IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

le douce évasion


Share | 
 

 le douce évasion

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
okupanci
PisanieTemat: le douce évasion   Sro Lis 22, 2017 4:50 am

Nieomal uciekł na widok pierwszego samochodu, który pojawił się w polu widzenia.
Niewinna furgonetka w kolorze spłowiałego błękitu z równie niewinnymi pasażerami w środku przetoczyła się obok niego w spokojnym tempie i nawet gdy znajdowała się zaledwie na wyciągnięcie ręki, gotowy był przysiąc, że coś było nie w porządku, że wpadł w kolejną pułapkę, że za kierownicą nie siedział wcale mężczyzna w słomkowym kapeluszu i papierosem w kąciku ust, tylko Niemiec z napakowanym lugerem w dłoni.
Wyobraźnia – żywa w śmiertelnie wykończonym umyśle – podsuwała mu coraz to gorsze wizje.
Auto nie zwolniło jednak ani na sekundę, Francuz nie obdarzył go nawet przelotnym spojrzeniem i nikt też nie przestrzelił mu głowy, a mimo to wciąż paraliżował go niepokój, który osłabł dopiero wtedy, gdy furgonetka zmalała do rozmiarów niewielkiego, ruchliwego punktu.
Dopiero wtedy odważył się oderwać stopy od ziemi i ponownie zmusił się do marszu.
Szedł już od dobrej godziny, z każdym krokiem nabierając wrażenia, że Paryż oddalał się, zamiast zbliżać. Nie mógł uwierzyć, ile nadziei wiązał nagle z tym miastem; z cudowną anonimowością tłumu, beznamiętnym spojrzeniem przechodniów i z ciasnymi uliczkami, w których łatwo było się ukryć.
Nagle kochał francuską stolicę, choć raczej nie miało to być długotrwałe uczucie.
Próbował wmówić sobie, że wszystko, co wydarzyło się zaledwie godzinę temu, należało do jakiejś dziwnej i mglistej przeszłości, w którą nie należało się zagłębiać. Ale wspomnienia były świeże, wyryte w jego umyśle niczym rany na ciele i przynajmniej jednego był pewien – te rany miały zostawić głębokie, nieodwracalne blizny.
Jeszcze godzinę temu znajdował się w leśniczówce, apatycznym wzrokiem wpatrując się w twarz mężczyzny, który udzielał im wskazówek – ukryj ciężarówkę poza lasem, wróć do Paryża, czekaj na wiadomość, zachowaj wszelkie środki bezpieczeństwa. To brzmiało jak plan; rozsądny, choć na pewnym etapie i tak skazany na porażkę, ale zastosował się do niego bez wahania, znikając z niewyraźnym uważajcie na siebie.
Nie chciał patrzeć ani na Lou, ani na jej przyjaciółkę.
Bał się spojrzeć na Gilberta.
Z tą samą apatią wsiadł z powrotem do skradzionej ciężarówki i przejechał nią dobre kilka kilometrów, zanim natrafił na kępy krzewów na tyle wysokich i gęstych, by chociaż częściowo ją ukryć. Nie był to najlepszy kamuflaż, ale nawet nie zależało mu na dokładnym wykonaniu zadania; wszystko prędzej czy później miało wyjść na jaw. Zdobyty pistolet ukrył za paskiem spodni, obiecując sobie, że jeśli będzie zmuszony go użyć, ostatnią kulę zostawi dla siebie.
Znalezienie pierwszej lepszej drogi prowadzącej do Paryża zajęło mu chwilę, jednak gdy wreszcie się na niej znalazł, mimowolnie odetchnął z ulgą – pozór celu, jakim było dotarcie do mieszkania, natychmiast pochłonął jego umysł.
Szedł więc niestrudzenie ze wzrokiem utkwionym w majaczącej na horyzoncie plamie, którą był Paryż, dopóki plama ta nie zmieniła się w pierwsze miejskie zabudowania. Dzień ustępował powoli wieczorowi, a paryżanie wypełniali ulice, nieświadomi absolutnie niczego, co wydarzyło się zaledwie kilkanaście kilometrów poza miastem.
W jego oczach wyglądali niemalże beztrosko, ale chyba każdy tak właśnie wyglądał – każdy, kto nie miał na sobie plam krwi i ziemi, a na twarzy wyrazu bliskiego obłędu.
Instynktownie znalazł najbliższy przystanek, wsiadł w tramwaj i dojechał do swojej dzielnicy, klucząc ulicami, dopóki nie znalazł się przy lekko zaśniedziałej tablicy mówiącej rue de Charonne – śmieszne, ale dziś co najmniej dwukrotnie pomyślał, że już jej nigdy nie zobaczy. Resztkami sił dowlókł się do swojej kamienicy i gdy wreszcie tylko kilka kroków dzieliło go od znajomych, spowitych przez półmrok drzwi mieszkania, nagle rzucił się przed siebie i dopadł klamki, niemal w amoku wyciągając z kieszeni klucz – cud zresztą, że go nie zgubił. Walcząc z zamkiem, za pierwszym razem nie trafił, a klucz wyślizgnął mu się ze spoconych palców, po czym z brzękiem – głośnym jak wystrzał – spadł na podłogę. Ręce drżały mu tak bardzo, że ledwo zdołał go podnieść i z powrotem wepchnąć do zamka; dopiero wówczas drzwi szczęknęły cicho.
Naprawdę nie mógł sobie wyobrazić piękniejszego dźwięku.
Ignorując zmęczenie, natychmiast wpadł do mieszkania, zamykając drzwi z powrotem na klucz, po czym pognał w stronę salonu, po drodze z impetem (i przez zupełną nieuwagę) zderzając się ze stołem. Nieczuły na ból, który odezwał się w kolanie, zwiastując soczystego sinika, dopadł do okien i zamaszystym ruchem pozaciągał wszystkie zasłony. Dał sobie sekundę na złapanie oddechu, po czym zrobił kilka kroków w tył, przez krótką chwilę podziwiając swoje dzieło.
Marna kryjówka.
Skrzywił się na samą myśl o tym, po czym wreszcie z wysiłkiem opadł na krzesło i ukrył twarz w dłoniach.
Co on najlepszego zrobił?
Co on sobie myślał?
A może raczej – dlaczego nie myślał?
Wszystko, co wydarzyło się w klasztorze, było niemalże surrealistyczne; nawet w swoich najgorszych koszmarach nie przypuszczał, że kiedykolwiek znajdzie się w podobnej sytuacji – tak brutalnie rozdarty pomiędzy obowiązkiem a prywatnymi względami.
Te drugie nie powinny były zresztą istnieć.
Wiedział za to, że w nieokreślonej przyszłości czekała go kara; może nawet kary. Pomógł rebeliantom w ucieczce, porywając niemiecką ciężarówkę, i choć gorliwie wmawiał sobie, że zrobił to tylko po to, aby zostawić spadochroniarzy na pastwę gestapo, nawet w jego umyśle – zwykle przesiąkniętym kłamstwem – brzmiało to jak wymówka.
Resistance również nie mogło być z niego dumne.
Nie poczekał na Brice’a.
Czy istniało cokolwiek, czego nie zrobił dzisiaj źle?
Nie otwierając oczu, pomyślał, że dzięki niemu Gilbert nie znajdował się przynajmniej w gestapowskiej celi, ale już sekundę później zabolała go kolejna myśl – to mogła być tylko kwestia czasu. Liczył jednak na to, że Fourier zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa i że właśnie organizował sobie bezpieczną kryjówkę.
Klemensowi było z kolei już wszystko jedno.
Wzdychając głęboko, oparł dłonie na blacie stołu, po czym sięgnął po zdobyty pistolet i nieśpiesznym ruchem położył go przed sobą. W panującym w mieszkaniu półmroku broń lśniła matowym, lekko złowrogim blaskiem, ale paradoksalnie było w nim coś zachęcającego - przecież wystarczyło tylko chwycić za pistolet, pociągnąć za spust i w jednej chwili odjąć sobie zmartwień.
Opuszki jego palców musnęły chłodny metal tak delikatnie jak skórę kochanki.
Kochanka.
Nie musiałby mierzyć się z nieustającym poczuciem winy i konsekwencjami dzisiejszych wydarzeń. Z niczym nie musiałby się już mierzyć.
Ale to byłoby zbyt proste, prawda?
Wzdychając ponownie, z lekkim wahaniem oderwał palce od pistoletu i wpatrzył się w ukryte w głębi mieszkania drzwi, zastanawiając się, ile czasu minie, zanim wyważy je ciężki, żołnierski but.
Czekając na odpowiedź i nie mrużąc oczu ani na moment, przesiedział tak do rana.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
le douce évasion
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Krok Drugi :: Osobiste :: Retrospekcje-
Skocz do: