdy odwiedza nas któraś koleżanka mamy ze swoim potomkiem, zwykle uprzejmie przepraszam towarzystwo, za to będąc w szpitalu blok porodowy i dziecięcy omijam największym łukiem.
x Palę tylko wtedy, kiedy jestem zestresowana, a że jestem zawsze zestresowana, to zawsze palę.
   
   

   
Uwagi do Mistrza Gry

Miej moje siostry w opiece. Ja sobie poradzę.
   


Ostatnio zmieniony przez Geneviève Hebuterne dnia Pon Lis 13, 2017 5:06 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Geneviève Astride Hebuterne   Sob Lis 18, 2017 12:59 am


Karta zaakceptowana!





WITAMY NA FORUM!

Życzymy dobrej zabawy i mnóstwa weny na ciekawe fabuły!
Na start otrzymujesz 700 punktów, które już od teraz możesz wydawać w sklepiku na ekwipunek lub przywileje.

Miejsca, które na pewno znasz to Maxim's, gdzie na pewno chodziłaś razem z Karlem, a teraz, jeśli pojawiasz się tam sama, z pewnością nie musisz długo czekać, aż któryś z oficerów zaprosi Cię do swojego stolika. Nieliczni wiedzą, że od czasu do czasu pojawiasz się również w Bibliotece Narodowej, wśród której regałów odnajdujesz spokój i pewien rodzaj relaksu – tylko Ty i zapach starych książek, czego można chcieć więcej?

Jeśli zaś chodzi o nasze postacie NPC - Tobias Wolfmeyer zapewne pojawił się na jednym z Twoich wystąpień na scenie, ale do tej pory nie zostaliście sobie przedstawieni. Z Pierre’em Lécuyerem nigdy nie miałaś styczności.




Choroba wyznaczyła ścieżkę w życiu nie tylko Geneviève, ale całej rodziny Hebuterne – by kupić Genevie niezbędne lekarstwo, wszyscy przystali na kolaborację z Niemcami. Życie z cukrzycą z pewnością nie należy do najłatwiejszych, ale najstarsza Hebuterne z uporem udowadnia, że jest to możliwe, nie rezygnując przy tym z eleganckich spotkań towarzyskich czy bycia gwiazdą baletu. Próbując utrzymać się na powierzchni podjęła wiele decyzji, które znacząco wpłynęły na nią, jej sumienie oraz na relacje z młodszą siostrą – pytanie tylko czy nawet w obliczu takiej sytuacji życiowej warto zatracać samą siebie? Może jeszcze nie jest za późno!
Kartę czytało mi się niezwykle przyjemnie i lekko, Genevie to wspaniale wykreowana postać, a że bardzo chcę poczytać jej spotkanie na fabule z siostrą, to już nie przedłużam i oficjalnie akceptuję!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Geneviève Astride Hebuterne   Sob Lis 18, 2017 8:17 pm

Akceptuję!

Życie Geneviève w dużej mierze dyktowane było przez uciążliwą chorobę, która jednak zdaje się nie stawać na drodze do osiągnięcia tytułu jednej z paryskich gwiazd baletu. Nastanie niemieckiej okupacji zdawało się jedynie pogorszyć sytuację, z której jednak zarówno młoda kobieta, jak i jej rodzina, potrafili znaleźć odpowiednie wyjście. Pytanie tylko, czy kolaboracja z Niemcami jest dobrym rozwiązaniem i czy będzie w stanie zapewnić to, czego potrzebują, na dłuższą metę? W niespokojnych czasach wszystko może zmienić się w ciągu jednej sekundy, a każdy czyn przynieść ze sobą nieoczekiwane konsekwencje. Mam jednak nadzieję, że młoda baletnica jakoś odnajdzie się w tym zwariowanym świecie! Nie zatrzymując już dłużej, z przyjemnością akceptuję i zapraszam do gry!


_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Geneviève Astride Hebuterne   

Powrót do góry Go down
 
Geneviève Astride Hebuterne
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Krok Drugi :: Karty Postaci :: Panie-
Skocz do: