IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Reiner Hartmann


Share | 
 

 Reiner Hartmann

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
okupanci
PisanieTemat: Reiner Hartmann   Nie Paź 15, 2017 4:02 pm

Reiner Hartmann



Robert Laby

Dane osobowe

Imiona: Reiner
Nazwisko: Hartmann
Data i miejsce urodzenia: 20.04.1918, Wewelsburg, II Rzesza
Miejsce zamieszkania:  Palais-Bourbon, Rue de Varenne 3/15
Stan cywilny: kawaler
Wykształcenie: ukończona szkoła średnia w Wewelsburgu i szkoła oficerska SS-Junkerschule Bad Tölz; kilkuletnia służba wojskowa
Zawód: Kriminalinspektor w paryskim gestapo
Rodzina: Jürgen i Gertrud Hartmann (rodzice), Franz Hartmann (młodszy brat)
Wzrost: 186cm
Waga: 75kg


Historia

Aby zrozumieć, kim się stałem, musisz wiedzieć skąd się wziąłem. Mieszkałem z rodziną w Wewelsburgu, blisko miasta Büren w okręgu Paderborn. Ojciec był z zawodu maszynistą, matka prowadziła dom. Pamiętam, że zawsze kłócili się o pieniądze. Po pierwszej Wielkiej Wojnie inflacja wymknęła się spod kontroli. Latami zbierane oszczędności nagle stały się nic niewarte. Ojciec zlikwidował dziesięcioletnią polisę ubezpieczeniową i pieniądze z niej nie starczyły nawet na gazetę. Filiżanka kawy kosztowała pięć tysięcy marek. Bochenek chleba dwieście miliardów. Pamiętam, jak w dzień wypłaty biegliśmy z matką do ojca i pędziliśmy do sklepu po towar. Półki często świeciły pustkami. Wtedy wysyłano nas, mnie i Franza, na pola gospodarzy na obrzeżach Wewelsburga, żebyśmy nakradli jabłek z sadu i po kryjomu wykopali trochę ziemniaków. Oczywiście nie wszyscy byli biedni - niektórzy zawczasu zainwestowali w złoto, inni spekulowali tekstyliami, mięsem, mydłem bądź artykułami spożywczymi. Ale większość Niemców klasy średniej, takich jak moja rodzina, znalazła się na skraju nędzy. Pachnąca nowością Republika Weimarska okazała się niewypałem. Moi rodzice pracowali ponad swoje możliwości, odkładali każdą zarobioną monetę – i co im z tego przyszło? Po jednych wyborach przyszły kolejne, ale wszyscy rozkładali bezradnie ręce.

Opowiadam Ci o tym, bo wszyscy zawsze pytają o to samo: jakim cudem? Zaraz Ci powiem. Zdesperowani ludzie łapią się rozwiązań, na które normalnie by się nie zdecydowali. Gdybyś usłyszał od lekarza, że jesteś nieuleczalnie chory, pewnie wyszedłbyś od niego załamany. Ale gdyby ktoś powiedział ci: „A wiesz, mój znajomy też na to chorował i doktor X go wyleczył”, cóż, może to straszny konował, może kasuje dwa miliony dolarów za wizytę, przypuszczam jednak, że zadzwoniłbyś do niego natychmiast. Nieważne, ile masz oleju w głowie, nieważne, że to absurd: za iskierką nadziei pójdziesz jak w dym. NSDAP była światełkiem w tunelu. Nic innego nie poprawiało sytuacji Niemiec, więc dlaczego nie? Obiecali ludziom pracę, zniesienie postanowień traktatu wersalskiego, odzyskanie terenów utraconych po wojnie i przywrócenie krajowi godności.

Zwróć uwagę, że nie powiedziałem jeszcze nic o Żydach. Prawda jest taka, że większość z nas nie znała ani jednego. Lecz mimo to antysemityzm miał się dobrze, na długo zanim Hitler doszedł do władzy. Uczono nas w kościele, że przed dwoma tysiącami lat Żydzi zabili Pana naszego. Wpływało to na sposób, w jaki ich postrzegaliśmy – jako zaradnych inwestorów, którym nie brakowało pieniędzy w trudnych czasach, kiedy inni nie mieli nic. Łatwo było wmówić ludziom, że winę za ciężką sytuację gospodarczą ponoszą Żydzi. Każdy wojskowy Ci powie, że niezawodnym sposobem na zjednoczenie zwaśnionej grupy ludzi jest wskazanie im wspólnego wroga. Dokładnie tak zrobił Hitler, dochodząc do władzy w roku 1933. Jeżeli ludzie nienawidzili Żydów z powodów religijnych czy gospodarczych, chętnie słuchali, bo mieli kolejny powód do nienawiści. I gdy Hitler oznajmił, że największe zagrożenie dla państwa to atak na czystość rasy aryjskiej i trzeba bronić jej za wszelką cenę – raz jeszcze zyskaliśmy powód do dumy. Zagrożenie to uosabiali Żydzi, co rozumiało się samo przez się. Chcieli się asymilować, by podnieść własny status, a tym samym osłabiliby dominację Niemców. My, Niemcy, potrzebowaliśmy przestrzeni życiowej – Lebensraum – aby w pełni móc rozwinąć skrzydła. Nie mieliśmy wyboru: musieliśmy podbijać nowe terytoria i eliminować ludzi, którzy stanowili zagrożenie dla kraju bądź nie byli rodowitymi obywatelami. Do roku 1935, kiedy byłem już młodym mężczyzną, Niemcy opuściły Ligę Narodów. Hitler ogłosił, że musimy odbudować armię, czego zabroniono nam po pierwszej wojnie. W kraju ludzie znów mieli pracę – w fabrykach amunicji, broni i samolotów. Nie zarabiali tyle co dawniej, pracowali dłużej, ale mogli utrzymać rodziny. Tak też do 1939 roku niemiecka Lebensraum objęła Saarę, Nadrenię, Austrię, Kraj Sudecki i Czechy. A gdy Niemcy zajęli Gdańsk, Anglicy i Francuzi wypowiedzieli wojnę.

Opowiem Ci pokrótce, jakim byłem chłopcem. Moi rodzice pragnęli zapewnić dzieciom życie lepsze od tego, które stało się ich udziałem – wierzyli, że droga ku temu prowadzi przez naukę. Wszak ludzie, którzy nie stronili od wiedzy, potrafili lepiej lokować pieniądze, dzięki czemu unikali kłopotów finansowych. Nie byłem zbyt inteligentny, ale rodzice uparli się posłać mnie do świetnego gimnazjum, z którego wiodła prosta droga na uniwersytet. Kiedy się tam znalazłem, wszczynałem bójki i błaznowałem, byle ukryć fakt, że jestem za głupi. Co tydzień wzywano ich do szkoły, bo zawaliłem kolejny sprawdzian albo wdałem się w bijatykę. Szczęściem mieli oni na osłodę mojego brata, Franza. Dwa lata młodszy ode mnie, był pilny i zawsze siedział z nosem w książce. Bazgrał w zeszytach, które chował pod materacem i które podkradałem regularnie, żeby go wyśmiewać. Były pełne obrazków, których nie rozumiałem: topielicy w jesiennym stawie, która odebrała sobie życie z niespełnionej miłości; wygłodniały jeleń grzebiący w śniegu w poszukiwaniu żołędzi; pożar, który wybuchał w duszy i stopniowo ogarniał ciało, łóżko i dom wokół. Franz marzył o studiowaniu poezji w Heidelbergu, a rodzice go dopingowali.

A potem, któregoś dnia, nadeszły zmiany. W gimnazjum ogłoszono konkurs, która klasa pierwsza będzie w stu procentach członkami Hitler-Jugend. W 1934 roku przynależność do HJ jeszcze nie była obowiązkowa. Był to związek na podobieństwo harcerstwa, z tą różnicą, że przysięgaliśmy lojalność Hitlerowi jako jego przyszli żołnierze. Zbieraliśmy się po lekcjach, w weekendy jeździliśmy na biwaki, nosiliśmy mundury na wzór esesmańskich, z runą Sig na klapie. Ja, który całe życie męczyłem się przy biurku, byłem w swoim żywiole. Wiodłem prym w rozgrywkach sportowych. Miałem opinię zabijaki, często jednak tłukłem kogoś na kwaśne jabłko, bo przezywał Franza od Waschlappen. Marzyłem, aby wygrała moja klasa. Nie z powodu szczególnego przywiązania do Führera, po prostu miejscowym przywódcą Kameradschaft był Herr Sollemach, którego córka Inge była najładniejszą dziewczyną, jaką w życiu widziałem. Wyglądała jak Królowa Śniegu, miała srebrzyste włosy i bladoniebieskie oczy, a na dodatek nie wiedziała o moim istnieniu. Stwierdziłem, że nadarza się okazja by to zmienić. Nauczyciel napisał na tablicy nazwiska wszystkich chłopców, kolejno wymazując tych, którzy wstąpili do HJ. Niektórzy zrobili to pod naciskiem rówieśników, niektórym kazali ojcowie. Ale kilkunastu wstąpiło, bo im groziłem, że oberwą. Mój brat odmówił wstąpienie do Hitler-Jugend - był jednym z dwóch chłopców w swojej klasie, którzy tego nie zrobili. Wszyscy wiedzieliśmy, że Arthur Goldman nie wstąpił, bo nie mógł. Kiedy zapytałem Franza, dlaczego brata się z Żydem, odpowiedział, że nie chce, by Arthur czuł się osamotniony. Lecz parę tygodni później Arthur przestał chodzić do szkoły, a ojciec namówił Franza, żeby wstąpił do Hitler-Jugend i znalazł nowych kolegów. Matka kazała mi obiecać, że będę miał na niego oko, powtarzała mi ciągle: „Jest słabszy niż ty.” Bez przerwy się o niego martwiła – że zachoruje, że zgubi się w lesie, że nie dogada się z innymi chłopcami. Ale po raz pierwszy w życiu nie musiała martwić się o mnie.  

Aby wyłonić najsilniejszych, prowadzono Mutproben. Nawet strachliwi chłopcy robili to, co im kazano, bo opinia tchórza wlokła się za człowiekiem jak smród. Pierwszą próbą była wspinaczka po kamiennej ścianie zamku, bez zabezpieczeń. Część starszych chłopców wysunęła się na początek kolejki, ale Franz został z tyłu, a ja razem z nim, pomny przykazań matki. Kiedy jeden z chłopców spadł i złamał nogę, sprawdzian odwołano. Po tygodniu, w ramach próby odwagi, Herr Sollemach założył nam opaski na oczy. Franz, siedzący obok, mocno złapał mnie za rękę.
- Boję się. – szepnął.
- Rób co ci każą. – powiedziałem. – Niedługo będzie po wszystkim.
Ten nowy tok rozumowania – zwalniający, jak na ironię, z samodzielnego myślenia – zdawał się wybawieniem. W gimnazjum byłem głupszy od innych. W Hitler-Jugend podsuwano gotową odpowiedź; geniuszem był ten, kto powtarzał ją słowo w słowo. Siedzieliśmy w sztucznym mroku w oczekiwaniu na polecenia. Herr Sollemach i starsi chłopcy nas pilnowali.
- Baczność! – szarpnięciem poderwano nas do pozycji stojącej. – Pójdziecie do budynku z basenem bez wody, wyrecytujecie przysięgę Hitler-Jugend i skoczycie z trampoliny. – Herr Sollemach urwał. – Jeśli Führer każe wam skoczyć w przepaść, co robicie?
- Skaczemy!
Mieliśmy opaski na oczach, więc nie wiedzieliśmy, który z nas pierwsi wejdą na trampolinę. Przynajmniej do momentu kiedy dłoń brata wyszarpnięto z mojej.
- Reiner! – krzyknął Franz.
Chyba w tamtej chwili myślałem tylko o matce i jej prośbie. Zerwałem z oczu opaskę i biegiem minąłem chłopców, którzy wlekli Franza. I na oślep skoczyłem.
Owinięty chropowatym kocem w przemoczonej odzieży, powiedziałem Herr Sollemachowi, że pozazdrościłem bratu pierwszeństwa w wykazaniu się lojalnością i odwagą. Dlatego wepchnąłem się przed niego w kolejkę. W basenie była woda - niewiele, ale wystarczająco. Zdawałem sobie sprawę, że nie każą nam się zabić, ale ponieważ każdego prowadzono osobno, nie słyszeliśmy plusku. Wiedziałem też, że Franz usłyszy, bo był już prawie na krawędzi basenu. I wtedy skoczy. Ale Herr Sollemach wiedział swoje.
- Trzeba kochać brata. – powiedział. – Lecz nie bardziej niż Führera.

W następną niedzielę zorganizowano w sali gimnastycznej rozgrywki bokserskie. Mieliśmy wyłonić zwycięzcę spośród piętnastu chłopców. Herr Sollemach przyprowadził Ingę i jej koleżanki.
- Führer mówi, że jednostka zdrowa fizycznie, o twardym charakterze, stanowi większą wartość dla völkisch społeczności niż anemiczny intelektualista. – dodał Herr Sollemach. – Czy każdy z was jest zdrową jednostką?
Wszyscy pokiwali głowami.
- Hartmann. – warknął Herr Sollemach, na co Franz i ja podnieśliśmy się z miejsc. Najpierw go to zdziwiło, a potem się uśmiechnął. – O tak, czemu nie? – mruknął. – Obaj na ring.
Popatrzyłem na Franza, na jego wąskie barki, miękki brzuch oraz popłoch w oczach na myśl o tym, czego oczekuje od nas dowódca. Wszedłem na ring, włożyłem wyściełany kask i rękawice bokserskie.
- Uderz mnie. – mruknąłem, mijając go.
Inge grzmotnęła w gong i pobiegła z powrotem do koleżanek.
- Dalej. – ponaglił Herr Sollemach. Pozostali kibicowali, a ja krążyłem wokół Franza z uniesionymi rękami.
- Uderz mnie. – powtórzyłem pod nosem.
- Nie mogę.
- Schwächling! – wrzasnął jeden ze starszych chłopców. – Nie zachowuj się jak baba!
Bez przekonania zamachnąłem się prawą pięścią. Franz stracił dech i zgiął się wpół. Ktoś z tyłu zaczął wiwatować, a brat popatrzył na mnie ze strachem.
- Oddaj! – krzyknąłem. I zacząłem boksować, nie trafiając go.
- Na co czekasz?! – krzyknął Herr Sollemach.
Grzmotnąłem Franza w plecy. Padł na kolano, dziewczęta na trybunie westchnęły. Jednak zaraz się podniósł, cofnął pięść i lewym sierpowym przywalił mi w szczękę. Nie wiem, co mnie zachęciło. Może fakt, że oberwałem, może ten ból. Może dziewczęta, w których chciałem wzbudzić podziw lub zachęcające okrzyki kolegów. Zacząłem go bić, w twarz, w brzuch, w nerki. Raz za razem, rytmicznie, aż rozkwasiłem mu twarz i z pianą w ustach padł na podłogę. Jeden ze starszych chłopców wpadł na ring i uniósł moją rękawicę; wygrałem. Herr Sollemach poklepał mnie po plecach.
- Oto oblicze męstwa! – oświadczył. – Oto przyszłość naszego kraju! Adolf Hitler, Sieg Heil!
Odwzajemniłem pozdrowienie. Wszyscy chłopcy również. Wszyscy, oprócz mojego brata.

Czy wiedziałem, że brutalność jest zła? Już za pierwszym razem, gdy ofiarą padł Franz? Wielokrotnie zadawałem sobie to pytanie i odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: jasne. Tamten dzień był najtrudniejszy, bo mogłem odmówić. Z czasem robiło się coraz łatwiej, wystarczyło bowiem wspomnieć pierwszy raz, kiedy tego nie zrobiłem. Powtórz wielokrotnie ten sam błąd, a w końcu spowszednieje. W końcu poczujesz się czysty jak łza. Chcę Ci tylko powiedzieć, że dotyczy to wszystkich w jednakowym stopniu. To mogłeś być ty. Myślisz sobie: Nigdy. Myślisz: Nie ja. Lecz jesteśmy zdolni do tego, czego się najmniej spodziewamy. Zawsze wiedziałem co robię i komu. Wiedziałem doskonale. Bo w tamtych straszniejszych, wspaniałych chwilach byłem dla wszystkich wzorem do naśladowania.

Nie wiem, czy potrafię wytłumaczyć, jakie to uczucie nagle stanąć na piedestale. Fakt, rodzice nie mieli wiele do powiedzenia o Hitlerze i polityce Niemiec, ale nie kryli dumy, gdy Herr Sollemach stawiał mnie innym chłopcom z naszej Kameradschaft za wzór do naśladowania. Przestali narzekać na moje oceny, bo co weekend wracałem do domu z szarfami i pochwałami od dowódcy. Prawdę powiedziawszy, nie wiem, co rodzicie myśleli o nazizmie. Ojciec nie walczyłby za ojczyznę, nawet gdyby chciał – okulał po wypadku na sankach w dzieciństwie. Jeśli zaś mieli wątpliwości co do wizji Hitlera, doceniali jego optymizm i nadzieję, że nasz kraj odzyska wielkość. To, że stałem się pupilkiem Herr Sollemacha, poprawiło ich pozycję w społeczności. Byli wzorowymi Niemcami, którzy spłodzili wspaniałego chłopca. Żaden wścibski sąsiad nie ośmieliłby się skrytykować ojca za to, że nie zaciągnął się do wojska, skoro miał za syna gwiazdę miejscowej HJ. Co piątek jadłem kolację w domu dowódcy, który z czasem zaczął mnie nazywać synem, jakbym już należał do rodziny. Tuż przed moimi siedemnastymi urodzinami zarekomendował mnie do HJ-Streifendienst. Były to oddziały patrolowe w obrębie Hitler-Jugend. Nasze zadanie polegało na utrzymywaniu porządku w czasie zebrań, zgłaszaniu przejawów nielojalności i denuncjowaniu tych, którzy mówili źle o Hitlerze – bywało, że własnych rodziców. Słyszałem nawet o chłopcu, Walterze Hessie, który oddał swojego ojca w ręce gestapo.

Ciekawe, że naziści nie lubili religii, a jednak to najbliższa analogia, jaką znajduję na opisanie indoktrynacji, której poddawano nas w dzieciństwie. Zorganizowana religia przeszkadzała w służbie Trzeciej Rzeszy, no bo któż mógł służyć w jednakowym stopniu Bogu i Führerowi? Zamiast świąt Bożego Narodzenia obchodziliśmy Przesilenie Zimowe. Ale żadne dziecko tak naprawdę nie wybiera sobie religii; wszystko zależy od tego, czym nasiąknie od kołyski. Jeszcze nie myślisz samodzielnie, kiedy jesteś chrzczony, zabierany do kościoła i pouczany przez księdza, który mówi ci, że Jezus umarł za nasze grzechy, a skoro ojciec i matka przytakują, czy można im nie wierzyć? Podobnie sprawa wyglądała w przypadku Herr Sollemacha i pozostałych, którzy wbijali nam wiedzę do głowy. „To, co jest złe, jest szkodliwe – słyszeliśmy – a to, co dobre, pożyteczne.” Po prostu. Gdy nasi nauczyciele wieszali na tablicy karykaturę Żyda i wskazywali znaki szczególne typowe dla przedstawicieli niższej rasy, wierzyliśmy im na słowo. Przecież byli dorośli, chyba wiedzieli lepiej? Które dziecko nie chce, aby jego kraj był największy i najsilniejszy na świecie?

Gdy udało mi się awansować na funkcję SS-Strurmanna, Herr Sollemach się uradował, lecz matka była zrozpaczona. Martwiła się o mnie, bo wojna nabierała rozpędu, ale martwiła się też o mojego brata, który nadal żył z nosem w książce i utraciłby moje wsparcie. Zorganizowali z ojcem małe przyjęcie w przeddzień mojego wyjazdu do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, do którego miałem wyruszyć jako część SS-Totenkopfverbände. Przyszli nasi znajomi i sąsiedzi. Jeden z nich, Herr Schefft, który pracował dla lokalnej gazety, zrobił zdjęcie, jak zdmuchuję świeczki na czekoladowym torcie upieczonym przez matkę – nadal mam wycinek, który mi przysłała.
Jeden z kolegów ojca zaczął śpiewać na moją cześć: Hoch soll er leben, hoc soll er leben, dreimal hoch! gdy nagle drzwi otworzyły się i do domu wpadł brat mojego kolegi Lukasa, roztrzęsiony z emocji.
- Herr Sollemach każe nam natychmiast przyjść! – zawołał. – Bez mundurów!
To była nowość: zawsze z dumą nosiliśmy nasze mundury. Matce też nie uśmiechało się puścić nas w środku nocy, ale członkowie HJ – w tym ja i Franz – poszli. Pobiegliśmy do środka, gdzie mieliśmy zbiórki i zastaliśmy tam Herr Sollemacha, też po cywilnemu. Przed wejściem stała wojskowa ciężarówka z odkrytą klapą i ławkami w środku. Ze strzępków informacji, które uzyskałem od pozostałych, wynikało, że jakiś niemiecki urzędnik o nazwisku Vom Rath został zamordowany przez polskiego Żyda i sam Führer zarządził konieczność spontanicznego odwetu.
Kiedy ciężarówka zajechała do Paderborn, oddalonego zaledwie parę kilometrów od Wewelsburga, na ulicach roiło się od ludzi uzbrojonych w młotki i siekiery. Udzielono nam ścisłych instrukcji:
1. Nie narażać nieżydowskiego niemieckiego życia lub mienia.
2. Nie rabować żydowskich sklepów i domów, tylko je niszczyć.
3. Cudzoziemcy – w tym Żydzi – nie mają być obiektem przemocy.
Herr Sollemach wcisnął mi do dłoni ciężki szpadel. Pochodnie rozpraszały mrok, powietrze wypełniło się dymem i krzykiem. Brzęk tłuczonego szkła brzmiał nieprzerwanie jak deszcz, a odłamki chrzęściły pod naszymi stopami, kiedy biegliśmy przez miasto, wrzeszcząc ile sił w płucach i tłukąc witryny. Dziwne, że kazano nam niszczyć. Byliśmy dobrymi chłopcami, którzy umieli się zachować i obrywali od matek za zbicie lampy bądź porcelanowej filiżanki. Wychowaliśmy się w biedzie, więc umieliśmy docenić wartość rzeczy materialnych. Ale ten świat pełen dymu i zamieszania stanowił odwieczny dowód na to, że znaleźliśmy się po drugiej stronie lustra. Nic nie było takie jak dawniej, nic nie było tym, czym się zdawało. Dowód lśnił pogruchotany u naszych stóp.

W końcu dobiegliśmy do małego szewskiego warsztatu, w którym byłem kiedyś z ojcem. Podskoczyłem i chwyciwszy rozkołysany szyld, wyrwałem go z zawiasu; zawisł na pojedynczym łańcuchu jak pijany. Rozbiłem witrynę szpadlem i sięgnąłem przed najeżoną szkłem krawędź po buty, kilkanaście par trzewików, półbutów i pantofli, które wrzuciłem w kałużę. Oddziały szturmowe SA wyważały drzwi i wlokły mieszkańców w piżamach i koszulach nocnych na rynek. Ludzie zbijali się w grupki, zasłaniali sobą dzieci. Jednemu ojcu kazano rozebrać się do bielizny i zatańczyć przed żołnierzami. „Kann ich jetzt gehen?” pytał błagalnie, wywijając w kółko. Nie wiem, co mnie do tego skłoniło, ale podszedłem do jego rodziny. Żona, być może na widok moich gładkich policzków i młodzieńczej twarzy, złapała mnie za but. „Bitte – się sollen aufhören” jęczała. Z płaczem szarpała mnie za nogawkę, próbowała chwycić za rękę. Lecz jej gorący oddech i puste słowa napełniły mnie wstrętem. To przyszło naturalnie - odepchnąłem ją kopniakiem. Było tak, jak powiedział Reichführer-SS: Blut ist dicker als Wasser. Prawda była taka, że nie chciałem skrzywdzić tamtej Żydówki. Tak naprawdę wcale o niej nie myślałem. Chroniłem siebie. W tamtej chwili zrozumiałem także, czemu służyła owa noc. Nie przemocy, nie zamieszkom, nie publicznemu upokorzeniu. Chodziło o przekazanie wiadomości, uświadomienie Żydom, że nie mają nad nami, rodowitymi Niemcami, żadnej przewagi – gospodarczej, społecznej ani politycznej.

Kiedy ciężarówka ruszyła z powrotem do Wewelsburga, nastał świt. Chłopcy przysypiali, wsparci jeden o drugiego, w ubraniach migocących od czarodziejskiego pyłu tłuczonego szkła. Herr Sollemach chrapał. Nie spaliśmy tylko ja i Franz.
- Widziałeś go? – spytałem.
- Arthura? – Franz pokręcił głową.
- Może już wyjechał. Słyszałem, że Żydzi masowo opuszczają kraj.
Franz utkwił wzrok w Herr Sollemachu.
- Nienawidzę tego człowieka.
- Cii… - rzuciłem ostrzegawczo. – On słyszy nawet we śnie.
- Arscholch.
- To pewnie też słyszał.
Brat uśmiechnął się blado.
- Denerwujesz się? – zapytał. – Przed wyjazdem?
Tak, denerwowałem się, ale w życiu bym się nie przyznał. Strach był niegodny oficera.
- Wszystko będzie dobrze. – powiedziałem w nadziei, że sam w to uwierzę. Wbiłem mu łokieć pod żebro. – Tylko nie pakuj się w kłopoty, kiedy mnie nie będzie.
- Tylko nie zapominaj, skąd pochodzisz. – odpowiedział Franz.
- Co to miało znaczyć?
Wzruszył ramionami.
- Że nie musisz słuchać tego, co mówią. Albo inaczej: nie musisz w to wierzyć.
- Sęk w tym, że wierzę, Franz. – gdybym mógł wyjaśnić mu, co czuję, może nie odstawałby od reszty na zbiórkach HJ, kiedy wyjadę. Im mniej odstawał, tym rzadziej był szykanowany. – Dziś nie chodziło o to, żeby skrzywdzić Żydów. Ucierpieli przy okazji. Chodziło o zapewnienie nam bezpieczeństwa. Nam, Niemcom.
- Siła nie polega na tłamszeniu słabszych od siebie, Reinerze. To powstrzymanie się od zrobienia czegoś strasznego, do czego jesteś zdolny. – popatrzył na mnie. – Pamiętasz mysz w naszym pokoju przed laty?
Pamiętałem. Pewnej jesiennej nocy, kiedy miałem może dziesięć lat i spałem w pokoju, który z nim dzieliłem, obudził mnie szept. Zobaczyłem, że Franz siedzi na łóżku, karmi serem polną mysz i głaszcze jej futerko. Zaznaczam, że matka bezwzględnie pilnowała porządku. Bez przerwy szorowała podłogę, ścierała kurze i tak dalej. Następnego dnia zobaczyłem, że zmienia pościel, choć nie była jeszcze pora prania.
- Wstrętne myszy. Kiedy robi się zimno, zaraz pchają się do domu. Znalazłam bobki. – zatrzęsła się z odrazy. – Jutro po drodze ze szkoły kupisz pułapki.
Pomyślałem o Franzu.
- Chcesz je zabić?
Spojrzała na mnie dziwnie.
- A cóż innego można robić ze szkodnikami?
Tego samego wieczora przed snem Franz wykradł z kuchni kawałek sera i położył go na prześcieradle.
- Nazwę go Ernst. – powiedział.
- Skąd wiesz, że to nie Erna?
Nie odpowiedział i niebawem usnął. Ja czuwałem. Wkrótce usłyszałem chrobot pazurków na drewnianej podłodze i zobaczyłem jak mysz wspina się po kocu, przywabiona zapachem sera. Chwyciłem ją i z całej siły rzuciłem o ścianę. Hałas obudził Franza, który rozpłakał się na widok martwego Ernsta. Ale to była tylko mysz. Jestem pewien, że nic nie poczuła. Poza tym matka jasno dała do zrozumienia, co się z nimi robi. Ja po prostu wyręczyłem matkę. Ja tylko wypełniałem rozkazy.
- O czym ty mówisz? – zapytałem jednak, marszcząc brwi. Franz napotkał mój wzrok.
- Przecież wiesz. Zabiłeś ją. – dodał. – Wybaczam ci.
- Nie prosiłem o twoje przebaczenie. – odparłem.
- Co nie znaczy, że go nie chciałeś.

Pierwszy człowiek, którego zastrzeliłem, uciekał przede mną. Nie pracowałem już w obozie koncentracyjnym. W sierpniu 1939 roku ekipa z Sachsenhausen otrzymała rozkaz dołączenia do niemieckich oddziałów jako część SS-Totenkopfstandarte. Nadszedł dwudziesty września. Pamiętam, bo tego dnia przypadały urodziny Franza i nie miałem czasu ani sposobności aby do niego napisać. Przed siedmioma dniami wkroczyliśmy do Polski na tyłach armii. Nasza trasa prowadziła z Ostrowa przez Kalisz, Turek, Żuki, Krośniewice, Kłodawę, Przedecz, Włocławek, Bydgoszcz, Wyrzysk, Czarnków i wreszcie Chodzież. Mieliśmy tłumić wszelkie przejawy oporu. Tamtego dnia robiliśmy to, po co nas przysłano – przeszukiwaliśmy podejrzanych: Żydów, Polaków, przedstawicieli lokalnych władz. Towarzyszył mi Urbrecht, młody żołnierz o twarzy gąbczastej jak ciasto i wrażliwym żołądku. Dzień był paskudny, od rana lało. Dużo krzyczeliśmy; bolała mnie głowa, gardło miałem zdarte od powtarzania głupim Polakom, którzy nie rozumieli po niemiecku, aby opuścili swoje domy. Była wśród nich matka z małą córką i nastoletnim synem. Szukaliśmy jej męża, który był jednym z przywódców lokalnej społeczności żydowskiej. Ale w domu nie było już nikogo, tak przynajmniej twierdził Urbrecht. Darłem kobiecie w twarz, wypytując o męża, ale nie odpowiadała. Przemoczona do nitki, padła na kolana i z płaczem pokazywała na dom. Syn na próżno usiłował ją pocieszyć. Szturchnąłem ją w plecy lufą karabinu, ponaglając do pośpiechu, lecz ta dalej klęczała w błocie. Kiedy Urbrecht ją podniósł, chłopiec rzucił się w stronę domu. Nie miałem pojęcia, po co biegnie. Przecież mógł biec po broń, którą przegapił mój towarzysz. Zrobiłem to, co mi kazano: strzeliłem. Chłopiec biegł, a w następnej chwili padł. Zadudnił huk wystrzału, był ogłuszający. Przez chwilę nic nie słyszałem, ale zaraz dotarło do mnie zawodzenie. Przestąpiłem ciało chłopaka i wszedłem do kuchni. Nie wiem, jak ten idiota mógł przeoczyć niemowlę w koszu na bieliznę. Teraz wrzeszczało wniebogłosy. Mów, co chcesz, o bestialstwie SS-TV w czasie inwazji na Polskę, ale oddałem kobiecie jej dziecko, zanim wyruszyliśmy.

Zaczęliśmy od synagog. Nasz dowódca, Standartenführer Nostitz, wyjaśnił nam przebieg Judenaktion, którą mieliśmy przeprowadzić we Włocławku. Przypominała to, co robiliśmy z Herr Sollemachem w Paderborn przed blisko rokiem, ale była zakrojona na większą skalę. Wyłapywaliśmy Żydów i kazaliśmy im szorować wychodki szalami do modlitwy, kopać rowy. Niektórzy żołnierze bili starców, którzy nie nadążali za innymi albo zakłuwali ich bagnetami, a pozostali uwieczniali to na zdjęciach. Kazaliśmy przywódcom religijnym golić brody i rzucaliśmy ich święte księgi w błoto. Mieliśmy dynamit, wysadzaliśmy witryny sklepów żydowskich i dokonywaliśmy setek aresztowań. Przywódców społeczności żydowskich ustawiono rzędem na ulicy i rozstrzeliwano. Panował chaos, zewsząd dochodził dźwięk tłuczonego szkła, lała się woda z pękniętych rur, konie zaprzężone do wozów stawały dęba, krew zabarwiała bruk na czerwono.
Dwa dni po rozpoczęciu Aktion Standartenführer wyznaczył w obrębie batalionu dwie Sturmbanne, które otrzymały specjalne zadanie. Policja i SD sporządziły listy nazwisk intelektualistów i przywódców ruchu oporu w Poznaniu i na Pomorzu. Mieliśmy odszukać i wyeliminować tych ludzi. Czułem się wyróżniony, że wybrano mnie do tego zlecenia, ale dopiero w Bydgoszczy uświadomiłem sobie zakres przedsięwzięcia. Nie chodziło o kartkę z nazwiskami. „Lista” obejmowała osiemset osób. Cała książka. Fakt, nietrudno było ich znaleźć. Polscy nauczyciele, księża, przywódcy różnych organizacji. Niektórzy byli Żydami, wielu nie. Zbierano ich w jednym miejscu. Mała grupa kopała dół – myśleli, że to rów przeciwpancerny, ale potem pierwsza część więźniów stawała na krawędzi i mieliśmy ich rozstrzelać. To zadanie powierzono sześciu spośród nas. Trzech miało celować w głowę, trzech w serce. Padały strzały, wybuchały fajerwerki krwi. I na krawędzi stawali kolejni. Ci z końca wiedzieli, co się dzieje. Przyprowadzeni przez żołnierzy musieli wiedzieć, że stoją w obliczu śmierci. Jednak stali spokojnie, nie próbowali uciec. Nie wiem, czy byli tak bezdennie głupi, czy może nieprawdopodobnie dzielni. Kiedy uniosłem karabin, jakiś młody chłopak utkwił we mnie wzrok. Podniósł rękę i wskazał na siebie. Neunzehn, powiedział po niemiecku. Po pierwszych pięćdziesięciu przestałem patrzeć im w oczy.

W nagrodę za osiągnięcia posłano mnie do SS-Junkerschule Bad Tölz, szkoły dla oficerów. Uczyłem się manewrów i przystępowałem do niezliczonych egzaminów, w których odpadał jeden na trzech kandydatów. Mieliśmy zajęcia strategiczne, naukę orientacji w terenie i czytania map, szkolenia bojowe, ćwiczenia z bronią. Uczyliśmy się o technologiach zbrojeniowych, strzelaliśmy do tarcz i zagłębialiśmy szczegóły funkcjonowania policji i SS. Uczono nas jeżdżenia czołgiem, przetrwania w lesie i mechaniki samochodowej. Wyszlifowano nas na żołnierzy o ponadprzeciętnej wiedzy, determinacji i wytrzymałości. W 1940 roku skończyłem szkołę w stopniu podporucznika Waffen-SS, Untersturmführera. Oddelegowano mnie do Generalnego Gubernatorstwa w Polsce. Dwudziestego czwartego kwietnia 1941 roku uformowano Pierwszą Brygadę Piechoty SS. My tworzyliśmy specjalną jednostkę Waffen-SS, część Kommandostab Reichsführera-SS, i wykorzystywano nas do rozstrzeliwania cywilów. Jako Untersturmführer stałem na czele jednej z piętnastu kampanii tworzących Ósmy Pułk Piechoty SS, znajdujący się w składzie brygady. Podążaliśmy przez północną Ukrainę, z Dubna do Równa i Żytomierza. Robiłem dokładnie to samo, co wcześniej w Polsce – z tą różnicą, że szeregi przywódców żydowskich i więźniów politycznych znacznie się przerzedziły. Mój przełożony, Hauptsturmführer Voelkel, wydał nam rozkaz odszukania wszystkich osób politycznie niepożądanych oraz przedstawicieli niższych ras – Cyganów i Żydów - mężczyzn, kobiety i dzieci. Mieliśmy odbierać im ubrania i kosztowności, zapędzać na otwarte pole i jary na obrzeżach wsi i podbitych miast, a następnie zabijać. Reinigungaktionen przebiegały następująco: Żydzi mieli się stawić na wezwanie – w szkole, w więzieniu lub fabryce – po czym prowadziliśmy ich w wybrane miejsce. Czasem były to naturalne wąwozy, czasem doły wykopane przez samych więźniów. Po tym jak oddali ubrania i cenne rzeczy, kazaliśmy im wchodzić do rowu i kłaść się twarzą w dół. Następnie, jako dowódca, pułku, wydawałem rozkaz. Podoficerowie i ochotnicy, członkowie Waffen-SS, unosili swoje Karabiner 98ks i strzelali więźniom w tył głowy. Potem żołnierze przysypywali trupy ziemią lub wapnem i do rowu zapędzano następną grupę. Chodziłem między ciałami, a tych, którzy się jeszcze ruszali, dobijałem strzałem z pistoletu. Nie zastanawiałem się nad tym, co robię. No bo jak? Miałem się wczuwać w los rozebranych do naga, pędzonych wrzaskiem do kopania dołów, z dziećmi biegnącymi obok? Miałem zgadywać, jakie to uczucie patrzeć na krewnych i znajomych dogorywających na sekundę przed tobą? Kłaść się wśród rozedrganych ciał w oczekiwaniu na swoją kolej? Słyszeć świst kul i czuć na sobie ciężar trupa? Podobne myśli oznaczałyby, że zabijamy ludzi. Nie mogliśmy o nich myśleć jak o ludziach. Bo co by to mówiło o nas?

Po każdej Aktion się upijaliśmy. Topiliśmy w kieliszkach potworny widok ziemi zbroczonej krwią wezbraną jak gejzer w rowie pełnym zwłok. Piliśmy, żeby nie czuć smrodu gówna oblepiającego trupy. Spłukać obraz dziecka, które czasem wypełzało na wierzch stosu – ranne, ale żywe – i biegało wokół dołu, wołając matkę i ojca, póki dla świętego spokoju go nie dobiłem. Niektórym oficerom padało na głowę. Pewien podporucznik, kazał jednemu ze swoich ludzi wstać w środku nocy, wyjść z obozu i strzelić sobie w skroń. Następnego dnia ten podporucznik odmówił – z całą stanowczością – rozstrzelania kogokolwiek. Voelkel wysłał go na front. W lipcu zapowiedziano Aktion na drodze między Równem, a Żytomierzem. Spędzono tam ośmiuset Żydów. Pomimo, że dałem ludziom wyraźne rozkazy co do tego, jak mają postępować i kiedy strzelać, gdy trzecia grupa nagich więźniów stanęła roztrzęsiona na skraju dołu, Schultz, jeden z moich żołnierzy, miał załamanie nerwowe. Odłożył karabin i osunął się na ziemię. Kazałem mu wstać i podnieść broń. „Na co czekacie?” warknąłem do żołnierzy. Tym razem strzeliłem pierwszy. Chciałem dać im przykład. Zrobiłem to w kolejnych trzech turach i choć mundur spływał mi krwią, zacisnąłem zęby. Schultz nie znalazł się w pierwszej linii frontu. SS nie chciała tam nikogo, kto nie czuł się na siłach strzelać.

Pewnego wieczora moi ludzie poszli się zabawić w miejscowej tawernie. Siedziałem pod gwiazdami, wsłuchany w błogą ciszę. Żadnego huku wystrzałów, żadnych zawodzeń, krzyków. Miałem butelkę wódki; po dwóch godzinach prawie świeciło w niej dno. Nie wszedłem do tawerny, dopóki nie wyszli, zataczając się ulicą, wsparci o siebie jak klocki. O tej porze nie spodziewałem się nikogo zastać w środku, ale było tam paru oficerów, a w środku Voelkel przy jednym ze stolików. Przed nim siedziała Ingrid Belzer, sekretarka podróżująca z Hauptsturmführerem. Była znacznie młodsza niż Voelkel i żona, którą zostawił w domu. Do tego kiepsko pisała na maszynie.  Wszyscy w Ósmym Pułku Piechoty SS doskonale wiedzieli, po co została zatrudniona i dlatego Hauptsturmführer potrzebował sekretarki, nawet gdy jego jednostka znajdowała się w trasie. Ingrid miała nieziemsko platynowe włosy, nosiła zbyt mocny makijaż i właśnie szlochała. Na moich oczach Voelkel wepchnął jej do ust lufę pistoletu. Pozostali w barze udawali, że niczego nie widzą, bo woleli nie zadzierać z dowódcą brygady.
- I co? – Voelkel odbezpieczył broń. – Dosyć twardy?
Nie wytrzymałem.
- Co robisz?
Spojrzał na mnie przez ramię.
- A, Hartmann. Wracaj do swoich żołnierzyków.
- Nie staje ci, więc ją zastrzelisz?
Odwrócił się w moją stronę, zaciskając nienawistnie wargi.
- Bo co, ty chcesz mieć całą frajdę?
To było co innego. Żyd to jedno, ale ta dziewczyna była Niemką.
- Nie strzelisz. – powiedziałem spokojnie, chociaż serce biło mi tak, że mało nie eksplodowało. – Obersturmbannführer o wszystkim się dowie.
- Jeśli Obersturmbannführer się dowie – odparł Voelkel – będę wiedział, komu to zawdzięczam, nieprawdaż?
Wyjął Ingrid z ust pistolet i zdzielił ją nim w twarz. Padła na kolana, po czym wstała i wybiegła. Voelkel podszedł do oficerów SS i zaczął z nimi pić. Nagle rozbolała mnie głowa. Nie chciałem być na Ukrainie. Miałem dwadzieścia trzy lata. Chciałem siedzieć w kuchni u matki i jeść domową zupę, chciałem podziwiać dziewczęta spacerujące na wysokich obcasach i całować się z nimi w uliczce za sklepem rzeźnika. Chciałem być młodym człowiekiem, który ma przed sobą całe życie, a nie żołnierzem, który dzień w dzień brodzi we krwi i co wieczór zdrapuje z munduru jej śladu.

Wytoczyłem się z tawerny i dostrzegłm kątem oka jakiś błysk. Była to sekretarka, jej włosy zalśniły w świetle latarni.
- Mój rycerz na białym koniu. – powiedziała.
Przypaliłem jej papierosa.
- Zrobił ci krzywdę?
- Nie bardziej niż zwykle. – wzruszyła ramionami. Drzwi otworzyły się i wyszedł Voelkel. Chwycił ją pod brodę i mocno pocałował w usta.
- Idziemy, najdroższa. – rzucił przymilnie. – Przecież nie będziesz się na mnie gniewać całą noc, prawda?
- W życiu. – odpowiedziała i odwzajemniła pocałunek. Voelkel zerknął na mnie przelotnie, po czym wrócił do środka.
- Nie jest złym człowiekiem. – zapewniła Ingrid.
- To dlatego pozwalasz mu się tak traktować?
Spojrzała mi prosto w oczy.
- Mogłabym cię spytać o to samo.

Następnego dnia zachowywaliśmy się tak, jakby nie doszło między nami do zgrzytu. Nim dotarliśmy do Zwiahela, przestaliśmy używać do Aktion zwykłych karabinów i przerzuciliśmy się na maszynowe. Żołnierze zapędzali do okopów niekończący się tłum Żydów. Tym razem było ich mnóstwo - ponad dwa tysiące. Nie było sensu posypywać piaskiem kolejnych warstw zwłok – kazano ludiom kłaść się na krewnych i znajomych, z których część była jeszcze w agonii. Słyszałem, jak do siebie szepczą, a potem ginęli. W jednej z ostatnich grup znalazła się matka z dzieckiem. Nie było w tym nic niezwykłego, widywałem ich tysiące. Ale ta matka niosła córeczkę i kazała jej nie patrzeć, mieć zamknięte oczy. Położyła małą między dwoma ciałami, jakby układała ją do snu. A potem zaczęła śpiewać. Nie znałem słów, tylko melodię. Była to kołysanka, którą matka śpiewała mnie i bratu, kiedy byliśmy mali, tyle że w innym języku. Nite fargaltn, nuciła Żydówka. Wydałem rozkaz; terkot karabinów zatrząsł ziemią, na której stałem. Dopiero po chwili przestało mi dzwonić w uszach. Wtedy usłyszałem, że dziewczynka nadal śpiewa. Ociekała krwią, a jej głos był cichutki, ale nuty wznosiły się jak bańki mydlane. Podszedłem do rowu i wycelowałem w nią pistolet. Miała twarz wtuloną w matczyne ramię, ale wyczuła moją obecność i podniosła wzrok. Strzeliłem w ciało jej martwej matki. A potem padł strzał i śpiewanie ustało. Voelkel schował pistolet do kabury.
- Naucz się strzelać. – poradził.

Spędziłem trzy miesiące z Pierwszą Brygadą Piechoty SS, prześladowany przez koszmary. Siadałem do śniadania i widziałem w kącie duchy zabitych. Patrzyłem na wypraną odzież i wciąż dostrzegałem plamy od krwi. Wieczorami piłem na umór, gdyż przestrzeń między jawą, a snem była najgorsza do zniesienia. Nawet kiedy rozstrzelano ostatniego Żyda w Zwiahelu i Voelkel pochwalił nas za dobrze wykonaną robotę, w uszach wciąż dźwięczał mi śpiew dziewczynki. Dawno odeszła, zagrzebana pod niezliczonymi warstwami ciał, ale wiatr uniósł melodię ponad gałęziami drzew i znów słyszałem pamiętną kołysankę. Głos dziecka uwiązł w moich uszach, tak jak szum fal więźnie w muszli. Tamtego wieczora wcześnie zacząłem pić, nie zjadłem kolacji. Przed oczami miałem rozkołysany bar; wyobrażałem sobie, że każdy kolejny kieliszek cumuje mnie do krzesła. W końcu zasnąłem na stole, którego nigdy nie wycierano do czysta. Nie wiem, jak długo tam siedziałem, z policzkiem przyciśniętym do blatu, kiedy przyszła Ingrid. Gdy otworzyłem oczy, znajdowała się poziomo i patrzyła na mnie.
- Dobrze się czujesz? – spytała, na co ja podniosłem głowę i kobieta chwiejnie wróciła do pionu. – Zdaje się, że ktoś musi cię odprowadzić do kwatery. – dodała. Następnie pomogła mi wstać, chociaż się wzbraniałem. Gadała jak najęta i próbowała mnie zwlec z baru, zaprowadzić tam, gdzie znajdę się sam na sam ze wspomnieniami. Szarpnąłem się i uwolniłem, co nie było takie trudne, bo byłem od niej znacznie wyższy i silniejszy. Zesztywniała w oczekiwaniu ciosu. Myślała, że jestem taki jak Voelkel. Już samo to rozjaśniło mi w głowie.
- Nie chce wracać do kwatery. – powiedziałem.

Nie pamiętam, jak dotarliśmy do jej pokoju. Szliśmy po schodach, potykałem się o własne nogi. Nie wiem, kto wpadł na to, żebyśmy się rozebrali. Nie wiem, co było dalej. Za to pamiętam doskonale, że obudziłem się z zimną lufą przystawioną do czoła i Voelkel oznajmił, że moja kariera oficerska dobiegła końca.
Dowódca oczywiście mnie nie zabił, ale dopilnował by usunięto mnie z pułku. Po przesłuchaniu dyscyplinarnym wysłano mnie na front wschodni, do Bewährungseinheit. Byłem zdymisjonowanym porucznikiem. Zdegradowano mnie i musiałem się wykazać albo stracić rangę. Zostałem wtedy poważnie ranny. Nie mieliśmy co jeść, pogoda była fatalna i którejś nocy wpadliśmy w zasadzkę Armii Czerwonej. Zasłoniłem sobą dowódcę. Straciłem dużo krwi, mało nie umarłem. Dla Rzeszy był to akt bohaterstwa, a ja po prostu chciałem ze sobą skończyć. Doznałem nieodwracalnego uszkodzenia nerwu w prawej ręce i nie mogłem już utrzymać karabinu. Odesłano mnie z do Wewelsburga, a pod koniec 1941 roku do Francji, gdzie od kilku lat mieszkał mój brat Franz. Dobrze pamiętam - gdy wysiadłem na stacji w Paryżu zawołał do mnie i pomachał ręką. Tyle się opierał służbie dla Rzeszy, a teraz stał z bronią w pełni umundurowany. Musiał usłyszeć zgrzyt moich zębów na swój widok, bo cofnął się o krok i zmrużył oczy. Prawda była taka, że nie pałałem do niego sympatią, lecz gdyby nie on i jego koneksje być może nigdy nie znalazłbym się tu, gdzie jestem. Franz, jak się okazało, wyjechał po studiach do Paryża („miasta sztuki i poezji!” jak to mawiał wiele razy, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Wewelsburgu), gdzie mieszkał i pracował do dziś. Posada w gestapo, mieszkanie w Palais-Bourbon – za wszystko to mógłbym podziękować właśnie jemu. Ale nie podziękowałem.

Jeszcze tego samego dnia mieliśmy przesłuchać mieszkańców jednej z kamienic. Wszyscy dostali polecenia opuszczenia swojego domu i ustawienia się na dole, gdzie czekałem na nich ja dwóch innych żołnierzy.
- Nie zamierzam sterczeć cały dzień w zasranej ulewie, bo jakieś zwierzęta mnie potrafią zastosować się do poleceń. - syknąłem na głos, gdy po dziesięciu minutach czekania na dole zjawiło się zaledwie pięć osób. Wtem, jedna ze stojących przed nami kobiet zadarła podbródek, spoglądając mi w oczy. Była młoda. Miała nie więcej niż siedemnaście lat, wyblakłe czarne włosy i okrągłe błyszczące oczy.
- Ich bin kein Tier. – oznajmiła dobitnie. Spojrzałem na nią spod zmrużonych powiek.
- Da irrist du dich. – warknąłem, strzelając jej z pistoletu w twarz.


Ciekawostki

Znaki szczególne: tatuaż z grupą krwi po wewnętrznej stronie ramienia; uszkodzony nerw w prawej ręce; zazwyczaj obecne w postawie napięcie i wynikająca z niego czujność; niewielka blizna pod lewym okiem
Języki obce: język niemiecki (ojczysty), francuski (uwłaczająco podstawowy, wciąż nabiera wprawy), polski (pojedyncze zwroty)
Mocne strony: wykazuje się ogromną kulturą osobistą; cechuje go upór i konsekwencja w swoich działaniach; liczne treningi stworzyły z niego człowieka silnego i wytrzymałego; mimo maski spokojnej, bezwzględnej osoby jest skłonny do szlachetnych odruchów serca; wychowany w poczuciu obowiązku wymaga tego samego od innych; znakomity strateg; odpowiedzialny i sumienny względem swoich ideałów; próbuje racjonalnie ocenić własne postępowanie
Słabe strony: lecz niewiele wystarcza by zapomniał o swych obawach; jego moralność pozostawia wiele do życzenia; jest obłudnie grzeczny; apodyktyczny; prekursor składania fałszywych obietnic; czasami ciężko spojrzeć mu dalej niż czubek własnego nosa; ma skłonność do wybielania własnych działań; mimo pozornego spokoju miewa niekontrolowane ataki agresji; brakuje mu empatii; niewolnik własnych ambicji; bywa makiaweliczny

x Uszkodzony w trakcie walk nerw i idące za tym okresowe drżenie prawej ręki sprawiło, że wśród współpracowników, a nawet części Francuzów zyskał przydomek Dreszcz, którego z całego serca nienawidzi.
x Rzadko się uśmiecha i cierpi na dosyć poważny brak poczucia humoru.
x Złota rączka; po ojcu odziedziczył talent do majsterkowania i naprawiania wszelkiego rodzaju sprzętów, a ponieważ jego rodzina nie należała do najbogatszych, w domu miał zazwyczaj ręce pełne roboty.
x Ma zaskakująco dobrą odporność i poza kacem alkoholowym, niemalże nigdy nie choruje. Jak to mówią unkraut vergeht nicht.
x Mimo, że w Paryżu unika swojego młodszego brata jak ognia przez całe dzieciństwo czuł się za niego odpowiedzialny i stawał w jego obronie za każdym razem gdy Franz był szykanowany w szkole.
x Chociaż został wychowany w wierze chrześcijańskiej, obecnie jest wobec niej nieco sceptyczny i stoi w moralnej opozycji do Kościoła.
x Kiedy miał 15 lat rodzice kupili mu psa, którego na prośbę młodszego brata nazwał Blume. Obecnie, 9-letnia jamniczka mieszka z Franzem w 18 dzielnicy i jest prawdopodobnie jedyną istotą, która zachowała do Reinera resztki sympatii.

Uwagi do Mistrza Gry

Brak? Cudownie!


Ostatnio zmieniony przez Reiner Hartmann dnia Pon Paź 16, 2017 9:13 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Reiner Hartmann   Wto Paź 17, 2017 11:17 pm


Karta zaakceptowana!





WITAMY NA FORUM!

Życzymy dobrej zabawy i mnóstwa weny na ciekawe fabuły!
Na start otrzymujesz 700 punktów, które już od teraz możesz wydawać w sklepiku na ekwipunek lub przywileje.

Miejsca, które na pewno znasz to Pola Elizejskie - jedna z paryskich oczywistości, obowiązkowa do zobaczenia dla wszystkich przyjezdnych, lecz Tobie nie kojarzy się wyłącznie z kolejną turystyczną atrakcją; podczas pierwszego spaceru wzdłuż kawiarnianych stolików, wśród mundurowego tłumu mignęła Ci swobodna oraz radosna sylwetka brata w otoczeniu niemieckich przyjaciół. Prawdopodobnie więc nieprędko ponownie zawitasz w tamte strony. O wiele lepiej odnajdujesz się w Lasku Bulońskim, cichym parku umieszczonym w sercu żywotnego miasta, gdzie na chwilę spokoju oraz odosobnienia może liczyć nawet niemiecki przybysz.

Jeśli zaś chodzi o nasze postacie NPC - Tobiasa Wolfmeyera miałeś szansę spotkać osobiście, niedługo po przyjeździe do miasta, gdy kontrolował akurat pracę funkcjonariuszy Gestapo. Zimne spojrzenie było jednak jedyną odmianą uwagi, jaką na ten moment Cię obdarzył. Pierre Lécuyer nie jest Ci znany z twarzy czy nazwiska, jednak zdążyłeś już usłyszeć o sławie przywódcy Ruchu Oporu.




Jest coś wygodnego w braku konieczności myślenia i mam wrażenie, że to właśnie pomagało Reinerowi. Wielokrotnie zmuszany do wykraczania poza granice ludzkiej tolerancji, zamykał się w ramach mechanicznych odruchów, pozbawionych głębszego zastanowienia, wykonując rozkazy, które innych kosztowały zdrowie, pnąc się po drabinie wojskowej kariery, w dużej mierze usłanej ludzkimi ciałami. Nie ma jednak sposobu, aby na dobre uciszyć potok refleksji, a przynajmniej nie, gdy tuż obok chęci sięgania po więcej, skrywa się troskę o drugiego, słabszego człowieka.
Kto wie, może to właśnie Franz uratował (i wciąż ratuje?) go przed całkowitym pochłonięciem przez żołnierską obojętność?
Powtórzę się, ale jestem pod wrażeniem riserczu włożonego w stworzenie karty, która jest dopracowana pod każdym względem i absolutnie nie mam do czego się przyczepić. Ciekawa historia, napisana lekkim piórem klawiaturą, a sama postać Reinera przyciąga uwagę i zapewne jeszcze nie raz porządnie namiesza w fabule. Życzę mnóstwa udanych gier, dobrej zabawy oraz dalszych awansów!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Reiner Hartmann   Sro Paź 18, 2017 4:23 am

Akceptuję!

Dla ludzi takich jak Reiner - sumiennych, pozbawionych skrupułów i oddanych obowiązkom - szeregi gestapo zawsze stoją otworem. Nie ulega więc wątpliwości, że nowe rozkazy w nowym miejscu nie powinny stanowić dla niego wyzwania, choć kto wie - Paryż bywa nieprzewidywalny i być może pewnego dnia Reiner zawaha się, zanim pociągnie za spust.
Również muszę pochwalić risercz i niesamowitą dbałość o szczegóły, z Twojej karty da się wyczytać naprawdę wiele! Reiner to okupant z krwi i kości, więc jestem bardzo ciekawa, jak poradzi sobie w fabule. Z przyjemnością akceptuję, leć do gry! <3  

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Reiner Hartmann   Sro Paź 25, 2017 5:46 pm

Karta zawieszona


Karta zawiera w sobie skopiowane fragmenty książki "To, co zostało", autorstwa Jodi Picoult. W konsekwencji postać zostaje zawieszona oraz przesunięta do grupy nieaktywnych.

Administracja forum jakiś czas temu wypowiedziała wojnę osobom plagiatującym czyjeś prace, o czym można przeczytać w Ogłoszeniu nr 31. Po odkryciu plagiatu w karcie Reinera nastąpiła z naszej strony próba kontaktu poprzez prywatną wiadomość. Po 72h bez odzewu, pomimo logowania i odczytania wiadomości, zdecydowałyśmy się podjąć konkretne kroki.
Konsekwencje wyciągane będą z każdego przypadku próby przywłaszczenia sobie cudzej własności intelektualnej, a złodzieje piętnowani publicznie.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Reiner Hartmann   

Powrót do góry Go down
 
Reiner Hartmann
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: poza grą :: Archiwum :: Karty Postaci-
Skocz do: