IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Rue des Misérables


Share | 
 

 Rue des Misérables

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Rue des Misérables   Wto Paź 17, 2017 3:23 am



Rue des Misérables

Miejska legenda głosi, że jeszcze dwie dekady temu rue des Misérables była jedną z wielu malowniczych, cieszących oko uliczek Butte-Montmartre. Okna kamienic zdobiły zadbane kwietniki, a na chodniku od świtu do nocy bawiły się dzieci, których śmiech niósł się echem po całej ulicy. Wraz z upływem czasu dawni lokatorzy zniknęli jednak z rue des Misérables, do ich mieszkań wprowadziła się paryska biedota, a wraz z nią narodziła się ogólna zła sława tego miejsca.
Za dnia mało kto z własnej woli zapuszcza się w te rejony Paryża; mury obskurnych, sypiących się kamienic cuchną i trącą wilgocią, a na chodniku nieustannie zalegają śmieci. Nocami to miejsce bywa jednak zdecydowanie gorsze - bliska obecność piwiarni Le Dome to główna przyczyna pijackich awantur, które regularnie wyrywają mieszkańców ze snu. Jedyną zaletą rue des Misérables może być tylko znikoma obecność okupantów; niemieckie patrole rzadko odwiedzają to obskurne miejsce, pozostawiając je drobnym złodziejom, pijakom i wszelkiemu elementowi.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue des Misérables   Wto Paź 17, 2017 9:57 pm

14 maja

Klienci Le Dome są zabawni, uprzejmi oraz szczerze sympatyczni, a wszystko to z dwóch prostych powodów – są pijani i nie mają innego wyjścia. Odwiedzający piwiarnię mężczyźni, w dużej mierze okupanci, wzbudzają tyle samo zaufania co byli czekiści, więc przynajmniej połowa z nich każdego wieczora pragnie oderwać się od rzeczywistości i zanurzyć w świecie pozbawionym punktów odniesienia. Po czterech kolejkach są jak trzymane w mydlanych bańkach dzieci – turlają ich powiewy wpadającego przez drzwi przeciągu i nie do końca pojmują, co dzieje się dookoła. Grono stałych klientów, rozszerzone o kilka nowych twarzy po kwietniowej Nocy Piwa, dość mocno zapada w pamięć – zwłaszcza, gdy ci zaczynają stereotypowo zwierzać się ze swych problemów barmanowi.
Dzięki odpowiednim proporcjom czasu oraz alkoholu, Fiodor poznał gestapowskiego lekarza; miły facet około pięćdziesiątki, w trakcie rozwodu – żona nie wytrzymała nerwowo tego, że mąż musi być gotowy na każde wezwanie w środku nocy. Prywatnie szaleńczo miły człowiek. Potrzebuje dużo procentów, naprawdę dużo; śpi po dwie godziny na dobę, w dzień normalnie pracuje w szpitalu, nocami w gestapowskich lochach. Są tu też esesmańscy szeregowi, chorąży Luftwaffe, młode prostytutki snujące się między stolikami – wszyscy solidarnie nawaleni jak samoloty, krzykliwi i weseli.
Jest też on.
Po raz trzeci w tym tygodniu – trzykrotnie więcej, niż dotychczas.
Porusza się między drzwiami a wciśniętym w kąt stolikiem miękko i powoli, nie ma tej specyficznej nerwowości, która charakteryzuje innych Francuzów otoczonych przez niemieckich mundurowych. Zawsze zamawia piwo, nigdy go nie dopija – wlewa w siebie cztery łyki, ni mniej, ni więcej, a gdy płaci, ledwie słychać jego głos. I konsekwentnie siada przy tym samym stoliku.
Dlatego jest wyjątkowo podejrzany.  Dlatego tkwi w nim coś sztucznego – jakby tworzył się od zera, strugał jak przedmiot z drewna po to, aby nikt nie poznał prawdziwych zamiarów, dla których zaczął się tu pojawiać. Dlatego Fiodor nie czuje zaskoczenia, kiedy tuż przed ukończeniem zmiany zauważa, że wciśnięty w kąt stolik jest pusty. To mógł być przypadek, zwykły zbieg okoliczności – mógłby, gdyby jakikolwiek radziecki szpieg wierzył w przypadki.
Zmywając z dłoni woń chmielu, spokojnie powtarza w myślach, że ten wieczór jest jak każdy inny, wszystko skończy się tak samo jak zwykle. Wróci do mieszkania. Zje byle jaki posiłek o byle jakim smaku. Pójdzie spać. Wszystko skończy się tak samo. Powtarza to o trzy razy za dużo – dokładnie tyle, ile wynosiła liczba wizyt młodego Francuza.
Kwadrans później opuścił piwiarnię z kołaczącą się z tyłu głowy świadomością, że ma kwadrans, by dotrzeć do mieszkania przed nastaniem godziny policyjnej. Zwykle wystarcza. Zwykle piętnaście minut to dość czasu.
Tyle, że zwykle nie musi kluczyć po uliczkach osiemnastej dzielnicy Paryża – z rue Hermel na rue du Baigneur, później w kolejną z setek wijących się przez to miasto rue, niespiesznie zataczając wokół piwiarni koło. Obserwował go kątem oka, nie patrzył wprost – nie chciał, żeby śledzący się zorientował, że śledzony wie.
I tak zaraz się o tym przekona.
Raz zatrzymał się, udając, że zawiązuje sznurówkę. To wystarczyło, by nabrać pewności; długi cień zatrzymał się tuż za rogiem, niemal nie wypadając zza niego wprost na kucającego Fiodora, który – jakby niczego nie zauważając – ruszył dalej. W prawo. W prawo. W lewo. Znów w prawo, aż do miejsca, gdzie nie powinien przypałętać się żaden patrol.
W końcu pod latarnią zwykle bywa najciemniej.
Na rue des Misérables jest ciemno i głucho, docierają tu wyłącznie przytłumione dźwięki, jak gdyby kilka kilometrów stąd grała hałaśliwa kapela. Spomiędzy zaciągniętych zasłon jednego z okien przebija niemrawe światło. Ludzie tkwią w swoich domach. Czytają. Piją. Biją dzieci. Okładają żony kablami od żelazka. Śpią ciężko i źle – i nie interesują się tym, co rozgrywa się poza ich mieszkaniami. Tymczasem zaledwie kilka metrów niżej, przez brudną, zapuszczoną uliczkę cicho przemyka pierwsza z postaci późnowieczornego spektaklu – lekko zgarbiona, niepokojąco bezszelestna sylwetka znika w załomie najbliższej bramy, przywierając do wiecznie chłodnego muru plecami. Sekundę później wstrzymuje oddech, doskonale wiedząc, że w tej chwili nie potrzebuje innej broni niż zaskoczenie. Plus własnych rąk, palców i siły.
W zalegającej nad okolicą ciszy Fiodor natychmiast usłyszał zbliżające się kroki – ostrożne, ciche, ledwie uchwytne.
Złapał się na tym, że się uśmiecha. Miło było mieć wroga. Mieć cel. Mieć poczucie obowiązku – coś takiego wypełnia ziejącą we wnętrzu pustkę, choćby chwilowo.
Kiedy drugi z cieni wynurzył się zza rogu, pięść Fiodora już wybiegała mu na spotkanie.
I trafiła.
Zawsze trafiała – najlepszym potwierdzeniem był cichy chrzęst, z jakim palce zderzyły się z zębami, raczej ich nie wybijając, jedynie dotkliwie zacieśniając więzy między szkliwem a ustami.
Kwestia zaskoczenia załatwiona.
Ważne że zadziałało – pogrążona w mroku sylwetka zatoczyła się do tyłu, dzięki czemu Fiodor mógł natrzeć z bliska i zadać kolejny cios, tym razem w lewe oko, aż głowa pechowego prześladowcy odskoczyła na bok. Ten chyba próbował się bronić, był jednak oszołomiony i zbyt wolny; Chirjakow w jednym, oszczędnym ruchu złapał go za przegub dłoni, łokciem odrzucając głowę Francuza w tył – trafił w gardło, ledwie milimetry od krtani.
Kwestia wołania o pomoc załatwiona.
Zanim ciszę w uliczce przerwało choćby jedno, stłumione przekleństwo, Fiodor wyrżnął swój nowy, ulubiony cel w brzuch, zmuszając śledzącego do zgięcia się wpół – akurat na wysokość dłoni, która zacisnęła się na gardle, stanowczo ciskając oszołomione ciało na ścianę.
Kwestia dominacji załatwiona.
Patrzcie, patrzcie... – w cichym tonie nie słychać było złości – jeszcze nie; tkwił tam jedynie lekko przyspieszony oddech, ledwie słyszalna chrypka i cień pozbawionego wesołości rozbawienia. – Jakiś cień mi się przyplątał.
Zacisnął palce mocniej, poświęcając trzy cenne sekundy na obrzucenie uliczki prędkim spojrzeniem – wciąż pozostawała cicha i apatyczna, jak gdyby niejednokrotnie była świadkiem podobnych scen. Dopiero po chwili ponownie skierował wzrok na twarz nowego kompana, ale panujący pod ścianą mrok pozwalał na potwierdzenie zaledwie dwóch domysłów: mężczyzna był Francuzem z piwiarni.
I właśnie się dusił, nadal przyciskany do muru przez pobladłe w knykciach palce Fiodora, które zacisnęły się na jego krtani.
Co, ciężko się oddycha? – niechętnie poluźnił uścisk dłoni, nawet w mizernym, rozmytym świetle dostrzegając cztery blade pręgi, jakie zostawiły po sobie wbijające się w szyję palce. Za kilka minut ściemnieją. Za kilkanaście pozornie znikną. Za godzinę przeobrażą się w ciemnofioletowe, lekko opuchnięte siniaki. – Śledzisz mnie dla kogoś czy dla rozrywki? – dopiero teraz poczuł wzbierającą w piersi wściekłość. Gorącą i niepohamowaną. Niebezpieczną i znajomą. Jak wytęskniony pocałunek dawnej kochanki.
A sądził, że ten dzień nie może być lepszy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue des Misérables   Pią Lis 03, 2017 10:15 am

Popełniasz błąd, mamrotało niemrawo echo jego kroków, kiedy coraz szybciej i szybciej zbliżał się do skąpanego w złotawym świetle wnętrza Le Dome. Popełniasz olbrzymi błąd, wtórował im gorzki smak piwa, który wdarł się do ust już z pierwszym łykiem i miał zamieszkać w nich aż do jutrzejszego poranka. Olbrzymi, głupi błąd, dodał nieśmiało niemal pełny kufel, gdy Svein odstawił go na blat stolika, starając się powstrzymać wzrok, który co jakiś czas powracał w stronę barmana.
A za błędy trzeba płacić.
W pierwszej chwili chciał po prostu odejść, ale myśl – jarząca się jasno jak czerwony punkcik zapalonego papierosa – że ten mężczyzna może być kimś więcej (bo widziałeś go w Chinatown, w bibliotece, w miejscach, gdzie zawsze zachowywał się ostrożnie, zawsze dokładnie rozglądał, zawsze był czujny) miała hipnotyczną moc, niczym wabik drapieżnej ryby z samych głębin oceanu. Było w nim coś nieuchwytnego; coś, co nie pasowało do utartego schematu przeciętnego paryżanina (bo słyszałeś, jak mówi po francusku z lekkim akcentem, a po niemiecku znacznie płynniej), coś, co raz za razem splatało ich ścieżki, w końcu sprowadzając Sveina do tego miejsca. Raz, później drugi, w końcu trzeci. Trzeci – właśnie wtedy, gdy miał nadejść czas na odwrót, porzucenie obserwacji i przyznanie, że w barmanie nie ma niczego nadzwyczajnego, wszystko musiało się spieprzyć. W ostatniej chwili. Zupełnie tak, jakby sam szatan czekał i patrzył, i wypatrywał okazji, aż wreszcie mógł powiedzieć: teraz!, by spektakularnie wkroczyć do akcji.
Gdy opuszczał Le Dome, biedniejszy o kilka marek i bogatszy o gorzkawy posmak w ustach (alkohol czy strach?), towarzyszyły mu złe przeczucia. Złe, zaciekłe, nieznośne niczym obrażony nastolatek przeczucia, które wdarły się do płuc wraz z krótkim oddechem, pojawiły spowite tym dusznym, nieprzyjemnym lękiem (jaki kolor ma strach, Svein? Powinieneś zapytać Nilsa, kiedy tylko wrócisz do domu. Jeśli wrócisz), gniewne i surowe. To one wcisnęły jego ciało w głąb mroku, gdzie czekał, aż barman opuści piwiarnię; to one wisiały nad nim jak gilotyna, gdy stawiał pierwsze kroki w ślad za pogrążoną w półcieniu, lekko przygarbioną sylwetką; to one wybuchły z hukiem, klekotem i świstem bitewnego starcia, kiedy śledzony zatrzymał się za jednym z zakrętów, by zasznurować buta, a niespełna kilkadziesiąt metrów później zniknąć zupełnie.
To one ostrzegały Sveina, by odpuścił, póki jeszcze może – ale, oczywiście, nie mógł tego zrobić.
Chyba próbował coś sobie udowodnić. Sobie, Hannesowi, całemu miastu, połowie Norwegii.
Chyba był gotów zrobić wszystko, by upewnić się, że przeczucie go nie myliło (lub wręcz przeciwnie – że myliło kompletnie).
Chyba dlatego był tak nieostrożny, kiedy skręcił w wyjątkowo obskurną uliczkę, rozpoznając w niej wszystkie, niezbędne dla obskurnych uliczek symptomy: zakątki, do których nie dociera blade światło gwiazd, popękany bruk, poznaczone zębami czasu połacie murów, budynki przycupnięte niczym marznący kociak. Nie miał żadnych wątpliwości – znalazł się w miejscu, gdzie wszystko zaczyna się komplikować. Opatrzność nakreśliła palcem na wyszczerbionym murze: uważaj, odtąd zrobi się naprawdę nieprzyjemnie, a oddech zamarł w płucach, najwyraźniej pragnąc, by nogi również przestały się poruszać – dokładnie w pół kroku od prywatnego, spersonalizowanego piekła.
Nie, pomyślał Svein z zadziwiającym spokojem, kiedy w mroku w końcu dostrzegł jakikolwiek ruch. Nie, cholera, tylko nie to, dodał naprędce spanikowany umysł, gdy coś twardego, rozpędzonego i złaknionego krwi zderzyło się z zębami Norwega, natychmiast wypełniając metalicznym posmakiem krwi. Znowu? zapytał sam siebie z rezygnacją, przez ułamek sekundy czując się tak, jakby ponownie znalazł się w Oslo, on przeciwko dwóm Niemcom, on bez broni, oni wyposażeni po zęby. Wtedy też czuł się jak worek treningowy, przyjmując w milczeniu kolejne ciosy – pewnie dlatego łatwiej było mu zaakceptować następne uderzenie, tym razem w oko, przez które postawił chwiejny krok do tyłu, a później jeszcze jedno, w gardło. Kiedy Sveinowi zabrakło tchu, a powietrze nie mogło przedrzeć się do płuc, w głowie – niczym suchy, jałowy kurz – zawirowała mu myśl, że w przeciwieństwie do Niemców, ten człowiek wie, gdzie uderzać. Nie bije na oślep dla samego faktu bicia. Nie zdaje się na przypadek i szczęśliwy traf. Nie jest nawet wściekły – jest metodyczny.
I chyba za moment popełni morderstwo.
Przy ciosie w brzuch z twarzy Sveina odpłynęła krew; zrobił się biały jak prześcieradło przez ból, dezorientację, strach i świadomość, że to ostatnie sekundy jego życia. Wciąż czuł w ustach słonawy, żelazisty smak krwi. Bolało go gardło, zamknięte w żelaznym uścisku palców, a w głowie miał pełno wrzącej wody, w której, niczym rybki w sadzawce, pływały poszarpane fragmenty świadomości. Słowa leżały gdzieś na samym dnie, pokryte grubą warstwą mułu. Walczył przez chwilę o jeszcze jeden oddech, lecz zdołał zaczerpnąć tylko kolejną dawkę bólu – ciemność powoli zaczęła wlewać mu się do płuc i najpewniej zabrałaby świadomość, gdyby barman nie poluźnił uścisku.
Svein nigdy w życiu nie czuł się tak bezbronny.
Tak bezużyteczny.
Żałosne. On był żałosny – żałosny z płynącą z nosa strużką krwi, która dotarła do górnej wargi, znacząc przebytą drogę równym, czerwonym śladem; żałosny z palcami zaciśniętymi na stalowej dłoni barmana, jak gdyby mógł w ten sposób poluźnić jego uścisk; żałosny z własnym spojrzeniem: ani przerażonym, ani przepełnionym bólem (do strachu i bólu można przywyknąć) – jedynie smutnym (ale do smutku nigdy). Nawet usta, w których kącikach zakołysały się rubinowe kropelki krwi, opadły w dół niżej, niżej, jeszcze niżej, jakby ciągnięte przez coraz gęstsze poczucie porażki i bezradności.
Żałował podjętego ryzyka. Potępiał własną nieostrożność. Chciał wrócić do domu.
Ale nie zamierzał prosić o łaskę – ani teraz, ani nigdy.
- Nie pochlebiaj sobie – słowa, obrzydliwie chropowate i gęste, z trudem przedarły się przez gardło niczym rój rozwścieczonych szerszeni. Powtarzał sobie, że żaden z ciosów nie zostawił poważnych ran – na duszy i sercu nosił o wiele gorsze. To nic takiego, mamrotał w myślach, po prostu trochę krwi, zadrapań, siniaków, przykrych, ale niezbyt groźnych zapuchnięć i stłuczeń.Żadne z ciebie źródło rozrywki – nie popisał się szczególnym rozsądkiem; może powinien błagać o łaskę, wołać o pomoc lub milczeć całkowicie, zamiast prowokować mężczyznę – zdecydowanie nie barmana – do kolejnych ataków. Do wcześniejszej, powtarzanej w myślach mantry dodał coś o tym, że powinien, do cholery, wziąć się w garść, bo odbite nerki czy pęknięte żebra są znacznie poważniejszymi obrażeniami, które, nieleczone i nieopatrzone, mogą nawet doprowadzić organizm do śmierci, ale nic nie pomagało. Wciąż uparcie brnął w bolesny absurd.
- Zawsze zaczynasz rozmowę od pobicia?
Wciąż płynąca z ust krew była w tym wszystkim najgorsza. Bo odbierała nadzieję. Dominowała umysł. Wmawiała mu, że jest niczym więcej, jak tylko kawałkiem mięsa, na którym można ćwiczyć prawy sierpowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue des Misérables   Pon Lis 06, 2017 11:20 pm

Księżyc jest jedynym źródłem świata – bardzo skąpym, bardzo oszczędnym, bardzo niedocenianym – i uwypukla wszystko, co dotychczas pozostawało poza zasięgiem wzroku, skryte w zaułkowych cieniach i półmrokach niedopowiedzeń. Obnaża prawdę, która, już po prześwietleniu przez srebrne, delikatne nicie bladej poświaty, wydaje się czymś oczywistym. Czymś, czego można było domyślić się kilkakrotnie, choćby tylko dzisiejszej nocy, choćby przez ostatni kwadrans. Czymś, co nie jest tajemnicą, dla której warto przyjmować bolesne, zakrawające o bezwzględność ciosy. Czymś, co zamyka się w jednym, prostym stwierdzeniu.
Fiodor nigdy nie należał do osób szczególnie cierpliwych.
Ani wyrozumiałych – zwłaszcza wyrozumiałych.
Wiedziony instynktem – jakże wygodna wymówka dla nieuzasadnionego pokazu siły oraz zaślepionej brutalności – nie zastanawia się nad słusznością własnych wyborów. Nie namyśla, bowiem namysł jest luksusem, na który nie można sobie pozwolić, gdy ktoś – i choć domyślasz się, kto dokładnie, pewien procent niepewności rzuca na przebieg spraw długi, mroczny cień – podąża twoim śladem na ledwie kilkanaście minut przed nastaniem godziny policyjnej. Namysł w takich momentach jest niezdrowy. Namysł jest zbędny.
Liczy się tylko działanie – to z kolei sprowadzone zostało do kilku wyważonych, dokładnie wymierzonych ciosów, które ukróciły nieudolne próby śledzenia i w niewerbalny, dosadny sposób zażądały wyjaśnień. Nie było w tym wysiłku, choćby jego wyblakłego śladu: kiedy walczysz o własne życie (bo w okupowanym Paryżu każdy dzień jest taką walką, bo śledzący mógł być uzbrojony, bo może to zasadzka), nie zastanawiasz się nad konsekwencjami – te są przywilejem przyszłości, w tych czasach równie niepewnej, co nieudolna obrona piwiarnianego prześladowcy. Gdy mężczyzna – Fiodor dopiero teraz nabrał stuprocentowej pewności, z kim ma do czynienia i że nie może być mowy o felernej, popełnionej po zmroku pomyłce – uderzył całym ciałem o brudny, tłusty bruk (nawet on, zaciskający palce na jego gardle, poczuł echo starcia pleców z zimnym murem), trudno było spodziewać się, że zechce sprowokować kolejne ciosy.
Zwłaszcza, iż dwa takie uderzenia – jedno w żołądek, drugie w krtań – i byłoby nie tylko po walce, ale również po nim, z czego Francuz najwyraźniej nie do końca zdawał sobie sprawę. Krew, lśniąca słabo w bladej poświacie, powolutku płynęła mu z nosa, znacząc przebytą dróżkę ciemnymi, lepkimi smugami – i to właśnie ona, nie ponownie zaciskające się na jego gardle palce, powinna ostudzić zapał, jakim podszyte były fałszywie pewne siebie słowa.
Czasami zaczynam, czasami kończę. Masz szczęście, trafiłeś na obie możliwości – dłoń, wciąż oplatająca szyję, nie poluźniła uścisku nawet wtedy, gdy jej prawa siostra niespiesznie powędrowała do tylnej kieszeni spodni, ledwie kilka sekund później unosząc się na wysokość oczu przyciskanego do ściany mężczyzny – tym razem w księżycowej poświacie, poza krwią, zalśniło ostrze. Niezbyt długie.
Za to wystarczająco ostre, by naruszyć skórę i paskudnie zranić.
No więc, jak będzie? - ręka przesunęła się niżej w niespiesznym, stonowany ruchu kogoś, kto sprawuje niepodzielną władzę nad – jakkolwiek by nie spojrzeć – paskudną sytuacją; opuszczony scyzoryk obrócił się między palcami – raz, drugi, trzeci, jak długopis w rękach znudzonego uczniaka – aby w końcu zastygnąć w bezruchu wraz z wbiciem czubka ostrza we francuskie udo. Póki co lekko, lecz każda próba wyrwania się mogła doprowadzić do drastycznej zmiany stanu rzeczy. – Myślisz, że nikomu jeszcze nie obciąłem kutasa?
Uniósł kąciki ust w marnej imitacji sympatycznego uśmiechu, nawet na dziesiętną część sekundy nie odrywając spojrzenia od twarzy mężczyzny. Fiodor najwyraźniej zapamiętywał każdy, najdrobniejszy szczegół, każdy pieprzyk, każdy cień pierwszej zmarszczki, każdą bliznę po zdrapanym w dzieciństwie strupku. Nie powinien zwlekać – wystarczyło, by zrobił to, co zrobić musiał, a później odszedł w swoją stronę, nawet nie oglądając się przez ramię na leżące w uliczce ciało; nieistotne czy żywe, czy na samej granicy smutnej, samotnej śmierci. Być może powinien postąpić w ten sposób: odnaleźć ostrzem tętnicę i jednym, płynnym ruchem zakończyć sprawę. Tak byłoby najlepiej. Najbezpieczniej. Najwygodniej.
Daj mi powód, dla którego miałbym tego nie zrobić.
Bo w tej chwili – bardzo cichej, odrealnionej, cuchnącej zapomnianą przez cały świat uliczką chwili – nie potrafił znaleźć żadnego argumentu przemawiającego za polubownym potraktowaniem sprawy. Wiedział za to, że nie powinien zostawać tego człowieka przy życiu; doświadczenie podszeptywało Fiodorowi, iż litość zawsze jest błędem.
A jednak dzisiejszego wieczora najwyraźniej był w miłosiernym nastroju – choćby dlatego, że wciąż ciągnął tę farsę, spodziewając się odpowiedzi. Jakichkolwiek odpowiedzi. Odpowiedzi, które odwiodłyby go od definitywnego zakończenia pertraktacji. Odpowiedzi o tyle istotniejszych, że mogłyby rozwiać niejasne podejrzenie, iż ktoś – myśli na krótką, nieznośnie wymykającą się zdrowemu rozsądkowi chwilę powędrowały ku niedorzecznie drobnej sylwetce potrafiącej pomieścić w sobie cały ocean histerii – Fiodora wydał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue des Misérables   Pią Lis 10, 2017 1:39 am



Godzina policyjna była tuż, tuż, a on nawet nie znajdował się w pobliżu swojego mieszkania. Poszukiwania napisanego mu na kartce koślawym pismem adresu wcale nie było takie proste, jak się spodziewał. Trafił na obrzeża Paryża, na sam kraniec Butte-Montmartre, tylko po to, by dowiedzieć się, że krawiec, którego poszukuje, został aresztowany przez Niemców kilka dni wcześniej i od tej pory nikt go nie widział. Czyli prawie czterdzieści minut błądzenia po idiotycznie splątanych uliczkach poszło zupełnie na marne, bo najwyraźniej któryś z uroczych Francuzów doniósł na sąsiada.
Brzmiało znajomo.
Oprócz wyklinania pod nosem zarówno na donosiciela, samego krawca, jak i Fiodora, nie mógł zrobić nic więcej poza nerwowym wyciągnięciem papierosa z wymiętej paczki i ruszeniem w długą drogę powrotną. Skoro ten plan nie wypalił to nie miał pojęcia, jak miał rozwiązać problem braku niemieckiego munduru, a termin imprezy u Abetza wcale się nie oddał; stawał się nieznośnie coraz bardziej wyraźny, gryzł go i drażnił coraz bardziej, ale jednocześnie sprawiał, że czuł coraz większe zdenerwowanie. Musiał coś wymyślić. Nie po to Gogol dał im to urządzenie do podsłuchu, żeby tylko się na nie nagapili. Przegapienie takiej okazji, jaką był wieczór u ambasadora, zwłaszcza kiedy Katya miała już na niego zaproszenia, byłoby po prostu… bardzo niemile widziane. Głupio byłoby nie pójść z powodu braku munduru. Jednak z drugiej strony, własnoręczne zorganizowanie sobie munduru esesmana to naprawdę nie byle co i rzecz, którą załatwia się od ręki.
Westchnął ciężko, kopiąc leżący na chodniku kamień. Ten posłusznie potoczył się parę metrów po jezdni, by ostatecznie zatrzymać się tuż przy oponie stojącego przy krawężniku samochodu, ale to wcale nie sprawiło, że poczuł się lepiej.
Może powinien pójść się napić? Znał przecież miejsca, gdzie można było spotkać ludzi, z którymi można wypić wódkę i pogadać niezależnie od godziny. Problem w tym, że były one cholernie nie po drodze. A co było po drodze? „Le Dome” było po drodze, ale Fiodor nie byłby specjalnie zachwycony, gdyby pojawił się w miejscu jego pracy. Chociaż zawsze można było sprawdzić, czy może akurat dzisiaj go tam nie ma. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, czy coś takiego. Współpracownicy Chirjakowa średnio go kojarzyli po jednym wieczorze wspólnej pracy, a nawet jeśli, to pewnie mu o tym nie powiedzą. Może? Najprawdopodobniej, po co mieliby to robić, sami mają pewnie ważniejsze sprawy na głowie. Jak chociażby skakanie naokoło goszczących w „Le Dome” okupantów.
Przeczesał włosy niedbałym ruchem ręki, po raz ostatni zaciągając się papierosem, zanim rzucił niedopałek na ziemię. Stwierdził, że wypadałoby przyspieszyć kroku, jeśli chciałby rzeczywiście zrealizować swój plan na wieczór – nie miał przy sobie zegarka, nie mijał też żadnego kościoła, a o tym, że powinien się pospieszyć, sugerowali mu ludzie, co chwilę znikający w bramach kamienic. Godzina policyjna naprawdę musiała być już niedługo. Wydłużył więc krok, wsuwając ręce w kieszenie, jednocześnie odchylając nieco głowę do tyłu. W zamierającym na noc Paryżu było coś niewłaściwego, jakby ten fakt wcale nie powinien miejsca. Grigoriy odnosił wrażenie, że przed wojną stolica Francji nocą była równie pełna życia, co za dnia; że więcej w niej było beztroski, że ten duch zabawy był bardziej obecny, że królowała swoboda nie tylko odnośnie chęci zabawy, ale też wśród obyczajów ludzi. Teraz, po godzinie policyjnej, dobrze mogli się bawić jedynie Niemcy. Paryżanom nie wolno nawet było urządzać kameralnych, ale jednak głośnych spotkań towarzyskich, szerzej znanych jako zwykłych popijaw. Zresztą, nawet gdyby mogli, to aktualnie chyba i niespecjalnie mieli za co imprezować. Uroki życia w okupowanym państwie.
Zaobserwował, że gasło coraz więcej świateł w mieszkaniach, co było najlepszym dowodem na to, że godzina policyjna nie tylko się zbliża, ale właśnie nastaje. Wszystko wskazywało na to, że napić się będzie mógł co najwyżej sam, a to i tak dopiero po tym, jak zakradnie się bocznymi uliczkami do własnego mieszkania. I po co mu to wszystko było?
Westchnąłby ciężko jeszcze raz, gdyby nie fakt, że w oddali zauważył sylwetkę, której sposób chodzenia poznałby wszędzie – oto szedł i Fiodor. Zniknął zaraz w jednej z uliczek, a niedługo w ślad za nim ruszyła jeszcze jedna postać, której jednak Grisha z tej odległości nie rozpoznał. Byli razem czy to tylko zwykły przechodzień? A może jakiś informator? Zaczęło go bardzo kusić, żeby Chirjakowa dogonić i zgadać. Sam nie do końca wiedział dlaczego: z chęci pogadania z kimś, niekoniecznie pogadania, a po prostu towarzystwa, czy może najzwyczajniej w świecie miał ochotę podnieść mu ciśnienie? Czasami nic nie bawiło go bardziej, od śledzenia myśli mężczyzny, w których – Grisha był tego pewien – przewijają się kolejne scenariusze jego, Lykova, smutnej i nagłej śmierci. Czego i tak nie mógł spełnić i to było w tym wszystkim najlepsze.
Ale z drugiej strony denerwowanie a doprowadzanie do szewskiej pasji to dwie zupełnie różne rzeczy. Grigoriy przypuszczał, że doprowadzony do szewskiej pasji Fiodor naprawdę mógłby go zabić, dlatego wolał raczej balansować na granicy jego poirytowania i złości – tak zwyczajnie było bezpieczniej.
I właściwie doszedł do wniosku, że jednak miałby ochotę na spotkanie z Chirjakowem. A przynajmniej miałby ochotę sprawdzić, z kim takim to mógł się umówić i o czym rozmawiają. Każda informacja była w cenie.
Do uliczki zbliżył się na tyle szybko, że udało mu się wychwycił odgłosy zwykłej bijatyki, a nie przyciszonej rozmowy. Coraz bardziej zaintrygowany, na ugiętych kolanach zbliżył się do rogu budynku akurat w momencie, w którym przygwożdżony przez Fiodora do ściany delikwent chrapliwie – i wyjątkowo głupio – mu pyskował.
Czy mu się wydawało, czy skądś zna ten chropowaty głos? Bezszelestnie wszedł w uliczkę, dokładnie na jej drugą stronę, za plecami swojego szanownego przełożonego i jego ofiary, bo nagle fakt sprawdzenia, kim ta ofiara była, wydał mu się bardzo ważny.
Za nic w świecie nie sądził jednak, że idiotą, który podpadł Chirjakowowi był Challes Thénard. Nie było mowy o pomyłce, swój stan trzeźwości mógł określić jako nienaruszony, dlatego jakiekolwiek omamy wzrokowe musiał wykluczyć. Blada poświata księżycowego nieba faktycznie padała na twarz Thénarda we własnej osobie. Grisha niemal natychmiast odczuł wzbierający się w nim gniew, oburzenie i chłodną pogardę jednocześnie. Te trzy odczucia mieszały się w nim tak idealnie, że niemal cieszył się, że Challes natknął się na Fiodora, który z pewnością pokaże mu, gdzie jest jego miejsce. Zmrużył oczy i ukrył się w najciemniejszym, ale jak najbliższym napotkanej dwójki zakątku rue des Misérables. Pragnął pozostać jedynie obserwatorem, nie chciał się wtrącać. Jakaś podstępna, mściwa część niego bardzo chciała zobaczyć, jak Chirjakow rozwala blondynowi nos. Negatywne emocje na powrót rozszalały się w jego żyłach, napełniając go dziwnym rodzajem siły i chęci czyjejś destrukcji. A właściwie chęci destrukcji bardzo konkretnej osoby, zwłaszcza, że czuł się o wiele lepiej, kiedy go nie widział o nie musiał poświęcać mu w swoich myślach ani chwili.
Jednak im dłużej stał w ciemnościach, tym bardziej jego oczy przyzwyczajały się do mroku, a co za tym idzie – lepiej widział. I zaczął dostrzegać znacznie więcej szczegółów niż do tej pory. Oprócz niebezpiecznie ożywionego Fiodora, zauważył też oczy Thénarda, a konkretniej ich wyraz, który sprawił, że w żołądku Grishy coś się zwinęło.
Były smutne.
Nie widział w nich złości, żadnego buntu, zacietrzewienia, czy głębokiej pogardy – nie, Challes patrzył na Chirjakowa z głębokim smutkiem, niemal rezygnacją, choć podszytą czymś nieustępliwym. Grigoriy znieruchomiał już całkowicie, czując, jak w magiczny sposób większość jego negatywnych emocji zostaje odessana, a zastąpione zostały niepewnością. Bo nagle Grisha już wcale nie jest taki pewny tego, że chce krzywdy Challesa. Nagle zaczyna dostrzegać, że jego spotkanie z Fiodorem może zakończyć się naprawdę źle, a on przecież tego nie chce. Że mimo wszystko wolałby, że Thénard odszedł stamtąd cało – może ze złamanym nosem, ale niczym poważniejszym, żeby obyło się bez wizyt u lekarza i większego c i e r p i e n i a. Bo Grigoriy, zupełnie wbrew sobie, wie, że nie chciałby zobaczyć skrzywdzonego Challesa, nie znowu, nie przy nim. Nie, kiedy może temu zapobiec.
Krzyżujące się ze sobą rozmaite emocje sprawiły, że miał mętlik w głowie, nie wiedział, czy bardziej brzydził się bliskiej obecności Francuza, czy jej – o zgrozo – chciał, czy może pragnął być z dala od tego miejsca, czy czuł, że właśnie tutaj powinien się znajdować, ale jedna myśl zaczęła się wysuwać przed wszystkie inne: Thénardowi należało pomóc. Niezależnie od ich prywatnych relacji, nikomu nie życzył ciężkiego pobicia, a może nawet i śmierci ze strony Fiodora. Challes może i był głupi, ale samotna śmierć w uliczce nie jest losem, na który by go świadomie skazał. Mimo wszystko.
Kolekcjonujesz męskie przyrodzenia, mon ami? – cicho wysunął się z mroku i zbliżył do stojącej pod ścianą dwójki. Podszedł do nich bardzo powoli, obszedł ich, by w końcu oprzeć się nonszalancko ramieniem o budynek. Znajdował się w wystarczającej odległości od nich, by Fiodor nie mógł go dosięgnąć nawet, gdyby się wychylił. Do tego musiałby puścić Thénarda. – Mało się ich w życiu naoglądałeś, że chcesz zabrać jeden dla siebie? Czy może masz więcej? Zamierzasz breloczki robić? Co za chore perwersje – stwierdził, ale bez jakiegokolwiek obrzydzenia, a z leniwym uśmiechem na twarzy. Sprawiał wrażenie całkowicie rozluźnionego. Zagadał Fiodora w najbardziej swój sposób; na wpół sympatycznie (na jego sposób), na wpół po to, by wywołać w mężczyźnie irytację. Może i nie było to najmądrzejsze, ale czymkolwiek Challes go sprowokował, może mu minie i jego złość skupi się na Grishy. Przy którym jednak musiał bardziej hamować swoje mordercze odruchy.
Wiesz, nie tak zdobywa się nowych znajomych. Czymś ci podpadł? – zapytał ze śladowym zainteresowaniem, obojętnym wzrokiem po raz pierwszy patrząc na Thénarda. – Znam go – stwierdził w końcu krótko, znów przenosząc spojrzenie na Fiodora. – To lekarz. I oblicz teraz dokładnie bilans zysków i strat, bo to taki lekarz, który nie zadaje pytań, a po wizycie u niego nie musisz się martwić, że twoje nazwisko znajdzie się w szpitalnej kartotece. Wszystko za odpowiednią opłatą, oczywiście, chociaż myślę, że w twoim przypadku, wizyty masz przynajmniej po obniżonej cenie. Mylę się? – uniósł jedną brew i spojrzał na Challesa. Wzrok Grishy wyrażał nie tylko pytanie, ale także sugestię, że naprawdę dobrze by było, gdyby zaczął współpracować. Żarty dawno się skończyły i nierobienie głupich rzeczy byłoby bardzo wskazane. Nie był pewny, czy mógł dla niego zrobić coś jeszcze.
To jak, Thénard, wolisz żyć czy jednak wybierasz smutną śmierć w uliczce?


Nie miało wyjść tak długo ._.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue des Misérables   Sob Lis 18, 2017 10:27 pm

Minęło stanowczo zbyt wiele czasu – we wszystkich domach opuszczono żelazne żaluzje i zasunięto firanki, gdzieniegdzie zapłonęły światła mizernych żarówek lub drżące płomyki naftowych lamp. Noc była czasem, gdy paryżan opanowywał niepokój i tęsknota – całe miasto sprawiało wrażenie stęsknionego, kiedy każdego wieczora wynurzało się z mrocznego morza rozgwieżdżonego, obojętnego na niedolę nieba. Tylko pojedyncza, oddalona latarnia, stanowiąca mizerny punkcik na oddalającym się horyzoncie, rzucała bez potrzeby mizerne światło.
Strach, który Svein powinienem czuć od samego początku tej niewydarzonej wyprawy – i który bez wątpienia czaił się gdzieś w jego umyśle, niepewny, czy może opuścić ciemną jaskinię czy powinien zaczekać jeszcze chwilę – wybucha w nim dopiero teraz, wypełniając żołądek jak parę litrów nagle wpompowanej do niego wody. Pokonał mdłości wywołane uderzeniem w brzuch, ale wciąż kręciło mu się w głowie, a usta, zlepione krzepnącą krwią, zacisnęły się w jedną, cieniutką kreskę. Na nogach trzymał się wyłącznie dzięki ścianie, której twarde, chłodne cegły czuł przez materiał koszuli. Ogłuszona podświadomość podszeptywała mu, że stres bywa korzystny – tego nauczył się już na pierwszym roku studiów – jeśli tylko człowiek zachowuje dzięki niemu skupienie i czujność.  Ze strachem było inaczej. Ten mógł zarówno sparaliżować, jak i wyostrzyć instynkt przetrwania.
W Sveinie rozbudził przede wszystkim wściekłość.
Gdyby ktoś go w tym momencie obserwował, uznałby, że nie traci zimnej krwi. Jednak tak naprawdę robiło mu się niedobrze zdenerwowania i złości, która kiełkowała w nim z każdym, przypłaconym bólem oddechem, jątrzyła się jak źle opatrzona rana, podchodziła do gardła wraz z sercem, które zapomniało – lub nigdy nie wiedziało – jak wybijać równy rytm. Był człowiekiem, który raczej nie zagląda do kieliszka, ale nagła potrzeba wlania w siebie paskudnego, destylowanego ledwie raz bimbru ojca okazała się na tyle silna, by można było odnieść wrażenie, że tkwi w nim pragnący wyrwać się na wolność potencjalny pijak.
To nagłe wspomnienie przeszłości tak odległej, iż niemal nierealnej, do ubogiego zestawu odczuwanych emocji dorzuciło coś jeszcze.
Svein nagle zapragnął się roześmiać.
Miał szczerą, nieodpartą, nieracjonalną ochotę wybuchnąć głośnym, podszytym histerią śmiechem, bo zrozumiał, że to wszystko – napotykanie się na barmana w różnych miejscach Paryża, odwiedzanie Le Dome, w końcu śledzenie go tak, jakby znajdowali się na kartach kryminału – było grą, zaś jej zasady, jeśli w ogóle istniały, były znane tylko temu przeklętemu Francuzowi.
I tylko on znał definicję zwycięstwa.
Zdobycie podium, szach mat czy rozstrzygająca bramka mogły w tym wypadku oznaczać posłanie Sveina tam, skąd nieustannie powracał Nils, nie z jakiegoś racjonalnego powodu, nie po to, by cokolwiek udowodnić, lecz dla czystej przyjemności barmana. Sørensen nie znał nawet kształtu boiska, na którym toczyli grę – mógł jedynie powstrzymywać śmiech, czując się jak dziecięca wersja siebie, kiedy w kościele Henrik opowiedział mu na ucho dowcip. To wgniatanie rechotu z powrotem w płuca bardzo bolało, ból z kolei sprawiał, że Svein nadal był w stanie trzymać rzeczywistość za ogon.
Ale mógł puścić. W każdej chwili.
Odwaga potrzebna, by kurczowo uczepiać się tego pogrążonego w mroku skrawka świata, wynikała przede wszystkim ze strachu przed zaniechaniem i z dotkliwej świadomości, jakie mogą być konsekwencje poddania się. Nawet w okolicznościach tak tragicznych jak ta, kiedy pięść zastąpiona została paskudnie ostrym scyzorykiem, Svein potrafił wyobrazić sobie, którą barman czerpał ze sprawowania nad sytuacją władzy absolutnej – jakże marna była to w gruncie rzeczy podnieta. Jak krucha i zależna od zmiennych wiatrów cudzych fascynacji. Jego mordercza systematyczność ruchów, jego zachłanność na zadawanie bólu, jego niczym nieskrępowana potrzeba udowodnienia swojej wyższości nad przeciwnikiem – wszystko to było na swój sposób żałosne, być może bardziej od przyciśniętego (dość dosłownie) do muru Sørensena. Dlatego w oczach Sveina, poza niechcianym smutkiem, tkwiło rozżalenie na tak niewdzięczny przebieg nocy i być może nawet odrobina współczucia dla tego człowieka, który pozbawiony został ostatniej, drobnej cząstki człowieczeństwa niezbędnej do okazania łaski. Nie sposób przeciwstawić się takiemu żywiołowi, trudno z nim dyskutować – ludzie pokroju barmana z Le Dome zawsze wydają polecenia, nawet gdy nie jest to potrzebne. Najwyraźniej mają to we krwi. Nie potrafią mówić w innym trybie niż rozkazujący.
Podczas całego tego teatru grozy, na deskach którego ważyło się życie Sveina – a przynajmniej jedna z jego dość istotnych części – Norweg patrzył gdzieś w bok, tak jakby Francuz, jego słowa, jego siła, jego zdolność do okaleczenia w ogóle nie istniały. Być może godził się z definitywnym końcem; być może myślał, że nawet dobrze się stanie – w końcu przestanie ciążyć innym, w jego życiu nie będzie już nigdy więcej wyjaśnień, nigdy więcej wyborów pomiędzy dobrem i złem, nigdy więcej krzywdzących słów. Będzie tylko pustka – taka jak ta panująca w oczach Francuza. Nie było zatem sensu, by mówił cokolwiek. Cokolwiek z rzeczy, które miały znaczenie, jeśli jednak chciał przeżyć tę noc – a przynajmniej dożyć do północy, by dzień urodzin przekształcił się w dzień jego śmierci – musiał coś powiedzieć.  
Prawdę?
Nie, prawda nigdy nie brzmi przekonująco, jest zbyt nieskomplikowana i szczera, aby w nią uwierzyć.
A więc musi skłamać?
Ja... – coś utkwiło mu w gardle i nie mógł tego przełknąć. Nie mógł tego przełknąć, ponieważ to coś nie było bardziej realne od myśli, że wojna właśnie dobiegła końca; to coś wywołane zostało przez wyłaniający się z mroku cień i głos – ten głos – którego Svein nie mógł pomylić z żadnym innym. Zwyczajnie nie mógł.
Zbyt wiele razy odtwarzał w myślach wypowiedziane nim, podszyte jadem słowa.
Rémy Charron wyszedł z ciemności tak, jakby towarzyszyła mu niezachwiana świadomość, że nie padnie kolejną ofiarą szalonego scyzoryka – być może nie musiał się niczego obawiać, skoro padające z jego ust słowa zakrawały o cyniczną bezczelność, której lepiej nie wykazywać wobec ludzi pokroju barmana. Być może zjawił się tu przypadkiem, zwabiony ciekawością i obecnością – najwyraźniej – znajomego. Być może miał zupełnie inne plany niż obserwowanie, jak znienawidzony przez siebie lekarz krwawi jak świnia.
Być może jego obecność wcale nie była przypadkowa.
Być może właśnie tak zaplanował sobie ten wieczór – by zadać Challesowi jeszcze więcej bólu, tym razem angażując w to swojego kompana.
Być może planował to od dawna lub ostatnio zwietrzył okazję. Nieistotne. Nieważne.
Mniejsza o to.
Jego obecność zabolała bardziej niż wszystkie uderzenia; coś we wnętrzu Sveina zwinęło się gwałtownie, wytrącając resztki powietrza z płuc i zaciskając serce w żelaznym uścisku. Przenikające ukłucie niepewności, żalu i strachu – całkowicie innego niż ten, który czuł dotychczas, znacznie potężniejszego, bo zrodzonego pod sercem, nie w umyśle – zaczęło rozrywać go od środka, zupełnie tak, jak gdyby był marnym skrawkiem papieru. Svein pomyślał, że widok Charrona jest ostatnim, czego teraz potrzebuje. Pomyślał, że jego pomoc to jedynie kolejna, nieczysta zagrywka. Pomyślał, że nawet niemiecki patrol sprawiłby mu większą radość.
Pomyślał, że Rémy jest skończonym, nieodpowiedzialnym, nadętym idiotą, który nie powinien szlajać się po godzinie policyjnej, bo coś może mu się stać.
Pomyślał, że tego by nie zniósł. Tej świadomości, że…
Że ktoś go skrzywdził. Że cierpi tak, jak teraz cierpi Svein. Że potrzebuje pomocy, a on, Challes – bo nie Svein, zdecydowanie nie on, to nie mogły być emocje Sørensena – tym razem nie będzie w stanie mu pomóc.
I to rozsierdziło go jeszcze bardziej.
Początkowe zaskoczenie w znużonym błękicie spojrzenia gwałtownie przeobraziło się w coś znacznie potężniejszego – oczy Sveina już nie były smutne i przetykane rezygnacją;  w zwężonych z bólu źrenicach zamieszkała wściekłość, której nawet nie próbował ukryć, wściekłość wobec kogoś, kto zjawia się nieproszony, niechciany, znienawidzony, serwując Sørensenowi kolejną dawkę bólu. Kogoś, kogo Challes – lub Svein – albo obaj jednocześnie – chętnie załatwiliby tak, jak sami zostali załatwieni przez przyjaciela Charrona.
Norweg patrzył prosto w oczy Francuza, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak mocno marszczy brwi; głęboka bruzda między nimi była jak pęknięcie w płycie tektonicznej skupiające w sobie skondensowaną nienawiść, która kołatała się w umyśle Sveina. Wspomnienie słów Rémy’ego wciąż jest żywe; zasklepione niczym podłużny, spękany strupek, który grozi zupełnym rozpęknięciem i otworzeniem rany na nowo. Echo wypowiedzianych przed miesiącem obelg – bo właśnie tym miały być, prawda, Charron? – prawdopodobnie nie umilknie już nigdy, powracając do Sørensena w chwilach zupełnego osamotnienia, wtedy, gdy jest najbardziej bezbronny. Bardziej bezbronny niż teraz, kiedy cięższy o dobre dwadzieścia kilogramów przeciwnik przyciska go do chłodnego muru zapomnianej przez cały świat kamienicy, nie tylko zgrabnie dobierając pogróżki, ale będąc gotowym w każdej chwili je urzeczywistnić.
Svein znał się na słowach na tyle, by wiedzieć, kiedy ich nie wypowiadać, a kiedy nie ignorować – choć milczał, w głowie przerzucał tysiące niewybrednych określeń pod względem Charrona, czując, jak wzburzenie dociera aż do jego klatki piersiowej, wbijając w nie setki drobnych igiełek.
Pierwszy zabieg będzie darmowy – odezwał się po raz pierwszy od długiej, nabrzmiałej milczeniem, nieznośnym napięciem i wahaniem chwili; włożył resztkę sił w to, aby w końcu oderwać wzrok od Rémy’ego i ponownie przenieść go na barmana. Przecież wszystko zależało właśnie od niego. – Kolejne w promocyjnej cenie – nie musiał potwierdzać, że zna Charrona; wzrok, który ponownie uciekł w jego stronę, świadczył o tym najlepiej – wzrok, który artykułował niemy, nachalny rozkaz, wyraźny nawet w półmroku ciasnej uliczki.
Odejdź. Po prostu odejdź.
Tym razem na dobre.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue des Misérables   Nie Gru 03, 2017 3:26 pm

Każdy zna tę duchotę, która wisi w atmosferze tuż przed burzą. Lepkie, pełne wyładowań elektrycznych powietrze przywierające do skóry, zaklejające nozdrza, osiadające w płucach jak gęsty, malinowy sok. Utrudnia mówienie, poruszanie się, nawet swobodny przepływ myśli – w tej skondensowanej jak melasa zawiesinie można jedynie wyczekiwać nieuniknionego. Bezradnie, bezczynnie, beznadziejnie.
W Paryżu jest tak samo.
Kłopoty wyczuwa się nosem. Można ich dotknąć. Tutaj nie ma sekretów – łatwo się domyślić, jak źle potoczą się sprawy. Ten gorący mrok, te duszące wyziewy kwitnących drzew, te ćmy w beznadziejnym, ostatecznym przejawie szaleńczej odwagi spopielające się w płomieniach gazowych latarni, wszystkie zupełnie zwykłe, oczywiste symptomy majowej nocy zdają mu się być nienawistnymi omenami nieszczęścia. Tak dzieje się za każdym razem, gdy na Paryż spływa rozgwieżdżony mrok. Gdzieś w oddali, stanowczo za daleko, by rozpierzchnąć mroki zapuszczonej uliczki w Butte-Montmarte, zapalają się światła w oknach. Kobiety zdejmują z balustrad pościel, którą rano tam pozostawiły, by pozbyć się zapachu snu. Poduszki i pierzyny przydawały ulicy dojmującej frywolności, nie sposób było odegnać myśli o nocy i małżeństwach wśród piernatów – może tak się zaczyna powolne staczanie się z bólu w smutek? Wiatr nasila się i przynosi ze sobą zapach dymu oraz kurzu, w księżycowej poświacie pochyłe budynki przyoblekają maskę śmierci, przestają być sobą, są tylko cichymi tonami. To miejsce dla Fiodora jest – wbrew wszelkiemu rozsądkowi – definitywnym końcem świata, z którego jedyną ucieczką dla człowieka jego pokroju może być śmierć.
Jego wzrok już dawno przywykł do atramentowego wzroku i zamarł na bladej, poznaczonej strużkami krwi twarzy Francuza; w czyimś mieszkaniu zaczął ujadać pies, wściekle i zawzięcie, szczekanie po chwili przechodzi w wycie, następne mu odpowiada z końca uliczki, przenikliwe, pełne rozpaczy: wszystko stracone. Właśnie taki jest Paryż w wiosenną noc: obojętny. Szklisty. Nie martwy i nie żywy. Agonalny. Fiodor, kierowany starą jak świat prawdą, że czas jest drogocenną monetą, której nie powinno się marnotrawić, był skłonny zakończyć całą tę farsę jednym, dokładnie wymierzonym dźgnięciem. Wiedział przecież, że jeśli coś robi się w życiu, należy czynić to od początku do końca. Dokładnie i pieczołowicie. Rozpatrując wszelkie możliwości. Mało istotne, czy chodzi o sranie, czy morderstwo – w razie niedociągnięcia w obu przypadkach konsekwencje nie będą przyjemne. Być może dlatego na jego ustach powoli, niemal leniwie znów wykwitł ten paskudny, koci uśmiech, który tak zbija z tropu. Jakby Chirjakow sugerował jakąś wspólnotę, tajne porozumienie, które ten biedny, pobity i znajdujący się u kresu życia Francuzik zawiązał gdzieś u zarania dziejów, wieki temu, na dzikiej i niespokojnej ziemi z tym człowiekiem, swym oprawcą, choć wcale o tym nie wie, nie pamięta i pamiętać nie chce. Jakby Fiodor, wyczekawszy się nieskończenie długo, wracał teraz na scenę dramatu, w ostatnim akcie, oczekując od mężczyzny, że przypomni sobie tę nieprawdziwą, nigdy nieprzypieczętowaną umowę i będzie się do niej stosować.
Kto wie, ile sekund – o ile nie ich części dziesiętnych – dzieliło ostrze od wprawnego przecięcia tętnicy? Kto wie, jak niewiele brakowało, by na brudnym, lepkim, ohydnym bruku wylądowało wciąż ciepłe, wciąż drgające w konwulsjach, choć na dobrą sprawę martwe już ciało?
Kto wie, jak bardzo kusiło Fiodora, by do jednego, bezimiennego trupa dołączył kolejny, tym razem doskonale znany z imienia, nazwiska, pochodzenia i – skądinąd – paskudnego charakteru?
Charron – z jego gardła na dźwięk słów Lykova niemal wyrwał się ochrypły, suchy śmiech. Urocza próba przebicia się przez eskalację gniewu Chirjakowa i naiwna nadzieja na to, że kolejne zdania w jakikolwiek sposób urażą jego dumę. Że obudzą w nim poczucie winy. Że poruszą duszę – duszę doszczętnie przecież spopielałą, przed latami spaloną na ołtarzyku własnej wściekłości. Człowiek jego formatu – taki, który zawsze myślał, że wie lepiej, a w istocie nie wiedział nic – nie pozostawiał jednak spraw niedokończonych. – Chciałem zrobić ci spóźniony prezent. Nie sprawiasz wrażenia kogoś, kto otrzymał ich wiele – słucha słów Grishy rześki i odprężony, nawet na moment nie odrywając wzroku od napiętej twarzy Francuzika; Lykov to tylko irytujący przerywnik, ktoś, z kim nie musi rozprawiać się dzisiaj. Zlepki liter, które wypadają z jego ust, wszystkie te zupełnie nieistotne, nie znaczące dla Fiodora absolutnie nic słowa rozpływają się w mroku nocy bez echa, jednak w twarzy przytrzymywanego przy ścianie Francuza zachodzi zmiana, która daje do myślenia.
Zamiast ulgi, w przysłoniętych mgiełką bólu oczach pojawiły się iskierki niechęci – wymierzonej nie w człowieka będącego przyczyną nieszczęść, lecz tego, który od nieszczęścia pragnie uratować.
Zabawna sprawa.
Fiodor ma niemal trzydzieści lat i twarz, na której już odbiło się piętno życia. Stale gości na niej podejrzliwy grymas niedowierzania, z odcieniem skrywanej chytrości, zupełnie jakby w każdym rozmówcy Chirjakow dostrzegał coś, co człowiek za wszelką cenę pragnie ukryć.
Tajemnicę. Sekret. Najbardziej cuchnące brudy.
Co takiego próbowała ukryć ta dwójka?
Urodził się, spojrzał na mnie, zaczął śledzić. Sporo przewinień jak na jednego blondaska – głos Chirjakowa jest cichy i niemal znużony, zupełnie jakby mówił o pogodzie, nie o planowanej egzekucji. W tym samym czasie nieznacznie zmrużył oczy, nie porozumiewawczo, lecz tak, jakby w skupieniu wpatrywał się w owada lub drobny przedmiot. Byłby szaleńcem, gdyby uwierzył na słowo Lykovowi.
Ale przecież każdą informację można zrewidować.
Skoro to lekarz, który wspaniałomyślnie oferuje mi darmowy zabieg… - nagle z zaskakującą swobodą uznaje ciche powiązania pomiędzy Grishą, jego znajomym, wykonywanym przez Francuza zawodem i ciemnością. Przechodzi z nimi do porządku dziennego, w pełni rozumie, a może nawet na swój sposób akceptuje szaleńczy zbieg okoliczności – wizja ostatecznego rozprawienia się z problemem nagle się rozmywa, ostra pozostaje wyłącznie kwestia prawdomówności Lykova.
Tak ostra, jak ostrze scyzoryka.
... powinien udowodnić swoje umiejętności – wciąż mówił, kiedy nożyk zatopił się na centymetr w ciało, przedzierając się przez materiał koszuli; skóra na lewym boku, tuż na wysokości pępka, delikatnie się rozchyla i sekundę później uśmiecha ponuro, gdy niespieszne pociągnięcie ostrza dociera do połowy brzucha. Niemal natychmiast rzadkim i szybkim strumieniem z rozcięcia zaczyna wyciekać krew; Fiodor patrzy na to o sekundę za długo, ale w końcu postanawia się zreflektować i uderza Francuza na odlew w twarz, mocno, tak, by powalić go na ziemię – jeśli nie ciosem, to spotęgowaniem bólu.
Połatasz siebie, będziesz mógł łatać mnie – na dłoni Chirjakowa wciąż jest krew, czerwona, świeża, jak barszcz; Fiodor marszczy nieznacznie brwi, wsuwa do kieszeni złożony scyzoryk i wyciąga z niej prostą, białą chustkę, najpewniej wytarganą ze starego prześcieradła. Nie patrzy na Francuza; ten przestał dla niego istnieć z chwilą, w której rachunki zostały wyrównane, nie patrzy również na Lykova – i Lykov powinien się z tego cieszyć. – Nie daj się aresztować, Charron, nie mam czasu, żeby ci pomagać. Robienie breloczków bywa zajmujące – słowa wypływają z jego ust równie wartkim strumykiem, co krew z rozcięcia; dłoń już nie lepi się od krwi, choć chustka nie wystarczyła, by wywabić czerwone pręgi spod paznokci. Fiodor porzuca ją zniecierpliwiony i na swój sposób zawiedziony, a później znika w ciemności uliczki, nawet nie oglądając się za siebie; jedynie zakrwawiona, wciąż wilgotna chusteczka, która właśnie powoli opada na brudny bruk, świadczy, że kiedykolwiek tędy przechodził.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue des Misérables   Sro Gru 06, 2017 1:56 am

Sytuacja, którą zastał w ciemnej uliczce, była po prostu absurdalna. Pomijał już te zbiegi okoliczności, podczas których natykał się na Challesa, chociaż Paryż jest tak długi i szeroki, że równie dobrze mogliby się już nigdy nie spotkać. Los z jakiegoś powodu najwyraźniej pragnął, żeby Thénard po raz kolejny zagościł w jego życiu, choć on sam niekoniecznie właśnie tego sobie życzył. Właściwie wcale tego nie chciał, bo cholerny Francuz wywoływał w nim reakcje, których nie miał zamiaru doświadczać. Samo myślenie o nim było mu drzazgą w oku, nieważne, a może nawet pomimo tego, ile wyrzutów odczuwał. Wyrzutów i ponownej fali gniewu, już nie potrafił dojść ze sobą do porozumienia. Wiedział jednak, że spotkanie go to jedna z ostatnich rzeczy, na jakie ma ochotę – wystarczający wyraz tego dał ostatnim razem, kiedy zwyczajnie życzył mu spadnięcia ze schodów.
Ale to wcale nie znaczyło, że naprawdę chciał, by stała mu się krzywda.
Doszedł do takiego wniosku, kiedy stojąc w ciemnym rogu ulicy, obserwował, jak Fiodor szykuje się na faktyczne zrobienie krzywdy Thénardowi. To nie były już tylko bierne myśli Grishy; nagle zadanie fizycznego bólu Francuzowi, autentyczne pozbycie się go ze swojego życia stało się niemożliwie wręcz realne, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło jedynie zaczekać, pozwolić Chirjakowowi działać, nie wtrącać się, by za niedługą chwilę obserwować, jak wszystkie jego niewypowiedziane myśli stają się rzeczywistością – Challes naprawdę zniknie z jego życia na dobre.
Problemem jest to, że kiedy przyszło już co do czego, musiał stwierdzić, że to zdecydowanie nie jest to, czego by chciał. Ledwo wytrzymywał widok cierpienia tego blond buca, z jego śmiercią chyba by już sobie nie poradził. Albo raczej – nie wiedziałby, jak zareagować. A już na pewno nie chciałby, żeby to Fiodor był świadkiem jego wewnętrznych zmagań nad martwym ciałem Thénarda. Dlatego musiał zareagować i powstrzymać to szaleństwo: ta dwójka w tym miejscu i w takiej sytuacji razem to nieco za dużo nawet jak dla niego. Chociaż z drugiej strony dobrze, że agresorem był Chirjakow, którego miał szansę odwieść od morderczych planów niż gdyby miał to być żądny materialnej zdobyczy obcy paryżanin.
Wiedział, że najprawdopodobniej zostanie wypytany o tę znajomość, o to, dlaczego Challes patrzy na niego z taką nienawiścią nawet pomimo tego, że właśnie próbuje go ratować i dlaczego w ogóle postanowił go ratować, skoro podobne odruchy wybitnie nie są w jego stylu.
Dlaczego, Grisha?
Przecież gdyby to był ktokolwiek inny, to możliwe, że ze względu na to, iż sam nie przepada za przemocą, próbowałby zasugerować Fiodorowi, żeby dał sobie spokój albo po prostu odszedł w swoją stronę, a nie próbował go przekonać, żeby tego nie robił.
A Thénard nawet tego nie docenia.
Masz chyba poważne problemy z kalendarzem. I prezenty wolę od serca, także pięknie dziękuję – Grisha niczym lustro przejął sposób mówienia Chirjakowa, jego mimikę (czy też jej brak) i ton głosu, postanawiając absolutnie niczym nie zdradzać się, jak bardzo zależy mu na tym, żeby zostawił Francuza w spokoju. Challes miał zostać po prostu kolejną osobą, której Grigoriy-materialista nie chciał tracić, bo było mu to nie na rękę.
Wiedział, że kroczy po bardzo cienkiej linii, że samo wtrącenie się nie ocali nikomu życia, a Fiodor z natury nie jest osobą, która wierzy w każde usłyszane słowo. Próbował działać na granicy poirytowania, nie zmuszając Chirjakowa do pochopnych działań, zwłaszcza, że został sprowokowany głupim pomysłem śledzenia go. Grisha jedynie westchnął ciężko, kiedy o tym usłyszał. No idiota. Kto normalny decyduje się śledzić barmana, którego samo spojrzenie sugeruje, że z przyjemnością połamałby ci wszystkie kości i wyrwał wnętrzności? Który wygląda niebezpiecznie nawet jeśli się nie stara?
A może Thénard to samobójca?
Samobójca czy nie, przynajmniej nie jest dziecinnym, trzydziestoletnim mężczyzną, który oczywiście nie może mu uwierzyć chociaż w najmniejszej części i który nie odda swojej zabawki w stanie nieuszkodzonym i zdolnym do dalszego funkcjonowania, tylko złośliwie tę zabawkę uszkodzi. No świetna zabawa. Grisha zastanawiał się, czy Fiodor w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, jak infantylne było to, co teraz zrobił. Jakby po prostu nie mógł uderzyć Challesa na odchodnym, tak w ramach ostrzeżenia; mógł nawet połamać mu nos, ale czy rozpruwanie mu brzucha naprawdę było niezbędne?
Nie skomentował jednak tego posunięcia, a jedynie ostentacyjnie wywrócił oczami.
Dzięki za troskę, Kubo Rozpruwaczu – Grigoriy powstrzymał w sobie chęć natychmiastowego sprawdzenia, w jakim stanie znajduje się Francuz i jak bardzo potrzebuje jego pomocy i poczekał, jak Fiodor zniknie za zakrętem. Dopiero po tym w dwóch krokach znalazł się przy Thénardzie.
Postaraj się nie zginąć – powiedział, choć na usta cisnęło mu się o wiele więcej słów. Najbliższe wypowiedzenia były te składające się na pytanie, czy on już do reszty zmysły postradał i co go w ogóle podkusiło, żeby śledzić wyraźnie barmana z Le Dome. Przybrał możliwie najbardziej neutralny wyraz twarzy, kiedy ostrożnie pomagał Francuzowi przewrócić się na plecy, tak, by mógł zobaczyć ranę. A ta była dość długa i okropnie krwawiła, czego Grisha już nie wytrzymał i po prostu brzydko zaklął.
Czemu musiał mieć do czynienia z takimi ranami? Nie czuł się najlepiej widząc taką ilość krwi. Miał więc idealną okazję do rozwijania swoich umiejętności aktorskich: nie bądź zmartwiony, nie bądź poruszony, nie zerzygaj się.  Jak z dwoma pierwszymi powinien sobie spokojnie poradzić, tak nie był pewny tego ostatniego. Jeśli autentycznie zobaczy wnętrzności Challesa, to chyba nie wytrzyma.
Przede wszystkim, zanim zacznie myśleć o następnych krokach, powinien myśleć o zatamowaniu krwi. Wizyta w szpitalu raczej odpadała, mógłby nieopatrznie sprowadzić tym na kogoś kłopoty, a tych miał już wystarczająco.
Ale opatrunek, najpierw trzeba założyć opatrunek. Tylko z czego go zrobić? Do dyspozycji miał jedynie koszulę swoją i Thénarda. Ta Thénarda jemu samemu pewnie już się nie przyda, ale Grisha, mając przed oczami wizję podpierania Francuza podczas drogi, absolutnie nie wyobrażał sobie, żeby był on w tym czasie do połowy nagi. Musi więc kombinować dalej.
Nie ruszaj się – poinstruował go stanowczym głosem, obrywając dół swojej koszuli, a następnie fragment rękawa; dokładnie to samo zrobił z ubraniem blondyna. Oba fragmenty z rękawa przyłożył bezpośrednio do rany, po czym obwiązał Challesa dwoma pasmami materiału z pozostałych oberwanych części – tak założony opatrunek może nie prezentował się jakoś wybitnie dobrze, ale na tę chwilę hamował krwawienie.
To jest zbyt prowizoryczne, żeby wytrzymało długo – zawyrokował w końcu, przyglądając się swojemu dziełu z powątpiewaniem. Jeśli Thénard miał przeżyć, potrzebował czegoś znacznie porządniejszego. – Gdzie mieszkasz? Muszę cię gdzieś odstawić. – Nie dodawał, że samego go tu nie zostawi, bo to uznał za oczywiste. Nie po to wchodził Fiodorowi w paradę, żeby teraz  zostawiać Francuza Niemcom. Dalej koło niego kucając, posłał mu wyczekujące spojrzenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue des Misérables   Czw Gru 07, 2017 9:40 pm

Niezależnie od tego, ile ciosów otrzyma się od życia, każdy nowy boli równie mocno. Jak wiele razy w przeciągu dwudziestu trzech (czterech? Być może minęła już północ) lat życia zdołał się o tym przekonać? Więcej, niż posiadał blizn na ciele.
Więcej, niż było to konieczne.
Czas w ciemnej, wyodrębnionej z rzeczywistego świata uliczce dłużył się jak przylepiona do podeszwy buta guma, wypełniał zbędnymi detalami. Oddech w bolącym gardle. Duchota wdzierająca się w płuca. Straszliwa suchość w ustach, tak że Svein nie był pewien, czy zdoła wydać choćby jeden krzyk, zanim przyjdzie mu pożegnać się z życiem – bo to musiał być koniec. Właśnie dziś. Właśnie w tym miejscu. Bez cienia obecności Nilsa, który zawsze pojawiał się, gdy lekkie ukłucia bólu przeobrażały się w trudne do zniesienia cierpienie – był jak rekin wabiony wonią krwi.
Obecny, gdy tylko wyczuł ją w powietrzu.
Teraz jednak milczał – obrażony? Zagniewany? Zajęty własnymi sprawami? – lub obserwował wszystko z bezpiecznej odległości (wiesz, że o n nie jest prawdziwy, pamiętasz o tym, Svein?), widząc, w jak beznadziejnych barwach rysuje się sytuacja. Sørensen był lepki od potu i jednocześnie wyziębiony do szpiku kości, tak jakby wraz z kolejnymi ciosami wytrącano z niego kolejne okruchy ciepła. Nie wiedział, co boli bardziej: gardło, usta, oko, brzuch, głowa, kark? Przekora i to nieprawdopodobnie naiwne tchnienie odwagi, którym ściągnął na siebie kolejne ciosy, uleciały z niego jak z przekłutego balonika – teraz pozostał wyłącznie strach, wlewany na siłę do ust jak woda; Svein nie potrafił go połknąć, krztusił się nim, z każdym urywanym oddechem napełniał nim płuca. Ziąb stał się nie do zniesienia – gdyby nie zlepione krwią usta, zacząłby szczękać zębami, wypatrując coraz bardziej rozmazanych obrazów.
Zawodził go jedyny zmysł, któremu nie mógł niczego zarzucić – zawodził go nawet wzrok.
Było tak, jakby wszystkimi jego czynami dotychczas kierowała pożyczona siła; wykorzystał ją do granic absurdu i teraz musiał oddać dług z nawiązką. Wiedział, co zwiastuje to cierpkie, drętwiejące otępienie, w które powoli popadał – to nie pierwszy raz, gdy napadnięto go w uliczce. Nie pierwszy raz, gdy mierzył się ze śmiercią. Nie pierwszy raz, kiedy w jakimś stopniu naprawdę jej pragnął. Wystarczyło zamknąć oczy. Odgrodzić się od napastnika, od Charrona, od całego świata cieniutką, pergaminową warstwą powiek, pod którymi czaiła się eksplozja krwistej czerwieni. I zaczekać. Ból w końcu by minął. Minęłaby niepewność. Minąłby gorzki strach – nie o siebie, bo sytuacja i tak była dramatyczna, ale o Rémy’ego, który tak naiwnie, tak bardzo naiwnie sądził, że może zmienić bieg wydarzeń. Że może powstrzymać bestię – bo przecież nie człowieka, w żadnym wypadku nie istotę obdarzoną choćby odłamkiem ludzkich emocji – która przyparła do muru kłamstwo, jakim był Challes.
Nie potrafił jednak zamknąć powiek; nie chciał tracić z oczu Charrona, jakby jego obecność –  niechciana (na pewno?), budząca serię ambiwalentnych odczuć (nie, nie odczuć: emocji) – była najwłaściwszym elementem tej dramatycznej układanki.
Bóg umierających i konających.
Myśli kłębią się, mieszają, gęstnieją, ciekną wolno niczym strumienie pod lodem.
Przewoźnik dusz zmarłych przez Styks.
W  powietrzu unosi się ten tajemniczy, żeliwny zapach, jaki wydycha świeża krew, a panująca wokół cisza syczy: życie, śmierć, życie, śmierć, życie, śmierć.
Charon.
Svein nieustannie dokonywał wyboru, ale prawda była taka, że jedno zawsze łączyło się z drugim.
Od początku brzmiałeś znajomo, Rémy.
Strach minął, zastąpiony przez senną obojętność.
Od samego początku zwiastowałeś śmierć.
To koniec, zrozumiał, kiedy kolejne, silne ukłucie wżarło się w jego skórę jak rozlany kwas; nawet nie zdołał krzyknąć. Nie miał zamiaru krzyczeć. Nie chciał krzyczeć. Umrzeć tak, jak mama – w ciszy. Tylko tego pragnął.
Umrzeć tak, jak ona.
Godnie.
Ukłucie jest bolesne, cięcie jest bolesne, bolesny jest cios, który powala go na ziemię – jednak spośród feerii cierpienia najbardziej we znaki daje się sam upadek. Niekontrolowane zderzenie z brukiem wytrąca powietrze z płuc, pierwsze strużki krwi, płynące gęsto jak górski strumień i ładne jak szklane paciorki, wsiąkają w materiał koszuli, a serce – zamarłe na kilka sekund – nagle ożywa w szaleńczym tempie. Svein boi się tego łoskotu, tej potężnej, donośnej nawałnicy, która rozpętała się w jego piersi; chyba próbuje przed nią uciec – przed nią i przed paraliżującym bólem – bo wtula policzek w chropowaty, chłodny bruk, kurczowo zaciskając powieki, i wciąga powietrze przez usta, jakby to miało umożliwić mu wniknięcie w brudny beton, w chodnikową płytę, w czarną ziemię pod nią. Chciałby zaszyć się tam, aż minie ból, wczołgać w pęknięcia cementu, znaleźć ciepły kąt, żeby się rozgrzać. Utrata krwi powoduje szybki spadek ciepłoty ciała.
Oprócz tego wszystkiego może jeszcze umrzeć z zimna – być może właśnie to próbował przekazać Charronowi stłumionym jękiem, gdy ten ostrożnie przewrócił go na plecy, najwyraźniej pragnąc podręczyć znienawidzonego Challesa.
Postaraj się nie zginąć?
Dopiero teraz Svein poczuł, jak bardzo jest zmęczony i połamany. Dziwne, że przy nawet najdrobniejszym ruchu kawałki, które kiedyś nim były, nie wysypały się z grzechotem na podłogę.
Jestem… – chrapliwy szept, który dobitnie świadczył o tym, że każde słowo musi zostać przypłacone bólem. Nie rozchylił powiek, obawiając się tego, co może zobaczyć – nie krwi, nie rany. Do nich przecież dawno przywykł. Rémy’ego . Uśmiechniętego tak, jak wtedy w prosektorium. – Jestem w tym mistrzempo prostu daj mi umrzeć, zdają się szeptać palce, które ostrożnie musnęły ranę, oceniając skalę szkód i wywołując kolejne ukłucie bólu. Dopiero, gdy Charron wydał mu stanowcze polecenie, by się nie ruszał, Svein rozchylił powieki – cokolwiek zamierzał Rémy, nie miał w sobie nawet cienia okrucieństwa, którym tak chętnie epatował w kwietniu.
Poza tym mógł być jedną deską ratunku – jeśli tylko Sørensen zechce się jej złapać.
Artysta i sanitariusz – wydobywający się z jego ust szept jest cichy, niewyraźny, zniekształcony przez kłębiący się w ciele ból, ale oczy – przesłonięte mgiełką cierpienia – patrzą ostrożnie, lustrując prowizoryczny opatrunek założony na ranę. – Jest coś, czego nie potrafisz? – zanurzonymi w lepkiej krwi palcami ostrożnie dotknął fragmentów koszul, jakby pragnął upewnić się, że nie są wytworem otumanionego umysłu. Polowa partyzantka – właśnie taki był opatrunek, który chwilowo tamował upływ krwi.
Dość skuteczny, by kupić Sveinowi pięć minut życia.
Nie – to jedno, krótkie słowo wyrwało się z jego gardła stanowczo, niemal ucinając pytanie Charrona w połowie. – Odejdź, nie potrzebuję cię – szum krwi w jego uszach ustał, a bolesne pulsowanie w ustach złagodniało, wreszcie zaczynał trzeźwo myśleć.
Na tyle trzeźwo, by nie skazywać ich obu na aresztowanie. Nie odsłaniać się przed Rémym. Nie uzależniać od jego pomocy. Nie oczekiwać, że zechce ryzykować dla kogoś tak żałosnego jak Challes.
Poradzę sobie – słowa wymagały czynów i wciąż pobrzmiewały w uszach Sveina, gdy nabierał kurczowo powietrza do płuc. Zacisnął z całej siły zęby, unosząc się na drżących ramionach z bruku i opierając się barkiem o chłodny mur powoli podniósł z ziemi. Najpierw na kolana, a później, dłonią wilgotną od krwi podtrzymując się ściany, coraz wyżej, aż na drżące z wysiłku nogi. Jedyna myśl, którą był w stanie sformułować i powtarzać w duchu, brzmiała jak absurdalna modlitwa: losie, proszę, nie pozwól mi zemdleć.
Wynoś się, Charron, zanim będzie za późno.
Zanim upadnę po raz kolejny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue des Misérables   Sob Gru 09, 2017 12:04 am

Do tej pory doskonale żyło mu się z tym, że nie musi o nikogo się martwić. Nikomu nie ufał, więc z nikim nie wchodził w głębsze relacje, pozwalające mu nawiązać tę nić porozumienia, która pozwoliłaby mu przejmować się losem innych. Zazwyczaj po prostu przechodził obojętnie, dodatkowo odwracając wzrok, jeśli sytuacja była szczególnie niemiła dla jego oczu; pilnował swojego interesu i w obecnych czasach chyba nikt nie mógł mu się dziwić. Wolał nie przejmować się nikim, bo dzięki temu jego życie było zwyczajnie prostsze, wolne od tych kilku dodatkowych trosk, przez co czuł się swobodniej. Nieco inaczej miała się sprawa z Fiodorem i Katyą, których na swój sposób naprawdę lubił – o nich nie trzeba było się martwić, bo z kłopotami radzili sobie sami. Gdyby jednak już wpadli w jakiejś poważniejsze, Grisha pomógłby im nie tylko z samej pokrętnej sympatii, co powinności: będąc w Paryżu żyli w symbiozie i niejako stanowili jeden organizm – kłopoty jednej jego części oznaczały kłopoty całości. Trzeba było biec na ratunek niezależnie od stosunków, jakie między nimi aktualnie panowały.
Stepan był z kolei całkowicie odrębnym tematem, wyjątkiem od każdej reguły i w dalszym ciągu jedyną osobą, na jakiej naprawdę i bardzo mu zależy. Nie zapomniał o nim, wspominał go każdego dnia, a od pewnego czasu jego wspomnienia były o tyle żywsze, że dzięki Berezinie dysponował zdjęciem Cherednika. Czasami, bardzo późno w nocy, kiedy miał pewność, że nikt niespodziewanie do niego nie przyjdzie, wyciągał je ze schowka i pozwalał sobie na uśmiech w stronę wydarzeń z przeszłości. Wydarzeń pozytywnych, kiedy był tylko jego uczniem albo tych dalszych, kiedy próbował mu partnerować w fałszerskim biznesie. Brakowało mu staruszka, naprawdę mu go brakowało, niejedną godzinę spędził na zastanawianiu się, co by się z nimi dzisiaj działo, gdyby go wtedy nie złapali.
Ale złapali, Stepan został skazany na pracę w gułagu, a nie tak długo później władze radzieckie wpadły i na jego, Grishy, trop. Najprawdopodobniej już nigdy się nie spotkają, niezależnie od tego, czy Stepanowi uda się wrócić z Syberii. A nawet jeśli, Grigoriy nie miał żadnej pewności, że on sam ponownie zawita do Moskwy. Już nawet nie chodziło o ucieczkę do innego państwa – wokoło nich trwała wojna, naprawdę nie trzeba było wiele, żeby zginąć. Wystarczyło po prostu znajdować się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie, a Niemcy zrobią swoje. Inną sprawą było też to, że głęboko w środku Grisha miał nadzieję, że Stepan już więcej nie musi ciężko pracować na mrozach, że zaznał prawdziwego spokoju i jest wolny od wszelkich trosk. Po cichu tego mu życzył.
W Paryżu, oprócz dwóch oczywistych osób, miało nie być nikogo, kim by się przejmował. Stepan w tej kwestii powinien pozostać wyjątkiem.
Nie przypuszczał, że jednak nim nie pozostanie. Nie przypuszczał, że tym wyjątkiem stanie się akurat ta osoba.
Challes Thénard we własnej osobie.
Nigdy nie powiedziałby tego głośno, ale z jakiegoś powodu naprawdę odczuwał wewnętrzny niepokój o jego życie, kiedy tak kucał przy nim, usiłując założyć mu najbardziej prowizoryczny opatrunek świata. Ręce mu drżały, gdy zastanawiał się, jak głęboką ranę zadał Thénardowi Fiodor, czy to jedynie bardziej powierzchowne rozcięcie, czy jego wnętrzności będą próbowały wydostać się na zewnątrz podczas próby podniesienia się z ziemi. Znając Chirjakowa, to naprawdę mogło być wszystko, jako że ten człowiek jest zdolny do wszystkiego. I jeszcze zostawia go z zagwozdką życia, w której próbuje przewidzieć, czy Challes umrze mu na rękach (oby nie), czy jednak uda mu się odstawić go w jakieś bezpieczne bądź względnie bezpieczne miejsce.
Podczas obwiązywania Francuza jego myśli zlały mu się w jeden ciąg „nie umieraj mi tu”, do którego, dla spokoju własnego sumienia, dodał „bo nie wiem, co zrobić z ciałem”. Z tym głupim Thénardem to same problemy. Gdyby zdecydował się siedzieć tyłkiem na miejscu, a nie leźć za Fiodorem, to nie miałby teraz takiego problemu. Nie myślałby gorączkowo, czy nie powinien zrobić czegoś jeszcze i czy to co zrobił na pewno wystarczy. Momentalnie poczuł falę całkowicie nowego gniewu, przez co niemal całkowicie zignorował słowa Challesa, zaciskając usta w cienką linię.
Nie pierdol – stwierdził w końcu krótko, kiedy Thénard stwierdził, że nie potrzebuje jego pomocy. – Nie ujdziesz sam nawet pięćdziesięciu metrów i chcesz, żebym cię zostawił samego? Nie po to wchodziłem mojemu uroczemu znajomemu w paradę, żeby teraz zajął się tobą patrol – burknął, po swojemu zupełnie nie przebierając w słowach. Myślał, że nie będzie musiał mówić tego na głos, ale Francuz postanowił nie wykazywać się zbytnią lotnością. – Nie uwierzę, że jesteś z Paryża – dobrze pamiętał jego dziwny akcent w jednej wypowiedzi – więc zapewne nie znasz miasta idealnie. Ja znam skróty i przejścia, w które patrol nie zagląda, więc jestem ci potrzebny. Jak widzisz, nie musisz prosić o pomoc, bo sama nadeszła – dodał jeszcze, modulując swój głos tak, by nie zabrzmiały w nim żadne emocje. Przedstawiał mu tylko fakty i miał nadzieję, że Challes w końcu się z nimi pogodzi, bo nie miał ani siły, ani czasu na dalsze słowne przepychanki. – Po prostu powiedz mi, gdzie mieszkasz, bo inaczej zaprowadzę cię w miejsce, które może ci się nie spodobać. Uprzejmie ostrzegam – powiedział, a przy ostatnich słowach obniżył nieznacznie ton, by naprawdę zabrzmiały ostrzegawczo. – Nie mamy zbyt wiele czasu. – Wraz z tymi słowami podszedł do bohatersko stojącego na nogach Thénarda, bez pytania chwycił jego prawą rękę i przełożył ją sobie przez kark, od razu ciągnąc go – choć ostrożnie – ku wylotowi uliczki z drugiej strony. Wyczuł, jaki Francuz jest zimny, ale aktualnie nie mógł nic na to poradzić – dysponował jedynie swoją koszulą, a jej, mimo wszystko, nie zamierzał aż tak poświęcać. Wieczór nie był taki zimny, a dodatku Thénard opiera się na nim całym ciałem i to jego ciepło musi mu wystarczyć. Przynajmniej na tę chwilę.
Nie wiem, co sobie myślałeś, kiedy zacząłeś śledzić tego gościa, ani co tobą kierowało, ale nigdy więcej tego nie rób. Jego wygląd wystarczająco mówi sam za siebie, musiałeś się przekonywać na własnej skórze? – Krążący w jego żyłach gniew zrobił swoje i w końcu znalazł ujście: w głosie Grishy dało się wyczuć poirytowanie. – On jest bardzo drażliwy. Zdajesz sobie sprawę z tego, że to spotkanie mogło się zakończyć znacznie gorzej? – mówił dalej, zerkając na niego kątem oka. – I co, było warto? – Lykov prawiący kazania, tego jeszcze nie było.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue des Misérables   Sob Gru 09, 2017 2:21 pm

Pragnął zatopić się w twardym bruku nagle zastygłej w bezruchu uliczki, zniknąć w nim całkowicie, ukryć się przed ponurą, kłującą rzeczywistością. Leżeć tak do świtu. Do południa. Do kolejnej nocy. Ukryty przed światem, poza zasięgiem przemocy, pretensji i obowiązków którym nie można sprostać – zabawne, można by pomyśleć, że skoro ludzie doprowadzą swoje życie do ruiny, powinni zachować na ostatnią drogę jakieś dobre wspomnienia.
Nic z tego.
Svein nawet tutaj, przykuty do ziemi bólem, nie potrafi uwolnić się od demonów zaklętych w kłębowisku myśli. Są jak gniazdo węży – kąsają, wiją się, paraliżują jakikolwiek przejaw dobrej woli. A on? On tkwi w samym centrum plątaniny syczących, ociekających jadem gadów i pozwala, by prześladowały go wątpliwości. Są obecne nieustannie – wtedy, kiedy patrzy w gęste, ciemne kropelki krwi, które skapnęły na bruk. Wtedy, gdy słucha krótkich, rzeczowych poleceń człowieka, któremu nie tak dawno temu życzył czegoś paskudnego na swój nieszkodliwy, łagodny sposób – grypy, dotkliwej wysypki lub siennego kataru. Nawet wtedy, gdy przygląda się wiszącemu nad głową, zobojętniałemu, rozgwieżdżonemu niebu.
Wątpliwości towarzyszą Sveinowi bez ustanku; one wiedzą, że nie ma w tym mieście nikogo, kto opłakiwałby jego śmierć. Wiedzą, że zesztywniałe, pozbawione ciepła ciało trafiłoby do tej samej kostnicy, w której bywało za życia, a później zasiliłoby jeden z tych bezimiennych, miejskich grobów, których liczba podczas okupacji drastycznie wzrosła. Te drobne nici porozumienia, jakie Svein nawiązał w Paryżu, były zbyt cienkie, by zobowiązać kogokolwiek do poniesienia kosztów pogrzebu. Genevie, Janne, Jacques, nawet Hannes – wszyscy przeczuwali, że pewnego dnia właśnie tak wszystko się skończy. Bez ostrzeżenia, gwałtownie, bez szansy, by się pożegnać.
Pożegnać: z nimi i z tym karykaturalnym cieniem, którym była pozostawiona w Norwegii rodzina: ojciec zniósłby śmierć kolejnego dziecka w milczeniu, nieporuszony, zimny, oschły. Bjørn odczułby ulgę. Magnus – o ile wciąż żył – nigdy by się nie dowiedział. Może tam będzie lepiej, pomyślał nieśmiało Svein, kiedy kolejna salwa bólu uderzyła w wycieńczone nadmiarem bodźców zmysły; rozsądek natychmiast odrzucił tę ewentualność. Śmierć to takie samo bagno jak wszystko inne – a taka śmierć, pozbawiona sensu i bezowocna, była jeszcze gorsza. W tym pasmie porażek tkwiła jednak niewspółmierność, której nie potrafił pojąć. Element niepasujący do bolesnej, unurzanej we krwi układanki, coś, czego Svein nie przewidział. Zawsze sądził, że umrze w samotności lub w cichej obecności Nilsa, spokojnie czekającego, aż przyjaciel przekroczy tę samą granicę, którą kiedyś przekroczył on, lecz w gruncie rzeczy: w samotności. Nikt nie powinien ratować jego życia. Nikt nie powinien martwić się tym, czy Challes – ta nieudolna ułuda człowieka – dotrze do własnego (a jednak całkowicie obcego) mieszkania, znacząc przebytą drogę krwawym ściegiem. Nikt nie powinien opatrywać jego ran drżącymi, niespokojnymi dłońmi, które przejawiały więcej determinacji, niż faktycznej wprawy.
A już w żadnym wypadku tym kimś nie powinien być Rémy.
Wpatrując się w jego twarz – skupioną, pełną zacięcia, pozbawioną nienawiści, z którą Svein powoli zaczął się oswajać – nie był pewien, czy to dzieje się naprawdę. Kucający przy nim Charron drastycznie różnił się od człowieka, który w prosektorium nie oszczędzał na ostrych słowach i który na poczcie niemal uskutecznił morderstwo samym tylko spojrzeniem. Ten Rémy, gotowy zaryzykować własnym bezpieczeństwem dla kogoś, za kim nawet nie przepadał, najbardziej przypominał swoją wersję z dnia, gdy spotkali się po raz pierwszy. Zdeterminowaną, nieoszczędzającą na słowach, ale na swój sposób empatyczną wersję człowieka, przy którym Svein poczuł się bezpiecznie.
Po raz pierwszy, odkąd przybył do Paryża. Być może po raz pierwszy od wybuchu wojny.
Emocje z tamtej nocy – kiedy każdy, niezamierzony dotyk w ciasnocie baru wiązał się z małymi wyładowaniami elektrycznymi, zupełnie jakby bliskość  Rémy’ego sprawiała, że w ciele Sveina raz za razem wybuchała supernowa – ówczesne decyzje, ubrane w kostium kilku prostych zdań i oglądane z dystansu minionych tygodni, nie czym były tym, czy zdawały się być wtedy. Słowa, które powinny między nimi paść, ale przez obezwładniający Sveina strach nigdy nie zostały wypowiedziane, zostawiły na języku lekki posmak smutku. Nigdy nie wyjaśnił, dlaczego tamtej nocy porzucił go w zaułku – nieszczególnie różniącym się od ciemnej uliczki, w której tkwili teraz – a mimo to Rémy mu pomagał. Bez słowa. Bez żądania jakiegokolwiek wytłumaczenia.
Bez ukrytych intencji?
Czego chcesz? – nie zdołał całkowicie odpocząć, ale coś ze spowijającej Charrona atmosfery - być może jakaś cząstka jego determinacji? – przeniknęła do zmaltretowanego ciała Sveina. – Czego tym razem chcesz? Musi być powód, dla którego mi pomagasz bo nie każdy jest tak naiwnym altruistą jak ja; nie każdy jest gotów ryzykować dla innych z dobroci serca, nie każdy nosi w sobie ten pierwiastek Árbjörg, w którym tkwi równie wiele empatii i wrażliwości, co przekleństwa.
Gdyby nie przypominał matki, nie wykrwawiałby się w tej uliczce. W tym mieście. W tym zamęcie emocji, który przebijał się nawet przez miarowe pulsowanie bólu.
Adres nie ma znaczenia. Może nie jestem z Paryża, ale wiem jedno – kiedy tylko poniósł się z zimnego bruku, miał ochotę poruszać się miękko i cicho, mówić szeptem, a najchętniej milczeć. Do tego momentu rozpierała go potrzeba wrzeszczenia aż do zachrypnięcia – teraz czuł się, jakby ktoś zanurzył go w wodzie, ciepłej i pachnącej czymś kojącym; czymś, co czuł w prosektorium, w barze, w ciemnym zaułku i na poczcie przez jedną, ulotną chwilę, którą pragnął przeciągnąć w nieskończoność.
Mieszkam na drugim końcu miasta i z twoją pomocą czy bez, nie zdołam tam dotrzeć. Nie w tym stanie – z trudem powstrzymał cisnące się na usta syknięcie, gdy Charron ostrożnie chwycił go pod ramię, natychmiast przystępując do ewakuacji. To na swój sposób zabawne – ta nagła zamiana ról, jakby przed miesiącem to nie Rémy ostrożnie uwieszał się na szyi. Nawet, gdyby Svein miał dość sił, nie chciał wyswobadzać się spod jego supremacji – w tym jednym się nie mylił.
Nie mieli zbyt wiele czasu.
Bardzo drażliwy ten uroczy znajomy – powtarza jak echo, z zimną, lekarską precyzją nakazując sobie zachowanie przytomności. Nie zamierzał tłumaczyć się przed Rémym ze swoich decyzji, mało istotne, w jak złym świetle przedstawiały zdrowy rozsądek Challesa. Charron posiadał dość własnych problemów, by dokładać do nich jeszcze jeden w formie norweskiego delegata, pilota, chirurga i – jak się okazuje – kłamcy. – Warto. Dla sprawy zawsze warto – przyłapał się na tym, że mówi coraz ciszej, z trudem przepychając przez gardło kolejne słowa – a mimo to słyszał przemykającą obok straconą okazję. Chciał zapytać Rémy’ego o tamten kwietniowy wieczór, chciał zapytać o to wszystko, czego nie mógł widzieć, siedząc samotnie w mieszkaniu i zastanawiając się, czy Charron bezpiecznie wrócił do domu. Chciał zapytać o tak wiele – ale na razie musiał się zadowolić tylko fragmentami. Okruchami rzuconymi mimochodem, jego ramieniem, którego nie chciał obciążać coraz chwiejniejszym chodem, i ciałem, z którego przechwytywał odrobinę bezpiecznego ciepła.
Dziękuję, Rémy.
Powieki okazały się cięższe od siły woli; opadły raz, powoli, uniosły się na moment i przymknęły raz jeszcze, tym razem na dłużej. Wszystko mówiło mu, że zaraz zemdleje, ale nie – nie dopuści do tego. Nieważne, jak nieznośny będzie ból, jak bardzo on sam będzie błagał o to, aby chociaż na chwilę minął.
Nie sprawi Charronowi kolejnego zawodu. Nie upadnie. Nie zaśnie.

/ zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Rue des Misérables   

Powrót do góry Go down
 
Rue des Misérables
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Butte-Montmartre-
Skocz do: