IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

#2 Camille & Fiodor [18 maja]


Share | 
 

 #2 Camille & Fiodor [18 maja]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: #2 Camille & Fiodor [18 maja]   Sob Lis 11, 2017 8:45 pm

Maj, rumiany i całkowicie obojętny na toczące się pod paryskim niebem dramaty, wymuszał na Camille niewyraźne uśmiechy, krótsze sukienki, sprężysty krok – przynajmniej jeszcze dwa dni temu. Teraz natomiast stanowił zupełnie marginalne tło, jedynie nieco irytujące w tym swoim słonecznym, ciepłym roześmianiu, nieprzystającym do wczorajszych wydarzeń; nieustannie promieniujących i obdzierających Hebuterne z jakiejkolwiek pewności – siebie, sprawy, walki. Odpowiedzialność, która spłynęła na nią wraz z podjęciem decyzji o wczorajszej odsieczy, przyduszała teraz nieznośnie, nakazując jej podjęcie mechanicznych działań; ubierz się; wyjdź; idź do muzeum; spotkaj się z Anglikiem. Stała się lekko przygarbioną sylwetką o rozbieganym wzroku, przemykającą przez ulice, które nie przypominały już tych przemierzanych w należącej do przeszłości beztrosce; wtedy nic nie mogło jej zagrozić, prawda?, nie Camille Hebuterne, która zawsze na pojedynek wyzywała cały świat, będąc przekonaną, że nic nie zagrozi jej naiwnej walce. Bezpiecznej walce? Ach, jakie słodkie mogą być objęcia ignorancji.
Z jej pensjonarskich wierzeń, po zderzeniu z wszechobecnym pyłem po wybuchu granatu, nie pozostało nic.
Pojawiło się za to naznaczone strachem nieokreślone oczekiwanie. I wyrzuty sumienia, zdegustowanie własną bezsilnością. Zawiodła w momencie zwrotnym – na pace ciężarówki jej wielozadaniowość rozpłynęła się całkowicie w zderzeniu z przerażeniem i szokiem, ponad które nie potrafiła się wznieść.
Ściślej otuliła się swetrem w pośpiechu narzuconym na sukienkę, stanowczo zbyt ciepłym na wiosenne warunki; trawiona nieistniejącą gorączką i dreszczami, z rozbieganym spojrzeniem i bladą, zmęczoną, ściągniętą niepokojem i strachem twarzą, próbowała wyglądać normalnie. Niepozornie – ot, jak zwykła paryżanka, która wybiera się podziwiać sztukę i korzystać z uroków ciepłego dnia na spacerze. Nie jak ktoś, kto zaledwie wczoraj z całych sił próbował nie dać umrzeć koleżance, tym samym skazując innego człowieka na z góry przesądzony los. To nie był wybór, którego musiała dokonać, mogła przecież uratować też i Anglika, pomóc mu się dostać do ciężarówki – ale przez szereg własnych ułomności, objawionych w momencie, gdy tyle od niej zależało, zawiodła.
I musiała się do tego głośno przyznać.
Po spotkaniu w muzeum Orsay nie było lepiej. Zaraz po wyjściu z budynku, jak tylko mogła najszybciej, skręciła w jedną z wąskich uliczek, po czym oparła się o zimny mur, próbując oddychać głęboko i opanować mdłości. Spotkanie z Anglikiem nie trwało długo; poczucie spełnionego obowiązku wcale nie nadeszło, wręcz przeciwnie – Camille czuła się jeszcze gorzej, o ile było to w ogóle możliwe. Nie mogła też wiecznie uciekać przed spotkaniem z pozostałą częścią Resistance, zwłaszcza, że musiała podzielić się z innymi tymi wszystkimi informacjami - jednak grono osób, którym ufała, zmniejszyło się dramatycznie. Ona? Niemożliwe. On? Na pewno nie. Wściekłość na potencjalnego zdrajcę nie potrafiła jednak przyćmić strachu i pretensji do samej siebie. Zdradziecka wyobraźnia nieustannie podsuwała jej scenariusze, według których mogła wczoraj postąpić. Mogła zrobić wszystko inaczej. Mogli się lepiej przygotować. Mogli być bardziej ostrożni. Mogli od razu wyruszyć do Paryża. Mogła wrócić do klasztoru sama – albo tylko z Lou. Mogła pomóc tym Anglikom. Mogła kazać zatrzymać się chłopakowi w ciężarówce.
Wszystko zrobiła źle, wiedziała. To nie tak, że nie próbowała znaleźć dla siebie usprawiedliwienia, wręcz przeciwnie; usilnie tłumaczyła przed samą sobą, że wszystko działo się tak szybko, wokół świszczały kule, a i tak udało jej się wrócić po Junge i pomóc jej się dostać na ciężarówkę. Ciężko przecież równocześnie byłoby pomóc marudnemu Anglikowi, czy w ogóle zastanawiać się, gdzie zniknął ten milszy?, zastanawiała się, jednocześnie będąc głęboko przeświadczoną o własnej niezaradności, niedostatecznym skupieniu i złym przeanalizowaniu sytuacji. O swojej amatorszczyźnie i panice, katowała się w myślach, tyle od ciebie zależało, tyle mogłaś zrobić.  
Obawiała się o Pierre’a i o resztę członków Ruchu Oporu, a nie wiedziała nawet w jaki sposób miałaby się dowiedzieć czegoś o ich dalszych losach – i, niestety, mogła spodziewać się najgorszego. Musiała też, zgodnie z obietnicą złożoną nieprzytomnej koleżance, wrócić po nią do leśniczówki. Pocieszała ją myśl, że Junge jest tam teoretycznie bezpieczna. Bezpieczniejsza niż w Paryżu? Jesteś słaba, myślała, jednak bezużyteczna. Były to myśli bardzo nieprzystające do zwyczajowej postawy Camille – w tym momencie całkowicie przytłoczonej ogromem tragedii i niepewnej sytuacji. Może to była kwestia czasu, zanim do jej drzwi zapuka gestapo? Nawet złość, coraz pewniej w niej kiełkująca, nie okazywała się wystarczającą motywacją do chwilowego oderwania myśli od szeregu porażek i od ściśle przylegającego do niej lęku - chociaż bunt i poczucie bezprawnej krzywdy zaczynały się w niej już niebezpiecznie kumulować.
Na swoje następne poczynania nie miała żadnego wpływu. Nie kierowała się logiką, nawet szczątkową, nie próbowała usprawiedliwić tego, co robiła. To był czysty instynkt, egoizm, chęć przywrócenia sobie chociaż ułudy równowagi – idąc w kierunku Butte-Montmartre, rozglądała się nerwowo po zszarzałych, muskanych popołudniowym słońcem twarzach mijających ją ludzi, próbując nie dać zatriumfować – uzasadnionej w tym wypadku? – paranoi. Niemalże czuła na ramieniu silne szarpnięcie, niemieckie słowa, okrzyk to ty wczoraj uciekłaś! Każdy był podejrzany, wszyscy Francuzi nagle parali się kolaboracją, zdawali się szukać w jej twarzy winy; mam ją wymalowaną na twarzy, myślała gorączkowo, nigdy tam nie dotrę.
Ale dotarła.  
I w końcu przyszło też zawahanie. Wczoraj z całkowitą pewnością odrzuciła kiełkującą w niej myśl o odwiedzeniu swojego znajomego z rue Seveste, bowiem uznała, że byłby to pokaz całkowitego podporządkowania się własnym, niejasnym emocjom, które zgubiły ją już w klasztorze. Nie miała prawa wciągać w ten kataklizm nikogo, nie w tym momencie, kiedy sama nie wiedziała, czy jej własne imię i nazwisko, razem z adresem, nie są właśnie odnotowywane przez jakiegoś parszywego szwaba polującego na czarownice. Oczywiście, przychodziły momenty butnej, hebuternowskiej myśli, wyraźnego złapiecie mnie po moim trupie, ale przeważał po prostu zwyczajny (że niby tego boją się normalni ludzie?), paraliżujący strach. To chyba nie on jednak zadecydował o tym, że Camille – rozglądając się nerwowo – postanowiła uchylić drzwi do kamienicy, w której - w innym czasie, innej teraźniejszości – spędziła noc, walcząc z poczuciem zupełnej irracjonalności; ulotność tamtych chwil, w których rzeczywistość kilkakrotnie powątpiewała, stanowiła wyraźną opozycję w stosunku do jej obecnych, kilkupłaszczyznowych zmagań z porażająco realną groźbą i niepewnością, które całkowicie nią zawładnęły. Tamte wydarzenia rozpamiętywała   wielokrotnie, znacznie więcej, niż sama chciałaby przyznać - w szczególności przed sobą. Do tej pory jednak udawało jej się trzymać od niego z daleka i chronić swoją suwerenność, nie uginała się pod słabością, traktowała to jako swoistą próbę charakteru i silnej woli, których wówczas całkowicie się wyzbyła. Wcześniej podjęła też rozsądną decyzję, że najpierw skonsultuje się z Lecuyerem odnośnie werbowania do Ruchu Oporu nowego członka - nie zdążyła, a teraz została sama. Sama też do końca nie wiedziała, co zaważyło na tej decyzji, co skłoniło ją do ponownego pokonania tych samych schodów, do dotarcia pod te same drzwi. Poszukiwanie zgubionego poczucia bezpieczeństwa, spokoju, ładu, które – jeszcze bardziej, niż zwykle – wydawały się nieodwracalnie utracone, a których - iluzji? – wtedy doświadczyła? Czy było to głupie, nierozsądne zaufanie, które powinno być przez nią ograniczane do minimum? Nie wiedziała też, czego oczekiwała; nie pomocy, nie zrozumienia – twardo trwała w (złudnym?) przekonaniu, iż skoro sama nie jest ich w sobie w stanie udzielić, to nikt nie będzie tego potrafił. Nie on?
Przecież on tylko, tak jak teraz, mnożył pytania, zamiast udzielać na nie jasnych odpowiedzi. I gdyby powiedział, żeby się wynosiła, żeby ściągnęła swoje własne kłopoty i niebezpieczeństwo na kogoś innego, po prostu by zawróciła, zrobiłaby to bez słowa – chciała wierzyć, że nawet z ulgą.
Ulgę jednak poczuła pukając do drzwi, zupełnie nie wiedząc, czy go zastanie, co powie, czym wytłumaczy swoją obecność i czego tak naprawdę chce – tak, jakby po prostu sam jego widok miał jej to uświadomić i naprawić pewną nieprawidłowość, która całkowicie Camille rozstrajała.
Chyba była egoistką, która z uświadomioną bezmyślnością pozwalała zawładnąć się bezsilności i wycieńczeniu, desperacko poszukującą jego chwili spokoju.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: #2 Camille & Fiodor [18 maja]   Pią Gru 22, 2017 10:54 pm

Zimna, apatyczna woda, z każdą upływającą sekundą coraz chłodniejsza; tkwił w niej od trzydziestu minut, na własnej skórze odczuwając, jak powoli opuszcza go ciepło. Czuł się tak, jakby był chory – zmęczenie leniwie rozpełzało się po ciele z każdym, nieostrożnym ruchem, które od doby ograniczał do niezbędnego minimum.  Gdzieś z góry – z trzeciego lub czwartego piętra – dolatywało słabe echo muzyki; trzeszcząca płyta gramofonowa na zdezelowanym adapterze, igła wytrącana z rytmu w tym samym, niezmiennym fragmencie Piątej Symfonii Beethovena. Próbował zagłuszyć muzykę szumem wody – bezskutecznie. Utwór raz jeszcze rozpoczął się w tym samym momencie, wypełniając całą kamienicę bezkarnymi trzaskami.
Fiodor nie przepadał za Beethovenem.
Wolał Rimskiego–Korsakowa.
Pomimo pozornej bezczynności, ten dzień wcale nie był dniem wolnym. W tym zawodzie nie istnieje takie pojęcie; każda dobra jest pełnym napięcia oczekiwaniem, każda godzina misją, którą należy nieustannie wdrażać w życie, każdy oddech własnością Kraju Rad. Bycie szpiegiem, agentem, oficerem tajnych służb – nieistotne, jak wyszukaną nomenklaturę się obierze – to nieprzerwany bal, w trakcie którego stawiane kroki muszą być wyważone i dokładnie przemyślane. To stan trwały i niezmienny, i Fiodor doskonale o tym wie; jest zakonserwowany w tym sztywnym, uzależnionym od setek pobocznych czynników trybie, nie jest pewien, czy bez niego potrafiłby oddychać. Poruszać się.
Żyć.
Zanurza się w wystygłej już wodzie, pozwalając, by świat wokół zamilkł choć na moment – dobiegająca z góry muzyka to jedynie odległe, nieszkodliwe echo, docierają do niego wyłącznie strzępki melodii, rozpłaszczone i zniekształcone przez warstwę wzburzonej, chłodnej tafli, która w każdej sekundzie może przelać się przez krawędź wanny i zalać ten rozwinięty na łazienkowym dywaniku mikrokosmos.
W końcu każda cywilizacja miała swój potop.
Wynurza się niespieszne, spokojnie łapiąc oddech; nie doszło do tragedii, żaden bakteryjny Noe nie musiał robić użytku z drobnoustrojowej arki. Świat istniał dalej, nieporuszony, ciepły, majowy, okupowany, pozbawiony nadziei na lepsze jutro. Taki, do którego nie sposób przywyknąć – można się jedynie łudzić, że kiedyś samoistnie ulegnie zbawiennej zagładzie.
Strużki wystudzonej wody spływały po skroni, szyi, kręgosłupie, ramionach i między przygarbionymi łopatkami jeszcze długo po opuszczeniu przez Fiodora wanny; równe, przezroczyste ściegi wytyczały własne, niepowtarzalne trasy, bezlitośnie ciągnięte ku ziemi siłą grawitacji. Kilka z nich zdołało skapnąć na posadzkę, znacząc drogę Chirjakowa z łazienki do wielofunkcyjnej kuchni (jeśli coś służy do wszystkiego, to jest do niczego), jednak większość ginęła w materiale obwiązanego wokół bioder ręcznika. Agonia pośród miękkiego, frotowego materiału – Fiodor potrafił wyobrazić sobie znacznie drastyczniejszą śmierć.
Wie, że powinien odczuwać chłód – nawet w równie przyjemny, skąpany w złotym słońcu dzień – ale jego umysł skupił się na czymś drastycznie oddalonym od chwilowych niedogodności temperatury. Przez uchylone, kuchenne okno – naprawdę uśmiechnął się blado, mimowolnie przywołując w myślach obraz nocy, kiedy parapet nie był tak opustoszały? – wtargnął ciepły, przesycony wonią kwitnących drzew powiew, dobitnie świadcząc o tym, że wiosna rozpoczęła się na dobre.
Zdołał zmyć z siebie poranny, pozbawiony racjonalnego podłoża cień paniki; zalążek podejrzeń, które spłynęły z jego głowy wraz z chłodnymi kroplami i zniknęły w łakomie pochłaniającym wodę odpływie, był teraz słabą mgiełką wspomnień. Starał się nie myśleć o niewygodnym, drapiącym jak szorstki kołnierzyk fakcie; o tym, że coraz mocniej zaczynały doskwierać mu okupacyjne realia. Nie chodziło o reglamentację towarów – był Rosjaninem i do tego komunistą, całe jego życie jest reglamentowane – ani o wszechobecność sił wroga; codzienny widok niemieckich mundurów przypominał mu o celu, dla którego został tu wysłany i niebezpieczeństwie, którego obecność powinien nieustannie odczuwać. Było to coś, czego nie potrafił zlokalizować, coś coraz silniejszego, pozbawionego nazwy, umiejscowionego wszędzie i nigdzie zarazem – nagłe ukłucia niepokoju uświadomiły Fiodorowi, że ta nerwowość nie zniknie sama z siebie. Może co najwyżej ulec przeistoczeniu; zacznie cuchnąć śniętą rybą, zaduchem, starą pleśnią. Zacznie przeszkadzać.
I właśnie tu pojawiał się problem – nic nie mogło mu zawadzać.
Sądził, że wraz z biegiem czasu problem sam się rozmyje, jednak dzisiejszego ranka – po całej nocy spędzonej za barem, przesiąkniętej wonią alkoholu, potu i tej typowej dla zachlanych żołnierzy mieszanki – przestał karmić się złudną nadzieją. Potrzebował odpoczynku. Chwili całkowitego relaksu. Momentu, w którym nieustannie trawiący dziesiątki informacji umysł zatrzyma się i wyciszy. Właśnie to musiało się stać, by odzyskał równowagę: zupełne wyłączenie. Miał być nieczynny, nieobecny, jak sen, do którego nikt nie ma dostępu. Cokolwiek wydarzyłoby się podczas tych kilku chwil (co za marna namiastka; potrzebował dni, tygodni, całych miesięcy wytchnienia) odpoczynku, miało być cudzym problemem – przynajmniej do momentu, w którym Fiodor nie pojawiłby się z powrotem.
Ostrze noża uderzyło o deskę głucho, rozkrajając pęczek koperku w pół. Na kuchence stał niewielki garnuszek z typowym jedzeniem dla rosyjskich alkoholików; posiekane kawałki ogórka, ziemniaka, jajka i z trudem wywalczonej kiełbasy, wszystko zastygłe w zagęszczoną śmietaną breję. Specyficzną, ale smaczną – i będącą szczytem kulinarnych zdolności każdego radzieckiego mężczyzny (poza Lykovem, on potrafił jeszcze mniej). Kolejne sieknięcie, kolejne głuche uderzenie, kolejny kawałek pęczka rozsypał się na dziesiątki mniejszych części; rutyna mogłaby trwać w nieskończoność koperku, gdyby nie…
Pukanie do drzwi.
Nóż zamiera w połowie drogi do drewnianej deski, a Fiodor – przez bardzo krótką, bardzo ulotną chwilę – myśli, że to jakaś pomyłka. Może siostra do sąsiada. Domokrążca. Szaleniec sprzedający marchewki. Na pewno nie gestapo – oni nie pukają. To ciche echo wciąż rozbrzmiewa mu w głowie, kiedy – nadal z nożem w dłoni – powoli podchodzi do drzwi, po raz setny przeklinając brak judasza. Pomiędzy naciśnięciem klamki a otworzeniem mija jedna, prędka sekunda. Jedna sekunda, podczas której spokojny, wyprostowany, półnagi Fiodor ukrywał za drzwiami rękę z prowizoryczną (i ubrudzoną koperkiem) bronią. Był gotów jej użyć – był gotów do momentu, gdy nie napotkał spojrzeniem niebezpiecznie znajomej sylwetki.
Z niebezpiecznie przygaszonym wzrokiem.
Dłoń z nożem opadła wzdłuż ciała, drzwi otworzyły się szerzej, a Fiodor – nie tyle zaskoczony, co zdezorientowany wizytą – bez słowa wpuścił Camille do środka.
Zakładam, że byłaś ostrożna – jego głos nienaturalnie opadł o dobre dwa tony i niemal został zagłuszony przez szczęk zamykanego od środka zamka; przez krótką chwilę czuł się niezręcznie, jakby – tak swobodnie poczynając sobie z brakiem stroju we własnym mieszkaniu – popełnił faux pas – Zakładam, że nikt cię nie śledził – rezon wraca dopiero po chwili, kiedy jasne spojrzenie zatrzymuje się na twarzy histerycznej wariatki i nie odnajduje tam tego, czego się spodziewał.
Buntu. Zacietrzewienia. Nieustępliwości.
Jedynie słabe cienie tamtych emocji – zatarte i niemrawe.  
Nie wyglądasz jak ktoś, kto przynosi dobre nowiny – zmarszczył lekko brwi, przypominając sobie o wciąż trzymanym w ręce nożu – obrócił go w dłoni, naiwnie sądząc, że ten skrawek metalu i drewna utrzyma go na powierzchni realności. O tym, jak żałośnie nieprawdziwe było to założenie przekonał się, kiedy jego wzrok natknął się na spojrzenie dziewczyny; i nagle – w przeciągu ułamka sekundy – jej oczy stały się centrum tego miejsca, cała materia tej niedorzecznej kuchni skurczyła się w oczekiwaniu na to, co zawisło w powietrzu niewypowiedziane.
Nie przyszła tutaj, żeby nieść upragnione ukojenie.
Przyszła, by obwieścić wyrok.
Usiądź.
Krótkie, rzeczowe polecenie – dokładnie takie, jakiego Fiodor potrzebował, aby odzyskać kontrolę nad sytuacją. Jeśli posłucha, wszystko wróci do normy. Jeśli nie – po raz kolejny zniweczy porządek jego świata.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: #2 Camille & Fiodor [18 maja]   Sro Gru 27, 2017 4:19 pm

Tych kilka – kilkanaście? Już ulegała rozstrajającemu charakterowi tego miejsca – sekund, które spędziła pod tymi drzwiami, sprowadzało się jedynie do wewnętrznego konfliktu, który wybuchł w Camille całą feerią wątpliwości. Teraz już nie ma odwrotu, powiedziała sobie odważnie i stanowczo, stój i czekaj.
Skoro popełniasz błąd, popełniaj go do końca.
Nie miała siły na podobne dysputy, które przecież mogła toczyć ze sobą w nieskończoność – werdykt i tak był jasny; była egoistką, ponieważ powinna trzymać się od niego z daleka dla obopólnego dobra. Powinna zachować trzeźwość umysłu i - teraz, już, zaraz - zacząć naprawiać własne błędy, których nie potrafiła – a co więcej, nie mogła - sobie darować. Nie wiedziała tylko, jak miałaby to wykonać; liczyła na to, że to Lazare ją natchnie, znajdzie złote rozwiązanie, poklepie po główce, mówiąc, że nie wszystko jeszcze stracone i spokojnie sobie poradzi, pomimo tego, że jest głodna, wykończona, wystraszona, uboższa w towarzyszy broni i pozbawiona tej zwykle trawiącej ją iskierki zdecydowania i przekory?
A może liczyła na to, że on ją w jakiś sposób od tego odgrodzi?
Jaka ty jesteś głupia, Hebuterne. Beznadziejny przypadek.
Nie miała dla siebie litości. Nie dziś. Nie po tym wszystkim.
Nie po tym, co właśnie zamierzała zrobić.
Z zamyślenia wyrwał ją widok ruszającej się klamki, który podziałał jak sole trzeźwiące, zmuszając Camille do szybkiego, urywanego wdechu, zdradzającego jej nerwowość. Powietrze szybko jednak z niej uleciało – stwierdzenie, że nie spodziewała się ujrzeć pana domu (mieszkania) w takim stroju – a raczej jego połowicznym braku? – stanowiło ciężkie niedomówienie. Chociaż, teoretycznie, nie powinna być taka zdziwiona, przecież nie stała na ulicy, ale pod drzwiami jego własnego lokum – gdyby naszła go taka ochota, mógł się po nim przechadzać w samej tylko czerwonej pelerynie i udawać generalnego sekretarza Komunistycznej Republiki Francuskiej. Momentalnie poczuła się jak intruz, który w ogóle nie powinien się tutaj znaleźć i jedynie przeszkadzał w niewinnym rytmie codzienności, toczącej się szczęśliwie i spokojnie bez niej – nie miała prawa burzyć tej harmonii.
I nie powinna tutaj przychodzić – ale teraz już chyba nawet nie mogła zawrócić.
Istnieje powiedzenie, które głosi, że panienki z dobrego domu, wraz z całym dobrem inwentarza (to akurat nie tyczy się Camille, takie to życie niewdzięczne), dziedziczą także przyzwoitość. Która, takowym panienkom w podobnej sytuacji, nakazywałaby spłonięcie wstydliwym rumieńcem, zasłonięcie oczu, a nawet taktyczny odwrót – ale cóż, aby dziedziczyć, trzeba mieć po kim; a rodzice Hebuterne, według własnej córki, nie posiadali cechy określanej jako porządność.
Genetycznie nieobciążonej Camille pozostało tylko odchrząknąć z zaskoczenia i przynajmniej postarać się utrzymywać spojrzenie na wysokości własnych butów. Weszła do małego mieszkania bez słowa, ale i ostrożnie, jakby w obawie, że w – wyglądającej zupełnie inaczej, niż po zmroku - kuchni napotka jakiś blond ideał komunistycznych snów, będący zarazem powodem niewyjściowego stroju gospodarza.
Ta myśl wcale jej się nie spodobała; wręcz przeciwnie.
Ale przecież to nie była jej sprawa. Teoretycznie nawet, wciąż to sobie powtarzała, nie powinno jej tutaj być.
Jej wzrok padł też na nóż, który trzymał Lazare – nie musnął jej nawet cień lęku, po prostu z pewnym opóźnieniem dostrzegła potężną groteskę zaklętą w tym obrazie, który znowu bezczelnie ośmieliła się zmącić.
Czy to jest koperek?
W innej rzeczywistości, nawet takiej przedwczorajszej, nie potrafiłaby powstrzymać uśmiechu, może nawet tego swojego głupkowatego - brzmiącego jak skrzyżowanie duszącej się foki i ucieszonego pelikana - chichotu, pewnie zdobyłaby się też na jakąś uszczypliwość, w założeniu mającą nieco rozładować to poczucie niezręczności, które w niej zakiełkowało – ale dzisiaj było inaczej. Dzisiaj już nie miała siły.
Dopiero po chwili dotarł do niej sens jego słów, które wydały się teraz tragicznie uzasadnione. Wolno pokiwała głową, ponownie szybko analizując drogę z muzeum Orsay i każdego, potencjalnie podejrzanego, mijanego przechodnia – paranoja nakazywała jej wyjątkową uwagę, ale przecież i tak nie mogła być pewna tego, że nikt jej nie śledził; chociaż, czy gdyby faktycznie już została wydana, nie siedziałaby teraz w areszcie, czekając na przesłuchanie?
A może te kanalie miały nadzieję, że doprowadzi je do innych rebeliantów, a ona, zamiast tego, tak radośnie i bezrefleksyjnie sprowadziła ich tutaj?
Musiała uciec przed tym totalnym absurdem; to zaczynało przypominać obłęd, który przylegał do niej coraz ciaśniej, pozbawiając – nieodzownego w procesie czystego myślenia - tlenu.
- Bo nie przynoszę – odpowiedziała wolno, podłapując jego spojrzenie; dość szybko jednak odwróciła wzrok, ulegając wrażeniu, że przedłużając tę styczność kilka sekund dłużej, zupełnie się rozleci, zalewając kuchnię potokiem poczucia winy i skrzętnie skrywanego, acz wciąż rosnącego –  i, póki co, niemego - przerażenia. Lazare sprawiał, że jakikolwiek kamuflaż wydawał jej się bezcelowy; zupełnie, jakby on i tak, bez zbędnych słów, już wiedział. Jakby zauważył różnicę.
Odwróciła się, gładko zignorowała polecenie (i tak nie potrafiłaby usiedzieć w miejscu) i podeszła do kuchennego okna, przynajmniej w założeniu dyskretnie przez nie spoglądając. Nie dostrzegła nikogo podejrzanego; przebiegły jakieś dzieciaki, przeszła kobieta ciągnąca za rękę widocznie niezadowoloną i oporną dziewczynkę, a popołudniowe słońce w spokoju przeczesywało ściany kamienic, usilnie torując sobie drogę do każdego paryskiego zaułka.
Gratka dla miłośników bukoliki; przynajmniej pozornie.
W rzeczywistości, ten wiosenny aromat, który wpadał przez uchylone okno, był też zapachem skwapliwie maskowanych nieszczęść – wiedziała, bo sama nim przesiąkła; woń katastrofy ściśle do niej przylgnęła.
Gwałtownie odsunęła się od szyby, a jej wzrok prześlizgnął się kolejno na kuchenkę i wypełniony garnuszek (breja wyglądała jak coś, co nawet ona – przy wybitnym przypływie weny kulinarnej – potrafiłaby przyrządzić… chyba), zabawiwszy tam nieco dłużej; momentalnie przypomniała sobie o głodzie i o tym, że od wczoraj nic nie jadła – szczerze jednak wątpiła, że byłaby w stanie coś przełknąć, jej żołądek postanowił nerwowo zawiązać się w supełek. Tak, jakby całe jestestwo Camille próbowało zakomunikować dziewczynie, że nie powinna tracić czasu na taką trywialność, jaką było jedzenie (albo spanie) – powinna za to skupić się na opracowywaniu jakiegoś sensownego planu i na działaniu – ciężko było jej tylko określić na jakim konkretnie.
- Chyba mogę mieć kłopoty – Camille, ty bystry i nieoczywisty skarbie francuskiego narodowego klubu odkrywców, co jego to w ogóle obchodzi, po co to mówisz?
Po co tu jesteś?
Poczuła się jeszcze gorzej, uświadamiając sobie, że brzmi, jakby szukała konkretnej pomocy – i to znowu u niego. Jakby ponownie nie mogła poradzić sobie sama; dobiło ją to. W jego oczach musiała wyglądać jak pechowe, rozhisteryzowane dziewczę, które za nic ma swoją osobistą dumę.
- Wszystko poszło źle, nawet tragicznie… - zaczęła bez większego ładu i składu, zupełnie nie wiedząc co chce mu przekazać, co może mu przekazać i co przekazać musi, aby jakkolwiek nakreślić tę całą sytuację; słowa, z którymi raczej nigdy nie miała problemu, stanęły jej teraz w gardle, kategorycznie odmawiając opuszczenia go; ktoś nas zdradził, postrzelono Lou, zostawiłam bucowatego Anglika na pewną śmierć, nie wiem kto został aresztowany i kiedy na przesłuchaniach wypłyną nazwiska pozostałych, w tym pewnie i moje? – I chyba w ogóle nie powinnam tutaj przychodzić, wybacz – niemiłosiernie miotała się w swojej niepewności, aby w końcu stwierdzić, że naprawdę nie ma prawa wciągać go w to wszystko i popełniła kardynalny błąd, egoistycznie ulegając słabości, która nakazała jej powrót tutaj – widocznie po prostu była tą histeryczną wariatką. Ale jednak taką z zasadami – dlatego też postawiła krok w kierunku wyjścia, chcąc go wyminąć i oszczędzić mu wszystkich komplikacji i niebezpieczeństw, powiązanych z jej wizytą – nawet, jeżeli oznaczałoby to, że na dobre pożegna się ze swoim starym przyjacielem: czajnikiem.
I niewypowiedzianą obietnicą przywrócenia – chociażby szczątkowego – ładu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: #2 Camille & Fiodor [18 maja]   

Powrót do góry Go down
 
#2 Camille & Fiodor [18 maja]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg :: Butte-Montmartre, 16/8-
Skocz do: