IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Svein&Nils


Share | 
 

 Svein&Nils

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
alianci
PisanieTemat: Svein&Nils   Sro Wrz 27, 2017 12:06 am

Czwartkowa noc niespiesznie przepoczwarza w piątkowy poranek – minęła druga, może trzecia w nocy, cały Paryż śpi niespokojnie i tylko on – cichy, rozbudzony, z łagodnym spojrzeniem wbitym w ciemny kąt – leży zwinięty w kłębek na łazienkowej podłodze. Musi wyglądać jak brudny, złajdaczony pudel w tym starym, wyciągniętym swetrze na tle jasnych kafelków. Nie może złapać oddechu.
To najczęściej przychodzi nocą, czasami tuż po zapadnięciu zmierzchu; siła, która rozdrabnia ucisk wokół serca na setki kłujących tępo szpilek, coś, co osacza lękiem uginających się pod wichurą drzew i uśpionych ptaków. Czas stracił na realności – odległe tykanie sekundnika podniszczonego zegarka, odległe echo wciąganego przez nos powietrza, szum w biegnących nad sufitem rurach – dźwięki brzmiały jak zza grubej kotary, przywołując swym półistnieniem echo wspomnień. Pamiętał taką myśl z najsmutniejszego okresu życia, kiedy nie miał już domu rodzinnego ani niczego, co mogłoby go imitować: otulony szczelnie płaszczem, bez czapki, za to z płatkami śniegu we włosach stał przed witryną zamkniętej na noc apteki i pomyślał, że nie powinien się niczym martwić.
Bo apteki są wszędzie, na całym świecie. Ta myśl krzepiła.
Poczucie bezpieczeństwa dostępne za niewielką opłatą, które – odpowiednio dobrane i policzone – przeobraża się w iluminację wspaniałości, doniosłości oraz umiłowania wszystkiego.
Pamiętał również wszystkie niedziele, kiedy budził się ze zdrętwiałym językiem w ustach i bez otwierania oczu wiedział, że nie polubi własnego odbicia – mówił sobie wtedy, że nie zasługuje na to, by wstawać z łóżka, bo ludzie jego pokroju powinni tkwić w ciasnych czterech ścianach.
Wiedział, że dzisiejszą noc też zapamięta – noc leżenia na zimnej posadzce i zastanawiania, dlaczego nie potrafi się rozpłakać. Od kilku (może kilkunastu?) tygodni miał wrażenie, że gdyby choć na chwilę przestał wmawiać sobie, że panuje nad sytuacją, to by mu to pomogło. Uczucie, jakby w jego głowie tkwił przegrzany kocioł parowy, stawało się coraz bardziej uciążliwe – uśmiechał się nieśmiało do ludzi, reagował uprzejmie, kiedy pytali o godzinę, cierpliwie znosił załamania i lęki rannych, nie reagował na ich zrzędzenia i spokojnie patrzył jak wskazówka minutnika wędruje po białym polu tarczy.
Jednak każda ludzka wytrzymałość ma swój koniec; w jednej chwili zachowujesz zimną krew, w kolejnej eksplodujesz jak parowóz na Renie i przechodzisz na drugą stronę granicy. Może skończyć się różnie.
Pokój bez klamek? Rabunki, strzelanie do ludzi? Lub – tak zwyczajnie – poszukiwanie linki i mocnej gałęzi?
Wiedział, że jest nieudany. Felerny. Może nawet szalony. Odkrył tę prawdę wystarczająco dawno temu, by zrobić cokolwiek, ale nie wiedział, co za sobą niesie. Było to przypadkowe stwierdzenie faktu, przeczucie, brutalne uderzenie o ostre skały własnego umysłu, pierwsze poruszenie rdzenia. Jako dorosły powinien mieć dość oleju w głowie, by znaleźć dobrą pracę. Powinien utrzymać przy sobie Lovise, powinien chcieć mieć dzieci, powinien skończyć studia i móc planować przyszłość. Powinien umieć się porozumieć z własną rodziną. To nie były żadne cuda. Wszyscy to potrafią – nie było mowy o zarabianiu milionów ani międzynarodowej karierze. Chodziło jedynie o przetrwanie.
O bycie normalnym.
Każdego dnia – zwłaszcza dzisiaj, kiedy w milczeniu odbierał kopertę od listonosza, przez jej cieniutką fakturę przeczuwając bieg wydarzeń – bał się, że nie zdoła utrzymać fasady. Każdego dnia Svein liczył się z tym, że opadnie z niego tynk i zacznie prześwitywać. I chciałaby wiedzieć, co jest z nim w porządku.
Może całe głupie życie?
- Mam jutro urodziny.
Niewiele brakowało, by wystraszył się własnego głosu – szorstkiego jak papier ścierny, tak cichego, że szum łazienkowych rur niemal zagłuszył ostatnie słowo. Poruszył lekko palcami, najwyraźniej próbując pochwycić ostatnią nić zanikającej rzeczywistości; jednak opuszki natknęły się wyłącznie na niewielki, obły kształt, który przy każdym dotknięciu pozostawiał na skórze białawy osad.
Policzył bardzo dokładnie.
Gdyby sproszkował wszystkie trzy tabletki i zrobił z nich zastrzyk, po dwudziestu sekundach zanikłyby sploty żylne na jego dłoniach. Po trzydziestu zacząłby odczuwać lęk, że obudzi się bez rąk.
Po czterdziestu zrozumiałby, że nie obudzi się wcale.
- Pomyśl życzenie.
Wiedział, że rozbrzmiewające w ciemności słowa nie były prawdziwe.
Były za to pocieszające.
Blada twarz Nilsa odcinała się od zalegającego w łazience mroku jak plama mleka; w jego spojrzeniu nie było potępienia, nie było ponaglenia, nie było współczucia. Jedynie znużenie kogoś, kto zbyt często jest świadkiem cudzego – z naciskiem na Sveina – cierpienia.
Przyłożył rozpalony policzek do chłodnej płytki, przymykając na moment oczy; świat zbliżał się i oddalał jak wzburzone morze, chwiejny, kruchy, kuszący. Wciągał coraz głębiej na ścieżkę, której zakręty były tajemnicą.
- Nie chciałbym…
Brak głębokiego oddechu. Brak jakiegokolwiek oddechu – może leży na posadzce nie trzydzieści minut, ale trzy godziny. Trzy dni. Trzy miesiące. Może będzie leżał tu już zawsze, nie potrafiąc wziąć odpowiedzialności za własne szaleństwo.
- Nie chciałbym być jutro sam.
Wciąż nie potrafił uronić ani jednej łzy, bezradnie obserwując, jak Nils powoli pochyla się nad umywalką. Najwyraźniej się oduczył. I dobrze. Nie ma z tym dyskusji.
- Powinieneś uważać na to, czego sobie życzysz.
Te słowa wiszą między nimi jak ciężkie, ołowiane chmury. Nie sposób uchylić się przed brutalną prawdą wygłaszaną przez zmarłych.
- Wiem.
Zapamiętał zabawę z dzieciństwa, podczas której spoglądał w lustro tak intensywnie, jak czasami zaciekle powtarza się w kółko jedno słowo, aż to zatraci sens i pozostanie po nim jedynie forma, dziwna i niekojarząca się z niczym. Svein sam dla siebie stawał się takim słowem – patrzył na własne odbicie i nie wiedział, kim jest ta mała osoba w lustrze.
Dla samego siebie był kimś obcym – i pozostał nim aż do dzisiaj.
- Nie będziesz sam.
Po raz ostatni zaciska palce na niewielkich, obłych tabletkach – po omacku odnalazł wszystkie trzy, trwożliwie upychając je do kieszeni swetra. Ten ruch wystarczył, by pokonać bezużyteczność ciała, wydostać się z pułapki, odnaleźć oparcie w brzegu wanny i bardzo powoli raz jeszcze stanąć na nogi o własnych siłach.
- Wiem.
Płuca w końcu wypełniają się powietrzem niczym turystyczny balon, jest lekko, jest dobrze, jest gotowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Svein&Nils
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Lewy brzeg :: Gobelins, 10/17-
Skocz do: