IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Svein&Grisha


Share | 
 

 Svein&Grisha

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
alianci
PisanieTemat: Svein&Grisha   Pon Gru 11, 2017 1:39 pm

Czego chcesz?
Czego tym razem chcesz?

No właśnie, Grisha, czego ty chcesz?
Było to najbardziej trudne pytanie jakie mu zadano od dawna. Niosąc pomoc komukolwiek w każdej normalnej sytuacji miałby już w głowie coś, co chciałby w zamian; niczego nie robił za darmo, nie był instytucją charytatywną, jego czas i zaangażowanie kosztowały. Powinien obmyślić warunki odwdzięczenia się, czy też zapłatę, jeszcze zanim w ogóle postanowił wchodzić pomiędzy nieszczęsnego Francuza a Fiodora. Tak zrobiłby zwykły Grigoriy. Rozważyłby wszystkie za i przeciw, obmyślałby, czy w ogóle dla jakiejkolwiek zapłaty warto wchodzić w drogę Chirjakowowi.
Podobnych decyzji także nigdy nie podejmował pochopnie. Nigdy nie kierował się emocjami w takich kwestiach. Nigdy nie zaryzykowałby swoim bezpieczeństwem dla sprawy, która naprawdę nie byłaby tego warta. Albo do której nie zostałby zmuszony – z rozkazami raczej się nie dyskutuje. Tak właściwie, to widząc Fiodora i Challesa powinien po prostu odejść. Może wcześniej rzucić jakąś mniej lub bardziej kąśliwą uwagą, ale ostatecznie nie przejmować się całym zajściem, zostawić je daleko w tyle, nie zastanawiać się nad nim – to nie pierwsza i pewnie nie ostatnia podobna sytuacja.
Tym razem było jednak inaczej. Zadziałał irracjonalnie, wbrew sobie, a pod dyktando aktualnie targających go emocji. Dokładnie tak jak chciał niepokój, chwilowy strach, nagła nerwowość i dziwny uścisk w żołądku.
Jakkolwiek trudne było to do wytłumaczenia krzywda osoby, której życzył skrzywdzenia, stała się dla niego nie do zniesienia i jawiła się jako rzecz, której trzeba koniecznie zapobiec. Ale jak wstawił się za Thénardem przed Fiodorem działając pod wpływem emocji, tak przecież zobowiązał się do odstawienia go w bezpieczne miejsce już całkowicie świadomie. Wiedział też, że gdyby został złapany przez patrol, mogło to mieć dla niego przykre konsekwencje. Jednak wiedział też, że Challes pozostawiony sam sobie w tej uliczce niechybnie umrze, a jeśli w kwestii tego przeklętego Francuza nie był pewny wielu rzeczy, tak miał świadomość, że nie chce jednego – jego śmierci.
I nawet jeśli zdołał sobie tę kwestię przyswoić, pozostawała jeszcze inna – odwdzięczenia się. Grisha odkrył, że naprawdę niczego nie oczekuje w zamian. Że wystarczy mu sama świadomość tego, że Thénard gdzieś tam żyje sobie po swojemu w spokoju. Przynajmniej do czasu, w którym znowu nie postanowi śledzić kogoś, kogo zdecydowanie nie powinien śledzić.
Idiota.
Już dość naobiecywałeś się dzisiaj zniżek, byłoby kiepsko, gdybyś poszedł z torbami – stwierdził w końcu po zbyt długiej chwili na zastanowienie. – A świat potrzebuje takich dobrych naiwniaków, zwłaszcza w tych czasach – dodał jeszcze, uprzednio cicho westchnąwszy, tym razem nad własną głupotą. To by było na tyle z bycia interesowną szują. Co z jego reputacją. – Ani słowa na ten temat – burknął na sam koniec z nachmurzoną miną, jakby motywy jego postępowania nie całkiem były jasne nawet dla niego – bo też i nie były. Czuł, że coraz bardziej gubi się w swoich emocjach, dlatego też wolał po prostu urwać temat, niż narażać się na kolejne niewygodne pytania, a przypuszczał, że Thénard mógł ich mieć trochę w zanadrzu.
Cicho przeklął pod nosem, kiedy okazało się, że Challes mieszka zbyt daleko, by mógł uznać jego mieszkanie za najlepsze wyjście. W tym stanie faktycznie zbyt daleko nie zajdzie, a już na pewno nie na drugi koniec Paryża.
Po jaką cholerę Thénard zapuszcza się tak daleko od swojego bezpiecznego kąta tuż przed godziną policyjną?
Ugh, niczego mu nie ułatwiał. Bo teraz, kiedy jego najlepszy pomysł  na to, gdzie powinien zatargać rannego, okazał się być niemożliwy do zrealizowania, Grisha zorientował się, że nie ma za bardzo pomysłu na to, gdzie mógłby go jeszcze zabrać. Gdzie byłoby na tyle bezpiecznie.
Ugiął lekko nogi pod ciężarem ciała Francuza, ale uznał, że nie ma tragedii, przynajmniej na tę chwilę. Był on masywniejszy od niego jedynie nieznacznie, więc stwierdził, że jest w stanie sobie z nim poradzić nieco dłużej, niż gdyby miał dźwigać takiego Fiodora. Miał swoje limity i powinien wziąć je pod uwagę, kiedy będzie wymyślał miejsce, do którego zabierze rannego nieszczęśnika.
Na komentarz odnośnie Chirjakowa nic nie odpowiedział, bo właściwie nie bardzo miał też co. Nie chciał zdradzać nawet fałszywej tożsamości swojego przełożonego, bo Thénard i tak już wiedział o nim za dużo, a nie chciał go prowokować do dalszego węszenia – dla jego własnego dobra i bezpieczeństwa. Zresztą, nie było też tu już nic więcej do dodania, to wszystko, co należało wiedzieć o Fiodorze, żeby trzymać się od niego z daleka.
Jeśli jest zamieszany w tę twoją sprawę, to najlepiej o niej zapomnij. Mówię poważnie, następnym razem nawet moja obecność nic ci nie pomoże. – Choć był ciekawy, co to za sprawa, wolał nie wgłębiać się w ten temat. On nie będzie pytał o powód śledzenia, a Challes o śledzonego – umowa?
Szedł dość powoli, ale w miarę sprawnie, próbując się dostosować do chodu Thénarda, ale jednocześnie narzucić mu pewne tempo, by nie szli przez tę uliczkę przez wieczność. W dalszym ciągu zastanawiał się nad w miarę odpowiednim miejscem, w którym mógłby ulokować Francuza przynajmniej na tę noc i nie było ich zbyt wiele. Wszystkie albo nie nadawały się do spędzenia tam czasu z rannym, albo wymagały zaangażowania osób, którym zwyczajnie nie ufał, a nie chciał narażać się jeszcze bardziej niż robił to w tym momencie. Patrolu idącego przez ulicę dało się jeszcze uniknąć, ale Niemców w twoim własnym mieszkaniu już raczej nie. A paryżanie zdawali się nie mieć większych oporów przed współpracą z okupantami, zwłaszcza jeśli donos miał im przynieść potrzebne pieniądze czy dodatkowe kartki.
Pogrążył się we własnych myślach, ale wyraźnie usłyszał, jak Challes mu dziękuje. I poczuł się z tym cholernie dziwnie, bo choć z jednej strony było to zwyczajnie miłe, tak z drugiej mimo wszystko czuł, że niekoniecznie na to zasługuje. Przez wzgląd na to, w jakim stanie zostawił go w prosektorium, wydawało mu się, że te podziękowania są jakoś nie na miejscu. Może dlatego mu pomagał? Bo czuł, że jego temperament wtedy w prosektorium popchnął go o wiele za daleko, że puste, ale skrzywdzone spojrzenie, jakie wyłapał na odchodnym, sprawiło, że w końcu poczuł wyrzuty sumienia i był ten ratunek zwyczajnie winny Thénardowi?
Nie masz za co dziękować – mruknął w końcu, patrząc przed siebie zamyślonym wzrokiem. Spojrzał na Francuza dopiero wtedy, kiedy katem oka zauważył, jak głowa niekontrolowanie opada mu na dół. Niech nawet nie myśli o tym, żeby mu tutaj zemdleć.
Thénard, nie śpij. Nie tutaj. Skup się na bólu, niech cię otrzeźwi, bo naprawdę nie dam rady zatargać nigdzie twojego nieprzytomnego ciała – powiedział, mocniej chwytając jego ramię, a drugą ręką ciaśniej oplatając go w pasie, ale pilnując, by przypadkiem nie naciskać na ranę. – Zabiorę cię do mojego kolegi, który akurat wyjechał z Paryża, więc jeśli dobrze pójdzie, to nigdy się o tym nie dowie. Mieszka najbliżej, podlewam mu kwiatki – wyjaśnił jeszcze, po czym uświadomił sobie, że w mieszkaniu nie ma żadnych kwiatków, a przynajmniej nie takich, które żyją.
Może Challes nie zwróci uwagi.
(…)
Droga była dłuższa i bardziej męcząca niż przypuszczał. Udało im się nawet wejść po schodach, a Thénard ani razu po drodze nie stracił przytomności. Patrol parę razy przeszedł zdecydowanie zbyt blisko, ale skrywali się w wystarczająco ciemnych kątach, by żaden z żołnierzy ich nie dostrzegł. Nie narobili nawet rabanu na klatce schodowej, co było naprawdę nieprawdopodobnym sukcesem, ale po dotaszczeniu Francuza do łazienki i oparciu go o wannę, musiał odpocząć chwilę, bo zdążył się porządnie zmęczyć.
No to… no to jesteśmy – wysapał, opierając się o szafkę z miednicą. Cieszył się, że ostatnio zebrał się do posprzątania w mieszkaniu i nigdzie nie panował jeszcze zbyt rzucający się w oczy bałagan. Dobrze złożyło się też, że wychodząc zamknął drzwi do salonu, gdzie suszyły się jego obrazy, bo nie chciał robić przeciągu – kartki papieru zazwyczaj źle taki przeciąg znosiły. Tylko dlaczego tak mu zależało na tym, żeby Challes nie dowiedział się, że to jego mieszkanie? Żeby później do niego nie przyszedł? Czy żeby nie myślał sobie, że zależy mu na jego bezpieczeństwie na tyle, że zdecydował się zaprowadzić go do własnych czterech ścian?
Trzeba cię opatrzyć – stwierdził, nie chcąc się teraz zastanawiać nad absolutnie niczym, tylko po prostu działać, bo raną należało zająć się jak najszybciej, stracili już wystarczająco dużo czasu. Wyszedł na moment z łazienki, by wejść do mieszczącej się tuż obok sypialni, z której po chwili powrócił z białą szmatką, wcześniej wyraźnie stanowiącą część prześcieradła, a także blaszanym pudełkiem, pełniącym rolę, jak się wkrótce okazało, apteczki.
Cóż, to teraz należało już tylko…
… rozebrać Thénarda.
Bez słowa, z kamienną, skupioną miną i ustami zaciśniętymi w cienką linię, szybko i sprawnie zaczął odpinać kolejne guziki koszuli Francuza, czując się przy tym co najmniej dziwnie. Przypuszczał, że normalnie nie miałby z tym takiego problemu (chociaż przecież wcale problemu nie miał), ale przy Challesie wszystko jest jakieś odbiegające od normy, a już zwłaszcza jego zachowanie.
Przydałaby się raczej ciepła woda? – zapytał, ze zmarszczonym czołem wpatrując się w stworzony przez siebie opatrunek. Uznał to jednak za pytanie retoryczne, chociażby dla różnicy temperatur warto, by nie była to zima woda, więc chwycił stojącą na szafce miednicę i szybko zniknął w niewielkim korytarzyku naprzeciwko sypialni. Zapas ciepłej wody miał w kuchni, w garnku pod przykryciem - nawet po takim czasie powinna być przynajmniej letnia. I była.
Myślisz, że trzeba będzie szyć? – zapytał, kiedy z powrotem znalazł się w łazience i zaczął kombinować z pozbyciem się wcześniejszego opatrunku. – Bo nie mam niczego do szycia – rzucił mu krótkie, niepewne spojrzenie, mając nadzieję, że Thénard jest jeszcze wystarczająco przytomny, żeby mu odpowiedzieć. W końcu to on był tutaj lekarzem.
Grisha zamoczył szmatkę w wodzie i ostrożnie przejechał nią po ranie. Dość dużej, ale wąskiej, choć nie wiadomo jak głębokiej. Biały materiał natychmiast zabarwił się na czerwono.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Svein&Grisha   Pią Gru 15, 2017 11:10 pm

Jeszcze trochę wysiłku.
Jeszcze tylko odrobina. Śmiało.
Krok za krokiem. Sekunda po sekundzie. Należy skupiać się na drobnych sukcesach, na osiągnięciach, które leżą w zasięgu poobijanego, obolałego ciała: na krokach i na czasie. Tylko one wydają się na tyle realne, by mogły stanowić punkt odniesienia. Sekunda. Krok. Sekunda. Krok. Sekunda. Echo bólu niosące się po ciele głębokim echem. Kolejny krok. Oto rzeczywistość, w której utknął: uniwersum sekund oraz kroków. Świat sprawiał wrażenie równie otumanionego, co Norweg – był wolniejszy, bardziej ociężały, jakby ktoś okręcił go w sterylną, grubą watę, niewiele różniącą się od tej, na której Svein wraz z mamą każdej wiosny rozsypywał drobne, brązowe ziarenka rzeżuchy. Ten marazm był niebezpieczny; do płuc docierało za mało tlenu, do umysłu – zbyt skąpa ilość bodźców. Nawet głos Rémy’ego zdawał się dobiegać z daleka, choć każde słowo wypowiadane było tuż obok. Gdyby tylko Sørensen miał dość sił, aby zmusić umysł do odrobiny mozolnej fatygi, zauważyłby rozwlekłe opóźnienie, z jakim nadeszła odpowiedź Charrona. Gdyby wykrzesał jeszcze trochę energii, zaniepokoiłaby go zażyłość pomiędzy wybawicielem a oprawcą; przecież nikt pokroju barmana (barmana? Dobre sobie…) z Le Dome nie ustępuje pod sugestiami pracownika perfumerii (tego też jesteś pewien?), rezygnując z możliwości ostatecznego rozwiązania problemu, jakim był śledzący – ktoś, kto równie dobrze w każdej chwili mógł donieść gestapowcom o pobiciu, bez wahania wskazując miejsc pracy winowajcy.
Coś nie składało się tu w spójną całość, coś budziło niepokój w skołatanym umyśle, coś zalęgło się w piersi Sveina i uwiło tam wygodne gniazdko, cierpliwie wyczekując, aż strach ponownie da o sobie znać. Tymczasem wybawiciel i wybawiony powoli mijali wysokie, ceglane mury, ostre łuki ciemnych i pogrążonych we śnie okien, skąpe światło przefiltrowane przez zalegający nad miastem mrok, który – jako jedyny – był po ich stronie, ukrywając przed wzrokiem znużonych patroli. W natłoku bodźców najmocniej dawał się we znaki chłód; wszechobecny chłód mimo pełni paryskiej wiosny. Widać właśnie tego wymaga zwieńczenie koszmarnego wieczoru i nocy, która nie zapowiada się znacznie lepiej – dotkliwego chłodu. Svein w myślach sformułował odpowiedź na kolejne słowa Rémy’ego, odpowiedź, od której niemal zebrało mu się na śmiech. Niemal. Potrzebuję jedynie dwóch oboli, tyle kosztuje podróż, prawda? (wszystko ci się miesza, Svein, tracisz nie tylko krew, ale i zdrowe zmysły), ale z jego ust padło wyłącznie głębsze westchnienie – pieniądze, czy też raczej ich brak, były najmniejszym zmartwieniem. Przynajmniej teraz, gdy nieustannie obciążał sobą Charrona, każdy kolejny krok przypłacając coraz bardziej uciążliwym wspieraniem się na jego ramieniu – z prób odgrywania niezależnego zrezygnował w chwili, w której ból (tym razem – co za zaskakująca odmiana – rozpoczął się nie w ranie ciętej, ale między potłuczonymi żebrami) przysłonił mu spojrzenie wściekle czerwoną mgiełką.
Nikomu nie powiem. Twoje sekrety są ze mną bezpieczne – zaczął rozumieć, że to nie cały świat, ale on – coraz słabszy, coraz bardziej zmęczony – staje się niewyraźny. Wypowiedziane z trudem słowa brzmią niemal bełkotliwie, a sam Svein powoli zapada się w sobie – jak budynek, z którego wkrótce miała pozostać jedynie nadszarpnięta ciosami fasada. Nie chciał myśleć o kłębiących się w umyśle emocjach, choć w tej chwili były najbardziej rzeczywistym bodźcem, jaki docierał do jego ciała. Każdy mocniejszy uchwyt, w którym Rémy przyciągał go jeszcze bliżej, wywoływał reakcję łańcuchową – serce zatrzymywało się na moment, niepewne, czy ma oszaleć, czy zastygnąć już na zawsze, i zaczynało bić dopiero, gdy zagościł w nim ból.
Tępy, przejmujący ból, którego źródło – choć tak oczywiste – Svein spychał za kurtynę pomniejszych bolączek. Wiedział, co oznacza – przecież czuł go kiedyś dwukrotnie. O dwa razy za dużo.
Nie chciał go czuć. Już nigdy. Nie po Lovise, nie po Gustavie.
Trzeciego razu nie zdoła wytrzymać. Za trzecim razem serce rozpadnie się na dobre.
Nie będzie następnego razu – mówi cicho – do siebie czy do niego? – siląc się na mizerną karykaturę uśmiechu, która znikła z ust równie prędko, jak się pojawiła. – Nie chciałbym go zabić – stłumił ciche syknięcie bólu, żałując, że nie znajdują się na lewym brzegu Sekwany, znacznie bliżej Gobelins, gdzie miałby szansę dotrzeć. Własne mieszkanie było bezpieczną przystanią, w której czekały na niego trzy malutkie drogi ucieczki. Myślał o nich przez całą, ciągnącą się mozolnie drogę (to niepotrzebne, nie chcę narażać nikogo postronnego, dość kłopotów sprawiłem tobie – powtarzał uparcie, czując się winnym za wszystko, na co narażał Charrona) podczas której cudem unikali patroli. Tęsknił za tym, co oferował mu prezent od Jannego – za możliwością oddalenia się od rzeczywistości na bezpieczną odległość, za zaklętą w niewielkiej tabletce obietnicą, że ostrza emocji stępią się na tyle, by jedynie łaskotać, a nie wkuwać się boleśnie w zdezorientowane serce. Zakopać się w łóżku na dzień, na tydzień, na zawsze – tylko tego chciał, tylko o tym potrafił myśleć wspinając się po schodach z dłonią kurczowo zaciśniętą na ramieniu Charrona. Tylko tego potrzebował.
Snu. Odpoczynku. Leków przeciwbólowych. Jego bliskości?
Ostatnie metry – te pomiędzy półpiętrem a drzwiami, później zaś drzwiami i łazienką – były kalejdoskopem zamazanych, pozbawionych detali obrazów; nie zauważył numeru mieszkania, progu, tego, czy w korytarzyku jest dywan, nawet wanny, dopóki jej krawędź nie wbiła się w kark. Odzyskanie ostrości widzenia zajęło mu dobrą chwilę, podczas której Rémy najwyraźniej zdążył wyjść i wrócić z blaszanym pudełkiem oraz szmatką. Zanim Svein zdołał choćby uformować zmęczone dziękuję, poczuł uścisk palców zaciskających się na białych guzikach koszuli i natychmiast uderzyła w niego zmysłowa migawka, wspomnienie odgrzebane w mrokach pamięci; kwietniowa noc, rześkie powietrze wokół nich i gorące między nimi, zaskoczenie Charrona, zapach Charrona, dłoń Charrona zaciskająca się na przodzie skórzanej kurtki.
Wszystko to, o czym próbował zapomnieć.
Twoja mina – na pobladłych, wyzutych z wszelkich barw ustach ponownie zagościł cień nieprzekonującego uśmiechu, kiedy ostatni z guzików zakrwawionej koszuli ustąpił pod palcami Rémy’ego. – Jakbyś rozbrajał bombę – w innej sytuacji próbowałby zbagatelizować całą sprawę, być może zacząłby roztrząsać, skąd ten nieprzenikniony, nieporuszony wyraz twarzy, ale nie starczyło mu sił nawet na wyręczenie Charrona w zdjęciu opatrunku. Ból, do którego – jak naiwnie sądził – przywyknął, odezwał się ponownie, wytrącając z płuc resztkę gorącego powietrza; mimo wszystko bez wahania opuścił wzrok, przez moment obserwując ranę oraz krwawe pole bitwy, które panowało wokół niej.
Przegotowana – wymamrotał cicho, ostrożnie dotykając skóry tuż nad urazem. Równe, precyzyjne cięcie bez odłamków w ciele, bez poszarpanych brzegów; utrata krwi była niebezpieczna, ale wraz z jej ubytkiem zmalało zagrożenie zakażenia. Należało jak najszybciej usunąć zakrzepłe, czerwone ślady i założyć prawdziwy opatrunek – do czego Charron, jakby czytając Sveinowi w myślach, natychmiast przystąpił. – Tylko wygląda paskudnie, chciał dać mi nauczkę, nie zabić. Wszyscy twoi znajomi tacy są? – z jego ust wciąż padały ostatnie takty cichego pytania, kiedy – w mimowolnym odruchu wywołanym ostrym ukłuciem bólu – otoczył palcami dłoń Rémy’ego, powstrzymując go przed kolejnym muśnięciem rany nabiegłą od krwi szmatką. Nie wie, jak długo to trwało: sekundę? Dwie? Minutę? Cały miesiąc, podczas którego wmawiał sobie, że go nienawidzi? Czas zwinął się gwałtownie jak pęknięta rolka filmowej taśmy i zamknął w tym jednym, przypadkowym geście, w bliskości ciepłych dłoni, które wywołały bolesny (boleśnie przyjemny) skurcz w dole brzucha. Odruch bezwarunkowy lub wręcz przeciwnie – uwarunkowany tak potężnie, że niepohamowany. Zautomatyzowany, zaskakujący, zapisany w pamięci mięśni, krwi, tkanek. W pamięci, która właśnie zapisywała każdy ułamek dziesiętny sekundy, kiedy to zziębnięta dłoń Sveina pochłaniała ciepło dłoni Rémy’ego łapczywie i z niedowierzaniem; to nie ustąpiło nawet wtedy, gdy Norweg zbyt pospiesznie, zbyt płochliwie, by wyszło to naturalnie, zbyt nieporadnie cofnął własne palce, przenosząc spojrzenie w tylko sobie znany punkt ponad głową Charrona.
Bał się – bał się odrazy, którą mógłby dostrzec na jego twarzy.
Podaj wodę utlenioną i gazy – nagłe ukłucie wściekłości, zrodzonej gdzieś w piersi i jak pożar rozprzestrzeniającej się po wychłodzonym ciele, zaskoczyło nawet Sveina; nie potrafił powstrzymać drżenia głosu podczas składania ze sobą tych kilku prostych sylab, którymi pragnął zamaskować własną niepewność.
Być może lada moment zacznie żałować, że nie został w tamtej uliczce – panujący w niej mrok przynajmniej z niego nie szydził.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Svein&Grisha   Sro Gru 20, 2017 1:33 am

Czuł się trochę tak, jakby eskortował kukłę. Challes, choć jeszcze przebierał nogami, niemal dorównywał jej bezwładnością – miał wyraźne problemy z utrzymaniem świadomości, a jego nieprzytomna mina i fakt, że odpowiadał mu ze sporym opóźnieniem, mówiły same za siebie. Wszystko wskazywało na to, że Thénard za chwilę odleci mu zupełnie, więc Grisha starał się robić wszystko, by tak się nie stało: zmieniał natężenie ucisku, z jakim go trzymał, mocniej pociągnął go za to ramię, które przełożył sobie przez kark i co jakiś czas mu powtarzał, żeby skupił się bólu i pod żadnym pozorem mu tu nie mdlał. Pokonywanie paryskich uliczek z ledwo idącym o własnych siłach Challesem nie należało do najłatwiejszych rzeczy, poziom trudności rósł, kiedy dodało się do tego unikanie patroli, ale jeszcze dawali sobie radę. Jednak był to najwyższy poziom trudności, jaki Grisha był w stanie pokonać – bezwładnego ciała nigdzie nie zaciągnie. Dlatego tak ważne było, by Thénard zachował przytomność, tylko w ten sposób mógł mu pomóc: zapewnić bezpieczeństwo i zająć się odniesionymi ranami. Jakkolwiek absurdalnie w jego ustach taka chęć pomocy by nie zabrzmiała. W jakiś sposób, pomagając Challesowi zupełnie bezinteresownie jednocześnie czuł, że robi coś wbrew sobie, ale i że to jest dokładnie to, co powinien zrobić w tym momencie. Wiedział, że nie potrafiłby go zostawić w tej uliczce, że myślałby później tylko o tym; zastanawiałby się, czy ktoś go znalazł i się nim zajął, czy może nad ranem jakiś przechodzień natknąłby na jego smutne zwłoki, wyrzucałby sobie, że mu nie pomógł, chociaż mógł i że to przez niego spotkało go nieszczęście, chociaż przecież to zupełnie nie jego wina, że Thénardowi przychodzą do głowy tak idiotycznie głupie pomysły jak śledzenie Fiodora. Nie szkodzi, i tak zaprzątałby sobie nim głowę o wiele dłużej niż powinien, więc z dwojga złego może to lepiej pokazać się z tej „lepszej” strony? Mieć z głowy zarówno Challesa i jak i niepokój o niego?
Czy to wszystko może miało jednak głębsze podłoże? Czy powinien zwrócić większą uwagę na to, że w ogóle odczuwał jakikolwiek niepokój względem Thénarda? Na pragnienie tego, by już więcej nie zobaczyć krzywdy w jego oczach, a już na pewno nie krzywdy wywołanej własnymi mściwymi słowami? Na to, jak gwałtownie zareagował na odrzucenie, chociaż znali się dopiero jeden wieczór?
A może aż wieczór? Dla Grishy wydawało się to nieprawdopodobne, żeby w ciągu kilku godzin ktoś aż tak namieszał mu w głowie. Żeby aż tak się przed kimś otworzył, rozmawiał szczerze, choć bez podawania szczegółów. Komu pozwolił dotknąć tego siebie, którego na co dzień od kilku lat skrzętnie ukrywał pod wieloma maskami. Pozwolił dotrzeć do tego niepokazywanego nikomu od lat Grigoriya Lykova. Wpuścił Thénarda pod skórę zdecydowanie głębiej niż zamierzał, co Francuz sprytnie wykorzystał, wnikając przez tkanki, dołączając do krwiobiegu i zatruwając sobą całą jego osobę. Niczym pasożyt zagnieździł w jego ciele w bliżej nieokreślonym punkcie i siał spustoszenie w jego emocjach i jasno poukładanych myślach. Przeszkadzał, bo jak w jednej chwili nie było go nigdzie, tak chwilę później był już wszędzie, w każdej jego myśli, na skórze i w każdym miejscu naokoło niego, gdziekolwiek by się nie znajdował.
Koszmar.
A najgorsze było to, że on z tym koszmarem musiał się zmierzyć twarzą w twarz. Już bez szansy na zasłonienie się wściekłością i nienawiścią, jego jedynymi (i cholernie skutecznymi) tarczami. Teraz musiał postawić na niebezpieczną neutralność, musiał złagodnieć, by być zdolnym do faktycznej pomocy Challesowi. Choć cisnęło mu się na usta parę niemiłych określeń, starał się trzymać język za zębami, gdyż jego słowa, te, które były nastawione na ranienie, mogłyby zaszkodzić bardziej niż to sobie wyobrażał. Podświadomie to czuł. Tak samo jak podświadomie czuł, że chociaż był na Thénarda zły za głupie wystawianie się Fiodorowi, to tak naprawdę każdy niemiły epitet, jaki na temat Francuza chodził mu po głowie, zwyczajnie mijał się z prawdą.
Tak samo jak te słowa, które wypowiedział do niego w prosektorium.
Im dłużej szedł z Challesem przy boku, im bliżej siebie go trzymał, im dłużej czuł jego zapach czy słyszał jego głos, tym bardziej upewniał się w przekonaniu, że coś jest na rzeczy. Nie zmieniało to jednak faktu, że uważał go za niezmiernie wkurwiającego. To słowo idealnie oddawało wszystkie jego niewypowiedziane myśli, dotyczących absolutnie każdej płaszczyzny ich znajomości.
Sam fakt, że zdecydował się zaprowadzić go do własnego mieszkania świadczył o tym, że było ich więcej niż tylko jedna. Jego reakcja na konieczność rozpięcia koszuli była tylko tego potwierdzeniem. Starał się to zrobić jak najszybciej i jak najsprawniej, żeby opanować myśli związane z rozpinaniem komukolwiek koszuli w sprawach mających bardzo mało wspólnego z ratowaniem życia. Dodatkowo odnosił wrażenie, że poparzyłby się, gdyby tylko jego palce miały kontakt ze skórą Thénarda, co było o tyle bardziej absurdalne, że przecież czuł, jakie zimno – w sensie bardzo dosłownym, Challes był zwyczajnie wychłodzony – od niego bije.
Nie odpowiedział na jego komentarz, rzucił mu jedynie krótkie spojrzenie z dość zmyślonym wyrazem twarzy. Dziwił się jego uśmiechowi: on tym stanie pewnie byłby ledwo do zniesienia, swoim marudzeniem, wyklinaniem i podważaniem kompetencji wyprowadziłby świętego z równowagi, a Thénard jeszcze próbował się uśmiechać, próbował żartować.
Nie, ten jest szczególny – Fiodor w ogóle cały był szczególny – Inni by cię po prostu zabili – mruknął niby to również w żarcie, ale całkowicie poważnie, co mogło budzić wątpliwości. To już Challesa zależało, czy zwątpi, czy mu uwierzy – na dobrą sprawę obie te wersje były tak samo prawdopodobne z punktu widzenia tego, czego Francuz do tej pory się o nim dowiedział.
Chwilę później jednak zupełnie znieruchomiał, całkowicie sparaliżowany nagłym dotykiem Thénarda. Miał wcześniej rację – jego skóra naprawdę parzyła. Grisha czuł, jak ciepło, które wytworzyło się w wyniku zetknięcia ich dłoni, błyskawicznie rozprzestrzenia się po ciele, najmocniej oddziałując na jeden punkt w klatce piersiowej. I znienacka zrobiło mu się gorąco.
Ten gest był ostatnim, jakiego się w tym momencie spodziewał, Grigoriy ponownie posłał mu krótkie spojrzenie, tym razem pełne zaskoczenia i zmieszania – nie przygotował się na taki kontakt, ale również nie przypuszczał, że jeśli już musiałoby do niego dojść, to że zareaguje w ten sposób. Poczuł się głupio, co automatycznie wywołało w nim gniew: na razie niewielki płomień, który jednak w bardzo krótkim czasie mógł się przerodzić w siejącą spustoszenie falę. Dokładnie tak jak w prosektorium.
Ale przecież teraz miało być inaczej niż w prosektorium.
Grisha zmitygował się, biorąc głęboki oddech i próbując zapanować nad swoimi emocjami. Maska obojętności była kluczem do sukcesu, ale w dalszym ciągu nie mógł się pozbyć tej niepewności w głosie, kiedy postanowił zbagatelizować sprawę czy też po prostu skierować ją na inny tor:
Masz strasznie zimne ręce. Zorganizuję ci coś do okrycia, kiedy tylko skończę z tą raną. – Nie patrząc na niego, sięgnął do apteczki po wodę utlenioną i gazy, ale wcale nie zamierzał pozwolić Francuzowi samemu odkazić ranę, a postanowił zrobić to za niego, znów całkowicie skupiając się tylko na tej czynności i cicho licząc na to, że Thénard więcej go nie dotknie – jego dotyk był dziwny. Rozcięcie zdezynfekował bardzo ostrożnie, równie ostrożnie, ale z nienaturalnym napięciem, obwiązał go w pasie bandażem. Stanął na nogi dopiero wtedy, kiedy upewnił się, że opatrunek przez przypadek się nie zsunie ani że nie jest zbyt mocno zawiązany.
Chodź, zabiorę cię w inne miejsce, nie możesz spędzić reszty nocy na podłodze w łazience – stwierdził tonem głosu, który sugerował brak akceptacji jakiegokolwiek sprzeciwu dotyczącego jego wypowiedzi. To po prostu zostało postanowione, a Thénard nie miał innego wyjścia, jak zwyczajnie być posłusznym. W swojej obecnej pozycji nie miał zbyt wielu innych możliwości. Grisha wyciągnął w jego stronę dłoń, gotów asekurować go w każdej chwili.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Svein&Grisha   Pon Gru 25, 2017 9:00 pm

Ból pojawiał się niespiesznie, jak uparcie pełznący, beznogi włóczęga, uzbrojony w połamaną laskę i resztki hartu ducha. Opatrzona rana pulsuje w rytm trzepoczącego w piersi serca, które – jak uosobienie smutnego paradoksu – było najbardziej przerażonym i jednocześnie najżywszym elementem tej kukły, jaką był Svein. Kolejne, nierówne uderzenia wysyłały do ciała jednakowy sygnał rozchodzący się we wszystkie strony udręczonego ciała. Ból przepływał wraz z krwinkami w każdy zakątek umysłu, cały organizm podlegał potwornemu procesowi jednoczesnej destrukcji na drobniejsze elementy i zrastania się w jednolitą całość, która ponownie rozpadała się na poszarpane skrawki. Jedyne, co mógł robić, to czekać i przysłuchiwać się, jak jego ciało wrzeszczy. Palce, wciąż brudne od zakrzepłej krwi, miały na sobie zatęchłą woń ciemnej uliczki, która – tego Svein był całkowicie pewien – zagości w jego snach na najbliższe tygodnie, ale w tej serii niepojętych katastrof nie potrafił zrozumieć wyłącznie jednego.
Nagłej pomocy ze strony Charrona.
Choć z jego ust nieustannie padały słowa – jeśli nie polecenia, to dobre rady, które odbijały się od wycieńczonego umysłu Sørensena jak kamienie o mur – Svein nie potrafił wyzbyć się odczucia, że wszystkie wypowiedziane przez Rémy’ego zdania nie znaczyły dokładnie tego, co znaczyć miały naprawdę. Że mówił to, co mówił rzeczywiście, a jednak dodawał coś jeszcze, coś ponad; nieuchwytnego, zaklętego w tonie głosu. Charron był dzisiejszej nocy niepojętym wykroczeniem przeciw wszelkiej logice – kimś, kogo Svein nie potrafił zrozumieć, choć wtedy w barze rozumiał go doskonale.
Czasami nawet bez słów – jak w ulotnej sekundzie, gdy Rémy uśmiechnął się delikatnie, a Sørensen zrozumiał, że to uśmiech przeznaczony dla nielicznych.
Nie chciał wykradać jego myśli z wprawą podstępnego złodzieja; pragnął jedynie spędzić chwilę – i jeszcze jedną – i kolejną – w towarzystwie człowieka, który nie wymagał od Challesa (który tamtej nocy był przede wszystkim Sveinem) niczego. Nie mówił uśmiechnij się, nie powtarzał powinieneś być taki, a nie inny, nie zmuszał do sztuczności, do gry pozorów, do odgrywania jednej z wypracowanych ról. Jego obecność nie krępowała tak, jak zwykle ludzie krępowali Sørensena, co więcej – Rémy pozwalał z a p o m n i e ć, że wokół są inni; że w Paryżu czyhają wszystkie te nieprzychylne twarze i twarde spojrzenia, które sprawiały, że Svein powoli zapadał się w sobie jak stary, budynek nadszarpnięty dziesiątkami prowadzonych w myślach konfliktów.
Urocze towarzystwo – kolejna, mierna imitacja uśmiechu, najpewniej ostatnia dzisiaj – nie miał więcej sił, by udawać, że wszystko jest w porządku, że nie potrzebuje współczucia, że doskonale sobie radzi, że nie jest tak żałosny, jak Rémy sądził. Być może właśnie to pragnął mu (i sobie?) udowodnić – to, jak bardzo się mylił, w prosektorium wyrzucając z siebie obelgi. Czuł jednocześnie, jak Charron sztywnieje pod nagłym dotykiem; nie mógł winić go za skutą zaskoczeniem, najprawdopodobniej podszytą przerażeniem i na wskroś zrozumiałą reakcję – przecież Svein nie miał prawa przekraczać niepisanej granicy, którą złamał przed miesiącem, czego niespełna kilka dni później boleśnie pożałował. Rémy w prosektorium dość jasno dał do zrozumienia, co myśli o Challesie i jak mocno niepochlebna jest to opinia – podsycali więc obopólną nienawiść nieprzychylnymi spojrzeniami na poczcie i przekonaniem, że to ten drugi ponosi odpowiedzialność za serię bolesnych katastrof.
Jednak wina zawsze leżała pośrodku. Na ziemi niczyjej, za pomocą której pragnęli się od siebie odgrodzić – jak widać, bezskutecznie.
Sam mogę się tym zająć – oponował, ale zbyt słabo, zbyt cicho, bez przekonania – nim zesztywniałe z zimna dłonie zdążyły się poruszyć, Charron już obmywał ranę, a Svein robił wszystko, by nie syknąć z bólu; to tragiczna dysharmonia pomiędzy wykonywanym zawodem a granicą własnej wytrzymałości – odkąd pamięta, źle znosił fizyczne bolączki, wyolbrzymiając cierpienie towarzyszące tym mniej bądź bardziej zamierzonym skaleczeniom.
Która godzina? – otrząsanie się z chwilowej apatyczności przypominało wynurzenie z głębokiego, diabelnie zimnego jeziora. Cisza, która towarzyszyła mu w mozolnym podnoszeniu się z łazienkowej posadzki – nie zamierzał korzystać z pomocy Rémy’ego, nie chciał ryzykować ponownym, bolesnym szarpnięciem w piersi – i jeszcze mozolniejszej wędrówce do drzwi, nagle została przerwana przez oderwane od rzeczywistości pytanie. Svein nie rozpoznał własnego głosu; przez chwilę towarzyszyło mu niejasne przekonanie, że ktoś – nie potrafił sprecyzować, kto właściwie – odezwał się gdzieś z boku i niecierpliwie wyczekiwał na jego reakcję. Stracił poczucie czasu i poczucie przynależności: liczyła się wyłącznie ściana, o którą się podpierał, gdy Charron wskazał mu pokój obok łazienki, i niejasne przeświadczenie, że musi  uzyskać odpowiedź na uporczywie nawracające pytanie. Podskórnie wiedział dlaczego – intuicja była w nim znacznie potężniejsza od racjonalnego przepływu myśli – ale umysł milczał uporczywie, pozostawiając go ze znajomym, słodkawym posmakiem podekscytowania na ustach.
Zupełnie jak wtedy, gdy był spragnionym niecodziennych przygód dzieckiem i niecierpliwie czekał, aż…  
Minęła północ? – lodowato zimne palce zamarły na drewnianej framudze drzwi, kiedy Svein zatrzymał się w progu pokoju, próbując wyodrębnić poszczególne kształty z ciemności – wpadające przez okno światło było jednak zbyt skąpe, a zmysły nazbyt przytępione, by potrafił rozróżnić cokolwiek innego, poza łóżkiem. Znajomy i jednocześnie zupełnie obcy zarys poduszki uświadomił mu, jak dramatycznie wyzuty jest z sił. Dopóki nie myślał o innych obrażeniach – o podbitym, puchnącym powoli oku, skatowanych żebrach, szyi, na której pojawiła się obrączka siniaków – skupiając na tym jednym, najpoważniejszym, nie docierała do niego prawdziwa skala zmęczenia. Liczyło się wyłącznie przetrwanie, zatamowanie upływu krwi, upewnienie, że Charron nie ucierpi na wskutek własnego (i zupełnie niezrozumiałego dla obu stron) porywu altruizmu oraz głupoty Sveina – o ile ten drugi mógł za nią płacić, o tyle ten pierwszy był jedynie przypadkowym przechodniem, który
Który co, Sørensen? Postanowił zadbać o wygodne miejsce w królestwie niebieskim i zaczął pomagać bezbronnym?
powinien bezpiecznie wrócić do mieszkania i bez uszczerbków na zdrowiu dotrwać do kolejnego dnia okupacyjnej rzeczywistości. Ta noc wymykała się jednak utartym granicom codziennej rutyny, za nic mając zdrowy rozsądek i racjonalne decyzje; świat zwariował, a wraz z nim najwyraźniej dwóch – jakkolwiek by nie spojrzeć – obcych dla siebie mężczyzn, których los nieustannie spychał na te same, paryskie ścieżki, choć żaden z nich po tym, co zaszło w prosektorium, nie pragnął kolejnych spotkań.
Przynajmniej nie Svein, przerażony barwnym wachlarzem błędów, jakie jeszcze dziś mógłby popełnić – pierwszym z nich był ten mimowolny, pozbawiony wolnej woli odruch, kiedy to nakrył palcami dłoń Rémy’ego.
Kolejne tylko czekały, by nadszarpnąć i tak cieniutką nić porozumienia, którą z mozołem utkali.
Podłoga będzie w porządku – tym razem to jego ton – choć ocierający się o granicę słyszalności – jasno sugerował, że sprzeciw zostanie zbyty milczeniem lub, jeśli zajdzie taka potrzeba, wymownym omdleniem; nie czekając, aż Charron wyrazi (albo i nie?) własną dezaprobatę, Svein uchwycił się brzegu łóżka, z ostrożnością właściwą dla dopiero co opatrzonych ofiar napadu osuwając się na ziemię. Być może była twarda, niewygodna i chłodna – ale każdy z tych czynników, każda uwierająca w plecy niedogodność, każdy dreszcz przebiegający po miejscami rozpalonej skórze uświadamiał Sørensenowi, że żyje.
I że – w niewątpliwym, przekraczającym wszelkie granice stopniu – zawdzięcza to życie człowiekowi, na którego wstydził się teraz spojrzeć; Rémy był jedynie niewyraźnym zarysem pod zmrużonymi powiekami, niepotrafiącymi dłużej opierać się dojmującemu zmęczeniu.  Był zmęczony, był obolały, był zdezorientowany, był przerażony myślą, że obecność Charrona dodaje mu tej jedynej w swoim rodzaju otuchy – ciepłej, miękkiej, szepczącej cicho już dobrze otuchy, o której istnieniu zdążył zapomnieć. Otuchy, która pozwalała zapomnieć o bólu; otuchy, której – jak sądził – nie zazna do prędkiego końca swojego życia, a która teraz otulała go łagodnie tak długo, jak długo czuł, że jej źródło (posiadające konkretne imię, nie przeraża cię to, Svein?) jest tuż obok.
Dziękuję – mówi jeszcze raz. Cicho. Z trudem. Na wpół świadomie.
W ojczystym języku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Svein&Grisha   Pią Sty 05, 2018 2:06 am

Prawdę mówiąc, po dotarciu do mieszkania czuł się bardziej wyczerpany niż po pamiętnej Nocy Piwa. To był naprawdę długi dzień: osiem godzin w pracy, błądzenie po Paryżu w poszukiwaniu szczęścia, przekonywanie Fiodora, by zostawił Thénarda w spokoju i w końcu taszczenie Francuza po ulicach, strach o jego zdrowie i bezpieczeństwo, strach o swoje bezpieczeństwo oraz hamowanie dziwnych i w dalszym ciągu nie do końca zrozumiałych emocji, które odczuwał przy Challesie. To naprawdę dało mu w kość, naprawdę miał tego wszystkiego serdecznie dosyć, ale jednocześnie wiedział, że nie odpuści, nie może odpuścić i wykrzesze z siebie resztki cierpliwości i ostatki sił, byleby Thénard trafił w końcu bezpiecznie do jego mieszkania. Przy czym dojście tam wcale nie było takie proste, może nie musieli iść przez całe miasto, ale i tak mieli kawałek do przejścia, wydłużony o te wszystkie momenty, w których musiał przystawać w co ciemniejszych miejscach, by poczekać, aż patrol przejdzie albo kiedy przez patrol musiał wybrać dłuższą ścieżkę. Z takim workiem ziemniaków, jakim niemal był Francuz, całe zadanie naprawdę mogło uchodzić za jeden z urządzonych przez Chirjakowa treningów. Podczas ostatniego fragmentu drogi, jakim były schody prowadzące do mieszkania, jego siły były już na wyczerpaniu i próg przekroczył porządnie zdyszany. A to przecież jeszcze nie koniec tej nocy.
Całą drogę zastanawiał się nad motywami swojego postępowania, ale nie mógł dojść ze sobą do porozumienia. Albo nie chciał. Miał wrażenie, że znał odpowiedź, że jasno świeci przed nim i wystarczy jedynie sięgnąć po nią ręką, ale zamiast tego wolał krążyć wokół niej przyglądając się i nieudolnie wymyślać usprawiedliwienia. Jakby się bał. Bo może się bał?
A do diabła tam.
Niech ten Thénard znajdzie się w końcu w bezpiecznym miejscu, niech w tę ranę nie wda się żadne zakażenie i niech w spokoju spędzi tę noc, a potem niech się dzieje, co chce. Jemu już było wszystko jedno. Chciał już tylko względnego bezpieczeństwa Francuza i snu. Spokój również by mu się przydał, ale wiedział, że dopóki Challes jest obok, to spokoju nie zazna. Nie, kiedy czuje jego zapach i nie, kiedy czuje dotyk jego skóry. Paradoksalnie sprawiało to że łagodniał, ale i był bardziej poirytowany. Wszystko już mu się pomieszało. Czuł się trochę tak, jakby się wewnętrznie posypał, a próbując poskładać się z powrotem do kupy, część kawałków włożył nie na to samo miejsce. Jakby opierając się wszystkiemu temu, co było powodem jego niekontrolowanej agresji, temu, co kryło się pod nią, nie był do końca sobą, jakby okłamywał sam siebie, usilnie starając się uczynić to prawdą.
A w końcu okłamywanie siebie na dłuższą metę nie ma sensu, zawsze przyjdzie ten moment, kiedy prawda okaże się silniejsza.
Czy czas nie mógłby już magicznie przyspieszyć do ranka, kiedy Thénard opuszcza jego mieszkanie? Uwolniłoby go to od naprawdę dziwnych i niepotrzebnych myśli, w które nie miał już siły się wgłębiać. Wszystko było takie niejasne.
O wiele lepiej było się skupić na chwili obecnej, na „tu i teraz” i udzieleniu pierwszej pomocy Challesowi, niż na własnych myślach. Na pozorach normalnej rozmowy, na pełnym kontrolowaniu swoich reakcji.
W ostatecznym rozrachunku nie jest zły, trzeba mieć tylko odpowiednie podejście – mruknął, będąc pod lekkim wrażeniem, że Challesowi jeszcze chce się udawać, że wszystko jest w porządku, że w dalszym ciągu stać go na uśmiech. On już dawno zwyzywałby wszystkich i wszystko w okolicy, nieustannie przypominając, że go boli i życzyłby sobie, żeby natychmiast boleć przestało. A kląłby przy tym tak, że każdemu, kto by przy nim wtedy był, zwiędłyby uszy. Zwłaszcza po takiej drodze, jaką przebyli z ciemnej uliczki – byłby bardziej nieznośny niż wtedy, kiedy przyszedł do Challesa z rozcięciem na ramieniu.
A ten się jeszcze uśmiecha.
Wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem, swoją pełną uwagę poświęcając konieczności nałożeniu poprawnego i czystego opatrunku, ignorując przy tym niewyraźne oponowanie Francuza. Jasne, że sam się tym zajmie tymi swoimi skostniałymi i ledwo ruszającymi się dłońmi. A niech sobie protestuje, jeśli od tego zrobi mu się lepiej, ale Grisha nie zamierzał mu pozwolić na własnoręczne założenie bandażu, bo zrobiłby to jeszcze gorzej od niego. O ile nie zemdlałby w trakcie z wysiłku.
Jednak zmęczony Thénard w dalszym ciągu potrafi zdobyć się na to, by wstać o własnych siłach, nie korzystając z jego dobrodusznej oferty pomocy w tej kwestii.
Nie wiem, nie patrzyłem na zegarek, ale chyba jeszcze nie. Szliśmy dość długo, ale nie aż tyle. Możliwe jednak, że do północy się zbliżamy. –  Grigoriy patrzył na jego wysiłki z powątpiewaniem i starał się być na tyle blisko, by w razie czego podtrzymać Challesa, gdyby ten jednak postanowił zemdleć, ale jego silna wola chyba przechodziła samą siebie, bo udało mu się usiąść na łóżku bez żadnych rewelacji po drodze. Może to i lepiej, przynajmniej nie musiał po raz kolejny znajdować się zbyt blisko niego.
Ale chyba się pospieszył z tym stwierdzeniem.
Słysząc, że Thénard zamierza zsunąć się na podłogę, Grisha poczuł nagły i niepohamowany przypływ złości. Doskoczył do niego zanim wylądował tyłkiem na ziemi i chwycił mocno za ramię, jednocześnie napierając na nie tak, by zmusić go do położenia się na łóżku.
Jeśli myślisz, że targałem cię przez całą drogę z tej przeklętej uliczki tylko po, żebyś teraz spał na ziemi, to grubo się mylisz. Kładź się na tym łóżku i nawet ze mną nie dyskutuj – syczał przez zaciśnięte zęby bardzo wyraźnie wyprowadzony z równowagi. Już nawet nie miał siły się powstrzymywać. – Gdybym chciał, żebyś tę noc spędził na podłodze, to znalazłbym jakąś zaciszną piwnicę w pobliżu, a nie ciągnął cię aż tutaj. Uszanuj więc może mój wysiłek i leż spokojnie na łóżku, naprawdę niczego więcej od ciebie nie wymagam – cedził dalej, marszcząc gniewnie brwi i zabierając się za ściąganie z jego nóg butów.
Co. Za. Człowiek.
Nawet w tym stanie nie może sobie darować wyprowadzania go z równowagi?! Wściekle i może trochę zbyt gwałtownie okrył go kołdrą, z zamiarem natychmiastowego wymaszerowania z sypialni, ale dziwne słowo – czy czymkolwiek to było – które opuściło usta Thénarda chwilę później, sprawiło, że natychmiast zamarł.
Obcy język, zaświtało mu w głowie. Słowo wypowiedziane miękko o jednocześnie twardym brzmieniu, zupełnie niefrancuskie, inne, podejrzane. Skąd się wzięło u Francuza? W momentach największego wyczerpania najłatwiej jest mówić w języku, który jest nam najbliższy – wiedział o tym najlepiej, bo w chwilach dużego wzburzenia sam musiał się bardzo starać, by w jego słowach nie zabrzmiał rosyjski akcent.  Może nie zwróciłby na to uwagi, gdyby sam nie borykał się z podobnym problemem, gdyby już wcześniej nie zastanawiał się nad akcentem Thénarda. Kim był więc Challes, jeśli w ogóle był Challesem?
Cóż, nie dowie się tego, dopóki go nie przyciśnie, a na to nie była teraz pora. I Thénard przysypiał, i on był wyczerpany – rozmowa nie miałaby najmniejszego sensu. Powinien poczekać z tym do rana.
Będę w sąsiednim pokoju. Gdybyś czegoś potrzebował to śmiało mnie wołaj – mruknął i wyszedł z sypialni, rzucając mu na odchodnym ostatnie podejrzliwe spojrzenie. Zmęczenie powróciło do niego z podwójną siłą, kiedy tylko przysiadł na kanapie. Jedyne, na co było go stać, to na zdjęcie butów, a zasnął niemal od razu, kiedy jego policzek zetknął się z poduszką.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Svein&Grisha   

Powrót do góry Go down
 
Svein&Grisha
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg :: Enclos-St-Laurent, 5/13-
Skocz do: