IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Lars & Klemens (?) – 19.05.


Share | 
 

 Lars & Klemens (?) – 19.05.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
okupanci
PisanieTemat: Lars & Klemens (?) – 19.05.   Pią Gru 08, 2017 10:17 pm

Wzdłuż ulicy stało kilka rozklekotanych samochodów, które w nadciągającej nad miasto szarówce wyglądały jak cienie. W przeciwieństwie do nich kamienica była wyraźnie widoczna. Stara, nieco obdrapana, z historią – zupełnie jak wszystko w Paryżu. Emocje, myśli i marzenia mieszkańców pełgały po ścianach, szeleściły i skradały się w półmroku, tańczyły wokół mżących na rudo ulicznych lamp niczym ćmy. Łatwo było znaleźć drzwi na drugim piętrze, obdrapane, stare, z zamkniętym na dwa spusty zamkiem, który zapewniał namiastkę bezpieczeństwa. Niewiele brakowało, by Lars przewrócił oczami z uwłaczającą godności teatralnością, gdy wyciągał zza pazuchy broń i przez trzy sekundy dokładnie, metodycznie obierał cel.
Echo wystrzału poniosło się po klatce schodowej jak szczeknięcie wściekłego charta i rozbudziło w uszach Reifensteina przeciągły pisk, który ucichł dopiero, gdy nieproszony gość przekroczył próg mieszkania.
Nic.
W środku było ciemno i pusto. Jakby coś pożarło całą energię mebli, ścian i przedmiotów, zostawiając tylko mrok. Larsa powitał kurz zalegający w krótkim korytarzu, który przy każdym ruchu unosił się w powietrze skłębionym całunem. Rozbrojone, zdewastowane drzwi stuknęły o framugę. Ktoś piętro niżej, najpewniej przerażony wystrzałem, zbiegał po schodach.
Poza tym panował bezruch. Bezruch i cisza przerwana skrzypnięciem salonowej deski.
Kawa w kubku była zimna i zwietrzała; kiedy Lars dotknął uszka, po powierzchni ciemnej lury rozeszły się koncentryczne kręgi, które nie zdążyły dotrzeć do ścianek naczynia – dłoń Reifensteina przechyliła się gwałtownie, wylewając zawartość kubka na przewieszoną przez oparcie fotela marynarkę.
Mówiłem, że wpadnę na kawę, Behringer.
Kilka ciemnych kropelek osiadło na materiale munduru, po chwili wsiąkając w niego tak, jakby tęskniły za misternymi splotami nici i z ulgą przyjęły ich bliskość. Patrząc na czarne cętki (cętki, pamiętasz?) nie odczuwa złości – kiedy przewraca stół, kiedy rzuca kubkiem o podłogę, kieruje nim zimna obojętność, jakby właśnie to należało robić z pustymi naczyniami.
Rozbijać je o ziemię.
Trzask pękającego szkła uświadamia mu, jak mierną namiastkę zemsty obrał.
Przecież to tylko naczynia. Tylko meble. Tandetne, niewiele warte artefakty przeszłości. Były tu, zanim Klemens rozpoczął konspiracyjną farsę i byłyby długo po jego nieuniknionej śmierci. Pod ciężkimi butami trzeszczy kilka lakierowanych desek, za plecami pozostaje przewrócony stół, z którego wcześniej zgarnął kilka gazet, w niewielkiej sypialni wita go masywna szafa ze skrzypiącym skrzydłem drzwi – kiedy Lars ją otworzył, w nozdrza uderzył go zapach kulek na mole, prawdopodobnie najbardziej osobistej rzeczy w tym mieszkaniu.
Nawet ubrania są sztuczne; szorstki materiał marynarki prześlizguje się pod palcami, przewieszony przez wieszak pasek pobrzękuje cicho, jeśli go poruszyć, biała, wyprasowana koszula zastyga pod nagle zamarłym dotykiem dłoni. To tylko kolejne elementy przedstawienia, którego Behringer tak zaciekle się uczepił. Godne podziwu oddanie roli, odgrywanie jej aż do końca – aż do śmierci ludzi, jego ludzi, ludzi, którym zaszkodził w klasztorze tak, jak tylko zdołał. Zaserwował Ruchowi Oporu piękne i wiarygodne kłamstwo. Okazał się lepszym rebeliantem, niż żołnierzem.
Ale swojej natury nie mógł oszukać.
Tkwiła w nim, była nierozerwalną częścią żałosnego istnienia. Próbował ją ukryć, zakopać, być może unicestwić – ale nawet najlepsze perfumy nie są w stanie pozbawić ciała jego naturalnej, specyficznej woni. Ten zapach przebija się przez zaduch kulek na mole. Wwiercił się w sztuczne ubrania, zamieszkał w nieprawdziwej szafie, wypełnił fałszywe mieszkanie.
Zdrada.
Zdrada cuchnie intensywnie. Nie sposób jej pomylić z czymkolwiek innym. Nie sposób jej zamaskować.
Westchnął cicho, niespiesznie odwracając się od szafy. Na schludnie rozłożonym łóżku leżały rozrzucone gazety, które przyniósł z kuchnio-salono-jadalnio-Bóg-wie-czego-jeszcze; po chwili dołączyła do nich marynarka. Koszula. Równo złożone spodnie. Kolejna koszula. Zwinięte skarpetki.
Płaska butelka rumu wciąż tkwiła w kieszeni; sięgnął po nią, odbił szybkim, wprawnym ruchem, mozolnie zdjął nakrętkę. Pierwszy łyk zawsze palił tak, jakby chciał strawić przełyk.
Drugi być może faktycznie to robił.
Dopiero przy trzecim przestawało się czuć pochłaniający struny głosowe ogień – Lars dla pewności pociągnął czwarty. Nie cierpiał rumu, ale była to jedyna butelka w barku nienaruszona przez Jespera; specyficzny posmak w ustach mogła zabić wyłącznie inna, potępiana używka. Dłoń Reifensteina powędrowała do kieszeni spodni, wydobywając z niej sfatygowaną paczkę nigdy niezapalonych papierosów – do palenia nadawało się piętnaście, trzy mogły dostarczyć tytoniu na skręty, dwa były tak sfatygowane, że nie nadawały się do niczego. Lars usiadł na brzegu łóżka, wybierając jednego z lepiej zachowanych papierosów, a resztę ponownie schował do kieszeni. Kiedy tylko wsunął filtr między wargi, splótł dłonie i zwiesił je między kolanami. Kończył się długi, ciężki dzień. Za oknami zapadła już ciemność, lada moment miała nadejść godzina policyjna. Jeszcze parę godzin wytchnienia i rozpocznie się kolejna doba. Identyczna. A po nim jeszcze jedna. I następna.
Behringer nie mógł uciekać w nieskończoność. Jeśli nie zaszył się u rebelianckich sojuszników, już wkrótce nogi same przyprowadzą go do miejsca, w którym przeczeka do świtu.
Gdyby nie był tak głupi – gdyby choć raz porządnie użył mózgownicy, którą matka natura w swej nieskończonej dobroci podarowała i jemu – zrozumiałby, że ta zabawa w kotka i myszkę nie ma sensu. Czego by nie zrobił, nie będzie ucieczki. Nie będzie ucieczki od błędów, od przeszłości, od tego czasu przed snem, kiedy można tylko siedzieć na brzegu łóżka i czekać. Nie będzie ucieczki od strachu, od własnej natury i od czekania. Któregoś wieczora – choćby wyjechał na drugi koniec okupowanej Europy – Lars w końcu po niego przyjdzie i wtedy czekanie dobiegnie końca. Wejdzie po klatce schodowej, połyskując wypolerowanymi butami, ze skrzypieniem podeszew, w nagłej, przerażonej ciszy i ruszy środkiem korytarza. Ludzie – nawet ci, których Klemens naiwnie wziął za sojuszników i przyjaciół – będą się odwracać, będą się robili przeźroczyści. Będą się chować, uciekać, zdradzać, sprawiać zawód.
Ale nie Reifenstein.
Nie on.
Nigdy nie zawiedzie Behringera – bo prędzej czy później się po niego zjawi. A wtedy wszystko skończy się szybko. Dokładnie tak, jak mu obiecał.
Obolałe kości zaskowytały protestująco, kiedy Lars podniósł się energicznie z miejsca, gwałtownie odwracając ku usypanej na łóżku stercie ubrań oraz gazet. Rum zachlupotał cicho w butelce, a chwilę później – wraz z cichym bulgotem – osiadł na materiale marynarki. Na poduszce. Na spodniach. Na gazetach, wsiąkając w nie błyskawicznie. Rozlewany po całym łóżku alkohol miał intensywną, ostrą woń, która wdzierała się do nozdrzy długo po tym, jak ostatnia z kropli skapnęła ze szklanej szyjki. Pusta, odrzucona obojętnie butelka odbiła się od ściany, rozpryskując na kilkanaście ostrych, przezroczystych kawałków – Lars nawet nie spojrzał w ich stronę.
Zapalniczka szczęknęła cicho, błękitny ogień wystrzelił w górę, papieros rozżarzył się wściekłą czerwienią, pierwszy od wielu lat obłok dymu wypełnił płuca Larsa tak, jak innych ludzi zwykło wypełniać poczucie szczęścia. Nie zastanawiał się długo – wraz z kolejnym szczękiem zapalniczka wylądowała na stercie ubrań i gazet; siwy obłoczek papierosowego dymu wzbił się w powietrze w tym samym momencie, w którym chłodne, niebieskie płomienie liznęły leżącą na łóżku stertę.
Tytoń smakuje nieźle, pomyślał Reifenstein, w drodze do drzwi miażdżąc pod butami odłamki rozbitego szkła. Prawie tak dobrze jak zemsta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Lars & Klemens (?) – 19.05.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg :: Popincourt, 4/8-
Skocz do: