IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Claire&Blanche


Share | 
 

 Claire&Blanche

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Claire&Blanche   Nie Sie 27, 2017 4:24 pm

Trzeba sobie pomagać.
Zwłaszcza w obecnych czasach, zwłaszcza w tych okolicznościach, zwłaszcza, że przecież mogła to zrobić i absolutnie nic by to ją nie kosztowało.
Dobry uczynek. Tak trzeba.
Nie chciała zostawiać potrzebującej pomocy samej sobie, nie chciała być ślepa i zainteresowana tylko i wyłącznie swoim losem. Chciała być po prostu dobrym człowiekiem, bo tak nakazywało jej serce. I budowana małymi cegiełkami pewność, że jednak jeszcze do czegoś się nadaje. Nie jest zupełnie bezużyteczna, jeśli jest w stanie pomóc innym, prawda?
Oprócz tego do działania pchało ją również dziwne uczucie, że tej konkretnej osobie naprawdę powinna pomóc. Że to szczególnie ważne i nie chodziło nawet o bycie dobrym człowiekiem, tylko… sama nie wiedziała. Po prostu musiała to zrobić. Z jakiegoś powodu bardzo jej na tym zależało. Tak bardzo, że bez wahania zaprosiła nieznajomą dziewczynę do swojego mieszkania – azylu, który decydowała się pokazywać niewielu osobom. Właściwie tylko tym najbliższym, dopiero dzisiaj miało się to zmienić. Dlaczego? Może pozna odpowiedź, kiedy dziewczyna poczuje się lepiej i będą mogły spokojnie porozmawiać?
Mam czas do wieczora, spokojnie. W tej chwili najważniejsze jest pani zdrowie. Nie mogę wypuścić pani samej, widząc, że ledwo pani chodzi – powiedziała cicho, spokojnie, z łagodnym uśmiechem na twarzy, dokładnie tak, jak mówiła do wyjątkowo upartych dzieci, dawnych współlokatorów na jacquesowym poddaszu. Choć nieznajoma nie była dzieckiem i nie pokazywała niczego, po czym mogłaby ją określić upartym osłem, tak jednak ten większy nacisk po prostu był konieczny. Przecież skoro zaproponowała tej biedaczce odpoczęcie u siebie, chyba nie spodziewała się, że przystanie na to, żeby opuściła ona jej mieszkanie chwiejąc się na nogach? To byłoby niedorzeczne. – W takim razie nie traćmy czasu, chodźmy – znowu pozwoliła sobie asystować dziewczynie przy przejściu przez dwie kolejne ulice, aż do swojego mieszkania.
Po przekroczeniu progu do nozdrzy Claire dotarł ten sam niesłabnący kwiatowy zapach, który ją tego ranka obudził. Choć nie był szczególnie intensywny, raczej nienachalnie pieścił węch, uświadomiła sobie, że nie dla każdego musiał być przyjemny. Być może nie dla dziewczyny, która potrzebowała dużej ilości świeżego powietrza, żeby nie zemdleć. Przeszkadzał jej? Claire zerknęła na nią z ukosa, wypatrując jakiegoś grymasu na twarzy nieznajomej, który mówiłby o tym, że w jednej chwili powinna zamknąć wszystkie wazoniki z bukietami w sypialni i jak najszerzej otworzyć okno w połączonym z kuchnią salonie. Jednak niewiele wyczytała z jej twarzy.
Proszę się rozgościć – mruknęła z lekkim uśmiechem, wskazując ręką na wnętrze salonu. Miejscami do siedzenia, jakie miała do zaoferowania, była nieduża, podniszczona kanapa, którą oprócz ubytków w obiciu cechował również brak nogi, obecnie zastąpiony stosikiem gazet i książką; nieopodal, bliżej kuchennego kącika, stał dodatkowo nieduży stolik z dwoma chyboczącymi się krzesłami. Mieszkanie było bardzo skromne, ale Claire dbała o to, by przedstawiało się schludnie i choć w niektórych miejscach leżały rzeczy, których nie powinno tu być (Czemu ten sweter leży na podłodze? Wydawało mi się, że wkładałam go do szafy), tak na próżno szukać tu brudu.
Zanim dotarła do kuchni, zatrzymała się na moment przy komodzie, gdzie poprawiła stojące w wazoniku kwiaty. Musnęła dłonią zwieszający się z gałązki bzu naszyjnik z zawieszką w kształcie litery G, po czym odwróciła się w stronę swojego gościa.
Nie przeszkadza pani zapach kwiatów? Może powinnam je stąd usunąć? – cichemu, niepewnemu pytaniu towarzyszył zmieszany wyraz twarzy. Chwilę później już znajdowała się przy blacie, wyciągając z szafy wyszczerbioną szklankę i nalewając do niej wody z dzbanka.
Właściwie… mogę zapytać, jak ma pani na imię? Chyba jeszcze o to nie pytałam – wymamrotała, zbliżając się do kobiety z naczyniem pełnym wody. – I jak się pani czuje? Choć trochę lepiej? Po takim spacerze? – spojrzała na nieznajomą przyjaźnie, choć wyraźnie temu spojrzeniu brakowało pewności siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Claire&Blanche   Wto Wrz 05, 2017 12:14 am

Bezinteresowność była zgubna.
Bezinteresowność oznaczała, że dobro własne schodziło na dalszy plan.
Wydawało mi się, że w prawie półtora roku okupacji zdołało nauczyć paryżan, jaka postawa dawała szansę na przetrwanie, a jaka wręcz przeciwnie – to była pierwsza i absolutnie najważniejsza lekcja, którą powinni byli pojąć. Sama zrozumiałam ją już dawno, nawet nie za sprawą okupacji, ale twardej rzeczywistości, w jakiej nie było miejsca na okazywanie komukolwiek serca lub na dobre uczynki. Od lat trwałam więc przekonaniu, że były one co najmniej zbędne; w mojej osobistej hierarchii ważności plasowały się nawet niżej niż na samym dole i szczerze wątpiłam, by mogły mi się kiedykolwiek opłacić.
Na okupacji można było przecież zarobić w o wiele lepszy sposób.
Mogłam zapytać nieznajomą, dlaczego mi pomagała – i z ciekawości, i z braku zrozumienia, który stał się tym bardziej dotkliwy, gdy dziewczyna odezwała się ponownie. Mogłam zasugerować jej, że powinna była w pierwszej kolejności pomyśleć o sobie i swoich bliskich (nawet jeśli czerpałam korzyść z jej pomocy) ale zamiast tracić siły na słowa, zajęłam się milczeniem, pozwalając, aby prowadziła mnie przez gąszcz ulic. Wsparta na jej ramieniu, stawiałam ostrożnie kroki, oddychając głęboko i marząc o chwili, gdy nieznajoma powie mi, że dotarłyśmy na miejsce.
Lubiłam dzielnicę Butte-Montmartre z wszystkimi jej uliczkami, zaułkami, niewielkimi (i teraz w większości zamkniętymi) sklepikami, które z trudem upchnięto w ściśniętych ze sobą kamienicach, ale w tamtym momencie zdecydowanie wolałam, aby droga – dokądkolwiek prowadziła – była o wiele prostsza.
Mimo to nawet nie zdążyłam się zorientować, kiedy znalazłyśmy się przy jej kamienicy. Pokonawszy schody, a potem fragment klatki schodowej, czułam się niemalże tak, jakbym przebiegła maraton, dlatego z nieskrywaną ulgą przekroczyłam próg skromnego mieszkania, opierając się ciężko o framugę. Wnętrze pachniało kwiatami, których nazw nie potrafiłam rozpoznać – i nawet nie trudziłam się, by to zrobić – ale była to przyjemna woń, a przynajmniej nie sprawiała, że czułam się jeszcze gorzej.
Na uśmiech dziewczyny odpowiedziałam kolejnym niemrawym uniesieniem kącików ust, po czym podążyłam w stronę niewielkiego salonu, już po chwili opadając na kanapę, która – choć skromna jak wszystko inne w mieszkaniu – nagle wydała mi się najwygodniejszym meblem, na jakim kiedykolwiek siedziałam.
Odchyliłam lekko głowę i pozwoliłam ciążącym mi powiekom opaść na kilka chwil. Nie mogłam powiedzieć, że czułam się zupełnie dobrze, ale było mi tu zdecydowanie lepiej niż w zatłoczonej i dusznej piekarni, której samo wspomnienie niemalże wywoływało na mojej skórze dreszcze.
Słysząc nieśmiałe pytanie dziewczyny, otworzyłam na moment oczy.
- Nie trzeba. Nie przeszkadza mi – odpowiedziałam po krótkiej chwili, zauważając, że mój głos nie zdawał się już dobiegać z oddali tak jak wcześniej. - Co to za kwiaty? – zapytałam wbrew sobie.
Dopiero widok szklanki w dłoni dziewczyny uświadomił mi, jak bardzo potrzebowałam wody; moje gardło było suche niczym popiół, dlatego pytanie nieznajomej – w zasadzie szereg pytań – niemalże umknął mojej uwadze.
- Blanche – odpowiedziałam po nieznacznym wahaniu, stwierdzając, że nie było potrzeby, abym kłamała. W Paryżu żyły zapewne setki Blanche. - Trochę lepiej. Podejrzewam, że gdybym została w tej piekarni...
Mogłoby się to dla mnie skończyć o wiele gorzej.
To chciałam powiedzieć.
Nie zdołałam jednak, bo gdzieś pomiędzy wpatrywaniem się w nachyloną nade mną dziewczynę a sięganiem po szklankę dostrzegłam coś niewielkiego, błyskotliwego i boleśnie znajomego; coś, co sama kiedyś miałam i co zniknęło wraz z większością drobiazgów, których pozbyłam się na pewnym etapie życia lub z których zwyczajnie mnie ograbiono.
Nie mogłam jednak zapomnieć tego charakterystycznego G podobnie jak nie mogłam zapomnieć własnego nazwiska.
Nie Flaubert, ale Guenet.
Nie potrzebowałam już ani świeżego powietrza, ani szklanki wody, ani odpoczynku – widok niewielkiej zawieszki na delikatnym łańcuszku niemalże postawił mnie na nogi. Wbiłam wzrok w G, przyglądając się literze tak intensywnie, jakbym spodziewała się, że któraś z mikroskopijnych, niewidocznych gołym okiem rys na zawieszce odpowie mi na każde z pytań, jakie zawirowały w mojej głowie.
- Twój naszyjnik – wyrzuciłam wreszcie, darując sobie kurtuazyjne pani. Moja ręka, wciąż zawieszona w powietrzu w drodze po szklankę wody, opadła gwałtownie na poręcz kanapy. Zacisnęłam na niej kurczowo dłoń, przenosząc wzrok z naszyjnika na jej właścicielkę.
I próbując odnaleźć w myślach twarz, której nie spodziewałam się już nigdy ujrzeć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Claire&Blanche
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg :: Butte-Montmartre, 16/6-
Skocz do: