IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Reviens à Paris, Camille.


Share | 
 

 Reviens à Paris, Camille.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Reviens à Paris, Camille.   Sro Lis 01, 2017 9:11 pm

A ty - ty natychmiast wracaj do Paryża. Poinformuj innych.
Ciążyła jej zakrwawiona sukienka, ciążyły jej włosy, ciążyła jej nawet skóra.
Ale Lou żyła, na dowód ofiarowując Camille kilka słabych, nasłuchiwanych przez nią oddechów i rachityczne tętno w bezwładnym nadgarstku.
- Wytrzymaj, Lou - wyszeptała do powierzchownie opatrzonej koleżanki, głaszcząc ją po włosach, usilnie walcząc z cisnącymi się do oczu łzami - strachu, bezradności. Niepewności.
Leśniczy, tak jak myślała, bez wahania udzielił im pomocy, oczywiście pytając też o Pierre'a - Camille mogła tylko pokręcić głową, cicho przyznając, że nie wie, co się z nim stało.
Tak samo jak z Mackay'em.
I Bricem.
Wciąż odtwarzała zszokowane spojrzenie, które im posłał, kiedy odjeżdżali bez niego z klasztornych pól - i wciąż nie mogła zrozumieć, co tak naprawdę się tam wydarzyło. Czemu chłopak nie zaczekał na skoczka, zostawiając go samego na pastwę Niemców? Wtedy nie była w stanie zareagować, nie kazała zatrzymać samochodu (czy to by coś dało?), zaaferowana stanem rannej Junge, która - zdawało się - mogła wykrwawić się na pace ciężarówki, czemu - razem z Gilbertem, którego imię poznała niestety w takich okolicznościach - gorączko i prowizorycznie próbowali zaradzić. Przynajmniej do momentu w którym wnieśli ją do leśniczówki i pieczę nad Lou przejął leśniczy, posyłając Gilberta po zaufanego lekarza, drugiego chłopaka instruując na temat pozbycia się ciężarówki, Camille z kolei nakazując powrót do miasta i poinformowanie pozostałych członków Ruchu Oporu o dramatycznej sytuacji.
- Nie ma mowy, nie zostawię jej tu - stwierdziła kategorycznie, zakładając ręce na piersi, w ramach podparcia swoich słów stawiając krok w kierunku nieprzytomnej Junge. Była w stanie przysiąść na drewnianej podłodze, objąć wartę, dopóki koleżanka się nie obudzi, co z kolei zademonstrowała pewnym i nieustępliwym spojrzeniem wbitym w leśnika, który sprawnie rozdzielał im zadania.
Ale i Camille wiedziała, że musi wrócić.
O szesnastej pod śniadaniem na trawie..., powtarzała w myślach, jakby w obawie, że wystawiane na ciężką próbę zmysły w końcu odmówią posłuszeństwa,
... o szesnastej pod śniadaniem na trawie...
pozostawiając ją w tym przedkatatonicznym stanie zawieszenia,
... o szesnastej pod śniadaniem na trawie.
o krok od maligny, niezdolną do dotarcia do muzeum.
O spotkaniu z trzecim Anglikiem wiedziała tylko ona i nieprzytomna Lou. Mogła komuś powiedzieć, zrzucić ciężar na bardziej odpowiednie ramiona, mniej zaangażowane w dzisiejszy klasztorny kataklizm - mogła, ale tylko teoretycznie. W rzeczywistości, próbując poskładać wszystkie wiadomości w logiczną całość, zaczęła dochodzić do trwożącego wniosku, że ktoś musiał ich zwyczajnie zdradzić - gestapo zdecydowanie nie przybyło na pokojowe obchody święta. Nie, oni wiedzieli - pytanie tylko o czym? O kim? Tylko o zebraniu Résistance czy może też i o Anglikach?
Postanowiła przemilczeć fakt, że wie co się stało z trzecim skoczkiem. I to przed wszystkimi, licząc, że i Lou, kiedy już się obudzi, nikomu nie powie.
I w końcu, po przybyciu lekarza i gorących zapewnieniach, że Junge jest bezpieczna i pod dobrą, fachową opieką, podjęła decyzję o powrocie - w Paryżu mogła przysłużyć się sprawie bardziej; zresztą i tak musiała być tam jutro na spotkaniu z Watsonem. Musiała mu powiedzieć, że ma się ukryć, zaszyć, zniknąć, bo oni wiedzą. Próbowała nie myśleć o momencie, w którym będzie musiała mu zrelacjonować to, co się wydarzyło. Przez nich.
Przez nią?
Przez działanie wbrew rozsądkowi, wbrew przydzielonemu zadaniu, przez chęć niesienia śmiesznej odsieczy, która z góry była skazana na porażkę? Czy ona w ogóle zdawała sobie sprawę czym ryzykują? Co robią? Zaślepiła ją panika, strach o kolegów z Ruchu Oporu, chęć zgrywania bohaterki; to porywczość ponownie zatriumfowała nad zdrowym rozsądkiem, nieustępliwość i upór wpłynęły na realne postrzeganie sytuacji, skutkując poronioną próbą ratunku, która szybko przeistoczyła się w dramat; czego się spodziewali, będąc uzbrojonymi tylko w świecznik?
Miała ochotę wyć. Nad sobą, nad Lou, nad Anglikami, nad ich bezbrzeżną głupotą. Udręka narastała, uderzając w Camille falami gorąca - przygniotła ją odpowiedzialność i mnożące się niewiadome; nie była w stanie logicznie myśleć, nie umiała poukładać piętrzących się zgryzot, a wyrzuty sumienia zaczynały przeistaczać się we wstrząsające nią drgawki, zwiastujące rychłą histerię.
Ale opanowała się. Nie była dziesięcioletnią, krnąbrną dziewczynką, której psoty były skrzętnie skrywane, a później naprawiane przez starszą siostrę, od której oddzielały ją teraz całe galaktyki. Ona istniała w innym życiu; bezpiecznym, niepomnym na dramaty prawdziwej walki, obojętnym na samospalający się bunt. W życiu wyposażonym w stosy miękkich, pachnących domem poduszek; w piętrzące się na stole eklerki; w wino, tak lekko i radośnie wirujące w głowie; w dowcip ojca; w uspokajający dotyk matki.
Camille żyła teraz w świecie zakrwawionych sukienek, świszczących kul, niszczonych ideałów. Lata świetlne od dziewiątej dzielnicy Paryża.
- Nie dotrzesz do miasta tak wyglądając, zgarnie cię pierwszy lepszy patrol - stwierdził leśniczy, spoglądając z powątpiewaniem na niebieską, wystrzępioną sukienkę Camille, dość obficie zabrudzoną krwią Lou; Hebuterne nie mogła się nie zgodzić. Uosabiała apoteozę kogoś podejrzanego.
Z braku innych możliwości, raz jeszcze korzystając z uprzejmości gospodarza, ubrała jego koszulę, zapinając ją pod szyję; sięgała jej do kolan, z dość dużą dozą wybujałego optymizmu aspirując do miana niedbałej sukienki.
Ponownie uzbrojona tylko w latarkę, Camille pożegnała się, obiecując nieprzytomnej, opatrywanej przez lekarza Junge, że wróci po nią, po czym już bez ociągania ruszyła w drogę powrotną, co rusz oglądając się za siebie. Rower został w klasztorze, zatem powrót do Paryża miał jej zająć nawet trzy razy dłużej; postanowiła pokonać dystans szybkim krokiem, nasłuchując każdego hałasu, szczególnie zakrawającego na dźwięk jadącej ciężarówki. Nie wybrała głównej drogi, w miarę możliwości próbowała przedzierać się ciągnącym się równolegle polem. Kilka razy, słysząc głosy z oddali, zdjęta paniką, zastygała rozpaczliwie niezdecydowana, obawiając się osaczenia - ale nic się nie działo. Jedynie krew nieznośnie dudniła, kiedy nie mogła dosłyszeć, czy dźwięk, który towarzyszy jej krokom, to odgłos jej stóp, czy może stóp, które podążały za nią.
Kilka razy zaczynała biec; coraz szybciej i szybciej - bała się upaść, ale bała się też przestać. W końcu jednak zwalniała, dysząc z wyczerpania.
Nie umiała powiedzieć, ile zajęła jej droga powrotna. Czy były to trzy godziny, czy pięć, może dziesięć? Straciła rachubę i poczucie czasu; pewnym otrzeźwieniem były dopiero zabudowania miasta, które zaczęły pojawiać się z coraz większą częstotliwością. Camille przemykała między kamienicami, mijając przypadkowych ludzi; wszyscy zdawali jej się podejrzani, równie karykaturalni. Zdawało jej się, czy oni naprawdę milkli, kiedy się zbliżała? Ta roześmiana blondynka z dzieckiem w wózku, ta ściskająca się za ręce para, ten elegancki pan, który - nie bez pewnej dozy zdegustowania - obrzucił jej prowizoryczną sukienkę zdziwionym spojrzeniem.
Odpowiedziała mu wzrokiem przepełnionym równym obrzydzeniem; nieskierowanym jednak do niego - raczej do ciepłego, rumianego dnia, niepomnego na ogrom tragedii, która z taką mocą osiadła na piersi Hebuterne, wywołując mdłości i to nieznośne uczucie lepkości.
Twardo postanowiła, że nie skontaktuje się z nikim z Ruchu Oporu - paranoja nakazywała jej milczenie, przynajmniej przed spotkaniem z Watsonem. Tłumaczyła sobie, że informacje, które przekazałaby pozostałym, niebiorącym udziału w spotkaniu klasztorze, członkom Résistance z powodzeniem zaraz mogłyby Z N Ó W wpaść w ręce gestapo; wszakże nie wiedziała kto zdradził, kto okazał się żmiją, myślała histerycznie, pieprzonym zdrajcą. Pieprzonym zdrajcą z krwią na rękach.
Ten zdrajca musiał wiedzieć, co się wydarzy i to długo jeszcze przed nimi; taktycznie się zatem nie pojawił?, pytała siebie. Ich - jej przewaga opierała się na jego ewentualnej niewiedzy, w której trzeba było go utrzymać do czasu, aż Watson nie będzie bezpieczny. Chociaż on.
Czy sama była już spisana na straty?
Przyłapała się na myśleniu o mieszkaniu na Rue Seveste i o jego jedynym mieszkańcu. O tych momentach wyrwanych rzeczywistości, całkowicie odrealnionych, nieprzypisanych jej ułożonej historii, a jednak bardziej realnych niż ten chodnik, niż ta koszula, czule zakrywająca zaschnięte plamy krwi. Ze zrezygnowaniem - bo tylko na nie było ją już stać - uświadomiła sobie, że tylko tego pragnie; momentu ukojenia; spokoju, tej chwili ciszy, jego milczenia, dotyku - nawet tego boleśnie oszczędnego, wciąż jednak skutecznie rozpraszającego jej mrok, dzisiaj zbierający się wyjątkowo gęsto. Może opowiedziałaby mu o wszystkim, może nie.
Ale czy cokolwiek by zmieniło, gdyby dzisiaj wzięła go ze sobą na to przeklęte spotkanie?
Naraziłabyś tylko jeszcze jedną osobę, Camille.
Miała ochotę krzyczeć. Wykrzyczeć w paryski eter to, jak ich, kurwa, wszystkich nienawidzi.
Nie mogła go w to mieszać, prawda?, nie miała prawa; nie teraz, kiedy jej własny los jawił się przed nią tak niepewnie. Postawiła na zdrowy rozsądek, chociaż raz nie ugięła się pod własną słabością, kierującą ją w to jedno, konkretne miejsce w Paryżu.
Znała drogę.
Nie jesteś aż taką egoistką.
Postanowiła wrócić do mieszkania, które swoim nazywała tylko z przyzwyczajenia; w rzeczywistości było puste, wypełnione jedynie przebrzmiałym poczuciem straty; nic, co z czystym sumieniem chciałaby sobie przywłaszczyć, nawet werbalnie.
Było jednak całkiem inne, kiedy rano je opuszczała - jeszcze jasne, jeszcze niegroźne; jakby zabawkowe z tym swoim nieodłącznym chaosem, który wprowadziła w nim Camille. Teraz, kiedy otwierała drzwi, było już tylko porażająco samotne. Przyschnięte kwiaty w wazonie, w założeniu mające wprowadzić nieco układności do nieprzyjaznego Hebuterne pomieszczenia, spoglądały na nią smutno, jakby we współczuciu dla jej nerwowych ruchów i łez, które wreszcie puściły się strumieniem. Z początku bezgłośnie, szybko jednak przeszły w szloch, wstrząsający drobnym ciałem dziewczyny. Z wściekłością zrzuciła z siebie ubranie, sukienkę ciskając do kosza; w samej bieliźnie położyła się na łóżku, przysuwając kolana pod brodę, ściśle oplatając je ramionami. Płakała, za bardzo się bojąc, żeby zasnąć - zresztą sen, który mógłby być rodzajem ukojenia, oczywiście nie zamierzał przyjść; umysł podsuwał jej coraz to nowsze obrazy z dzisiejszego dnia, wytykając każdy jej błąd, każde jej słowo. Twarze: Pierre'a, Lou.
I to powracające ciągle zszokowane spojrzenie Brice'a.
Do rana nie zmrużyła oka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Reviens à Paris, Camille.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Krok Drugi :: Osobiste :: Retrospekcje-
Skocz do: